Widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Struchlała, czując, że był z niéj niezadowolonym; otarła szybko oczy, i splatając dłonie, prosić go zaczęła, aby nauczył ją być energiczną i mężną.

– Jedyny sposób, – mówił, – nie dbać o nic…. słyszysz? zupełnie o nic! o zdanie, ani o uczucia niczyje, o formy, ani o zwyczaje; lecz robić tak, aby posiąść jak największą summę zadowolenia…

– A inni? – szepnęła nieśmiało.

– Tym tylko sposobem zrobić można coś i dla innych, to jest: wyzwoliwszy się – wyzwalać.

Były to jednak dotąd abstrakcye tylko i teorye. Nadszedł dzień praktyki i czynu. Oddawna już Julek wracał z miasta do domu rozdrażniony i gniewny. Skarżył się przed Lusią, że w rodzinném mieście jego nikt prawie nie rozumie go i pojęć jego nie dzieli; że, co większa, ludzie obchodzą się z nim coraz zimniéj, a czasem nawet i niegrzecznie. Marszczył brwi i ściskał pięści, albo społeczeństwo, które jego i pojęć jego ocenić nie umiało, nazywał wzgardliwie strupieszałém i bezrozumném.

W głębi duszy uszczęśliwiało go to, że czuł się wyższym i mędrszym nad ludzi, na których się uskarżał; swoją drogą przecież brak uznania dla osoby jego i zaprzeczenie ideom, które głosił, wzbudzały w nim gniew i chęć drażnienia tych, którymi gardził.

– Kiedy widzę, – mówił, – że oburzam ich i zasmucam, mam szaloną przyjemność rzucać im w oczy szpilki i żużle… Kolą ich one i palą, ale przecież i rany nie leczą się inaczéj, tylko przez cięcia i wypalania….

Dnia pewnego uczucia te wzmogły się w nim szczególnie. Powiedział Lusi, że dowiedział się o głupich plotkach, krążących po mieście o nim i o niéj; zżymał się, rzucał, potém wyszedł i wrócił do domu późno, gdy wszyscy już spali, z zawinięciem jakiemś pod ramieniem.

Nazajutrz, w parę godzin po południu, kiedy Lusia, w małéj bawialni siedząc, daleko więcéj zajęta była myślami swemi, niż robotą, którą trzymała w ręku, Julek wyszedł z rodzicielskiéj sypialni i stanął przed nią w dziwném ubraniu.

– Dziwiłaś się pewno, – rzekł, – że stroję się dziś tak długo; ale za to, zobacz, jak się ubrałem!

Istotnie z trochą zdziwienia w oczach patrzała ona na krwisto-czerwoną bluzę jego, opasaną szerokim, rzemiennym pasem, na długie, kolan aż sięgające, obuwie, okrągłą czapeczkę w2 kilku pawiemi piórami, którą włożył na głowę. Zaśmiała się zrazu.

– Ach! – zawołała – czy będziesz lody po mieście roznosił?

Zachmurzył się i wzajem zapytał:

– Czy myślisz, że celem moim jest zabawa? nie zrozumiałaś, co chcę czynić?

Owszem, zrozumiała teraz i bystro spojrzała mu w oczy.

– Braterstwo ludów… – wymówiła z wielką powagą.

– Tak! – odpowiedział z namaszczeniem nieledwie, – zamanifestuję przekonania moje jawnie i śmiało…. Precz z przesądami!

Wraz z ostatnim okrzykiem wykręcił się na pięcie i w kilku hołubcach przebiegł pokoik. Spoważniał jednak wkrótce i stanął przed Lusią.

– Czy pójdziesz ze mną? – zapytał głosem, w którym brzmiał nieledwie rozkaz.

Nie wahała się ani chwili. Oczy jéj błysnęły. Wstała.

– Pójdę! – odpowiedziała zwolna i spokojnie – ja téż pokażę, że kobieta wolną jest w wyborze przekonań swoich, a dość silną być może, aby otwarcie, przeciw wszystkim i wszystkiemu, przekonania te objawiać!

– Brawo! – zawołał Julek. – Nie straciłem tu daremnie czasu! Zdobyłem dla idei naszych dzielną adeptkę!

Prędko, prędko wyjęła z warkocza podtrzymujące go szpilki, aż jedwabisty, gruby i nieco splątany, spłynął jéj na plecy. Pochwyciła potém mały, męzki prawie, kapelusik i włożyła go w ten sposób, iż osłaniał tylko tył jéj głowy, na śmiałe czoło najlżejszego nie rzucając cienia. Przejrzała się w małém lusterku i zawołała:

– Teraz jestem więcéj do mężczyzny podobna!

Zaśmieli się oboje, swawolnie, dziecinnie niemal.

