3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Marta

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Znać pora jęków głośnych i płaczu nie wstydzącego się oczu ludzkich nie przyszła jeszcze dla niej, duma jej człowiecza nie była jeszcze złamana ani siły starganymi. Wszak stała ona u początku dopiero kalwaryjskiej swej drogi, dwie stacje jej tylko przebyła, dwa razy tylko płonęła wewnętrznym wstydem, zadrżała do głębi w poczuciu własnej nieudolności.

Posiadała jeszcze dość sił, aby dumą i wolą powściągać wybuchy własnych uczuć; nie posiadała dość znajomości samej siebie, aby przestać spodziewać się…

Adam Rudziński uszanował milczący żal ubogiej kobiety; obcy jej w zupełności, kilka razy zaledwie przez nią widziany, uczuł, że w tej chwili oddalić się powinien. Pożegnawszy Martę, acz pełnym szacunku ukłonem, wyszedł z salonu, ale żona jego wtedy dopiero pochwyciła ręce Marty i ściskając je w swych dłoniach, rzekła pośpiesznie:

– Nie trać nadziei, droga pani! Nie mogę pogodzić się z myślą, abyś tym razem jeszcze opuściła dom mój niepocieszona i niezaspokojona w słusznych swych żądaniach. Nie znam przeszłości twej, ale zdaje mi się, iż odgaduję trafnie, sądząc, że ubóstwo zaskoczyło cię niespodzianie, że nie byłaś przygotowana do zajęcia śród społeczności miejsca pracownicy, dla siebie i dla innych byt zdobywającej…

Marta podniosła nagle oczy na mówiącą.

– Tak – przerwała z żywością – tak, tak…

Spuściła znowu oczy i chwilę milczała. Znać było, że myśl jej uderzona została z nagła uwyraźnieniem tego, co dotąd w nieokreślonych stawało przed nią zarysach.

– Tak – powtórzyła po chwili z mocą. – Ubóstwo i potrzeba pracy zaskoczyły mię niespodzianie. Nic mię nie uzbroiło przeciw pierwszemu, nic nie nauczyło drugiej. Przeszłość moja była cała ciszą, miłością i zabawą… na burzę i samotność nie wyniosłam z niej nic…

– Okropny los! – wyrzekła po chwili milczenia Maria Rudzińska. – Gdyby przeniknąć go, odgadnąć, zrozumieć całą jego okropność mogli wszyscy ojcowie, wszystkie matki!…

Powiodła dłonią po oczach i zwyciężając szybko swe wzruszenie, zwróciła się ku Marcie.

– Mówmy o pani – rzekła. – Jakkolwiek z dwóch już dróg, na jakie wstąpić próbowałaś, wytrącił cię brak stosownych do torowania ich narzędzi, nie trać nadziei i odwagi. Zawody nauczycielski i artystyczny okazały się dla pani niestosownymi, ależ praca umysłowa i artystyczna to jeszcze nie cały zakres działalności ludzkiej, a nawet kobiecej. Pozostaje jeszcze przemysł, handel, rzemiosło. Gdyś pani rozmawiała z moim mężem, przyszła mi do głowy myśl szczęśliwa… Znam z bliska właścicielkę jednego z najzamożniejszych sklepów bławatnych… byłam z nią nawet parę lat na pensji i odtąd zachowałyśmy pomiędzy sobą stosunki, jeśli nie przyjaźni, to przynajmniej dobrej znajomości. Sklep obszerny, modny i zasobny do usług swych potrzebuje prawdziwej armii komisantów, subiektów itd. Co więcej, nie dawniej jak przed tygodniem Ewelina D., spotkawszy się ze mną w teatrze, mówiła mi, że utraciła teraz jednego z najużyteczniejszych sklepowi jej subiektów i znajduje się z tego powodu w pewnym kłopocie. Czy zgodziłabyś się pani stać w sklepie za kontuarem, przyjmować gości sklepowych, mierzyć materie, urządzać w oknach wystawy itd.? Miejsca takie bywają bardzo dobrze opłacane. Aby spełniać przywiązane do nich czynności, niczego więcej nie trzeba jak uczciwości, przyzwoitości układu i dobrego smaku. Czy pojedziesz pani ze mną do Eweliny D.? Przedstawię cię jej, w potrzebie poproszę, namówię…

W kwadrans po wymówieniu słów tych przez Marię Rudzińską dorożka wioząca dwie kobiety zatrzymała się przed jednym z najokazalszych sklepów, przy ulicy Senatorskiej istniejących. Przed drzwiami opatrzonymi w szerokie zwierciadlane szyby stały dwie karety, pięknymi bardzo końmi zaprzężone, ze stangretami w liberii na koźle.

Dwie kobiety wysiadły z dorożki i weszły do sklepu. Na odgłos dzwonka zawieszonego u drzwi zza długiego stołu, całkiem prawie przedzielającego sklep na dwie połowy, wybiegł młody mężczyzna i z bardzo zgrabnym ukłonem zapytał je, czego żądają.

