Za darmo

Zefirek

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Moja mamo, nie jest to nikt taki, który-by u mamy bywać mógł, bo mama niektórych tylko ludzi życzy sobie znać i przyjmować… Poznaliśmy się z sobą, cztery miesiące temu, tu, na tym dziedzińcu… on piérwszy przemówił do mnie potém; rozmawialiśmy z sobą często i długo i pokochaliśmy się…

– Ależ któż to taki? powiédz-że nakoniec, bo coś niedobrego przeczuwam…

– Jest to, moja mamo, Kazimierz Sośnina, majster mularski z Młynowa… ten sam, który tę kamienicę dla Rolickiego…

Nie dokończyła, bo pani Emma, zerwała się z kanapki i obiema rękoma pochwyciła ją za ramię.

– Bryniu! co tobie jest! – krzyczéć zaczęła – zwariowałaś, moje dziecko! Bryniu! Bryniu! upamiętaj się! przyjdź do przytomności! dziecko moje! bo po doktora polecę!…

W wyrazie twarzy i krzyku Żyrewiczowéj było tyle szczerego przestrachu, tak nawet w przestrachu tym zadźwięczało serce matki, bądź co bądź, przerażone myślą o nagłém zwaryowaniu jéj dziecka; że po ustach Brygidy przesunął się uśmiech, choć niewesoły, o! wcale nie wesoły! Usuwając się o kroków parę, zaczęła znowu:

– Moja mamo! ja wcale nie zwaryowałam; i jakaż to waryacya?… człowiek to młody, przystojny… takie ma poczciwe, roztropne, wesołe oczy…

– A niech go dyabli wezmą, z jego przystojnością i z jego oczyma razem! – zapominając o wszelkiéj wykwintności wyrażenia się, krzyknęła pani Emma i bezwładnie na kanapkę opadła.

Nie dowierzając przecież jeszcze przytomności umysłu córki, wlepiła w nią wytrzeszczone oczy.

– Czy ty naprawdę to wszystko mówisz?… naprawdę… naprawdę?

– Naprawdę, mamo. I dlaczegoż ma to być nieprawdą? Myśmy stosowni dla siebie. On nie wysoko edukowany, to prawda… czytać, pisać, rachować umié, trzy klasy gimnazyalne skończył, a w rzemiośle swojém bardzo biegły… piérwszy z niego majster w powiecie. Wszak i ja nieuczona… po francusku co nauczyłam się, to zapomniałam, a co się tycze innych rzeczy, on więcéj jeszcze umié ode mnie…

– Brygido! Brygido! Brygido!

Prócz tego, trzy razy powtórzonego imienia córki, Żyrewiczowa nic więcéj wymówić nie była zdolna. Brygida, coraz śmielsza i zarazem coraz już posępniejsza, zaczęła znowu:

– I nie biedny on… o! daleko bogatszy ode mnie… bo ja z kapitaliku, który ojciec zostawił, nic, nic, grosza złamanego brać nie chcę… niech będzie dla mamy. Wié on dobrze o tém, bom mu mówiła, że weźmie mię w jednéj sukni i to dziurawéj… on zaś ma majątek.

Na dźwięk ostatniego wyrazu pani Emma ocknęła się nieco z osłupienia.

– Majątek! – powtórzyła głucho – mularz ma majątek! chyba więc z obywatelskiéj rodziny…

– Nie, mamo! mieszczaninem jest i z mieszczańskiéj rodziny… Z Młynowa, ale ma w Młynowie domek z dużym placem i ogrodem.

Tu rozległ się spazmatyczny śmiech pani Emmy.

– Majątek! Więc to majątek! chałupa jakaś w nędznéj mieścinie… z placem i ogrodem… o Boże, mój Boże! co to się dziéje? co jéj jest? czy ja czasem gorączki nie dostałam i tak mi się tylko wydaje? Brygido! Brygido! Brygido!

