Widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Juleczku! dla czego nie kazałeś sobie włosów ostrzydz?… nikt przecież nie nosi takich długich włosów?

– Dla tego właśnie ja noszę i nosić będę. – odpowiedział młody człowiek tonem, repliki nie dopuszczającym.

Pani Aniela o replikowaniu nie myślała, lecz w kilka minut późniéj zawołała znowu:

– Juleczku! dla czego, zmieniając ubranie podróżne, nie włożyłeś czystéj koszuli? przecie-żem wyjęła ją z kuferka i razem z surdutem położyła.

Zachmurzył się i z niecierpliwością odrzucił:

– Ależ, moja mamo! nie pojmuję, jak można zwracać uwagę na wszystkie te drobnostki! Cierpieć ich nie mogę i pewnie sił i życia na nie tracić nie będę. Potrzebniejsze są one na rzeczy ważniejsze…

– O tak! – z zapałem zawołała Lusia, poczém jednak z namysłem dodała: – Jednakże, pamiętasz Julku! czytaliśmy kiedyś o tém, że stopień cywilizacyi kraju odgadnąć można po ilości zużywanego w nim mydła….

Wlepił w nią długie, szyderskie trochę spojrzenie i odpowiedział zwolna i dobitnie:

– Kiedy wszyscy ludzie na świecie będą mieli chleb, nam wolno będzie myśleć nie tylko o mydle, lecz choćby o perfumach. Dla czegoż nie? Perfumy są rzeczą przyjemną i batystowa bielizna przyjemniéj głaszcze skórę, niż grube płótno… Szkoda tylko, że wszyscy ich mieć nie mogą… a trzeba… żeby mieli..

Lusia zarumieniała się, spuściła oczy i szepnęła z cicha:

– To prawda!

Julek zwrócił się do Otockiego, prowadząc daléj przerwaną przed chwilą rozmowę.

– Nie zazdroszczę panu – mówił – częstego widywania tych ludzi, którzy chmarami zwykle spadają na wielkie hotele, aby roztaczać tam cały blask bogactw swych i tytułów…

Otocki czuł się widocznie zmieszanym nieco; z rozwagą jednak odpowiedział:

– Ależ bywają niekiedy pomiędzy nimi ludzie nieźli i dobrzy….

– A ja – porywczo zawołał młody człowiek – ja! ja! – powtórzył – zaręczam panu, że są to pozostałości czasów minionych, wstrzymujące pochód ludzkości i które ludzkość…

– Juleczku! – zawołała nagle pani Aniela – co téż ty mówisz? Są to przecież ludzie możni i tacy rozumni…

Tu i pan Marcelli powoli mówić zaczął:

– Rzeczywiście! rzeczywiście! ja sam widuję czasem wielkich panów, przychodzących do biura z interesami. Niektórzy z nich są bardzo grzeczni, a przytém tak im jakoś łatwo o wszystkiém mówić, z każdym się obejść….

Julek uśmiechnął się wzgardliwie i zwrócił się do ojca:

– I ojcu nigdy nie przyszło na myśl, że różnice, zachodzące pomiędzy położeniem ich i ojca, są krzyczącą niesprawiedliwością?

Pan Marcelli ze zdziwieniem popatrzał na syna, a gdy nakoniec wyrozumiał myśl jego, wzruszył zwolna ramionami i odpowiedział:

– Nigdy nie zazdrościłem nikomu….

– Zazdrościć – z gestem przerażenia zawołała pani Aniela! – Juleczku! jak można przypuszczać, aby ojciec twój pożądał cudzego dobra?

Z odcieniem niecierpliwości, doznawanéj zwykle przez ludzi, którzy czują się niezrozumianymi, syn odrzucił:

– Ależ, moja mamo! co to jest: cudze dobro? Ziemia jest wspólną własnością… Ale, po co ja o tém mam tu mówić? Tu nikt nie rozumié rzeczy takich, ani się niemi zajmuje. Ojciec i mama spleśnieliście w swojém ciasném, mieszczańskiém życiu i, aby zrozumieć nowy świat i nowych ludzi, braknie wam już siły…

Pani Aniela szeroko otworzyła oczy i usta; pan Marcelli spojrzał na syna i, ze wzrokiem wlepionym znowu w talerz z cicha wymówił:

– Nie powiedziałeś mi nic nowego… wiem o tém dawno, że jestem ciemny i głupi… wolałbym jednak, abyś ty mi tego nie mówił….

Otockiego oczy błysnęły, jak stal.

– Niepięknie – rzekł półgłosem – niepięknie jest i niedobrze w sposób ten do rodziców mówić!

Julek ściągnął brwi. Wyraz twarzy jego stał się srogim i ponurym, a postawa wyglądała pełną obrazy.

– Gdzie idzie o prawdę – wyrzekł niechętnie – tam niepowinno być względów żadnych…. Rodziców oświecać należy tak samo, jak innych ludzi….

Otocki był wzburzony.

– Tylko, że oświecanie to zapóźno już przybywa! – zawołał. – Niemłodzi są, zmęczeni, spracowani…. korzystać długo z lekcyi syna nie będą!…

Pan Marcelli wstał nagle i ruchem, niepospolicie u niego żywym, wyciągnął rękę ku Otwockiemu.

– Prawdę pan powiedziałeś! – rzekł – niedługo… bo i pocóż?

Spojrzał na żonę, któréj silne rumieńce zbladły jakoś w téj chwili, a zwiędłe usta drżały.

– No, no! – rzekł powoli – nie martw się tylko, Anielciu! On nie przez złe serce… tak sobie… młode piwko….

– Ależ przepraszam! – zawołał Julek, – zapomniałem, że tu z każdém słowem liczyć się trzeba… Przywykłem już do innego życia…. przepraszam! Rodzicom ubliżyć nie chciałem…. pocóż komukolwiek ubliżać?

Pani Aniela, płacząc, rzuciła się na szyję syna.

– Myśmy cię zawsze tak kochali!… ojciec tak myślał zawsze o twojéj przyszłości!…. Co my na świecie mamy, oprócz ciebie?

W objęciu matczyném zmiękł i złagodniał. Pocałował matkę w rękę i, jakby pragnąc zakończyć scenę, która go nudziła, mówić zaczął o czém inném. Z pewną przesadą zwrócił rozmowę ku najbłahszym i najpowszedniejszym przedmiotom. Opowiadał o śniegach, które zeszłéj zimy w obfitości wielkiéj spadły na stolicę, i o używanym tam sposobie jeżdżenia saniami.

Otocki pierwszy zerwał się od stołu, pochwycił czapkę z galonem i, czule uścisnąwszy wnuczkę, a wszystkich śpiesznie pożegnawszy, wybiegł.

Wkrótce potém pan Marcelli wysunął się do sypialni, a pani Aniela wyszła do miasta po bułki i mleko do herbaty; Julek i Lusia zostali sami. Stali chwilę u okna, u tego samego okna, przy którém siadywali przez długie lata dzieciństwa swego, przytłoczeni duszném powietrzem ciasnego mieszkania, znudzeni żółtemi jego ścianami, podobni do dwóch ptaków o nastrzępionych piórach, które przez szczeliny klatki swéj wyglądają na świat, dojrzéć go nie mogąc, i Bóg wié, jakie dziwy o nim sobie roją. Teraz, jakże zmienionymi byli oboje! On kipiał cały życiem, energią i zuchwałą śmiałością. Chwilami chmurny i ponury, wydawał się przecież uosobieniem młodzieńczéj nadziei i nieograniczonéj ufności w obietnice świata i siły. Ona, szczupła i drobna, w kształtach swych i ruchach miała słabowity wdzięk kwiatów, urodzonych pod chmurném niebem i już w chwili rozkwitu przywiędłych. Bladość, okrywająca drobne jéj rysy, zabarwioną była żółtym odcieniem, przy którym ostro odbijały lnianopłowe włosy, jednym grubym splotem owijające małą jéj głowę. Wśród bladości téj i pod tym jasnym warkoczem, ciemne jéj oczy płonęły przytłumionym blaskiem; uśmiechała się rzadko, a w zarysie bladawych warg jéj tkwił rozmarzony, nieledwie extatyczny wyraz. W ogóle znać w niéj było jednę z organizacyj tych, które, wytwarzane przez pewne właściwości czasu i miejsca, krew mają bladą, a jednak wrzącą pod smagającym ją biczem wyobraźni, muskuły zanikające pod niszczącym wpływem nerwów, drgających konwulsyjnie pod wpływem najlżejszego choćby wrażenia. Lekarz i psycholog na widok jéj zawołaliby zarówno: ratunku dla istoty téj ze zwichniętą równowagą władz ciała i ducha! dla harfy téj, któréj struny jedne śpiewają zbyt głośno, a inne śpią w niemém milczeniu!

Śmiało i badawczo patrzała w twarz towarzysza swego i ze szczupłemi ramiony, skrzyżowanemi u piersi, zwolna, zcicha mówić mu zaczęła, jak bardzo szczęśliwą czuje się tém, że tu przybył, że o mnóztwo rzeczy zapytać go nakoniec może i powierzyć mu tysiąc myśli, które przychodzą jéj do głowy, a o których mówić nie ma tu przed kim.

On usiadł, jak mógł, najwygodniéj, na twardém rodzicielskiém krzesełku, drugie umieścił w ten sposób, aby na niém w całéj długości nogi swe módz rozciągnąć, i w postawie téj, zaniedbania pełnéj, papierosa paląc, patrzał na nią przyjaźnie, lecz więcéj jeszcze ciekawie.

– Biednaś ty! – zaczął, gdy mówić przestała. – Istotnie to biéda siedzieć w tych ciasnych, żółtych ścianach, pomiędzy tymi ograniczonymi i wpółumarłymi ludźmi, kiedy świat szeroki tak piękny i bogaty, tak pełen ruchu, życia, przyjemności rozmaitych, ha! i myśli także, i usiłowań, aby te wszystkie piękności i przyjemności w jak największéj summie osiągnąć, i jak najszerzéj ich użyć….

Zarumienił się gorąco.

– Pamiętasz – ciągnął – nasze nocne czytania i dysputy, tam, w kuchni? Pamiętasz, jakeśmy sobie łamali głowy nad różnemi rzeczami? Ja aż zgrzytałem zębami, a ty aż płakałaś z żalu i z gniewu nad tém, że jesteśmy tacy osamotnieni, że nikt nam w labiryncie tym ręki nie podaje, i do prawdy, do wiedzy nie wiedzie? Otóż wiesz, po roku, przeżytym śród innego świata, innych ludzi, ja nie szukam już, nie walczę i nie skarżę się na samotność. Rok ten wydaje mi się wiekiem, który mię od przeszłości oddzielił. Znalazłem prawdę, ha! sto prawd, wspaniałych i pięknych jak marzenie; wiem wszystko, rozumiem wszystko, otrząsnąłem się z pleśni przesądów i głupich urojeń, znienawidziłem do reszty ten stary świat, pełny niesprawiedliwości i głupstwa… jestem człowiekiem nowym!….

W miarę, jak mówił, Lusia coraz głębiéj wlepiała wzrok w ożywioną twarz jego.

– Szczęśliwy! szczęśliwy! – zawołała z namiętném uniesieniem i, rozplótłszy ramiona, obie dłonie do czoła podniosła.

Julek ochłonął już i, zarzucając stopy aż na poręcz krzesła, a niby grzywą wstrząsając długiemi włosy, zapytał:

– A tyż? co z sobą uczynić zamierzasz? gdzie i jak żyć będziesz?

Lusia spochmurniała i z wolna opuściła się na krzesło.

– Albo ja wiem? – szepnęła – attestat skończenia nauk mam… jakich tam nauk! ty wiesz… Ale lekcye języków i innych tam rzeczy dawać mogę i pewnie będę.

Julek patrzał na nią z ironią i wstrząsnął głową z politowaniem.

– I cóż daléj – zapytał.

Wzruszyła ramionami.

– A cóż – nic…

– Nic daléj! Posiwiejesz, lekcye dając. To wesoło! Ale… jaka z tego korzyść wyniknie?

– Kawałek chleba dla dziadka i dla mnie – odpowiedziała chmurnie i ze spuszczonemi oczyma.

– Kawałek chleba, do którego nawet masła nie będzie. To wiele! No, a dla ogółu, to jest dla ludzkości, dla idei, dla postępu, co?

 

Lusia kurczowo splotła dłonie i zaledwie dosłyszalnie szepnęła:

– Nic.

On za to zaśmiał się głośno, rubasznie i pogardliwie:

– Otóż to, – zaczął po chwili – mieszczańskie szczęście wasze!… skończyć pensyą, włożyć długą suknię, chodzić od domu do domu, aby różnych bzdurstw nauczać dzieciaki, potém wyjść za mąż, za jakiego np. kancellistę, który codzień o jednéj godzinie chodzić będzie do biura, spać i jeść, a tobie każe przez całe życie gotować obiady i wieczorami łatać starą bieliznę… Szczytne marzenia i wielki doprawdy plan życia!…

Lusia rumieniła się i bladła z kolei.

Julek, po chwili szyderczego patrzania w spłonioną jéj twarz, mówił daléj:

– A może… może zdarzy ci się wyjść za mąż bogato… niebrzydką jesteś… owszem, ładną nawet jesteś… i tegobym ci najwięcéj powinszował; bo jeźli zmarnujesz się dla ludzkości, to choć sama odżyjesz… Ale ja ciebie znam… ty bogatego męża łapać sobie nie będziesz… lada dzień spotkasz gdziekolwiek, na ulicy, w kościele, w jakich żółtych ścianach, młodzieńca, obdarzonego przez naturę ładnemi wąsikami i talentem do zawracania głów dziewczętom, zakochasz się w nim, on się w tobie zakocha, ksiądz zwiąże wam ręce stułą i zacznie… zacznie się dla was to, jak je tu nazywacie, rodzinne życie, pełne garnków, kołysek, kłótni… i pracy téj, co w oczach naszych, w oczach nowych ludzi, jest samolubném i daremném marnowaniem sił i czasu…

Tu umilkł, bo Lusia pochwyciła obie jego ręce.

– Julku, – zawołała, – nie szydź ty ze mnie, nie pomiataj tak moją przyszłością… ja na to nie zasługuję! Byłam towarzyszką twoich prac i myśli dziecinnych; czuję, że i teraz godną jestem, abyś mówił do mnie na seryo i dzielił ze mną wiedzę swoję… A wierz mi, ja niczego nie pragnę, tylko uczyć się, wiedzieć… ach, wiedzieć wszystko i żyć wzniośle, żyć wszystkiemi siłami, które czuję w sobie… Wiesz? Przez ten rok, gdy ciebie tu nie było, uczyłam się jak mogłam i czego mogłam, czytałam, myślałam… Nie mając z kim rozmawiać tak, jak z tobą tylko rozmawiałam, noce całe leżałam nieraz, nie śpiąc i patrząc w ciemności, na tle których zjawiały mi się dziwne obrazy…. ale nie takie, nie takie, o jakich tylko co mówiłeś… Widywałam walki jakieś krwawe, potężne, wiedzione przez rycerzy, którzy mieli sztandary z wypisanemi na nich wielkiemi słowy; widywałam jakieś tłumy blade i znędzniałe, wyciągające ręce ku niebu, na którém powoli, powoli rozpalało się ogromne słońce, z wyrazem: sprawiedliwość, na łonie; widywałam stos jakiś gorejący, jakby ten, na którym umierali: Joanna d’Arc, Giordano Bruno i inni, i siebie na stos ten wstępującą, a taką szczęśliwą, jaką nie czułam się nigdy, nigdy… Julku, ja nie chcę, ja nie mogę kucharką być, ani próżniaczką… łatać łachmanów ubóztwa, ani zjadać chleba bogactwa niezapracowanego i niedzielonego z tymi, którzy biedni… głodni!… Za mąż iść? nie myślałam nigdy o tém, i nigdy téż, nigdy nie będę wykręcać się przed lustrem, jak te głupie dziewczyny, koleżanki moje, którym to tylko w głowie i na sercu… Ani ja młodych ludzi kokietować, jak one, nie umiem… Patrzę na nich, ot, tak samo zupełnie, jak na te żółte ściany, bo są oni tak samo szpetni i tak samo nudni… Ja chcę uczyć się, wiedzieć, żyć…. nie tak, jak wszyscy żyją, ale wyżéj jakoś, wyżéj, goręceéj i – umrzeć choćby młoda, choćby męczeńską śmiercią, ale za kogoś drogiego… za coś wielkiego!…

Dalej mówić nie mogła, bo zabrakło jéj oddechu. Zdyszana i cała drżąca wznosiła w górę oczy rozgorzałe i topiące się w łzach. Julek patrzał na nią długo ze zdziwieniem i zachwyceniem zarazem.

Nagle zawołał:

– Ależ śliczna jesteś na prawdę! No, no! pierwszy raz spostrzegłem, że masz takie cudne, ogniste oczy i w całéj sobie cóś… cóś takiego…

Nie dokończył. Nie umiał określić nazwą żadną czaru tego, którym w téj chwili oblała się przed nim postać téj dziewczyny. Nie pochodził przecież czar ten z czego innego, tylko z niezmiernego zapału jéj, który ją całą napełniał i jakby podnosił, a był tém gwałtowniéjszy, że cele, ku którym wzbierał, były nieokreślone, że, jak istnieje w świecie naiwna wiara i miłość, tak w niéj istniały naiwne, przedmiotów swych nieświadome, pragnienia. Nie mógł przecież nie rozumieć, że u samego źródła swego pragnienia te były szlachetne. To téż po chwili dodał:

– I nie tylko śliczną jesteś, ale także rozumną i pełną dobrych chęci dziewczyną!

Ona przecież obojętnie przyjęła pochwały jego. Nie przyjmowała nawet, bo nie słyszała ich wcale.

– Julku! – mówiła ze złożonemi dłońmi i prośbą w oczach, – mów, mów mi o wszystkiém, ucz mię, kieruj mną… tyś taki rozumny, tyś tyle już nauczył się, widział, żył…

Zamyślił się na chwilę. Uśmiech głębokiego zadowolenia igrał na ładnéj jego twarzy. Czuł, że stawał się, po raz pierwszy w życiu, mistrzem czyimś, że rozpoczynał czynność apostolską i propagatorską, o któréj zaszczytach i potrzebie tyle słyszał, ku któréj czuł pociąg wielki, która zadawalniała i dumę jego, i to, co mienił przekonaniami swemi.

– Pocóż więc, – rzekł, – prawiłaś mi o jakichś lekcyach, które dawać będziesz, i o jakimś kawałku chleba dla siebie i dziada?

Patrząc w ziemię, odpowiedziała:

– Cóż? jestem biedną i mam dla dziadka obowiązki.

– Obowiązki! – przerwał Julek i zaśmiał się znowu głośno i wzgardliwie. Zarazem zdjął nogi z poręczy krzesła, wyprostował się i, wstrząsając długiemi włosami, zawołał:

– O moja droga! jeżeli takiemi są wyobrażenia i przekonania twoje, radzę ci jak najprędzéj starać się o lekcye, a zarazem rozpocząć studya osoby swéj przed lustrem…

Lusia była przelęknioną i zawstydzoną bardzo.

– Julku! – zaczęła cicho i prędko, – dziadek był dla mnie bardzo dobry, wyhodował mię, pracował na mnie; gdy zestarzeje i pracować przestanie, czyż nie będzie obowiązkiem moim…

– Daj pokój! – przerwał z wyższością w głosie i postawie, – daj pokój, bo aż mię uszy bolą… Czyż nie rozumiesz, że mówiąc o obowiązkach względem niedołężnego i na nic światu niepotrzebnego starca, powtarzasz pacierz za panią matką a zapominasz o tych wielkich i rzeczywistych obowiązkach, które każdy z nas, ludzi nowych, ma dla ludzkości… Ludzkość – to idea, rozumiesz? to miliony, to ogół! cóż wobec niéj znaczy jednostka i to jeszcze taka?… Pragniesz żyć wzniośle i choćby umrzeć za coś wielkiego, a mówisz o oddaniu całéj siebie dla spełnienia obowiązku względem jednostki… Niema w tém sensu, moja droga; jesteś jeszcze pod wpływem przesądów i przestarzałych wyobrażeń… Zrozumiesz to wkrótce sama; a teraz, chodź na spacer! Wieczór piękny, przejdziemy się, a czasu nie stracimy; bo w drodze opowiem ci wytłómaczę wiele ciekawych rzeczy.

Poszli i w téj już pierwszéj wspólnéj przechadzce zwrócili na siebie uwagę ulicznych przechodniów. Długie włosy Julka, rozsypujące się po kołnierzu paltota, a także niedbałość ruchów jego i wyzywająca wzgardliwość, z jaką rozglądał się dokoła, nadawały mu pozór człowieka niespełna przytomnego, albo awanturnika, szukającego zaczepki. Lusia znowu, ażeby towarzyszowi swemu dowieść, jak bardzo nie dbała o strój i powierzchowne swe wyglądanie, zamiast kapelusza, zawiązała na głowę jakąś zmiętą chusteczkę, rąk nie okryła rękawiczkami i pozwoliła warkoczom swym swobodnie spływać na plecy i piersi. Od młodéj i pięknéj pary téj wiały w téj chwili: nieporządek i lekceważące pomiatanie wszystkiém, co ją otaczało. Ludzie téż oglądali się za nimi, niektórzy przecież bez zadziwienia. Byli to ci, którzy podobnych do Julka młodzieńców widywali już nieraz i wiedzieli, zkąd młodzieńcy Onwilscy przywożą długie swe włosy i wzgardliwe postacie, surowe czoła, a pod niemi zbyt błyszczące oczy… Julka, zajęcie, które spostrzegł pośród publiczności onwilskiéj, cieszyło i bawiło; ale Lusia nie widziała dokoła siebie nic i nikogo. Wszystkie władze jéj istoty zbiegły się w organie słuchu. Julek przez cały czas przechadzki mówił do niéj o czémś, z zapałem i ironią, naprzemian, z szerokiemi gestami, niekiedy szeptem, pełnym namaszczenia i tajemniczości…

Od dnia tego codziennie odbywali długie przechadzki we dwojgu. Najczęściéj, aby módz swobodnie rozmawiać, wychodzili za miasto. Szli prosto przed siebie, wstępowali na śliczne wzgórza, otaczające Onwil; deptali łąki, z nad których wzbijał się mocny zapach skoszonych traw; mijali pola, płynące złotą falą dojrzałych zbóż; przesuwali się pod cieniem sosnowych borów, albo towarzyszyli szemrzącym, spokojnym, błękitnym falom rzeki. Lecz dla natury, która, gdy tylko wyszli z opylonych i skwarnych ulic miasta, otaczała ich wielkiém kołem piękności swych i ukojeń, – ślepi oni byli i głusi. Kwiaty, które deptali, ptaki, które śpiewały nad ich głowami, złote kłosy kłoniące się niby do stóp zachodzącemu słońcu, i samo to topienie się światła dziennego w morzu purpury i złota, widywali oni dotąd tylko na kartach książek, które przedstawiały je w opisach lub niedołężnych rysunkach. Umieli oni to wszystko, lecz nic z tego nie znali i – nie kochali, nic téż z tego nie wywierało na nich oświeżających i kojących wpływów. Dzieci prawie, mijali kwiaty i ptaki i malownicze widoki, z powagą i obojętnością mędrców, lub mężów stanu, którzy, losy świata w głowach swych ważąc, lub na barkach niosąc, ku drobiazgom życia i natury, najczarowniéjszym choćby lub najbardziéj nauczającym, zniżać się nie chcą i nie umieją. I w istocie, dla wszystkiego, co powszedniém było, nie okazałem, nie wabiącem wzroku i wyobraźni wyniosłością szczytów swych lub jaskrawością barw, Julek wyznawał pogardę bezwzględną. O zajęciach i pracach codziennych, jednostki tylko ludzkie na celu mających, zarówno jak o cnotach i poświęceniach cichych, wykonywających się w obrębie ścian domowych i kółek rodzinnych, mawiał: dzieciństwa! Przestrzeń wszelką, ograniczoną do jednéj okolicy jakiéjś, do jednego kraju, nazywał: zakątem, parafią, albo nawet więzieniem. Zdawało się, że wciąż i z siły całéj wytężał władze wzroku i myśl, aby módz niemi od krańca do krańca całą kulę ziemską ogarnąć i, pomijając stopnie wszystkie, najwyższych szczytów pojęć i pragnień ludzkich dosięgnąć. Wahania się wszelkiego i stopniowania, ważenia idei na szalach rozwagi i przymierzania ich do niezliczonych kantów i załamań rzeczywistości, nie używał nigdy. Po prostu nie przychodziły mu one na myśl, nie znał ich, nie rozumiał i – nie chciał. O wszystkiém wiedział na pewno, wszystko rozstrzygał stanowczo, do najostateczniéjszego końca, z absolutyzmem wiary, nieznającéj zwątpienia, i doskonale z siebie saméj zadowolonéj wiedzy. W osobistych ambicyach swych i marzeniach, zarówno jak w ogólnych, nie ograniczał się na rzeczach małych lub chociażby miernych. Stałe, prawidłowe pełnienie społecznéj funkcyi jakiéjś nazywał niewolnictwem i daremném marnowaniem sił. Czuł się powołanym do działań na szeroką skalę, do missyj apostolskich, mających na celu zbawienie, lub co najmniéj reformowanie ludzkości; do czynów rozgłośnych, jak pioruny, świetnych jak błyskawice, przed któremi, jak przed temi potężnemi zjawiskami przyrody, ludzie musieliby upaść na klęczki, zdumieni, wielbiący, pokorni. Gdy mówił o przyszłém stanowisku swém społeczném, marzył głośno o hołdzie powszechnym i zarazem o olbrzymiéj radości, płynącéj z uszczęśliwienia milionów. Zarówno namiętnie i szczerze pragnął szczęścia dla ludzkości i chwały dla siebie; obok zaś chwały purpurowéj, przed wyobraźnią jego zawsze i nieprzeparcie zjawiało się złote – nie żadne inne. O srebrnym dostatku, ani tém bardziéj o miedzianéj biedzie, nie mógł myśleć dla innych bez litości, dla siebie – bez obrzydzenia. Snuły mu się wciąż po głowie marmurowe pałace, lukullusowe uczty, błyskawiczne jazdy i wszelkie możliwe wytworności przemysłu i sztuki, na które przez rok ubiegły napatrzył się był, lub o których był się nasłuchał w stolicy.

Samotnie używać wszystkich tych wyrafinowanych rozkoszy ciała i ducha Julek nie chciał; samotne używanie takie odrzuciłby od siebie z oburzeniem. Pragnął, ażeby ludzkość cała, caluteńka, używać ich mogła z nim włącznie, i wierzył mocno, niezłomnie, iż byłoby to rzeczą możliwą, gdyby na zawadzie temu nie stali ci i owi, to i owo… Czuł się skrzywdzonym, w ludzkości i w sobie, dla ludzkości i dla siebie; mówiąc o ludzkości, mówił o sobie – i nawzajem. Łzy nabiegały mu do oczu, gdy patrzał na ludzi pracujących znojnie, w ubraniu ubogiém i ze znużonemi twarzami; ściskał pięści z wściekłością, ilekroć mówił lub myślał o téj olbrzymiéj przestrzeni, która byt jego oddzielała od bytu bogaczy i potężnych świata tego. Widma powszechnego i osobistego szczęścia i użycia ścigały go wszędzie, upajały mózg jego, łechtały fantazyą i w drżenie wprawiały nerwy, a tak ściśle z sobą złączone były, że rozpoznać i rozdzielić ich nie mógł.