– Chciałabym widzieć się z panią Eweliną D. – rzekła Maria Rudzińska. – Czy jest w domu?

– Nie wiem z pewnością – z nowym ukłonem odpowiedział młody człowiek – ale natychmiast służyć pani będę odpowiedzią.

Kończąc te słowa, poskoczył ku przeciwległej ścianie i przyłożył usta do otworu tuby, prowadzącej na wyższe piętra domu głos mówiący na dole.

– Wyszła, ale zaraz wróci – odpowiedziano z góry.

Młody człowiek poskoczył znowu ku dwom niedaleko drzwi stojącym kobietom.

– Raczą panie usiąść – wymówił, wskazując stojącą w rogu sklepu aksamitem obitą kanapkę – albo – dodał, wyciągając rękę w stronę wschodów zasłanych kobiercem – może na górę…

– Zaczekamy tutaj – odrzekła Maria Rudzińska i wraz z towarzyszącą jej kobietą usiadła na kanapie.

– Mogłybyśmy pójść na górę i doczekać się powrotu pani Eweliny w jej mieszkaniu – półgłosem mówiła Maria do swej towarzyszki. – Zdaje mi się jednak, że dobrze będzie, jeśli przed rozmową z właścicielką sklepu przypatrzysz się pani zwykłym zajęciom osób sprzedających towary i zobaczysz, na czym one polegają.

Widok, jaki oczom dwóch kobiet przedstawiał się w głębi sklepu, niezmiernie był ożywiony. Składało go osiem istot ludzkich głośno i z nadzwyczajnym zapałem mówiących i stosy materii rozwijanych, zwijanych, szeleszczących połyskiem jedwabiu i wszystkimi barwami tego świata mieniących się i błyszczących. Z jednej strony długiego stołu, całkowicie zakrytego piętrzącymi się jedne na drugich lub rozwiniętymi i falującymi sztukami kosztownych materii, stały cztery kobiety ubrane w atłasy i sobole, właścicielki zapewne dwóch przed drzwiami sklepu oczekujących karet. Z drugiej strony stołu znajdowało się czterech młodych mężczyzn… tak, znajdowało się, niepodobna bowiem dla określenia pozycji, w jakiej zostawali, użyć innego wyrazu jak ten, który określa pozycje ciał ludzkich wszelkie: stojące, chodzące, skaczące, przeginające się na wszystkie strony, wdrapujące się na wszystkie ściany, rozdające ukłony wszelkich znaczeń i rozmiarów, dokonywające gesty najrozliczniejsze za pomocą najrozliczniejszych poruszeń rąk, piersi, głowy, ust, brwi, nawet włosów… Te ostatnie, jakkolwiek w zwykłym porządku rzeczy dość poślednią grające rolę w organizmie i powierzchowności człowieka, tu na szczególną zasługiwały uwagę.

Wypomadowane, wyperfumowane, połyskujące, woniejące, w misterne pierścienie poskręcane lub w pełnym znaczenia nieładzie na czoła opadające, stanowiły one arcydzieła sztuki fryzjerskiej i zaraz do bardzo wysokiego stopnia podnosiły wytworność postaci młodych sklepowych. Być może, iż postacie te nie były z przyrodzenia wielce wytwornymi, znać było nawet, że natura obdarzyła je niepospolitą siłą fizyczną, grubością i jędrnością muskułów, w zupełności upoważniającą do zajęcia się rodzajem pracy cięższym nieco, mniej wybrednym i przyjemnym, jak rozwijanie jedwabnych tkanin, przesuwanie w dwóch palcach pajęczych koronek i wywijanie politurowanym, leciuchnym, zgrabniuchnym łokciem. Ramiona ich były szerokie, ręce duże, palce grube, twarze niezbyt nawet młodzieńcze, dojrzałością rysów i bujnością zarostu trzydziestkę z górą objawiające. Ale z jakimże pełnym najwybredniejszego smaku wytworem sporządzone były czarne tużurki, szerokie ramiona te obejmujące, jak wspaniale poniżej bujnych zarostów kolorowe krawaty rozwijały motyle swe skrzydła, jak wdzięcznymi gestami poruszały się te duże muskularne ręce, jakie gustowne, a zarazem bijące w oczy pierścienie zdobiły te grube palce! Nic na świecie, z wyjątkiem jednego śniegu, prześcignąć nie mogło w białości koszul, puszystymi żabotami i wypukłymi haftami wzdymających się na ich piersiach, nic na świecie, żadna struna, żadna sprężyna, żadna gutaperczana61 piłka ani gorsetem wykształcona kibić niewieścia iść nie mogła w zawody z giętkością poruszeń ich, sprężystością poskoków, ruchliwością oczów i doskonałym wyćwiczeniem języków.

– Kolor Mexique w białe ramaże! – mówił jeden z tych młodych panów, rozwijając przed oczami dwóch kupujących kobiet jedną ze sztuk materii.

– Panie przełożą może Mexique pur! – zawołał drugi.

– Albo gros grains, vert de mer! Jest to ostatniej mody…

– Oto są koronki Cluny do oszycia peplonów i wolantów – brzmiał dźwięczny głos męski przy drugim końcu stołu.

– Walansieny, alansony, briuże, imitacje, blondyny, iluzje…

– Fay koloru Bismarck! Może trochę zbyt światły, zbyt voyant? Oto inny z ramażem czarnym.

– Bordeaux, couleur sur couleur! Pani żąda czegoś lżejszego?

– Mosambique! Sułtan! Kolor de chair! Wyborny dla brunetek!

– Panie życzą sobie czegoś w pasy! W horyzontalne czy w perpendykularne62?

– Oto jest materia w rejony! Białe i różowe, efekt wyborny! Bardzo voyant!

– Rejony popielate, zupełnie dystyngowane!

– Rzut błękitny na białym fond! Dla osób młodych!

– Koronka na puf albo na papiliona? Oto są barby – z brzegami dentelés i unis – które panie wolą?

– Panie kupują Bismarck z ramażem? Bardzo dobrze! Ile łokci? Piętnaście? Nie! Dwadzieścia?

 

– Panie przekładają barby z brzegami dantelowanymi? Gust wyborny! Czy na papiliona?

– Dla pani rejony popielate, a dla pani rzut błękitny na białym fond? Po ile łokci?

Urywki te rozmów prowadzonych przez czterech młodych panów z czterema kupującymi paniami składały się na pewien, jeśli tak wyrazić się można, szczebiot, który wychodząc z ust mężczyzn sprawiał efekt wcale niepospolity. Gdyby nie brzmienia głosów, które jakkolwiek przedziwnie ukształconymi modulacjami naśladowały miękko szelesty falujących materii i ciche szmery rozwijanych koronek, niemniej przecież wychodziły z piersi męskich, zaopatrzonych wyraźnie przez naturę w dość potężne płuca i doskonale zbudowane organa głosowe, niepodobna by nawet wpaść na domysł, aby owe ramaże, rejony, rzuty, fondy, barby, wolanty, peplony, papiliony, aby cały ten szczebiot niezrozumiały wszelkiemu niepoświęconemu uchu, niesłychaną erudycję w dziedzinie gałganków rozwijający, wychodzić mógł w istocie z ust mężczyzn – mężczyzn, tych przedstawicieli poważnej siły, poważnego myślenia i poważnego pracowania.

– Pani Ewelina D. wróciła! – rozległ się po sklepie basowy głos, z otworu tuby wychodzący.

Maria Rudzińska szybko powstała.

– Zaczekaj tu pani chwilę – rzekła do Marty – rozmówię się wprzódy sama z właścicielką sklepu, aby w razie odmowy z jej strony nie narażać pani na daremną przykrość. Jeżeli, jak mam nadzieję, wszystko pójdzie dobrze, przyjdę wnet po panią.

Marta z wielką wciąż uwagą przypatrywała się odbywającej się z dwóch stron długiego stołu manipulacji sprzedawania i kupowania. Po bladych jej ustach przesuwał się od czasu do czasu uśmiech: bywało to wtedy, gdy poskoki sklepowych panów stawały się najsprężystszymi, fryzury najruchliwszymi i oczy najwymowniejszymi.

Maria Rudzińska tymczasem przebiegła szybko wschody puszystym zasłane kobiercem, dwie duże sale osławione dokoła oszklonymi szafami i weszła do bardzo pięknie umeblowanego buduaru, w którym po kilku zaledwie sekundach dał się słyszeć szelest szybko sunącej po posadzce jedwabnej sukni.

– Ach! C'est vous, Marie! – zawołał dźwięczny, pieszczony, bardzo mile w ucho wpadający głosik niewieści i dwie białe zgrabne rączki pochwyciły w uścisk obie ręce Marii.

– Usiądźże, moja droga, usiądź, proszę cię! Uczyniłaś mi prawdziwą niespodziankę! Jestem zawsze tak szczęśliwa, gdy cię widzę! Jakże ślicznie mi wyglądasz! A szanowny małżonek twój czy zdrów i zawsze tak wiele pracuje? Czytałam ostatni artykuł jego o… o… nie pamiętam już doprawdy o czym… ale prześliczny! A miluchna Jadzia, czy dobrze uczy się? Mój Boże! Gdzie się to te czasy podziały, kiedyśmy z tobą, Maryniu, uczyły się także razem u pani Devrient! Nie wyobrazisz sobie, jak drogim mi jest wspomnienie tych chwil z tobą na pensji spędzonych!

Zgrabna, wystrojona, trzydziestoletnia przeszło kobieta, z bardzo misternym kokiem z tyłu głowy, bardzo regularnymi, choć nieco już zwiędłymi rysami twarzy i z ruchliwymi czarnymi oczami, ocienionymi brwią czarną i szeroką, wymówiła ten potok wyrazów szybko, bez odetchnięcia prawie, nie wypuszczając z dłoni swych rąk Marii, która usiadła przy niej na kozetce palisandrowej, kosztownym adamaszkiem obitej. Mówiłaby pewno dłużej jeszcze, ale Maria przerwała jej mowę.

– Droga Ewelino! – rzekła. – Przebacz, że skrócę tym razem powitanie moje z tobą i nie wdając się w żadne wstępy, zacznę rozmowę o interesie, który mi bardzo leży na sercu!

– Ty, Maryniu, masz do mnie interes? Mój Boże! Jakże jestem szczęśliwa! Mów, mów co najprędzej, w czym ci mogę być użyteczna! Gotowam63 dla ciebie pójść pieszo na koniec świata…

– O, nie tak wielkiej ofiary żądać od ciebie będę, kochana Ewelino! – zaśmiała się Maria, po czym dodała poważnie. – Poznałam niedawno pewną biedną kobietę, która wzbudziła we mnie bardzo żywe zajęcie…

– Biedną kobietę! – z żywością przerwała właścicielka bogatego sklepu. – Żądasz więc pewno, abym jej w czym pomogła? O, nie zawiodłaś się na mnie, Maryniu! Ręka moja otwarta jest zawsze dla tych, którzy cierpią!

Mówiąc ostatnie wyrazy sięgnęła do kieszeni i wydobywszy z niej spory pugilares z kości słoniowej miała już go otworzyć, ale Maria zatrzymała jej rękę.

– Nie o jałmużnę tu idzie – rzekła. – Osoba, o której chcę ci mówić, nie żąda i nie przyjęłaby może jałmużny… pragnie ona i poszukuje pracy…

– Pracy! – podnosząc lekko czarne brwi powtórzyła piękna pani Ewelina. – Cóż więc przeszkadza jej pracować?

– Wiele rzeczy, o których zbyt długo by mówić – poważnie odparła Maria i ujmując rękę dawnej towarzyszki nauk z prośbą i uczuciem w głosie dodała. – Do ciebie właśnie przybyłam, Ewelino, z prośbą, abyś jej dała możność pracowania.

– Ja… jej… możność pracowania? A to jakim sposobem, moja droga?

– Abyś ją przyjęła za pannę sklepową.

Brwi właścicielki sklepu podniosły się wyżej jeszcze. Na twarzy jej malowały się zdziwienie i zakłopotanie.

– Droga Mario – zaczęła po chwili, jąkając się i z widocznym zmieszaniem. – To do mnie nie należy… w ogóle interesami tyczącymi się sklepu zajmuje się mąż mój…

– Ewelino! – zawołała Maria. – Dlaczego mówisz przede mną nieprawdę? Mąż twój jest właścicielem sklepu wobec prawa, ale ty zarządzasz interesami wspólnie z nim, więcej nawet od niego, i wszyscy wiedzą dobrze, tym bardziej ja wiem, że znasz się na interesach wybornie i masz dużo energii w przeprowadzaniu swych planów… dlaczegóż więc…

Ewelina nie pozwoliła jej dokończyć.

– A więc tak, tak – wymówiła z żywością. – Przykro mi było odmawiać twej prośbie, Maryniu, i chciałam wymówić się znalezionym naprędce pretekstem, zrzucić wszystko na mego męża… Postąpiłam źle, nie byłam od razu otwarta, wyznaję, ale też, droga Mario, życzenie twoje najzupełniej niepodobnym jest do spełnienia, najzupełniej… najzupełniej.

– Dlaczego? Dlaczego? – pytała Maria z takąż samą żywością, z jaką przemawiała do niej Ewelina.

Obie kobiety posiadały znać charaktery żywe i wrażliwe.

– Ależ dlatego – zawołała Ewelina – że w sklepie naszym kobiety nie zajmują się nigdy sprzedażą towarów, tylko mężczyźni.

– Ale dlaczegóż, dlaczego kobiety nie zajmują się tym, tylko mężczyźni? Czyż trzeba umieć po grecku albo móc giąć w palcach sztaby żelazne, aby…

– Ależ, nie, nie! – przerwała znowu gospodyni domu. – Mój Boże, wprawiasz mię, droga Mario, w prawdziwy kłopot. Jakże ci ja odpowiem na twoje: dlaczego?

– Czy należysz do osób, które nie zdają sobie sprawy z powodów swoich czynności?

– Ależ naturalnie, że nie należę do takich osób… Gdybym do nich należała, nie mogłabym być, tak jak jestem, czynną wspólniczką męża mego w przemysłowym przedsięwzięciu… Oto widzisz dlatego, że… że taki już zwyczaj.

– Znowu chcesz mię zbyć niczym, Ewelino, a jednak nie uda ci się to. Dawne koleżeństwo daje mi prawo do pewnej nawet względem ciebie niedyskrecji. Powiadasz, że taki jest zwyczaj… ależ zwyczaj każdy musi mieć swoje przyczyny, leżące w interesach lub okolicznościach osób, które się go trzymają.

Gospodyni domu zerwała się z sofki i szybko parę razy przebiegła pokój. Długi ogon jej sukni szemrał, sunąc się po posadzce, na twarz jej, na której tu i ówdzie ukazywały się ślady niedobrze startego pudru ryżowego, wybił się lekki rumieniec zakłopotania.

– Przypierasz mię do muru! – zawołała stając przed Marią. – Przykro mi będzie wymówić to, co wymówię… ale przecież ciebie bez odpowiedzi pozostawić nie mogę. Odpowiem ci: publiczność nasza nie lubi kobiet sprzedających w sklepie… przekłada nad nie mężczyzn.

Maria zarumieniła się trochę i wzruszyła ramionami.

– Mylisz się, Ewelino – zawołała – albo mówisz znowu nieszczerze; to być nie może…

– A ja ci powiadam, że tak jest… młodzi, dobrze ułożeni, przystojni sklepowi sprawiają dobry efekt, pociągają do sklepu nabywców, a raczej nabywczynie…

Tym razem twarz Marii zapłonęła wstydem i oburzeniem. Ostatnie przemogło.

– Ależ to szkaradzieństwo! – zawołała. – Jeżeli mówisz prawdę, nie wiem już doprawdy, czemu ją przypisać…

– I ja nie wiem, czemu fakt ten przypisać należy, po prawdzie nie zastanawiałam się nigdy bardzo nad jego powodami… co mi do tego…

– Jak to… co ci do tego, Ewelino? – przerwała znowu Maria. – Czyż nie rozumiesz, że stosując się do tego, jak powiadasz, zwyczaju, schlebiasz jakiemuś złemu, nie wiem dobrze, jakiemu mianowicie, ale najpewniej złemu…

Właścicielka sklepu stanęła na środku pokoju i wpatrzyła się w Marię szeroko otwartymi oczami.

W oczach tych było wiele sprytu, nawet rozumu, w tej chwili jednak po powierzchni czarnych błyszczących źrenic przelatywały powściągane uśmieszki.

– Jak to? – wymówiła powoli. – Czyż sądzisz, Mario, że dla jakichś tam teorii powinnam antrepryzę64 naszą, jedyny fundusz nasz i naszych dzieci, narażać na straty, na niebezpieczeństwa?… Dobrze to wam, literatom, rezonować w ten sposób, siedząc nad książką i piórem; my, przemysłowcy, musimy być praktycznymi…

– Czyliż przemysłowcy dlatego, że są przemysłowcami, uważać się mają za uwolnionych od uczuć i obowiązków obywatelskich? – zapytała Maria.

– Wcale nie! – z nowym uniesieniem zawołała właścicielka sklepu. – Toteż ani mąż mój, ani ja nie uchylamy się nigdy od spełnienia tych obowiązków. Dajemy zawsze, ile tylko możemy…

– Wiem o tym, że jesteście dobroczynnymi, należycie do wszystkich składek i filantropijnych projektów, i zakładów, ale czyż tu o jałmużnę tylko idzie, o filantropię? Jesteście ludźmi zamożnymi, pod pewnym względem wpływowymi, powinniście brać inicjatywę we wszystkim, co ma na celu poprawienie złych zwyczajów, prostowanie błędów społecznych!

Ewelina zaśmiała się z przymusem.

– Moja droga – rzekła – poprawianie i prostowanie należy do takich ludzi, jak mąż twój, na przykład… do uczonych, pisarzy, publicystów… My jesteśmy ludźmi ścisłego rachunku… najściślejsze zaś rachunki prowadzić musimy z publicznością, z jej gustami i wymaganiami… ona jest naszą panią, od niej zależy byt nasz… pomyślność i przyszłość naszego przedsięwzięcia…

– Tak – z mocą rzekła Maria – i dlatego powinniście schlebiać jej bezsensownym kaprysom i bardzo podejrzanej czystości i podejrzanemu smaku sympatiom… Aby cię za to, coś powiedziała, zmartwić trochę przynajmniej, powiem ci, kochana Ewelino, że twoi sklepowi, krygujący się i na kształt papug paplający o ramażach i papilionach, doskonale śmiesznie wyglądają…

Ewelina parsknęła śmiechem.

– Wiem o tym! – zawołała, zanosząc się od śmiechu.

– I że gdybym była na twoim miejscu – ciągnęła Maria – doradziłabym tym panom, aby zamiast do jedwabiów i koronek wzięli się do pługa, siekiery, młota, kielni lub czegoś podobnego. Daleko by z tym przyzwoiciej wyglądali…

– Wiem o tym, wiem! – śmiejąc się wciąż, wołała gospodyni domu.