Manifestowanie idei w ubraniach niezwykłych było dla nich zabawą o tyle, przynajmniéj, o ile wydawało się missyą. Wyszli. Ludzie oglądali się za nimi daleko więcéj jeszcze, niż zwykle, a na wszystkich twarzach zjawiał się na ich widok wyraz niesmaku lub gniewu. Ktoś, mijając ich z blizka, wzruszył gwałtownie ramionami; ktoś inny, zatapiając w oczach Julka długie spojrzenie, parsknął głośnym, gorzkim śmiechem. Julka oznaki te publicznéj niechęci bawiły i czyniły dumnym. – Głupcy! – mówił przez zęby i nastrajał twarz do najgroźniejszego, to znowu do pogardliwego wyrazu. Lusia zbladła zrazu, zdrętwiała i ciężko opuściła się na ramię towarzysza.

– Co ci to? – zapytał – lękasz się?

– O nie! – zawołała prędko, i nad wszystko w świecie lękając się najbardziéj poniżenia się w jego oczach, stąpać zaczęła równo, i śmiało na ludzi oczy podnosić. Na rogu jednéj z ulic młody człowiek zapalił papierosa i otwartą cygarnicę podał Lusi. Cofnęła się z razu instynktowym ruchem; ale, spotkawszy się z jego rozognioném spojrzeniem, zrobiła, czego żądał. Co większa, jakby pragnąc obmyć winę chwilowéj słabości swéj, podniosła wysoko głowę, z drobnych ust wyrzuciła w górę grubą nić dymu i wyzywającém spojrzeniem potoczyła dokoła. Przytém, bądź z wysilenia, którego dokonywała, bądź z radości, którą napełniła ją własna jéj odwaga, zarumieniła się szkarłatnie, a z tym rumieńcem i z szybko dyszącą piersią szła daléj. U początku jednak ulicy, przy któréj znajdował się hotel Wszech-Krajów, targnęła silnie ramię towarzysza, szepcząc:

– Nie tędy, Julku!… tylko nie tędy!

– Dla czego? – zapytał tonem krótkim i ostrym.

– Dziadek… – odszepnęła.

– Aha! – zaśmiał się – lękasz się dziadka! pocóż szłaś? nie trzeba udawać odwagi, gdy się jéj nie ma, ani miłości dla idei, gdy się dla niéj nic zrobić, ani przenieść nie chce…

Słowa te tak ją ubodły, że aż jęknęła z cicha.

– Mylisz się! – odrzekła – nie lękam się niczego; tylko nie chcę sprawić przykrości temu, który….

Julek przerwał z uniesieniem:

– Wszelkie indywidualne przykrości i boleści iść powinny na stronę wobec celów ogólnych. Wiesz o tém dobrze, ale tylko kobiece serce twoje sprostać nie może zasadzie….

– Kobiece serce!… – zawołała Lusia – o Julku!

Zacisnęła zęby, – bo myśl, że dziadek zobaczy ją w téj chwili, kłuła ją w serce, – i szła daléj.

Przed wspaniałemi drzwiami hotelu Wszech-Krajów stał powóz opakowany, z którego wysiadali przybyli goście. Otocki otwierał drzwiczki powozu, wyjmował zeń pakunki i ze zwykłą sobie poważną uprzejmością odpowiadał na liczne pytania przybyłych. Nagle wyprostował się jak struna, zbladł bardzo, a wyrazy zawisły niedomówione na ustach jego, które otworzyły się jakby dla wydania strasznego krzyku. Wzrokiem, sypiącym stalowe błyskawice, ścigał on młodą parę, idącą przeciwległym chodnikiem; powiódł dłonią po oczach, jakby świadectwu ich wierzyć nie chciał, i uczynił ruch, zdradzający popęd do rzucenia się za odchodzącymi. Nie rzucił się jednak, pod wpływem może nagłéj rozwagi, że gonitwą swą bardziéj jeszcze zwróci na nich uwagę, przed którą właśnie aby módz ich osłonić, z radością dałby duszę swą na wiekuiste męki….

Wrócił więc do oszklonéj izdebki swéj, blady jak ściana, niemy, z bezwładnemi rękoma i ciężko wlokącą się chorą swą nogą. Runął na stołek i twarz ukrył w dłoniach. – Lecz długa bezwładność i bierność nie leżały w charakterze jego. Zerwał się wkrótce i, przebiegłszy sień, znalazł się w pokoju pana Leonida Igorowicza, który, stojąc w téj chwili w oknie, pogwizdywał wesoło i palcem, zdobnym w turkusowy pierścionek, wybijał takt na szybie.

– Panie! – zaczął Otocki zdyszanym głosem, – potrzebuję wydalić się z hotelu na parę godzin…. może na resztę dnia!

Pan Leonid Igorowicz zwrócił się ku niemu i, nie dając mu bezpośrednéj odpowiedzi, ze śmiechem zawołał:

– Ależ, słowo honoru, ta wnuczka pańska wyrosła na śliczną dziewczynę. Co za włosy, jakie oczy!….