– Mamo! on w jeden miesiąc więcéj zarabia, niż my całego procentu od sumki naszéj mamy… nie pije, nie traci… nie gbur nawet, choć prosty człowiek! Z człowiekiem takim życie szczęśliwe i… przyszłość pewna!…

– A niech go, z jego zarabianiem i jego…

– Mamo! mamo! nie przeklinaj go! on na to nie zasłużył! za cóż przeklinasz go, mamo? czy za to, że on dla córki twojéj ma szacunek i przywiązanie? czy za to, że chce z córką twoją, mamo, podzielić się dobrem swojém, przez niego i przez jego ojca poczciwie zapracowaném? czy za to, że nie ma takich białych rąk, jak ten panicz, który tu…

Powstrzymała się nagle. Popędliwa z natury i rozdrażniona wielu żywiołami, składającemi się na jéj istnienie, już, już wybuchnąć miała namiętnym gniewem bez powstrzymania się. Umiała panować nad sobą; pragnęła przekonać i ubłagać matkę.

– Mamo, – zaczęła posępnym, lecz złagodzonym głosem, – toż może jedyny los mój… jedyne szczęście, które mi się przytrafia! Mam lat 27… Chciała-bym żyć, jak inne kobiety… przyjaciela miéć dozgonnego, dzieci…

– Brygido! ty… panna, o takich rzeczach!…

– A jakież-to rzeczy, moja mamo. Ojciec mówił zawsze: „chciał-bym, żebyś była kiedyś dobrą żoną, matką i rządną gospodynią. “ Ja téż niczego więcéj nie chcę. Czém-że mogę być inném? Nic nie umiem i do niczego pretensyi miéć nie mogę. Pracować tylko mogę i chcę, i… kochać swoich… moja mamo; czyż mama mi nie pozwoli spełnić woli ojca i być szczęśliwą? Com ja mamie winna? Grać się nie nauczyłam! to prawda, ale czyż to wina moja? Pan Bóg mi zdolności do tego nie dał. I temu-m także ja niewinna, że silna wyrosłam, nie powiewna…

W piersi jéj drgnął zwykły, krótki, ironiczny śmiech, znowu wrzała wewnątrz goryczą i gniewem. I znowu przemogła się.

– Ale za to, – zdławionym trochę głosem mówić zaczęła, – ale za to, od śmierci ojca, przez ośm lat, przez całe ośm lat służyłam mamie, jak mogłam, czém mogłam. Oszczędzałam grosz każdy, aby mamie więcéj na przyjemności i wygody zostało. Sługi nie miałyśmy… robiłam sama wszystko, choć mama tylko… tylko… zawsze gniewała się na mnie za to! Nie wymawiam… o, ja nie wymawiam! to był mój obowiązek. Ojciec umierając, powiedział mi: „bądź dobrą dla matki! “ o, ojciec! ojciec! ojciec mój!… ale za to… za to… za to… że przecież spełniłam ten obowiązek, jak tylko mogłam i potrafiłam… proszę mamy… niech mama pozwoli, żeby on tu zaraz przyszedł i niech nas pobłogosławi.

Zadała sobie gwałt wielki i, przyklęknąwszy przed matką, w kolana ją pocałowała.

– I dla saméj siebie… – mówiła, – niech mama to zrobi i błogosławi nas!… Mama nie młodą już jest… kapitalik ma niewielki i sama jedna… My mamie pokoik w domku naszym urządzim, przystroim… on ma starą matkę, którą bardzo kocha… będziemy was obie doglądać, jak oczy własne… spokojną starość…

Żyrewiczowa porwała się z kanapki i, giestem tak popędliwym, jakiego nigdy od łagodności jéj i delikatności spodziewać się nie było można, córkę od siebie odepchnęła.