– A na miejsce ich – kończyła Maria – wzięłabym kobiety, które zbyt mało mają sił fizycznych, aby orać, kuć i kamienice wznosić…

Ewelina przestała nagle śmiać się i z wielką powagą spojrzała na Marię.

– Droga Mario! – rzekła. – Ci ludzie potrzebują także zarobku i potrzebują go daleko niezbędniej, gwałtowniej niż kobiety… są oni przecież ojcami rodzin…

Tym razem Maria uśmiechnęła się.

– Moja droga – rzekła – muszę znowu odwołać się do praw koleżeństwa, aby ci powiedzieć, że machinalnie powtórzyłaś w tej chwili to, o czym mówiących słyszysz ciągle, a nad czym nigdy chyba nie zastanowiłaś się sama. Ci ludzie są ojcami rodzin, być może, ale kobieta, za którą wstawiałam się do ciebie, ma także dziecię, które wyżywić i wychować musi. Gdyby mnie, na przykład, spotkało nieszczęście utracenia zacnego i dobrego człowieka, który nie tylko daje mi szczęście sercu, ale pracą swą byt mi zabezpiecza, nie byłażbym matką i odpowiedzialną opiekunką mojej rodziny? Gdybyście oboje, mąż twój i ty, za lat kilka zeszli ze świata i, jak bywa często, nie pozostawili po sobie majątku, czyliż najstarsza córka wasza nie byłaby obowiązana do podtrzymania bytu, do starań około wychowania i pokierowania w świecie młodszego rodzeństwa?

 

Ewelina słuchała słów tych ze spuszczonymi oczami, trudno jej było widocznie zebrać się na odpowiedź. Nie mniejszej jednak trudności doświadczała w odrzuceniu bez dostatecznych powodów prośby kobiety, z którą stosunek miłym znać był jej sercu, a może i pochlebiał jej miłości własnej. Niepospolity spryt, malujący się w wyrazie twarzy jej i oczów, poddał jej po chwili nową odpowiedź.

– Gdyby zresztą i nie to – rzekła, podnosząc oczy – znajdujeszże65, droga Mario, przyzwoitym, aby młoda kobieta (protegowana twoja jest zapewne kobietą młodą) po całych dniach przebywała za jednym stołem z kilku młodymi ludźmi? Czy podobna okoliczność nie byłaby powodem zajść zgubnych dla niej, przykrych dla mnie, a sklep mój narażających wobec publiczności na pewną kompromitację?

– Powtórzyłaś znowu, Ewelino, jeden z krążących po świecie komunałów. Obawiacie się, aby praca wspólnie z mężczyznami podejmowana nie nadwerężyła cnoty i honoru kobiety, a nie obawiacie się, aby tego samego nie uczyniła bieda. Protegowana moja, jak nazywasz osobę, o jakiej mowa, przed trzema miesiącami utraciła męża, ma dziecię, które kocha, smutna jest, poważna, cała zajęta wyszukaniem dla siebie środków zarobkowania i, jak o tym przekonałam się sama, bardzo uczciwa. Czyliż możesz przypuścić, aby kobieta w takim zostająca położeniu, z takimi uczuciami, wspomnieniami, z taką trwogą o jutro, mogła najlżejszą zwrócić uwagę na twoich wyelegantowanych pomocników? Zaręczam ci, że żadna myśl płocha nie powstałaby w jej głowie.

– Droga Mario! – zawołała Ewelina. – Tego, co powiedziałaś, niczym dowieść niepodobna. Kobiety są tak płoche… tak płoche…

– Prawda – z powagą patrząc na dawną koleżankę swą odparła Maria – ale czyż odpychanie ich od wszelkiej pracy dobrym jest lekarstwem na płochość? Raz jeszcze powtarzam ci, Ewelino, że kobieta, o której mówię, nie jest teraz ani płocha, ani nieuczciwa… Jeżeli jednak żebrząc pracy, jak jałmużny, od wielu drzwi odejdzie tak, jak od twoich za chwilę odejść jej przyjdzie, nie ręczę wcale, jaka stanie się w przyszłości.

– Przypierasz mię znowu do muru! – zawołała właścicielka sklepu. – A więc dobrze, wierzę ci, że osoba, którą się zajmujesz, jest wzorem i uosobieniem cnoty, powagi, uczciwości… ale czy również będziesz mi mogła zaręczyć, że posiada ona tego ducha porządku, tę umiejętność ścisłego rachunku, tę akuratność w stawieniu się do roboty i pełnieniu jej, która nie cierpi ani chwili zwłoki, ani cienia zaniedbania?

Teraz przyszła na Marię kolej zawahania się z odpowiedzią. Przypomniała sobie niepowodzenie, jakie z powodu niedostatecznej umiejętności spotkało Martę w nauczaniu i rysowaniu, przypomniała sobie własne słowa Marty, przed kilku godzinami do niej wyrzeczone: „Nic nie uzbroiło mnie przeciw ubóstwu, nic nie nauczyło pracy”.