– Panie! – powtórzył Otocki, – potrzebuję wydalić się z hotelu na godzin….

Zagłuszył go śmiech pana Leonida Igorowicza.

– I rozumna! – mówił. – Nie taka, jak te nasze dziewczyny, które dla różnych głupstw tracą życie – ot, nie wiedzieć na czém! Ona potrafi użyć życia, oho! taka młoda, a już w niéj znać tęgą sobie kobiétkę….

– Panie, – zaczął znowu Otocki, – a ręka jego, drżąc, posuwała się ku klapie surduta pana Leonida Igorowicza, – potrzebuję wydalić się z hotelu….

Pan Leonid Igorowicz był z natury niezłym chłopcem i postrzegł nakoniec bolesne wzruszenie szwajcara.

– Dobrze, dobrze, – rzekł, – idź pan sobie. Jakób pana zastąpi…. Ale czego taki zmartwiony? Czy dla tego, że ona tak sobie szła z papierosem w gębie, taka czerwona i z tym kawalerem tak ubranym? Daj pan pokój! To wszystko, co pan myślisz, jest głupstwem. Człowiek z edukacyą takich rzeczy za złe nie bierze, bo on wié, że główna rzecz użyć sobie życia, a reszta, to tylko zabobony….

Przestał mówić, bo Otockiego nie było już w pokoju. Patrzał przez okno za odchodzącym szwajcarem, a rękę z turkusem topiąc w rzęsiście ufryzowanych włosach, zawołał:

– Waryat!

Tymczasem młoda para szła daléj przez miasto, coraz więcéj i widoczniéj dumna sprawianém przez się wrażeniem. Upajali się rolą tą, którą odegrywali wobec jasnego dnia i tysięcy oczu ludzkich, a upojenie to odbijało się coraz wydatniéj w ruchach ich i wyrazie twarzy. Na jednéj z ulic spotkali się oko w oko ze strojném i wesołém towarzystwem, pośród którego były dwie młode kobiéty, z blizka znane Lusi. Orzuciły ją one od stóp do głowy wzgardliwém spójrzeniem, wzgardliwy téż uśmiech przeleciał po ich ustach, nie powitały jéj najlżejszém skinieniem głowy i przeszły. Ona stanęła na miéjscu, jak wryta i, odwracając twarz, rzuciła za odchodzącemi głośną i pogardliwą téż gammę śmiechu.

 

– Brawo, Lusiu, brawo! – zawołał Julek.

Nie spostrzegł, że, gdy z piersi jéj lał się potok śmiechu, oczy miała pełne łez. Cierpiała bardzo, lecz zarazem czuła się tak dumną, iż zdawało się jéj chwilami, że tuż, tuż, uniesie się nad ziemię. Szczęście to i tę dumę uczuła silniéj jeszcze na widok biegnącéj naprzeciw nim młodéj dziewczyny, w skromném bardzo ubraniu, z zawiniątkiem jakiemś w ręku, którą téż znała, a która, spostrzegłszy ją, spuściła oczy i, z wyrazem twarzy pełnym zmieszania, zbiegła jéj wcześnie z drogi na przeciwległą stronę ulicy. Widocznie nie chciała ani witać się z nią, ani téż okazywać jawnie, że powitania unika. Lusia powiodła za nią okiem, uśmiechając się litośnie.

– Tamte, – rzekła, – tamte…. dwie, to kokietki, próżniaczki, strojnisie… a ta, biedna gąska, któréj się zdaje, że czyni wszystko, co człowiek czynić powinien, gdy od rana do nocy pracuje ciężko nad książką i igłą, dla tego tylko, aby brat i siostra nauczyć się mogli kilku żyjących i umarłych języków…. Jak niewolnica zaprzęgła się do pługa i nie rozumié tych, którzy takich wązkich zagonków orać nie chcą i nie umieją. Tamtych…. nienawidzę! nad tą lituję się!

Stan jéj był tak podnieconym, że ciągle prawie mówiła, a wyrazy płynęły z jéj ust ze szczególną łatwością i jakby same przez się układały się w dźwięczne, dobitne frazesy. Po godzinie przebywali mniéj już ludne, wiejskie prawie, ulice miasta, aż nakoniec zostawili je za sobą i znaleźli się pośród wzgórzystych gajami i borami poprzerzynanych, pól. Tu Lusia stanęła, zatrzymała towarzysza swego i rozejrzała się dokoła. Po raz pierwszy uczuła ona z rozkoszą, jak rozognioną twarz jéj chłodziły świeże, szerokie powiewy, a pierś jéj, szarpana zmieszanemi uczuciami męki i radości, upokorzenia i dumy, głębokiém odetchnięciem wciągnęła w siebie falę przesiąkłego wonią powietrza. Wysunęła ramię swe z pod ramienia Julka i wbiegła na szczyt zielonego wzgórza. On pobiegł za nią.