– Precz! precz! precz! – wymachując ramionami i z twarzą w ogniu, wołała, – dziecko niegodne! niepoczciwa dziewczyno! Ty mię śmiesz od niemłodych wyzywać! w chałupie jakiéjś spokojną starość, z mularką jakąś razem obiecywać! Cóż to ty sobie myślisz? kto ja jestem? Jestem córką pocztmistrza, a matka moja z obywatelskiéj rodziny, bo inaczéj nie poszła-bym za niego! w kogo ty wrodziłaś się? ani w ojca, ani w matkę, ani w babkę, ani w dziada…

– Owszem, owszem! – zawołała Brygida. – Mylisz się, mamo, wrodziłam się w ojca… w biednego ojca mego, który tak samo, jak ja, nie był ani szczupłym, ani powiewnym, i po francuzku nie umiał, i grać nie umiał, i górnie mówić nie umiał, ale taki był pracowity, że przez 20 lat zarabiał, mamo, dla ciebie nie tylko na chléb, ale na torty, cukierki, assamble i stroje…

– Brygido! – krzyknęła Żyrewiczowa, – ubliżasz matce!

Rozgorzałe oczy dziewczyny przygasły znowu, odetchnęła głęboko.

– Przepraszam, – rzekła, zniżając głos, – uniosłam się, przepraszam… ale cóż ja zrobię? prosiłam przecież mamę, błagałam i perswadowałam…

– I bądź pewną, – drżąc cała i na środku pokoju stając, odpowiedziała pani Emma, – że żadne twoje prośby, błagania i perswadowania nic tu nie pomogą. Zwaryowałaś i koniec, a ja waryacyi téj ani pobłażać, ani sama przez nią cierpiéć nie mogę. Co-by na to powiedział pan Stanisław? co-by powiedziała Łopotnicka? U Łopotnickiéj noga-by już moja chyba nie stanęła nigdy. Czy my na pustyni żyjemy, abyśmy sobie według woli za różnych mularzy i młynarzy wychodzić mogły. Żyjemy pomiędzy ludźmi, a kogo ludzie w pogardzie mają, tego i my… bo inaczéj spadniemy same w pogardę ludzką… w błoto! Tak postępować każe nam nasza godność osobista i nasze wznioślejsze uczucia. Ale czyż ty masz w sobie choć trochę osobistéj godności? czyż ty rozumiész, co to jest wzniosłość uczuć? byłaś zawsze grubą naturą i sprawiałaś mi same zmartwienia. Rodziłam cię w większych bolach, niż obu twych braci; dzieckiem byłaś krzykliwém i spać mi nie dawałaś, wrzeszcząc zawsze niewiedziéć czego… potém żadna edukacya nie przyjmowała się do ciebie, żadnego talentu nie miałaś… Bóg wié zkąd i dlaczego rosłaś wielka i silna, jak prosta dziéwka, to téż i teraz…

Mówiła jeszcze długo, ciągle w tenże sam sposób, chodząc po pokoju, rozmachując ramionami, w rumieńcach cała, z iskrzącym się wzrokiem. Brygida milczała, jak grób; na czole jéj zarysowała się gruba zmarszczka, a czarne oczy jéj wpatrzone w ziemię, nabrały przepaścistéj głębi i boleści.

Nakoniec mówiąca kobieta zmęczyła się i stanęła.

– No, – rzekła z rozkazującym giestem, – siadaj, weź robotę, uspokój się sama i mnie daj odpocząć. A głupstwo te wybij sobie z głowy raz na zawsze…

Brygida podniosła głowę.

– Nie mamo, – odpowiedziała, – nie siądę, nie wezmę roboty i nie wybiję sobie z głowy… ale pójdę zaraz do niego i powiem, żeby na zapowiedzie dawał. Jestem aż nadto pełnoletnią… Ksiądz metrykę wyda. Za dwa tygodnie weźmiemy ślub.

Mówiła to ponuro i stanowczo. Na twarzy pani Emmy odmalował się wyraz najwyższéj trwogi. Tak, mogła to uczynić, była istotnie pełnoletnią, ksiądz istotnie mógł dać jéj potrzebne dokumenta, mogli istotnie pobrać się bez jéj pozwolenia! A więc, dla przełamania przeklętego uporu dziewczyny téj, pozostał już jéj środek jedyny. Jeżeli chce uniknąć tego, co-by ją w oczach ludzkich rzuciło w pogardę i błoto, jeżeli chce módz spojrzéć w oczy Stasiowi i Łopotnickiéj, użyć powinna tego jeszcze jedynego środka.

Przed wyobraźnią jéj mignęła aktorka jakaś, którą kiedyś widziała na scenie Ongrodzkiego teatru, w roli matki, wyklinającéj syna, czy córkę. Nie pamiętała już słów przekleństwa, ale imponująca i patetyczna postać aktorki przed oczyma jéj stała wyraźnie.

Stanęła więc na środku pokoju, patetycznym giestem wyciągnęła ku Brygidzie oba ramiona i zawołała:

– A więc ja przeklnę cię, córko wyrodna! przeklnę cię razem z Sośniną twoją i wszystkiemi Sośninami, które z niém mieć będziesz… O, słuchaj! niech przekleństwo matki…

 

– Mamo! mamo! mamo! – przeraźliwie krzyknęła Brygida i, rzucając się ku matce, usiłowała pochwycić ręce jéj i suknią, byle tylko do dalszego mówienia jéj nie dopuścić. Bladą była śmiertelnie i drżała od stóp do głowy. – Mamo, nie przeklinaj! – wołała, – mamo, na miłość Bozką, przestań!… Przekleństwo matki… o! ja boję się… za cóż i on także ma być przeklętym! i dzieci!… mamo, zlituj się… nie błogosławieństwo Bozkie… straszno!

I całém swém silném, kształtném ciałem runęła u stóp matki. Lecz pani Emma, któréj oczy ochłodły już i błysnęły tryumfem, odskoczyła od niéj.

– Tak, – zawołała, – przekleństwo matki to niebłogosławieństwo Bozkie… aż do czternastego pokolenia… czy słyszysz? aż do czternastego pokolenia! głód, mór, węże, szarańcza, ciemności i wszystkie plagi egipskie! jeżeli nie przyrzeczesz mi, że wybijesz sobie z głowy te głupstwa, aż do czternastego pokolenia przeklnę twoje Sośniny! Cóż? czemu nic nie mówisz i leżysz jak nieżywa twarzą do ziemi! Myślisz jeszcze sprzeciwiać się! no, to słuchaj! niech przekleństwo matki…

– Mamo! mamo!

Porwała się znowu z ziemi.

– Niebłogosławieństwo bozkie! – krzyknęła, – straszno!

– Niech przekleństwo matki…

– Czekaj, mamo, czekaj! nie mów daléj! nie gub duszy i mojéj, i jego! o ja nieszczęśliwa! Idę, już idę! Zejdę ci z oczu, zrobię, jak chcesz! O! bodajbym była nazajutrz po urodzeniu się wskróś ziemi przepadła!…

Z ostatniemi słowami, łkając i szamocąc się, jak burzliwy wicher wypadła z mieszkania.

Wieczór był zimny, dziedziniec napełniony głębokim zmrokiem. Brygida biegła ku bramie, w pobliżu któréj w oczekującéj postawie stał urodziwy mężczyzna, w mieszczańskiém ubraniu i z długim, bujnym wąsem. Spostrzegłszy ją, szybko kilka kroków ku niéj postąpił.

– A co? a co? – pytał ciekawie, – uprosiłaś? zgodziła się? mogę tam iść?

Z właściwą sobie gwałtownością i z wybuchem płaczu porwała go za ręce.

– Nie zgodziła się… przekląć chce mnie i… ciebie! już zaczęła przeklinać!…

Ogarnął ją ramieniem, przycisnął do piersi i długo milczał. Potém smutnym bardzo głosem zaczął:

– Przekleństwo matki, niebłogosławieństwo Bozkie… nie można! Ja ciebie bez błogosławieństwa matki brać nie mogę. Jaką ona sobie jest, to jest… zawsze to matka, i wreszcie…

Tu ramię jego opadło i podniósł głowę.

– Wreszcie… cóż u licha? a któż to ja taki, złodziéj, pijak, włóczęga, czy co? żeby aż przeklinać mię za to, żem dziewczynę ukochał i za żonkę ją biorę!…

Ona nie odpowiedziała nic i, cicha, zesztywniała, usunęła się o parę kroków.