Maria milczała. Gospodyni domu, przenikliwa i żywa jak iskra, pochwyciła w locie chwilę zakłopotania i wahania się towarzyszki.

– Mówiłaś przed chwilą, droga Mario, że osobom zajmującym się sprzedażą towarów trzeba tylko umieć rozwijać, układać i mierzyć materie. Tak to się zdaje na pozór. W gruncie, powinny one posiadać wiele innych przymiotów, jak na przykład: przyzwyczajenie do jak najściślejszego porządku, jeden bowiem przedmiot nie na właściwym miejscu umieszczony, jedna fałda materii źle zagięta, jeden zwój koronki niedbale rzucony sprawia zamieszanie w sklepie lub przyczynia mu ważne straty. Trzeba także, aby sklepowi umieli rachować, i nie byle jak rachować, tam bowiem, gdzie w każdej godzinie, minucie niemal, wpływają sumy coraz nowe i coraz inne cyfry reprezentujące, opuszczenie jednego grosza stać się może przyczyną nieładu w rachunkach, którego my najpilniej strzec się musimy. Na koniec i przede wszystkim sklepowi powinni znać świat, ludzi, wiedzieć, w jaki sposób z kim się obejść, jak komu dogodzić, komu wierzyć na słowo, komu odmówić kredytu itd. Wszystkich przymiotów tych najczęściej pozbawione są kobiety. Nieprzyzwyczajone do porządku, nieakuratne, dla przerachowania najdrobniejszej sumy nosić muszą w kieszeni tabliczkę mnożenia, niewinne trusiątka, tylko co odczepione od spódniczki mamy, zaledwie śmieją podnieść oczy na twarze kupujących, nie wiedząc, jak do nich przemawiać, co o każdym z nich myśleć, albo też puszczone samopas, rozhukane, roztrzepane, pozują na lwice, wdzięczą się, mówią i postępują bez taktu, narażając siebie na niesławę, zakład, w którym pracują niby, na kompromitację. Mężczyźni, jakkolwiek śmiesznymi wydają się z powodu układu swego i zajęć niezupełnie męskich, dla właścicieli sklepów są bardzo dogodnymi i użytecznymi. Dlatego może każdy sklep na większą skalę do usług swych używa mężczyzn, kto tylko zaś próbował zastąpić ich kobietami, źle na tym wyszedł. Kobiety, moja droga, nie są dziś jeszcze wychowane tak, aby pogodzić się mogły z surowością obowiązku, despotycznością cyfry i wymaganiami tak różnolitej społeczności, jaką jest społeczność kupujących.

Właścicielka sklepu przestała mówić i z pewnym triumfem patrzyła na swą towarzyszkę. Miała w istocie do triumfowania słuszną przyczynę. Maria Rudzińska stała ze spuszczonymi oczami, z wyrazem smutku na twarzy i milczała. Ewelina wzięła ją za rękę.

– No, powiedz mi, droga Mario – rzekła – powiedz szczerze: czy możesz ręczyć za to, że twoja protegowana jest osobą porządną, akuratną, biegłą w rachunkach, pełną taktu i znajomości ludzi, tak jak ręczyłaś, że jest ona uczciwa?

– Nie, Ewelino – z trudnością wymówiła Maria – za to ręczyć nie mogę.

– A teraz – z coraz większą żywością nacierała na towarzyszkę właścicielka sklepu – powiedz mi, czy możecie wy, ludzie teorii i rozumowań, sprawiedliwie wymagać od nas, ludzi rachuby i praktyczności, abyśmy przez filantropię, przez, jak mówiłaś, inicjatywę obywatelską przyjmowali do zakładów naszych osoby do interesów niezdatne, a przez to narażali się na kłopoty, straty, całkowity może upadek naszych przedsiębiorstw? Powiedz mi, czy ktokolwiek może słusznie wymagać od nas tego?

– Zapewne, że nie – wyjąkała Maria.

– Widzisz więc – rzekła Ewelina – że powinnaś mię mieć za usprawiedliwioną, jeśli życzeniu twemu zadość nie uczyniłam. Fakt wytrącania z dziedziny przemysłu kobiet ubogich jest zapewne smutny, ale na konieczność jego i nieuniknioność składają się tak kaprysy i niezupełnie jasne instynkty kobiet bogatych, żądnych rozrywki i Bóg wie jakich wrażeń, jak niedołężność, płochość, płytkość kobiet ubogich potrzebujących pracy, a pełnić jej nie umiejących. Kiedy pierwsze porozumnieją i wyszlachetnieją, a drugie okażą się lepiej przygotowanymi do pełnienia zajęć ścisłych i obowiązkowych, wtedy odprawię moich subiektów, a ciebie poproszę, abyś na ich miejsce wybrała dla mnie z liczby twych protegowanych panny sklepowe.