– Jak tu pięknie! – mówiła, rozglądając się dokoła – czy czujesz, jak tu dobrze i łatwo oddychać? czy widzisz jak sosny te silnie się odbijają na kryształowo-błękitném tle powietrza? Jakie chmury tam… na zachodzie… niby ponure zamki z krwawemi ścianami, albo góry, u szczytów obrębione złotem! Co tu ptaków! i jak one wesoło świergocą! Czy pomiędzy niemi niema nierówności i niesprawiedliwości do poprawiania, ani głupstw i przesądów, z któremi walczyć każdy powinien! O, mój Julku, jaki ten świat piękny! dlaczegoż na nim droga do prawdy – taka trudna? jak błogo jest oddychać i żyć na łonie natury, któréj poprawiać i z którą walczyć nie trzeba!

On, zwykłym sobie, pedantycznym nieco tonem, zaczął:

– Mylisz się! naturę także zwalczać i poprawiać należy, i nietylko tę zewnętrzną, która istnieje wkoło nas, ale i tę wewnętrzną, która objawia się w skłonnościach i pojęciach, wlanych w nas przez ciemne wieki… Prawo dziedziczenia, to wielkie i zdumiewające zjawisko przyrody, wyjaśnia nam…

Nie skończył, urwał nagle, a nawet, gdy mówił jeszcze, znać było, że myślał o czém inném. Patrzał na Lusię nie tylko uparcie, ale nawet z wytężeniem takiém, że zdawało się, iż niepodobna mu było wzroku od niéj oderwać. Dziewczyna zdjęła malutki kapelusik swój, jakby on nawet ciężył jéj w téj chwili, a głowa, okryta bogactwem włosów, kąpała się cała w złotéj łunie zachodzącego słońca. Oczy jéj, zatopione w kryształowéj wilgoci, świeciły jak brylanty, drobne usta drżały pośród rozrumienionych lic, a kształty kibici, objęte wązką czarną suknią, uwydatniały się na przezroczystém tle powietrza, szczupłe, lecz gibkie, drobne, lecz drgające całą wezbraną energiją młodzieńczych sił.

– Lusiu! – wymówił Julek i urwał znowu.

Nigdy jeszcze w ten sposób nie wymówił jéj imienia nigdy nie słyszała, aby głos jego był tak przytłumionym i miękkim.

– Lusiu! – powtórzył i, choć stał tuż obok niéj, zbliżył się bardziéj jeszcze.

– Co, Julku? – zapytała z pieszczotą w głosie.

Postawa jego, butna zazwyczaj i zuchwała prawie, stała się nieśmiałą i niezręczną; wahanie się, niemal lękliwość brzmiała mu w głosie, gdy, wziąwszy ją za rękę i głęboko patrząc jéj w oczy, zaczął znowu:

– Lusiu! wiesz? ty jesteś nietylko energiczną i rozumną dziewczyną, ale téż – bardzo ładną! Pragnąłbym porwać cię… unieść gdzieś daleko i być z tobą w jakiéjś samotności odludnéj… w jakiéjś ciszy niezmąconéj…

Przerwała mu nagłem wysunięciem ręki z jego dłoni i wykrzykiem:

– Nie, Julku! nie! nie!

– Co nie? co nie? – pytał z cicha i namiętnie, usiłując ramieniem kibić jéj otoczyć. Lecz ona cofnęła się w tył, gibka i sprężysta, a stając o parę kroków i, nie podnosząc na niego oczu, szepnęła jeszcze:

– Nie, nie, nie, Julku!

Widać było, że ona, tak śmiała tam… pośród wzgardliwych uśmiechów i niechętnych spojrzeń walczyła teraz z nieśmiałością i zawstydzeniem dziewiczém. On także stał nieruchomy, nieśmiały i tylko z pod brwi, ukradkiém, pożerał ją spojrzeniem.

Wzmogła się nakoniec w odwagę i stanowczość, a prostując drobną swą kibić, z pałającém licem, mówić zaczęła:

– Nie, Julku! ja nie chcę, żebyś ty się kochał we mnie i o tém mi mówił. My, realiści, powinniśmy rzeczy po imieniu nazywać! My, ludzie trzeźwi, powinniśmy jasno patrzeć na uczucia nasze. Otóż – choć mi to przykro… mówię otwarcie, że zrozumiałam, co czułeś w téj chwili… i nie chcę, nie chcę, nie chcę… aby ludzie, którzy nas posądzają i spotwarzają, mieli słuszność, abyśmy sami nie byli pewni, że zdobywamy swobodę i walczymy z przesądami – nie dla siebie!

