Za darmo

W grobie etruskim

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z drwiącym uśmiechem gminnych przypuszczeń tych wysłuchał Flaminus i, do orszaku swego obrócony, zawołał:

– Pochodni!

Potem dodał:

– Skrybi i greccy lektorowie moi – do mnie!

A gdy przywołani zbliżyli się, z oczyma błyszczącemi mówił:

– Płonę od ciekawości zbadania tej czeluści podziemnej. Może mi ona skarby czy piękności jeszcze nieznane ukaże.

– Słusznem jest, najjaśniejszy, – jeden ze skrybów zauważył, – aby ziemia dla największego z synów swych tajemnic nie miała.

Uczony Grek zaś dodał:

– Jedni tylko Grecy dotąd niebu i ziemi tajemnice ich wydzierali. Słusznie, o Flaminie, ulubieńcem ojczyzny mojej zostałeś, boś mądry, ciekawy i śmiały.

Nieśmiałości Flaminus nie znał i od ciekawości płonęło mu oblicze, gdy pod uderzeniami młotów pękły drzwi cudnie z metalu wykute, a on z pochodnią w ręku przestąpił próg podziemia.

Jednak, zaledwie go przestąpił, zadrżał, zbladł, pochodnia wypadła mu z ręki.

– Co to? – Zawołał – Widzieliście? Co to było? Widziadło piekielne, szybko jak błyskawica zgasłe? czy zmysłów omam, przez rozgniewane genjusze rzucony? Widzieliście? Co to było? Mówcie!

Widzieli wszyscy, lecz nikt nic nie mówił, bo nikt nie wiedział, czem mogło być to, co jak błyskawica pole widzenia ich przerznęło i – znikło. Stali bladzi i drżący, z nogami, zrywającemi się do ucieczki, lecz nie śmiącemi uciekać, skoro nie uciekał Pan.

Blask kilku pochodni oświetlił był komnatę niedużą, kunsztownie sklepioną, wspaniałych ozdób pełną i w jej środku, na wysokim sarkofagu rozciągniętą postać męża, doskonale wypukłą i wyraźną, wspaniałą, w bogate szaty obleczoną, z profilem orlim, brodą długą i złotym ogromnym wieńcem na czarnych falach włosów. Przysiądzby można, że piękny i silny mąż ten, w pełni zdrowia na tem wysokiem łożu wczoraj zaledwie do snu się położył i że jest jednym z tych, za którymi kornie i karnie płyną łańcuchy ludzi nieścignione.

Lecz zaledwie na tę uśpioną, wielką postać upadł blask pochodni i ogarnął ją dech wstępującego tu razem z tym blaskiem powietrza, gdy nagle, w jednym mgnieniu błyskawicznem zniknęła i u szczytu sarkofagu leżała już tylko rozsypana garść szarego prochu. Tylko ogromny złoty wieniec znaczył miejsce, na którem przed mgnieniem oka, w falach długich włosów leżała głowa z profilem dumnego zdobywcy.

Przez krótką tylko chwilę Flaminus mógł doświadczać trwogi i wahania. Wnet na lektorów i skrybów skinął, aby szli za nim i sam ku sarkofagowi postąpił.

– Dlaczego, – mówił, – mąż ten silny i piękny tak szybko z przed oczu nam zniknął, nie wiem, i wolę Bogów lub tajemnicze działanie natury w tem upatruję. Lecz to mgnienie oka, przez które go ujrzałem, wystarczyło, aby cześć moją dla niego obudzić i płonę żądzą dowiedzenia się, kim był, co uczynił i jak brzmiało imię jego.

Na ogromnym wieńcu złotym, w którym róże i laury wdzięczne mieszały się z postaciami genjuszów zwycięstwa i sławy, szukał wyrytych zgłosek imienia. Był to wieniec triumfalny, widział to dobrze, a na wieńcach takich musi znajdować się imię triumfatora. Znajduje się też wyryte u stóp genjusza sławy, spostrzega je Flaminus, wzrok wytęża, wyczytać usiłuje, aż po chwili ku orszakowi swemu obrócony, z wahaniem mówi: