Za darmo

Zefirek

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Drżącą ręką wygrała pasaż jakiś, potém część jakiegoś walca, aż urwała nagle i, z cichym wtórem akordów, głosem nabrzmiałym łzami, śpiewać zaczęła:

 
– O! powiedz mu, że niepojęta siła,
Do jego życia wiąże moje dni!
O! powiedz mu…
 

Tu ozwały się w sionkach liczne, ciężkie kroki; tragarze przychodzili po fortepian. Wstała, usunęła się na bok, i chustką zasłaniając sobie usta, patrzała w milczeniu na robotę tragarzy. Lecz gdy fortepian, dźwignięty z ziemi i na kilku silnych plecach oparty, wysuwać się już począł z pokoju, rzuciła się ku niemu, zaczęła chwytać go z tyłu i z przodu, z głośném wołaniem:

– To przeszłość moja… to młodość moja… szczęśliwe czasy moje odchodzą ode mnie… odchodzą… odchodzą!…

Potém w mieszkaniu zrobiła się cisza. Rozalia w milczeniu siedziała na kanapce, a Żyrewiczowa gorączkowym krokiem przebiegając pokój, gorączkowo téż i długo mówiła. W mowie téj przebiegała całe swoje życie. Skarżyła się naprzód na to, że rodzice zbyt młodo za mąż ją wydali, gdyby była starszą, zrobiła-by inny, stosowniejszy dla siebie wybór. Potém opowiadała o mężu, że był to dobry, bardzo dobry człowiek, ale nie rozumiał jéj nigdy, nie mógł zadowolnić wznioślejszych jéj uczuć, a nakoniec zostawił ją z takim małym funduszem. Brygida wrodziła się w ojca, dobra to dziewczyna, ale jakaż z niéj pociecha? Taką ma grubą, pospolitą naturę, że ani partyi dobréj zrobić, ani przyjaciółką i powiernicą matki być nie może. Gdyby synowie jéj hodowali się byli i żyli dotąd! ale cóż? albo to ona kiedy dobre i wierne sługi miała? Niańki były dobrze opłacane za to, żeby dzieci pilnowały, a jednak nie dopilnowały, a dwa nieszczęścia, jedno po drugiém, jak gromy spadły na nią. I w sposób ten całe życie jéj przeszło na samych tylko tęsknotach, zmartwieniach i wyrzekaniach się wszystkiego. W sercu swém nosi ona kilka mogił; są to mogiły rodziców, męża, synów, a teraz, teraz, gdy czuje, że skrzydła jéj złamały się już zupełnie, gdy zmęczoną jest i taką zbolałą, utraciła majątek cały, fortepian swój i ostatnią zapewne na ziemi bratnią duszę.

Mówiła to wszystko szybko i żałośnie, ale bez łez. Owszem, oczy jéj błyszczały sucho i gorączkowo, na policzkach miała niezdrowe rumieńce, i z dreszczami otulała się w ciepłą chustkę. Kiedy w godzinę po wyniesieniu fortepianu Rozalia wychodziła, Żyrewiczowa żywo zwróciła się ku niéj.

– Moja panno Rozalio, – rzekła, – jeżeli tam spotkasz mego Ignacego, to powiedz mu, żeby prędzéj do domu szedł, bo chora jestem i potrzebuję opieki, a Konradka i Edzia każ wynieść do dalszych pokojów, bo płaczą bardzo, a mnie serce od ich płaczu rwie się.

Rozalia uczyniła giest taki, jakby przeżegnać się chciała, ale potém wstrząsnęła znacząco głową i, wołając Brygidy, wybiegła.

Brygida nastawiała w sionkach samowar.

– Bryniu, – rzekła do niéj, – idź po doktora dla matki; chora jest, w gorączce bredzi.

Chorowała długo i ciężko, nie umarła jednak. A gdy piérwszy raz po chorobie wstała z łóżka, w pokoju nie było już ani kanapki, ani szafy na suknie, ani nic z tego, cokolwiek z posiadanéj przez nią ruchomości spieniężoném być mogło. Pusty pokój z nagiemi ścianami ponuro wyglądał przy białém świetle zimowego, śnieżystego dnia. Przy oknie, z grubego płótna zszywając worki takie, w jakich mąkę wożą z młynów, siedziała Brygida. Na pięknéj jéj twarzy wyrywały się głębokiemi śladami bezsenne noce, trudy, niedostatek i inna może jeszcze zgryzota. Widząc, że matka wstała i dość pewnym już krokiem przeszła się po pokoju, ze spuszczonemi na robotę oczyma rzekła:

– Mamo, trzeba mi w służbę iść. Zupełnie już nie mamy z czego żyć.