Entuzyazm jéj, podbudzany kto wie jakiemi tłumionemi porywami, wzbił się teraz do szczytu swego. Wyciągając ku niemu ręce, jak do modlitwy splecione, zawołała:

– Julku! przyrzecz mi, że nigdy nie będziesz do mnie mówił i nie będziesz na mnie patrzał, tak… jak przed chwilą. Ja nigdy nie zapomnę o tobie, ja nie wiem… czy będę mogła bez ciebie żyć… ja cię kocham… ale… jak siostra!…

Ostatnie słowa wymówiła z wybuchem i po kilka razy, jakby niemi samę siebie, głosy jakieś wewnętrzne zagłuszyć pragnęła; a porywając go za rękę, z oczyma palącemi się w łzach, mówiła śpiesznie, choć już z cicha:

– Julku! weźmy z sobą ślub… ślub braterski! przysięgnijmy sobie tu… zaraz… że wiecznie… będziemy dla siebie bratem i siostrą w idei!…

Uklękła i pociągnęła go, aby uczynił to samo. Zresztą, nie potrzebowała-by go nawet pociągać. Porwany jéj zapałem, zawstydzony jéj słowami, namiętnie ściskając jéj rękę, przez zaciśnięte zęby mówił:

– Tak! masz słuszność! masz słuszność! Jesteś rozumniéjsza odemnie, więcéj oddana wielkim sprawom świata… jesteś wielka! jesteś prześliczna!

Z połączonemi dłońmi i natchnionemi twarzami, wzniesionemi ku pozłoconym błękitom nieba, w powodzi różowych świateł, na szczycie zielonego wzgórza klęcząc, drżącemi nieco głosy, lecz wyraźnie i zwolna, mówili, a raczéj ona mówiła, a on za nią powtarzał:

„Wobec natury niepokalanéj niesprawiedliwością, ani nędzą żadną… wobec złotych obłoków tych, na których takby dobrze nam było płynąć razem w odludną samotność i niezmąconą ciszę jakąś… w imię świętéj, wielkiéj prawdy, którą bronić mamy od gnębiących ją przesądów… my, dzieci świata, ludzie nowi, przysięgamy, że przez całe życie nasze… do śmierci… na wieki, będziemy dla siebie bratem i siostrą – w idei!”

Gdy powstali, ona podała mu do pocałunku czoło swe, jak zorza różowe, a on przylgnął doń ustami, dłużéj, goręcéj, niż na to pozwalał świeżo zawarty pomiędzy nimi związek braterstwa w idei.

Zstępowali ze wzgórza, trzymając się, jak dzieci, za ręce. Ona patrzała na niego wzrokiem, pełnym niewysłowionéj czułości; on wrzał wewnętrznie, lecz powściągał się, zwyciężał, i tylko, nie wiedzieć dla czego, teraz właśnie opowiadać jéj zaczął o spotykanych w stolicy parach szczęśliwych, które, wzgardziwszy wszelkiemi przesądami gminu, kochają się, i żyją razem, bez żadnych pozwoleń ani uświęceń ludzkich. Teraz, po raz pierwszy, odsłaniać począł przed nią jeszcze ideę, o któréj mówić nie przyszło im dotąd na myśl. Była nią: wolna miłość.

Zastukali do jakiéjś chaty zamiejskiéj, w bzowych i głogowych krzakach ukrytéj, prosząc o trochę mleka. Siedzieli na trawie, bawiąc się zerwanemi z krzaku, a w szkarłatne jagody zdobnemi gałęźmi, patrzali na wschód bladego księżyca i – długo milczeli. Od chwili do chwili odrywali wzrok od stojącéj nad sosnami srebrnéj obręczy i patrzali na siebie. On zdawał się pić chciwie spojrzenia jéj i uśmiechy, które stawały się tak rzewne i senne, jak u znużonego i spoczynku pragnącego.

Wracając do miasta, Julek opowiadał towarzyszce swéj o kobietach możnych i pięknych, ba! o księżniczkach, które ginęły ze świata i z pomiędzy ludzi, tak, że nie wiedziano nic co się z niémi stało, a które potém odnajdowano w otchłaniach nędzy i cierpień, gdy boso i w siermięgach pracowały z poniżonymi braćmi, służyły im, otwierały oczy ich na prawdę… Wyrzekły się one dla idei wszystkiego – prócz miłości. Z niemi razem byli i poświęcali się ci, z którymi bez żadnych sankcyj świata połączyły się one, węzłem wolnéj i nie przymuszonéj miłości, na mocy tego wielkiego prawa natury, które zwie się: pokrewieństwem z wyboru.

– Śliczne życie! – szepnęła Lusia.

– A któż ci zabrania żyć tak samo – odpowiedział jéj surowo i niemal gniewnie.

I dodał:

– Nie dość jest chcieć i marzyć! Trzeba czynić i umieć spełnić marzenia własne.

Zamieniając słowa te, wstępowali na wschody żółtéj kamienicy.