– Próbowała-żeś wszystkiego? – zapytał po chwili, – prosiłaś? perswadowałaś? mówiłaś, że mam dobry kawałek chleba dla ciebie, i nawet dla niéj? Niech u ludzi się spyta? niech mi termin naznaczy, żeby poznać się zemną? na wszystko zgodzę się… tylko nie na przeklinanie!

Milczała.

– To już nam ze sobą i pożegnać się wypadnie.

Załkała głośno, on znowu ją do piersi swéj przycisnął.

– A no, – mówił, – może się jeszcze stara namyśli i udobrucha. Ot widzisz, serce mi kraje się i aż płakać chce się… Wiész co? jak śniegi spadną i skończą się mularskie roboty, ja tu kiedy, wolnym dniem, wpadnę i dowiem się… a choć-by tylko i zobaczyć ciebie, moja ty czarnooka!

– Przyjedziesz? czy przyjedziesz? – zapytała chciwie, a w głosie jéj zadrżała nadzieja.

Śniegi spadły, i biegnącéj przez ulicę malutkiéj osóbce nie gorąco być musiało w szczupło watowanéj algierce, którą miała na sobie, a jednak okrągła twarz jéj wyglądała jak czerwone jabłuszko, a małe oczki błyszczały jak czarne paciorki. Migotały one na przemian trwogą i łzami; od chwili do chwili załamywała ręce i z cicha do siebie jęczała:

– O! Boże mój, Boże! czyż to prawda? czy to być może?

Wpadła w dziedziniec i jak strzała puściła się ku mieszkaniu Żyrewiczowéj.

– Pani moja! – wołała już we drzwiach, – nie wytrzymam… ledwie żyję… skończenie świata… Staś… Staś… ten Stasieczek…

Upadła na kanapkę z załamanemi rękoma i osłupiałym wzrokiem. Żyrewiczowa zerwała się od fortepianu, na którym, z silném akcentowaniem miejsc rzewnych i melodyjnych, wygrywała jakiegoś walca.

– Staś! co się stało ze Stasiem? zachorował? umarł?

– Nie, nie, nie! Dwa tygodnie temu sprzedał Żyrewicze i wyjechał gdzieś daleko, aż na Białoruś, czy co, do jakichś krewnych…

– Wyjechał!

– Wyjechał.

– Jakto, zupełnie? zupełnie?

– Zupełnie… zupełnie.

– Jakto, bez pożegnania?

– Otóż to, otóż to, otóż to i boleśnie! bez pożegnania!

Żyrewiczowa skamieniała na chwilę, w oczach jéj zakręciły się łzy.

– Nie wierzę, – zawołała nagle, – jakto? on by się miał nie pożegnać ze mną, ze mną… kiedy jestem jego ange consolatrice. Nie wierzę!… kto ci to mówił?

– Na mieście! na mieście! na mieście! wszyscy znajomi moi i jego mówili… odnosiłam profitki i podstawki… mówili, że najpewniéj.

Żyrewiczowa usiadła na kanapce i zadumała się długo, smutnie. Rozalia ocierała sobie łzy z oczu i twarzy. Po kilku minutach zaledwie wdowa z cicha przemówiła:

– A nasze kapitaliki?

– Ach! – porwała się Rozalia, – zapomniałam! to prawda! cóż będzie z temi kapitalikami i temi procentami? O Boże! mama zmartwi się bardzo… co tu robić? u kogo teraz upominać się? Chodźmy do mamy.

– Poczekaj pani… a nie słyszałaś, jak to było? co? dlaczego? zkąd ten nagły wyjazd…

– At! – skinęła ręką Rozalia, – albo to ludziom wierzyć można? Zwyczajnie, teraz już takie plotki… mówią, że Staś temi pieniędzmi, które wziął od mamy, miał rzeczywiście dług jakiś spłacić, a potém las, czy co tam takiego, sprzedać i majątek oczyścić; ale nazajutrz potém, jak mu mama pożyczyła, pieniądze te przegrał…

– Co? jakto przegrał? w karty?