Szczerym był, szczerym przed towarzyszką swą i przed samym sobą, aż do najostateczniéjszych głębin myśli i uczucia. Dobra wiara jego skażoną nie była najmniéjszym cieniem udawania, lub choćby wewnętrznéj i mimowolnéj niejako obłudy. Szczerość téż ta rozpalała mu źrenice ogniem namiętnym, brwi ściągała w zmarszczki groźne i ponure, albo w uśmiechu i dźwiękach głosu odbijała się słodyczą czarownych nadziei. Wtedy Lusia na czole jego spostrzegała piętno geniuszu i niezwykłych przeznaczeń, w mowie słyszała potęgę wiary mocnéj i pragnień namiętnych, patrzała mu w twarz z podziwem, słuchała go chciwie, i korna, wdzięczna, zachwycona, chłonęła w siebie wszystko, czém poił ją i karmił, pożądała najdoskonalszego zjednoczenia się z nim w wierze, wiedzy i dążeniach. Zawsze, od najwcześniéjszego dzieciństwa swego, czuła ona potrzebę skrzydeł dla myśli swych i uczuć. Niegdyś, w izdebce dziadka szwajcara, skrzydła te wyrastać jéj zaczęły; lecz, niewzmacniane, zaniedbane, przy zetknięciu się ze szpargałami, czytanemi w kuchence, – odpadły. A nie należała do rzędu tych, którzy bez skrzydeł, więc bez wielkiéj miłości jakiéjś i myśli, żyć i czuć się szczęśliwymi mogą. Teraz miała już to, czego potrzebowanie nurtowało ją do dna głuchém cierpieniem i dolegliwą nudą. Dowiadywała się nakoniec, jakim był świat ten, a jakim być może i powinien? czego trzeba do szczęścia ludzkości? i że zdobywanie szczęścia tego ma być zadaniem i szczęściem jéj życia. Naturalnie, dawanie lekcyj, w celu zdobycia powszedniego bytu dla siebie i starego dziadka, wydawało się jéj teraz mroczną jakąś, ciasną, błotnistą niziną. Całą istotę jéj coraz potężniéj i rozkoszniéj rozpierały wołania: na szczyty! na szczyty! w płomienie ofiarne! w jak najszerszą, swobodną, swobodną przestrzeń!… A gwar i ruch stołeczny, starcia się zdań i sądów w poufałych a mądrych i uczonych kołach, a na każdym kroku spotykanie tam sposobności nauczania i nawracania, a przez to i uszczęśliwiania kogoś!… Dziewczyna zasłaniała dłonią oczy olśnione i wołała: to raj! a gdy potém, ze szczytu wzgórza, spojrzeniem ogarniała miasto rodzinne, niby w całun, w bolesne swe losy spowite, odwracała wzrok i szeptała: to grób!

 

Szli obok siebie ścieżką, okrążającą malownicze wzgórze, i podniesionemi głosami rozprawiali o najtrudniéjszych przedmiotach myśli i badań ludzkich; stawali nad brzegiem rzeki i błękitnym jéj falom rzucali najwspanialsze imiona i najśmielsze hasła ludzkości; na mchach leśnych lub polnych kamieniach siedząc, a dumnie podnosząc odkryte swe głowy, rozwiązywali najzawikłańsze zagadnienia, godzili najjaskrawsze sprzeczności, formułowali sądy i wyroki, nad których bezwzględnością zadumał-by się długo najbardziéj fanatyczny z dotychczasowych poprawiaczy świata. Zgładzili oni przedewszystkiém wszelkie a wszelkie różnice, zachodzące w losach, mieniu i dostojeństwie ludzi pojedyńczych; potém przystąpili do różnic tych, które zachodzą pomiędzy nie ludźmi już, lecz ludami; a drzewa, okryte nieprzeniknioną gęstwiną liści, z których żaden podobnym nie był do drugiego, dowiedziały się z ust ich, że powinien być, a zatém, w skutek ich starań, i będzie wkrótce, na ziemi, jeden dla wszystkich ludów język i obyczaj, jedno zadanie i prawo… I wobec ptaków, ścielących gniazda swe i troskliwie roztaczających skrzydła nad bezbronnością piskląt, rozwiązywali raz na zawsze węzeł ten ludzkiego żywota, który się zwie rodziną; a patrząc na robaka, który pełzać musi, na kwiat, którego korona wzbić się nie może nad wzrost swéj łodygi, i na drobne owady, które spójnym słupem unoszą się w powietrze, – mówili o niczém nieograniczonéj, żadném prawem i żadną spójnością nie krępowanéj, swobodzie człowieka…

Do wiatrów lecących nad rodzinnemi ich polami wołali w uniesieniu bez granic:

– Niema Greka, ani Żyda!

Przypatrując się tłustym, rumianym wieśniaczkom, które z głośnemi śmiechy, uderzając się wzajem w plecy silnemi pięściami, wiązały zboże w snopy, wzdychali żałośnie, potém wydawali tryumfalne okrzyki:

– Nie będzie pracy ciężkiéj, cierpienia i znoju!

Innym razem, wiotka, blada dziewczyna, srebrnym głosikiem swym budziła sąsiednie echa, wołając:

– Niéma mężczyzny, ani kobiéty!

Z przechadzek tych Lusia wracała rozpromieniona, różowa, z żywością ruchów, nigdy przedtém u niéj nie widywaną. Czasem bez przyczyny ręce jéj drżały i gwałtowne rumieńce tryskały na twarz. Wyglądała tak zupełnie, jak wyglądają zazwyczaj dziewczyny zakochane. W całém téż szczupłém kole jéj znajomych szeptano, że zakochaną była w przystojnym tym chłopcu, który codziennie wyprowadzał ją na długie zamiejskie przechadzki. Ona jednak nie słyszała tego i, gdy był nieobecnym, myśląc o nim, widziała pod powiekami obraz jego, spowity w olśniewającą jasność i zawieszony pod samém gdzieś słońcem. Głośno i w myśli swéj nazywała go: mistrzem. Czasem, gdy była samotną, siadywała długo z zamkniętemi oczyma i w tył odrzuconą głową. Na tle żółtéj ściany, albo pstrego okrycia kanapy, blada jéj twarz zarysowywała się w liniach rozwiewnéj niemal delikatności i nieskończonéj słodyczy. Ciemne rzęsy jéj rzucały na przezroczyste policzki długie zadumane cienie, a drobne usta roztwierały się zachwyconym uśmiechem. Widywała wtedy rzeczy czarowne. Długim szeregiem ciągnęły podówczas ku niéj i otaczały ją postacie wspaniałe, w szatach z kryształu i srebra, z koronami z dyamentów lub płomiennemi zwojami u skroni.

Zkąd przybywały one?

Kędyś, kędyś, za gorzkiem morzem, za gęstym lasem, za grubym wałem chmur, za rzęsistym deszczem strzał, waży się na skrzydłach z błyskawic szereg ogromnych idei ludzkości. Aby dojść do nich i skrzydła ich o jeden cal choćby ku ziemi przybliżyć, trzeba rozbić chmury niewiedzy, zrąbać las przeszkód, wypić morze zwątpień, wziąć w siebie strzały bolów. Tu i owdzie znajdują się dość silni, dość mężni i dość wytrwali, aby to czynić, i są to dobroczyńcy ludzkości. Lecz ku rozmarzonéj dziewczynie téj, zarówno jak ku zuchwałemu jéj towarzyszowi, dolatywały tylko błyski ważących się w oddali idei, a w błyskach tych widzieli oni odbite ich widma. Linie widm były mętne, porwane, lecz dla tego właśnie nie było w nich nic twardego, ani ostrego. Były one rozwiewne i lekkie, i dla tego wydawały się do ujęcia łatwemi; a taka biła z nich jasność, że znikały w niéj wszystkie skazy ich i próżnie.

Z extatycznéj zadumy budził najczęściéj Lusię głos Julka. Wtedy zwracała się ona ku niemu, i rozmowę z nim, do któréj skorą zawsze była, zaczynała od słów:

– Julku, my ludzie trzeźwi…

On zwykł był mawiać o niéj i o sobie:

– My realiści…

Tak przeżyli parę miesięcy letnich, a w miarę, jak zbliżał się dzień odjazdu Julka, Lusia stawała się coraz posępniejszą i w głębi duszy niemal zrozpaczoną.

– Pojedziesz, – mówiła, – i będziesz tam bezemnie działał i cierpiał!…

– Będę w całéj pełni używał życia! – W jéj dykcyonarzu nie było wyrazu: użycie. Jedyny to był wyraz, który z ust jego do jéj myśli nie przeszedł. Natomiast mawiała często o cierpieniu.

– Pragnę cierpieć, – powtarzała coraz częściéj, – byleby za ideę naszę, byleby z tobą i ze wszystkimi nowymi ludźmi!

– Cierpiéć! po cóż cierpiéć? Cierpienie nie powinno całkiem istnieć na ziemi, ani dla mnie, ani dla nikogo….

– Jednak, – w zamyśleniu szeptała Lusia, – ja czuję, że cierpienie może być szczęściem, że poświęcić się, choćby na męki za coś drogiego i wielkiego, byłoby rozkoszą większą, niż używać bogactw i sławy….

Julek odpowiadał:

– Mówisz tak, bo nie znasz ani bogactwa, ani sławy… ja widziałem je z blizka i wiem, że bez nadziei przynajmniéj ich żyć nie warto.

Wstrząsała przecząco głową. Były to jedyne ich sprzeczki.

Raz patrzał na nią długo rozpłomienionemi oczyma, aż nagle, z gniewnym wybuchem głosu, zapytał:

– Cóż? czy doprawdy zostać myślisz w téj ciemnicy i zgnić w niéj sobie powoli?

Pomimo usiłowań powstrzymania łez, wybuchnęła płaczem.

– E! – zawołał, – nudna jesteś! na nic więcéj zdobyć się nie możesz, tylko na babskie szlochy. Ja łez nie cierpię, bo sprawiają mi przykrość! Czynu trzeba, moja droga, woli, energii, czynu!….