Za darmo

Zagadka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Głos załamał się mu w gardle; ona zażartowała.

– A ja! Cóż ze mną! Takiej parafiance dostać się po niebytności długiej do wielkiego miasta! Cała jestem radością!

– Pani tak lubi miasto?

Myślała chwilę.

– Lubię i wieś i miasto. Wie pan? Zdaje mi się, że wszystko na świecie lubię. Czasem nawet myślę: skąd to pochodzi, że najsprzeczniejsze rzeczy posiadają dla mnie urok, chociaż coraz inny, ale zawsze miły, taki, że przez niego muszę kochać cały świat. Wszystko jest na swój sposób miłe. Kiedy wjeżdżam do miasta, to mi w tym ruchu, gwarze, turkocie, aż serce zaczyna mocniej bić od radości i chciałabym ptakiem wlecieć w ten zamęt, zobaczyć, usłyszeć wszystko, co w nim jest: domy, rozmowy, obrazy, muzykę…

– Wystawy sklepowe… tysiąc kapeluszy i materyi…

– Tak, tak! I kapelusze również! Słyszę zawsze, że to wszystko jest bańką mydlaną, ale ja i bańki mydlane lubię, bo takie lekkie i ślicznie w nich mienią się barwy tęczowe… Potem, kiedy wracając na wieś, zobaczę nasz dom z topolami, gaj dębowy, obłoki, pola, czuję znowu takie ciche, trochę jakoś smutne, ale głębokie szczęście i myślę, że jeśli wielkie miasto świetnie odbija w sobie blaski tęczowe, to wieś jest sama taką wielką poważną, stojącą nad światem tęczą…

Może zawstydzona tem, że tak wiele mówiła, umilkła, a on po chwili z cicha rzekł:

– Niech pani mówi jeszcze, co pani lubi!… Niech pani mówi jeszcze! Niech przed śpiewem skowronka milkną czarne skrzydła melancholii!

Gdy zmieszana, nie odpowiadała, podpowiedział:

– A muzykę pani lubi?

– Wszelką. To właśnie dziwne, że wszelką… każdy jej rodzaj. Przed paru laty, kiedy podróżując trochę z chorą mamą nasłuchałam się orkiestr doskonałych i oper wspaniałych, byłam pewna, że w domu będzie już koniec moich przyjemności muzycznych, że na wsi nigdy już ich nie doświadczę. Tymczasem, raz, wyszłam przed wieczorem w pole i usłyszałam surmę. Czy pan słyszał kiedy nasze surmy poleskie? Nie? To niech pan żałuje… Pastuszek grał na niej daleko, pod lasem, we mgle jesiennej. Tylko trzy tony smutne, przewlekłe, ciągle te same pod niebem chmurnem, nad polami obnażonemi… Cóż, na pozór, może być w tem pięknego?… Jakież porównanie z koncertami, z operami, których miałam jeszcze pełną pamięć? Jednak, nie wiem skąd to pochodzi, ale przekonałam się wtedy, że lubię surmę pastuszą niemniej od oper i symfonii; owszem, może więcej, bo tamte chciałabym mieć na święta, a tę na codzień. Niech pan przyjedzie do nas w jesieni posłuchać, jak surmy grają!

– Niech mnie pani na piękniejszy moment roku zaprosi. Jesień – to chmury, słoty, błoto…

– O, przepraszam! A liście czerwone i złote na drzewach? A drobniutkie deszczyki, które zasłaniają dębinę, jak firanką muślinową? A spadające na dziedziniec stada kawek z siwemi obrożkami na szyjach? Ale pewno, pewno, że niema w tem nic osobliwego i sama nie wiem, skąd to pochodzi, że tak wszystko, a wszystko lubię. Nawet rzeczy najdrobniejsze: uderzenia zegarka, kiedy w domu zupełnie cicho, furczenie wrzeciona, albo stukanie krosien za oknami chłopskiej chaty… Lubię lato i zimę, ranek i wieczór, kiedy słońce świeci i kiedy deszcz pada…

– Kiedy dziadunio się rozgderze…

– Lubię również, bo tylko przybiegnę, za szyję obejmę, na siwych włosach rękę położę, i – już cicho! Dziadunio żartować poczyna, a wszyscy mi dziękują, żem go w dobry humor wprowadziła…

– I jak mała siostrzyczka uprze się, aby pani jej lalki na spacer prowadziła…

– Z początku nie bardzo mi się chce, ale gdy już raz wyjdę z lalkami na spacer, to już najpewniej bawię się lepiej od lalek.