– W karty. Mówią, że w karty! I już długu opłacić nie mógł, i sprzedać czegoś tam nie mógł, i tylko majątek cały sprzedał…

– To plotki, fałsz, kalumnia! – wykrzyknęła wdowa. – On! ta wzniosła dusza… tak poziomo!… nie, to być nie może. W tém jest jakiś dramat, jakiś fatalizm, coś tragicznego, coś… coś… takiego…

– Chodźmy do mamy. Mama da może sposób dowiedzenia się prawdy. Mama wszystko wié, co może być, a co nie może być. Chodźmy.

Poszły. I gdy z mnóztwem wykrzyków, omówień, twierdzeń i przeczeń, westchnień i łez, opowiedziały pani prezydentowéj wszystko, o czém wiedziały same, pani prezydentowa zdrętwiała. Wyprostowana jak struna, roztworzyła usta, na szalu francuzkim szeroko rozpostarła palce, i tylko powieki jéj nad siwą, szklistą źrenicą mrugały prędko, prędko.

Rozalia z przestrachem rzuciła się do niéj.

– Mamie niedobrze.

Obudziła się z chwilowego osłupienia, i rozkazującym giestem córkę od siebie usunęła.

– Niech Rózia poda mi salopę i ciepłą chusteczkę na głowę, – rzekła zwykłym już sobie, pewnym i suchym głosem.

Z trudnością jednak wstała z fotelu; Rozalia podawała jéj salopę i chusteczkę.

– Gdzie mamcia pójdzie? dziś bardzo zimno…

Wskazała palcem dom, w którym mieszkał adwokat.

– Od niego dowiem się, co prawda a co nieprawda. On wszystkich obywateli i interesa ich zna.

– Ja z mamcią pójdę.

– Nie trzeba… Mogą tam być mówione takie rzeczy, o których pannom słuchać nie wypada.

W salopie, która plecom jéj nadawała pozór stary i przygarbiony, z nieodstępnym kijem swym w ręku, szła przez dziedziniec, powolniejszym niż zwykle i daleko mniéj zamaszystym, krokiem. Dwie pozostałe kobiéty w trwodze i milczeniu powrotu jéj oczekiwały. Wróciła prędko, w kwadrans może po wyjściu, i chciała sama rozpiąć i zdjąć salopę, ale nie mogła. Ręce jéj trzęsły się i głowa nawet, tak dumnie zazwyczaj na sztywnéj szyi osadzona, trzęsła się także.

– A co, mamo? – rozbierając ją, szepnęła Rozalia.

– Prawda, wszystko prawda, – ostro i krótko odpowiedziała.

– Wyjechał więc? – zawołała Żyrewiczowa.

Nie było odpowiedzi.

– A nasze kapitaliki? – zapytała ciszéj.

– Przepadły, – głucho odpowiedziała stara, która już na swym fotelu usiadła i, z głową o tylną poręcz opartą, patrzała w sufit.

Wdowa zbladła bardzo. Przed oczyma jéj mignęło widmo nędzy.

– Jakże to? – zaczęła drżącym głosem, – pani prezydentowa miała obligi i kartki od Stasia.

Łopotnicka oderwała głowę od poręczy fotela i spojrzała na nią przeszywającym wzrokiem.

– Obligi! – zawołała, – a kto je pisał? Notaryusz… Ickiewicz jakiś!… Jakiż walor mogą mieć dokumenta, przez jakiegoś Ickiewicza pisane? Co tacy Ickiewicze i cały ten teraźniéjszy motłoch zrobi, to… to… to… to… nigdy waloru żadnego miéć nie może. Otóż to… to… to… to… i bieda, że Ickiewicze nad nami zapanowali, a Żyrewiczowie Bucikowskim majątki swoje sprzedawać muszą. Sprzedał Żyrewicze Bucikowskiemu, a kto o téj sprzedaży nie wiedział, ten i stracił to, co na Żyrewiczach miał. Bucikowski, choć Żyrewicze wziął, nie wypłaci pewnie… ten… ten… ten… ekonomczuk.