Przy ostatnich słowach Ewelina D. z cechującą ją żywością ucałowała Marię w oba policzki.

Siedząca w sklepie kobieta w żałobie usłyszała szelest sukni i kroków swej chwilowej opiekunki wtedy, gdy ta znajdowała się jeszcze u szczytu schodów. Słuch jej był znać wyprężony, niecierpliwość wielka. Powstała i zatonęła oczami w twarzy zstępującej ze wschodów kobiety. Po kilku sekundach patrzenia ręka jej zadrżała lekko i oparła się o poręcz krzesła. Ze spuszczonych oczu Marii i żywych rumieńców, które wystąpiły na jej policzki, odgadła wszystko.

– Pani! – zbliżając się do Marii rzekła z cicha. – Oszczędź sobie przykrości opowiadania mi szczegółów. Nie przyjęto mię… wszak prawda?

Maria potwierdzająco skinęła głową i w milczeniu uścisnęła dłoń Marty. Wyszły ze sklepu i stanęły na szerokim chodniku ulicy. Marta była bardzo blada. Można by rzec, że ogarnął ją chłód dolegliwy, bo drżała trochę pod futrzanym okryciem, i że wstydziła się czegoś głęboko, bo nie mogła oderwać oczu od kamieni chodnika.

– Pani! – pierwsza ozwała się Maria. – Bóg widzi, jak mocno boli mię niemożność dopomożenia ci na twej trudnej drodze. Z jednej strony zapiera ci ją własne twe niedostateczne przygotowanie, z drugiej obyczaj, brak inicjatywy, zła sława, której używają kobiety pracownice…

– Rozumiem – z wolna i cicho wyrzekła Marta. – Nie przyjęto mię tu, bo opiera się temu zwyczaj, bo nie obudzam zaufania…

– Daj mi, pani, swój adres – unikając odpowiedzi, rzekła Maria. – Może dowiem się o czymś dla pani pożytecznym, może będę kiedy mogła być jej pomocna…

Marta wymieniła nazwę ulicy i numer domu, w którym mieszkała, potem podnosząc oczy, w których malowała się gorąca wdzięczność, obie ręce wyciągnęła ku dobrej kobiecie, chcąc ująć i uścisnąć jej dłonie.

Zaledwie jednak ręce dwóch kobiet połączyły się, Marta usunęła żywo swoją i cofnęła się parę kroków. Maria Rudzińska wsunęła jej w dłoń tę samą kopertę z liliowymi brzeżkami, której ona dwa tygodnie temu przyjąć od niej nie chciała.

Marta stała chwilę nieporuszona, przedchwilowa bladość jej ustąpiła przed płomiennym rumieńcem.

– Jałmużna! – szepnęła. – Jałmużna! – i razem z tym wyrazem stłumiony jęk i głuche jakieś łkanie wstrząsnęły jej piersią. Nagle zaczęła biec szybko w stronę, w którą poszła Maria. Fala przechodniów, płynąca nieustannie chodnikiem, zakrywała przed nią osobę, którą dogonić pragnęła, i utrudniała gonitwę. Na rogu ulicy dopiero Marta ujrzała skręcającą w przeciwną stronę dorożkę, a w niej siedzącą Marię.

– Pani! – zawołała.

Głos jej był słaby, głuchy; przytłumił go, zdławił całkiem gwar i turkot uliczny.

Kobieta obdarzona litościwą ręką skierowała się ku Świętojerskiej ulicy z zamiarem zapewne zwrócenia daru, który gorącym rumieńcem upokorzenia piętnował jej czoło. Krok jej, szybki zrazu i gorączkowy, po chwili jednak stawał się coraz powolniejszym i mniej pewnym. Czy wzruszenia moralne, jakich tyle doświadczyła w dniu tym, zachwiały jej fizyczną siłą? Czy może ogarniał ją namysł jakiś głęboki, jakieś wahanie się wewnętrzne wstrząsało zamiarem, który powzięła była przed chwilą? Ściskała w dłoni delikatną kopertę, w której szeleściło parę wartościowych papierków, na rogu ulicy Świętojerskiej stanęła. Stanęła i przez chwilę pozostała nieruchoma, ręką oparta o róg muru, z twarzą bladą i pochyloną nisko. Nagle zwróciła się w inną stronę i podążyła ku swemu mieszkaniu.

61gutaperczany – gumowy, zrobiony z gutaperki (substancji pochodzenia naturalnego, nieco mniej elastycznej niż kauczuk). [przypis edytorski]
62perpendykularny – pionowy. [przypis edytorski]
63gotowam (…) pójść – konstrukcja skrócona od: gotowa jestem pójść. [przypis edytorski]
64antrepryza – przedsiębiorstwo, interes, biznes. [przypis edytorski]
65znajdujeszże (daw.) – konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy znajdujesz, czy uważasz. [przypis edytorski]