– I jak pan Ignacy szeroko o polityce rozpowiadać zacznie…

– Również lubię, bo mogę wtedy, w kątku z robotą siedząc, o niebieskich migdałach myśleć…

Znowu zaśmiali się, oboje, ale zarazem stanęli zdziwieni. Dokąd to oni właściwie zaszli? Ona miała odwiedzić przyjaciółkę serdeczną; on do redakcyi jednej z wielkich gazet niósł rękopis pożądany i oczekiwany; tymczasem szli, szli, rozmawiali, patrzyli wzajem na siebie i z uszami pełnemi dźwięków głosów własnych, z ulicy w ulicę, naprzód w tłumie, którego nie widzieli, potem wśród wzrastającej pustki, której nie spostrzegali, zaszli w jakąś dzielnicę miasta cichą, starą, w której ona nie była jeszcze nigdy.

Z udanem przerażeniem zawołała:

– Gdzież jesteśmy?

– Zabłądziliśmy!

– Ach, jak to dobrze! Cóż może być milszego nad znalezienie się w miejscu nieznanem? Lubię ogromnie poznawać, wszystko oglądać w miejscach jeszcze nieznanych!

– Oglądajmy! – zawołał wesoło.

Dzieckiem tego miasta będąc, w każdym jego zakątku znał rzeczy piękne lub ciekawe; ten zaś, w którym teraz się znaleźli, przepływała głębokim i smętnym strumieniem poezya przeszłości historycznej. Więc jak przedtem szli znowu, tylko nie z ulicy w ulicę, ale z uliczki w uliczkę, pomiędzy dwoma ścianami murów bardzo wysokich i starych, z blizka wznoszących się naprzeciw siebie i wydających atmosferę melancholii i zadumy.

Z zadumą rzekła, że doświadcza takiego uczucia, jakby przechadzała się pośród grobowców i pomników, a on jej tłómaczyć zaczął, że istotnie są to grobowce pokoleń przeminionych, pomniki przebrzmiałych słów i haseł, kamienne ślady życia, które spłynęło w ocean przeszłości. Kto i jak żył za temi oknami, których kształty zdumiewały oko? Jakie postacie wchodziły w te przedsionki wązkie, długie, pełne zmroków za strzegącemi wnętrz ich żelastwami, pełnemi wzorów i godeł? Czyje powozy budziły głuche turkoty pod łukami tych bram ciasnych, a wyniosłych? Jakie imiona rozbrzmiewały chwałą lub hańbą w tych ścianach pełnych teraz skaz i pęknięć, pod śniedzią starości, których żadna farba pokryć nie może? O wszystkiem tem opowiadał jej z rozkoszą znawcy, który do krain znanych i kochanych wprowadza umysł ciekawy i uczuciowość przedziwnie świeżą, wrażliwą.

Z trochą zawstydzenia rzekła:

– Zdawało mi się, że znam historyę… jednak nic prawie nie wiedziałam o przeszłości tego miejsca!

– Niech to pani nie martwi! Trzeba więcej czasu, niż pani mieć mogła, aby poznać nieskończone małości, z których składa się nieskończona wielkość, albo ogarniając okiem krajobrazy, dostrzegać źdźbła trawy, z pośród których wyrastają drzewa.

Coś z powagi i siły męskiej powiało na nią od słów tych, od jego wiedzy, od przenikającej jego wiedzę poezyi powściągliwej. Szła, szczęśliwa, zapytując, słuchając. Przechodniów spotykali mało. Często dwie ich postacie, młode, zgrabne, promieniejące, z rozmową cichą i szybką same jedne przesuwały się w prawie kościelnym chłodzie i zmroku tych szczelin, wydrążonych w tych murach wysokich, szarych. Za nimi płynęła powietrzem smuga woni fiołkowej.

Czy długo to trwało?

Nie pomyśleli o tem, tak jak nie uczuwali znużenia, ani głodu. Owszem, żadną wyraźną myślą sprawy sobie z tego nie zdając, mieli uczucie istot skrzydlatych, wolnych od pęt życia codziennego, upojonych balsamami lejącymi się z jakichś górnych i złotych eterów. Zatrzymali się dopiero przed masą zieleni, która im drogę zastąpiła. Nieduży, ale piękny ogród publiczny, pełen drzew rozłożystych i pomiędzy niemi siedzeń, zapraszających do spoczynku. Mało ludzi, wiele ciszy i mnóstwo jaśminowych kwiatów, wonnem mlekiem oblewających krzewy. Na ławce pod jaśminami, raz jeszcze przez roztwartą bramę ogrodu zatopiła wzrok w wązką uliczkę, u której końca strzelała pod niebo wieża starego kościoła.

– Pewna jestem, że przyjaciółka moja, do której szłam, gdy pana spotkałam, często tę malowniczą cześć miasto odwiedza! Jutro przyjdziemy tu z nią razem. Ja, pan i ona, przyjdziemy tu razem… Czy dobrze?

– Wolałbym tak, jak dziś, bo osoba trzecia, jak język w zagadce Ezopa, może być rzeczą najlepszą, albo najgorszą… Czuję, że ta, o której mówimy, choćby była najlepszą, dla mnie będzie najgorszą.