Oparła znowu głowę o poręcz i zaczęła patrzéć w sufit. Palce jéj spazmatycznie mięły brzeg francuzkiego szala, a wargi zwarły się tak silnie, że z profilu widać było tylko, pod czołem wysokiem i zmiętém w mnóztwo zmarszczek, dwie ostre i zbliżające się ku sobie linie nosa i brody. Tak przesiedziała do późnego wieczora i do córki nie przemówiła ani słowa, wtedy nawet, gdy ta, z twarzą zbrzękniętą od płaczu, postawiła przed nią stoliczek ze szklanką herbaty, i gorąco, długo całowała ją w obie ręce. Gdyby nie oczy, rozwarte szeroko i szklisto, patrzące w sufit, można by sądzić, że spała lub była zemdloną. Nad wieczorem zaczęła z cicha coś mruczéć do siebie. Rozalia, bacznie wsłuchując się, dosłyszała tylko słów kilka:

– Licho wié co! syn obywatelski…

A potém:

– Dziecku nic nie zostawię… robótki… tylko… robótki…

Przed północą wstała z fotelu i powiedziała Rozalii, aby ją rozebrała. Daremnie jednak córka po kilka razy zapytywała ją, jak się czuje, i czy czasem do apteki po co nie pójść. Nie odpowiedziała nic. W nocy, Rozalii, która nie spała i co moment przychylała ucha w stronę łóżka matki, zdawało się, że słyszy stękanie tłumione w poduszkach. Nie śmiała jednak przemówić, ani światła zapalić; a gdy z rana obudziła się z krótkiéj, ciężkiéj drzemki, krzyknęła aż ze zdziwienia i zadowolenia razem. Matka jéj siedziała na brzegu łóżka, ubrana już zupełnie, w szalu, czepeczku wygarnirowanym, w okularach nawet, prosta, jakzwykle, i ze zwykłym, trochę tylko uroczystszym, wyrazem na twarzy.

– Jak mamie jest? czy mama nie czuje się cierpiącą?

– Nic mi nie jest. Czuję się jak zwykle. Pobiegnij-no, otwórz okiennice, a potém ogarnij się i idź do miasta. Kupisz mi i przyniesiesz liberkę listowego papieru, dziesięć kopert pocztowych, atramentu i piór… patrz tylko, żeby pióra były miękkie.

– Mamciu! na co mamci to wszystko?

Nie odpowiedziała.

Kiedy Rozalia wróciła z miasta z żądanemi sprawunkami, znalazła matkę siedzącą na fotelu, z książką od nabożeństwa na kolanach i modlącą się żarliwie. Na widok córki, uderzyła się parę razy w piersi, przeżegnała się i złożyła książkę.

– Róziu! chodź tu do mnie!

Przesunęła parę razy dłoń po włosach Rozalii, które dnia tego wcale wypomadowanemi nie były, i mówić zaczęła:

– Jesteśmy teraz bardzo biedne, ogołocone ze wszystkiego, ale broń cię Boże, ażebyś narzekać, albo o nim źle mówić miała. Narzekać, jęczeć przed ludźmi i, biedować nie wypada, i było-by dla nas z ubliżeniem, źle zaś o nim mówić, grzech. Jaki tam on jest, to jest, zawsze to… to… to… nasz, jednego z nami rodu i pochodzenia. Niechaj ten motłoch przeklęty nie ma téj satysfakcyi, a byśmy jedni na drugich skargi wywodzili i źle mówili. Cóż Róziu, czy będziesz posłuszną woli mojéj?

– Ja przecież zawsze, zawsze byłam mamie posłuszną, a o Stasiu nie mogła-bym źle mówić, gdybym nawet chciała…

– To dobrze. Jesteś prawdziwém dobrém mojém dzieckiem. A teraz powiem ci… że da Pan Bóg, nie zginiem! Wierzę w Opatrzność Bozką i w dobre serca tych, z którymi całe życie moje przebyłam… z których koła wygnały mnie okoliczności, ale którzy w biedzie ostatecznéj nie opuszczą nas z pewnością. Dziś i jutro pisać będę listy i roześlę je… do marszałkowéj Korzyckiéj, do Odropolskiego, do Sanickich, tych, co to z Sanowa nad Niemnem, i do innych jeszcze… do innych, z którymi wiążą mię dawne stosunki i to… to… to… wspomnienia. Stasia obwiniać nie będę, ale napiszę im, że chciałam jednego z nas podtrzymać, podeprzéć, z rąk motłochu uratować… Spełniłam święty obowiązek, niech-że oni teraz względem nas spełniają swój…