—–

Poszła w służbę, za pokojówkę, do jakiegoś dostatniego domu, któremu zarekomendowała ją Rozalia, bo do żadnéj innéj służby uzdatnioną nie była. Kazimierz Sośnina nie przyjechał już więcéj nigdy, a raczéj bywał zapewne w Ongrodzie, ale z nią widziéć się nie starał. Nic dziwnego. Mularz, nie rycerz ani wice-hrabia. Czasu może zabrakło mu, albo wśród ciężkiéj pracy zapominał o „czarnookiéj“ tak często, że nakoniec i całkiem o niéj zapomniał; być może téż, że „siwa gołąbka“ raiła mu na żonę jaką nie panienkę i nie z takiego domu, gdzie córki wyklinają, a on wpływom jéj ulegał…

Brygida prędko zmieniła miejsce, i zmieniała je potém często. Uznawano ogólnie, że była uczciwa i pracowita, ale ponura jak noc i popędliwa jak burza; nikogo do siebie nie przywiązywała i sama z nikim żadnym trwałym węzłem spoić się nie mogła. Od czasu pewnego szczególniéj zaczęła ona spadać coraz niżéj. Raz, idąc przez ulicę z koszykiem w ręku, posłana zapewne po sprawunki, spotkała Rozalią. Z razu zdawała się być zadowoloną z widoku dawnéj znajoméj swéj. Przywitały się. Było to już w lat kilka po owéj porze, gdy mieszkały na jednym dziedzińcu.

– Cóż tam z wami? – zapytała Brygida, – matka twoja żyje?

Rozalia rozgadała się ze zwykłą sobie łatwością. Matka jéj od dwóch już lat nie opuszczała łóżka. Artretyzm miała w rękach i nogach, wychudła strasznie i leży sobie biedactwo, niby figurka woskowa, tak żółta i nieruchoma. Ale nie skarży się nigdy na nic, nie narzeka, nie wybredza; czasem tylko stęknie z bólu, i to w nocy, kiedy myśli, że Rozalia śpi, i nikt a nikt słyszéć tego nie może. Żyją ze sprzedaży robótek Rozalii i z tego, co im przysyłają obywatele okoliczni. Przysyłają! przysyłają! pani marszałkowa to beczkę kartofli, to trochę krup i bułkę chleba; Sanniccy to kilka rubli, to kilka złotych, jak mogą, bo oni téż w interesach nieszczególnych; Odropolski rubla na miesiąc regularnie, i inni, jeszcze inni. Pomimo to przymierają czasem głodem, a mieszkanie mają takie, że w zimie szron i lód na ścianach. Cóż robić jednak? Zrobiły to, co powinny były zrobić, i nie skarżą się na nikogo. Nikt im nic nie zawinił, a nawet, gdyby nie choroba matki, wcale-by im źle nie było. Spokojne mają sumienie.

– A ty, Bryniu?

Brygida niechętnie ręką skinęła. Zwyczajem swoim do zwierzeń nie była skłonną. Rozalia natomiast mówiła za nią i za siebie.

– Aha! wiész, ten twój konkurent dawniejszy! ożenił się. Wypadkiem zaszłam raz do kościoła i trafiłam na jego ślub. Z szewcówną jakąś podobno, ale śliczną dziewczyną, brunetką, tak jak ty.

Po twarzy Brygidy przebiegło kilka szybkich drgnień. Silném uściśnieniem ręki pożegnała towarzyszkę i prędko odeszła. Uszedłszy kilkadziesiąt kroków, weszła w dziedziniec jakiś, postawiła kosz na ziemi, i z czołem, opartém o cegły ślepego jakiegoś muru, z twarzą w dłoniach, krótko i gwałtownie zapłakała. Wielki czarny pies, który parę już lat ślad w ślad zawsze za nią chodził, wspiął się na ramię jéj i polizał jéj rękę. Przestała płakać, pogładziła psa, porwała kosz i daléj pobiegła.