W małéj bawialni, na odgłos otwierających się drzwi, z nad stołu, przy którym siedział, podniósł się stary wysoki człowiek, z twarzą bladą i groźną. Na widok jego, Lusia instynktowo cofnęła się z razu; lecz wnet, zawstydzona jakby własnym tym ruchem, śmiało, z podniesioną głową, weszła do bawialni. W téj-że chwili pani Aniela, ze spłakaną i niezwyczajnie u niéj wzburzoną twarzą, wybiegła do przyległéj izdebki, szczelnie i ze stukiem drzwi za sobą zamykając. Julek stanął w progu w postawie takiéj, jakby gotował się do śpieszenia z obroną młodéj dziewczynie. Lecz nie miał przed kim, ani przed czém jéj bronić; Otocki zbliżył się do wnuczki i, biorąc obie jéj ręce, nie tylko spokojnym, ale nawet zimnym głosem mówić zaczął:

– Nie pytam się ciebie, gdzieś była i co robiłaś przez te długie, śmiertelne godziny, w których ja oczekiwałem tu powrotu twego. Nie mów mi nic; bo jeżeli słowem potwierdzisz mi w żywe oczy to, co czynem dziś okazałaś, lękam się, abym nie zapomniał, że jesteś dzieckiem mego biednego syna i że kiedyś byłaś moją najdroższą pociechą i nadzieją…

Lusia zaczęła drżeć i wyrwała ręce z dłoni dziadka.

Przytłumionym już i trochę drżącym głosem mówił daléj:

– Nie mów nic. Nie chcę wiedzieć o niczém, a raczéj wiem… Ale ratować cię muszę i dla tego chciałem cię dziś jeszcze zobaczyć, aby ci powiedzieć, że masz wybierać się w drogę. Za dwa dni… końmi, które dla ciebie najmę, z panią Ryżyńską, u któréj to wyprosiłem, pojedziesz na wieś, tam, gdzie przepędziłaś pierwsze lata swego dzieciństwa…

– Ja! tam! W ten zakąt ciemny jak grób? Za nic! – odpowiedziała, z razu z oburzeniem i zdumieniem, potém stanowczo.

Otocki, jakby nie słyszał jéj, mówił daléj:

– Za utrzymanie twe płacić będę. Nauczą cię tam gospodarstwa wiejskiego, a wzamian ty uczyć będziesz dzieci twéj dawnéj opiekunki.

Usunęła się o kroków parę, skrzyżowała ramiona i z brwią ściągniętą, z posępnym błyskiem oczu, wyrzekła krótko i ostro:

– Ani na guwernantkę, ani na ochmistrzynią stworzoną się nie czuję. Nie pojadę za nic.

Otocki nie był już daléj panem usposobień swych, gwałtownych z natury, a tylko przez miłość dla niéj i poszanowanie dla smutnéj pamięci jéj ojca na wodzy trzymanych. Postąpił do niéj krokiem porywczym i, przeszywającym wzrokiem w twarz jéj patrząc, przez zaciśnięte zęby wymówił:

– Więc na cóż? na cóż stworzoną jesteś? Czy na jednę z tych zgubionych istot, które w hańbie kąpią poczciwe imię ojców?…

Jęknęła głucho i, wywołane krwawą obrazą, łzy strumieniem popłynęły z jéj oczu. Ale teraz i Julek także wystąpił z cienia, a stając pomiędzy dwojgiem srodze zwaśnionych ludzi, z gniewem, którego tłumić nie myślał, zawołał:

– Ja nie pozwolę, abyś pan znieważał ją i łzy z jéj oczu wywoływał w obecności mojéj!

Kiedy Otocki spojrzał na młodzieńca tego, którego bluza krwawo barwiła się nawet przy słabém świetle lampki, a w którego ręku połyskiwały sterczące przy czapce pawie pióra, wszystka krew buchnęła mu do twarzy. Przez chwilę spodziewać się było można, że pomiędzy dwoma ludźmi tymi zajdzie coś strasznego. We wzroku obudwóch malowała się nienawiść i pogarda. Jednakże, po chwili nieprzytomnego prawie wzruszenia, Otocki opanował się znowu i głosem, który trząsł się i zamierał mu w gardle, rzekł:

– Pana nie znam. Nie wiem, kto jesteś, zkąd przybywasz… to tylko sprawia mi ból niewysłowiony, że dziewczynę tę, noszącą imię moje, pod jednym z tobą dachem zostawić jeszcze muszę. Cóż robić? nie mam swojego… o! gdybym go miał wprzódy!..

 

Przestał mówić i wlepił w twarz wnuczki wzrok, pełny tak bezgranicznéj, ponuréj boleści, że w niéj drgnęło coś, niby wspomnienie lat dziecinnych, niby żal nad tym bezdomnym, a tak bardzo kochającym ją starcem. Zbliżyła się zwolna i łagodniéjszym nieco, niż wprzódy, głosem, wymówiła:

– Dziadku!

Ale on usunął ją zimnym, rozkazującym gestem.

– Gotuj się do drogi! Jeżeli dobrowolnie jechać nie zechcesz, zawiozę cię przemocą. Długo byłem dla ciebie powolny i słaby. Od dziś znajdziesz we mnie nie starca niedołężnego, ale surowego sędziego i stróża.