– Spełnią, z pewnością! – z entuzyazmem zawołała Rozalia, i gorącemi pocałunkami okryła ręce i kolana matki. Więcéj niż kiedykolwiek matka ta była „jedyném jéj dobrem”.

Dnia tego, nad wieczorem, Żyrewiczowa z cicha i nieśmiało weszła do mieszkania Łopotnickiéj. Nietylko była ona cichą i nieśmiałą, ale téż bardzo zmienioną. Przez jednę dobę postarzała o lat kilkanaście. Oczy miała ogniście czerwone, a twarz zbladłą i zmiętą. W mieszkaniu panowała cisza głęboka. Rozalia kończyła spiesznie jakąś robótkę. Łopotnicka, siedząc przy stole pisała listy. Pisząc, nie pochylała się nad stołem ani na jednę linią. Siedziała prosto i sztywnie, rękę dość prędko posuwała po papierze, a w wyrazie twarzy jéj nietylko upokorzenia ani rozrzewnienia nie było, ale owszem, malowało się na niéj zadowolenie z siebie i większa niż zwykle wyniosłość i duma.

 

Żyrewiczowa na ziemi przy Rozalii przysiadła.

– Co to mama pisze? – szepnęła.

– Listy do obywateli, aby spełnili obowiązek swój względem nas, tak jak mama spełniła go względem Stasia. Spełnią pewnie i nie dadzą mamie nędzy przenosić.

– Najpewniéj spełnią i nie dadzą nędzy przenosić! – odpowiedziała wdowa i, żałośnie splatając ręce, dodała: – Mój Boże! co to jest z obywatelskiéj rodziny pochodzić!

Potém cichutko i pokornie zaczęła prosić Rozalii, aby dopomogła jéj do sprzedania fortepianu.

– Ostatniego rubla Brynia na mieście dziś rozmieniła, i nie wiem, doprawdy, co to z tego wszystkiego będzie? Tymczasem muszę, muszę sprzedać fortepian.

Mówiła, że nikt sobie wyobrazić nawet nie może, ile ją kosztuje rozstanie się z fortepianem, ale cóż począć? Nic kosztownego więcéj nie posiada. Rozalia ma więcéj od niéj znajomości na mieście… niech postara się o kogoś, ktoby chciał nabyć i zarazem zapłacić. Rozalia przyrzekła chętnie, a potém zauważyła, że pani radczyni bardzo źle wygląda, i zapytała, czy nie czuje się chorą.

– Niedobrze mi, istotnie niedobrze, – odpowiedziała, drżąc z zimna i osłarniając się chustką, którą na sobie miała. – Jakże może być inaczéj? Tyle na raz zmartwień i wzruszeń, a zdrowie miałam zawsze delikatne. Kto-by to przypuścił, że Staś wyjedzie bez pożegnania się z nami?

Rozalia, wzdychając, odpowiedziała:

– Nie mógł widać inaczéj… biedaczek! On zawsze taki grzeczny był, dobry, miły…

Kilka minut jeszcze szeptały o Stasiu, a Żyrewiczowa nie przestawała utrzymywać, że w postępku jego ukrywa się jakiś dramat, fatalizm, coś tragicznego, coś… takiego…

W parę dni potém Rozalia oznajmiła sąsiadce swéj, że znalazła już na jéj fortepian kupca, który zaraz, tego samego dnia, zapłaci umówione pieniądze, ale téż i sprzęt nabyty zaraz zabierze. Przed wieczorem Brygida poszła do sklepiku aby uprossić trochę chleba i krup na kredyt, a Żyrewiczowa siadła przy fortepianie.

– Ostatni raz! – szepnęła, – ostatni raz!