Ot tego to dnia właśnie stawała się stopniowo apatyczną i leniwą. Opuszczała ją nawet zwykła jéj pracowitość. Ogromne zawsze jéj włosy z kruczych stały się popielatemi, zgasłe oczy obojętnie patrzyły na wszystko i wszystkich; a gdy ze zwiędłą twarzą na-pół ukrytą w starą, zrudziałą chustkę, przechodzi ulice miasta, za nią idzie zawsze pies jakiś, za którym ona ogląda się niekiedy tak troskliwie, jak gdyby przedstawiał on całe już jéj dobro na świecie i całe kochanie. Często tygodniami i miesiącami zostaje bez służby. Wtedy mieszka z matką, żyjącą w małéj izdebce, znajdującéj się w starych i opuszczonych murach klasztornych, a w któréj bezpłatnie mieszkać pozwala jéj zwierzchność kościelna. W porach tych bezrobocia, Brygida najmuje się dziennie do prania, maglowania, oprzątania mieszkań, które miejscowych sług nie posiadają, nawet do noszenia wody; a Żyrewiczowa…

Wszystkie mniéj więcéj dostatnie rodziny, mieszkające w Ongrodzie, znają kobiecinę szczupłą i mizerną, która do mieszkań ich wchodzi od czasu do czasu, w sukni podartéj, lecz ozdobionéj strzempkami różnych fręzli i wstążek, w kapeluszu starym również, lecz przystrojonym zmokłém najczęściéj, odwieczném piórem i starannie na ufryzowane nioby włożonym. Posuwistym i dygającym krokiem zbliża się ona do gospodyni domu, i jeżeli to jest piérwsza wizyta, podaje jéj we czworo złożony arkusz papieru. Na papierze tym znajduje się długie pisanie, zaczynające się od słów: „Jaśnie wielmożni państwo dobrodziejstwo! ze szlachetnéj familii pochodząca, podupadła na zdrowiu i majątku, wdowa po urzędniku, ośmiela się wznieść błagające oczy ku wspaniałomyślnym obliczom tych, którzy… i t. d.”

Jeżeli przychodzi do domów, w których już jest znaną, nie podaje już papieru owego, ale staje o kilka kroków ode drzwi, i błękitnemi zawsze jak turkusy oczyma patrzy w twarze obecnych; spojrzeniem tém zdaje się prosić, aby obeszli się z nią dobrze, i choć na chwilę przypuścili ją do towarzystwa swego. Przez współczucie, z nudy, dla przepędzenia czasu, czynią to niektórzy. Proszą ją, aby weszła do bawialnego pokoju, gdzie siada ona, zaledwie połowę krzesła zająć śmiąc, lecz wnet, korzystając ze sposobności powiedzenia czegoś o swoich dawnych czasach, zapytana o przeszłość, zaczyna zwykle od domu rodziców swoich.

– Kiedy byłam w domu rodziców moich, – mówi, – nazywano mię Sylfidą.

– Dlaczegóż to? – pytają obecni.

Z rumieńcem i uśmiechem spogląda na kibić swą i odpowiada:

– Taka byłam zawsze szczupła, wiotka… – Potém mówi jeszcze, że nieboszczyk mąż jéj i cała jego rodzina nazywali ją Zefirkiem, a to dlatego, że nadzwyczaj lekko tańczyła, i taki miała charakter, że nigdy żadnego stałego postanowienia zrobić nie mogła… Dziś to, jutro tamto jéj się podoba, zwyczajnie, gdy człowiek w szczęściu i wygodach wszelkich zostaje…

Szczególniéj pożądliwemi oczyma patrzała ona zwykle na wszelki fortepian. Wiedziano o tém, że kiedyś grać i śpiewać umiała, i czasem dla rozrywki, albo i dla zrobienia jéj przyjemności, proszono ją, aby siadła do fortepianu. Czyni to zawsze z uszczęśliwieniem widoczném; zdejmuje rękawiczki z podartemi palcami, i błogo uśmiechając się, uderza kilka cichych, smętnych, trochę fałszywych akordów. Dzieci domu chichoczą po kątach pokoju, dorośli uśmiechają się z litością lub ironicznie ruszają ramionami; ale ona, zachwycona fortepianem, talentem swym i zaszczytném towarzystwem, w którém się znajduje, głosem czystym i dźwięcznym, ale nadzwyczaj słabym i co chwila konającym, śpiewać zaczyna:

 
 
– O, powiedz mu, że niepojęta siła…
 

Umié wiele innych jeszcze piosenek, a po tamtéj najulubieńszą z nich jest dla niéj:

 
– O gwiazdeczko, coś błyszczała,
Gdym ujrzała świat!
Czemuż, czemuż gwiazdko mała, i t. d.
 

Najczęściéj, w chwili właśnie, gdy w największym zapale dośpiewywa drugą czy trzecią strofę swéj piosnki, do pokoju wchodzi gość albo pan domu, który nie lubi jéj, czy téż, po pracy zgłodniały, dopomina się o obiad lub wieczerzę; wtedy wkładają jéj parę złotych i dają do zrozumienia, a w niektórych miejscach mówią nawet otwarcie, aby co prędzéj szła sobie precz.