Wziął ze stołu czapkę swą z galonem i, nie spojrzawszy już na nią, wyszedł.

W parę godzin późniéj, w mieszkaniu Ryżyńskich cicho było i ciemno, i tylko w kuchence, na starym tapczaniku, przy oknie, bez innego światła, nad parę smug księżycowych, wlokących się po brudnéj ścianie i podłodze, siedziało dwoje młodych ludzi. Lusia, z czołem opartém na dłoni, płakała cicho, ale głęboko i rzewnie; Julek mówił do niéj tym głosem surowym i ostrym, jakim przemawiać zwykł, gdy czuł się z niéj niezadowolonym i chciał wzmódz jéj energiją.

– Szkoda mi twoich pięknych oczu na łzy bez użytku. Co z płaczu? Dzieci tylko płaczą i niedołęgi. Ludzie nowi działają.

Podniosła na niego oczy, splotła ręce i zapytała:

– Cóż ja uczynię?

Wtedy on pochylił się ku niéj i gorętszym, bardziéj błagalnym, głosem, niżby to mistrzowi i bratu w idei przystało, zawołał:

– Razem, razem ze mną w świat, droga moja!…

Nie zdziwiła się. Sama może myślała już o tém nieraz. Tylko wyciągnęła rękę, wskazując na drzwi. Zrozumiał gest ten i, odpowiadając nań, zaczął:

– A! ten, co ztąd wyszedł! Biedny nieuleczalny głupiec! On jeszcze mówi o imieniu swych ojców! bierz z tego miarę umysłu jego i szczerze zapytaj siebie saméj, czy zacofańca i despotę takiego kochać możesz, i czy dla resztek marnego tego bezużytecznego życia poświęcać powinnaś młode swe siły, a przedewszystkiém to, co dla świata przez nie zrobić możesz?

Milczała długo, potém wymówiła z cicha i trochę nieśmiało:

– On wychował mię i był dla mnie taki dobry!

Julek spójrzał jéj prosto w oczy i zapytał:

– A czy żądałaś tego, aby cię na świat ten sprowadzono?

Wzruszył ramionami i dodał:

– Że téż to tak trudno ludziom jasno patrzeć na rzeczy. Cóż nadto prostszego, że ten, który był ojcem twego ojca, opiekował się tobą i nie dręczył cię bardzo? Każde źwierzę robi to samo względem swych małych. Jest to prawo natury. On spełnił je tak, jak to czynią wszystkie istoty organiczne i niema tu wcale powodu do żadnych, jak wyrażałaś się dawniéj, obowiązków, tém bardziéj do poświęceń. Zresztą, powiem ci prawdę, że wszelkie poświęcenia dla jednostek są głupstwem, exaltacyą, wynikłą z napełnienia głów ludzkich staremi urojeniami. Co innego ofiara dla świata, dla idei. Co innego, téż gdybyś pokochała kogoś, równego sobie energją, umysłem i dążeniami; bo wówczas, gdybyś nawet i przecierpiała coś dla niego, pomimo to, byłabyś szczęśliwą…

Nie wiadomo, czy w téj chwili podzielała wszystkie zdania jego, lecz przestała płakać, i widać było, że ważyła je w myśli. On patrzał na nią niespokojny. Nigdy jeszcze nie pragnął tak bardzo przekonać ją i skłonić w kierunku chęci własnych. Po chwili, podrażniony jakby tém, że mu nie odpowiadała, zapytał:

– A może ci żal jeszcze porzucać rodzinne miéjsce swe, ludzi, wśród których żyłaś dotąd, i te, jak mówią poeci, nieba ojczyste?… Jeżeli tak jest, słuchaj!…

Tu na oścież otworzył okno, za którém w dole ciągnęła się pusta teraz i cicha ulica, a w górze piętrzyły się dachy starych kamienic, z popękanemi ścianami i monotonnemi rzędami ciemnych okien.

– Czy słyszysz! – mówił – jak tu cicho…. cicho…. cicho….

I przejmując się sam uroczystością głębokiéj istotnie ciszy, dodał:

– Jak w grobie!

– Słuchaj! – powtórzył – to grób, w którym nikt żywego nie podnosi głosu. Tu wszystko zdaje się spać z niememi usty, bez ruchu, ni walki, bez dążenia naprzód. Tu nikt nie dąży do niczego więcéj, jak do możności spokojnego zasypiania codzień pod jakim kawałkiem dachu i do bezpiecznego spożycia kęsa chleba, za który nieraz oddać musi rozum swój, swobodę i ludzką swą dumę. Dla czego tak jest? Mniejsza o to. Stare to dzieje, które nas, nowych ludzi, nie obchodzą wcale, i łamanie sobie głowy nad pytaniem tém byłoby daremną stratą sił. Ale tak jest. Miéjsce więc tu nie dla nas….

– Nie dla nas! – powtórzył po chwilowém milczeniu i z mniejszém już uniesieniem, ale za to, z czémś nakształt żalu w głosie, mówił daléj: – Być może, iż gdyby było inaczéj, ja nie myślał-bym o bezpowrotnym odjeździe i tobie bym nie mówił, abyś porzuciła grób… dla świata. Mnie wszystko jedno, gdzie żyć i pracować; możebym nawet kiedyś wolał „ojczyste nieba,” niż inne; bo przecież czują tak wszyscy prawie ludzie, musi być więc w tém jakieś prawo natury… Gdyby tu uczono się i dochodzono prawdy, gdyby tu można było jawnie i głośno walczyć o to, co człowiek ma najdroższego dla siebie, gdyby się tu ludzie spierali i łączyli w koła wielkie, i do postępu, do prawdy i do szczęścia dążyli…. lecz w katakumbie milczącéj i ciemnéj ja nie zostanę i tobie zostać nie dam… Czy słyszysz?

Czy słyszała go? Zapewne. Musiała téż czuć gorące pocałunki, któremi schylony okrywał obie jéj ręce; lecz nie mówiła nic i siedziała nieruchomo, jak posąg, szeroko otwartemi oczyma wpatrując się w lekkie obłoki, które w blaskach księżyca srebrzyły się, jak skrzydła dawnych rycerzy, i z pod złotych rąbków zdawały się pochylać ku ziemi „odważne i smutne oblicza”. Co tam ujrzała w tym podniebieskim orszaku? Może, tym razem, stanął tam znowu przed nią obraz bohatera, dla którego biło kiedyś dziecięce jéj serce; bo tak, jakby tajemniczo i nieśmiało zwierzała się z czémś oblewającemu twarz jéj światłu księżyca, szepnęła:

 
Jechał Sieniawski odważny i smutny
Na śnieżnym koniu i w błyszczącéj zbroi.
 

– Co mówisz, droga moja, siostro moja w idei? – zapytał Julek.

Za nic nie wyznała-by przed nim tego, co czuła przed chwilą, i tego, co mimowoli i wiedzy swéj szepnęła. Gdyby to uczyniła, czułaby się w oczach jego, i przed sobą samą także, poniżoną strasznie.

W téj saméj porze Otocki siedział pochylony nad hotelowemi księgami, lecz cyfr wypisanych na kartach ich nie widział. Za parę dni gwiazda oczu jego zniknąć miała z ciemnego jego nieba. Wolał jednak to, niżeli widzieć ją tu, wystawioną na obmowy i pośmiewisko ludzkie, – co większa: na niebezpieczeństwa, wobec myśli o których siwe włosy powstawały mu na głowie. Gniewał się na nią srodze, lecz czuł, że nigdy nie kochał jéj tak bardzo, tak namiętnie, jak teraz, gdy zuchwałą swą dziecięcą dłonią targnęła najdroższe struny jego serca. Postanawiał nie widziéć jéj aż do chwili jéj odjazdu i nie wiedział sam, jak przeżyje dwa te dnie pokłócony z nią, drżąc na myśl, że znajduje się ona jeszcze pod jednym dachem z tym…. Nie mógł dokończyć, nie mógł go nazwać żadném imieniem mowy ludzkiéj, – wszystkie bowiem wydawały mu się za blade wobec jego krwawo czerwonéj bluzy. Nazajutrz czynności swe spełniał bezprzytomnie niemal, tylko ze zwyczaju, machinalnie; lecz, jakaż przejęła go radość, gdy w przedwieczornéj godzinie ujrzał wnuczkę wchodzącą do jego oszklonéj izdebki! Upokorzyła się, pierwsza przybyła, aby zażegnać powstałą pomiędzy nimi burzę! Tęskniła za nim, jak on za nią! Kochała go trochę, nic więc straconém nie było; chwilowy jéj szał minął, jego szczęście zmartwychpowstało. Drogie, drogie dziecko!

Nie powiedział tego jednak. Powściągnął dziś radość i rozrzewnienie tak, jak wczoraj gniew, i przyjął wnuczkę z łagodnym, lecz pełnym godności, spokojem.

Ubrana skromnie i bez rażących różnic ze zwyczajem powszechnym, zdawało się téż, że powróciła dnia tego do dawnéj powagi, niemal sztywności ruchów i postawy. Bladą była, a śród znieruchomiałych jéj rysów oczy tylko błyszczały gorączkowym blaskiem. Usiadła na stołku, tuż obok biurka, ruchem z dzieciństwa jeszcze zachowanym, wsunęła ręce w rękawy okrycia i, milcząc, patrzała w przestrzeń.

– Cóż? Przyszłaś? – drżącym trochę głosem zaczął Otocki i nie wiedział sam, co daléj ma mówić: czy karcić ją znowu surowém słowem, czy porwać w objęcia i pieszczotami okryć.

2z. [przypis redakcyjny]