3 książki za 34.99 oszczędź od 50%
Za darmo

Marta

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nazajutrz Marta przelękła się, spojrzawszy przy świetle poranku na twarz swego dziecka. Jancia bledsza jeszcze była jak wczoraj, z zapadłych i podkrążonych jej oczów przemawiała cicha, lecz przejmująca skarga. Młoda kobieta odwróciła się ku oknu i kurczowo załamała dłonie.

„Jeżeli nie dam jej lepszych wygód – myślała – zachoruje… Lepszych wygód, co za szalona myśl! Za dni dwa, trzy nie będę miała za co izby ogrzać i ciepłej strawy dla niej zgotować!”

– A! – rzekła do siebie po chwili. – Nie ma co czynić! Trzeba iść i przeprosić Szwejcową!

Poszła na ulicę Freta. Otwierając drzwi posępnej pracowni, zdziwiła się nad sobą więcej jeszcze niż wtedy, gdy wchodziła do księgarni. Czuła się wprawdzie upokorzona nieco, ale uczucie to było niczym w porównaniu z panującą w niej żądzą zostania na powrót przyjętą w to miejsce, które przed dwoma dniami opuściła dobrowolnie.

Szwejcowa nie okazała na widok jej najmniejszego zdziwienia. Po obwisłych wargach poważnej matrony przemknął tylko szybki uśmiech i oczy jej błysnęły ostro zza okularów. Robotnice popodnosiły głowy i patrzały na przybyłą, jedne z ciekawością, inne z ironią i złośliwym zadowoleniem. Pod spojrzeniami dwudziestu przeszło par oczów Marta uczuła gorący płomień na policzkach i czole.

Była to męczarnia straszna, ale trwała zaledwie sekundę. Naczelniczka zakładu i jej córka przestały krajać płótno. Oczekiwały znać od dawnej swej robotnicy pierwszego słowa.

– Pani! – zwracając się do Szwejcowej, rzekła Marta. – Dwa dni temu byłam porywcza, nieuważna… obraziłam się tym, co mi pani mówiłaś, i odpowiedziałam niegrzecznością. Przepraszam panią. Jeżeli można… chciałabym znowu pracować u pani.

Jak wprzódy zdziwienia, tak teraz triumfu nie znać było na twarzy Szwejcowej. Owszem, uśmiechnęła się ona słodko i skinęła głową uprzejmie.

– O moja pani Świcka! – zaczęła słodkim, miodowym głosem. – Ja się nie gniewam, wcale nie gniewam… i cóż tam, dobry Boże, tak bardzo ważnego usłyszeć jakąś niegrzeczność… znieść przykre słowo. Wszak Odkupiciel nasz rozkazał, abyśmy rano i wieczór powtarzali: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy!”. Byłabym nieposłuszna słowu bożemu, jeślibym gniewała się na panią Świcką… ale przyjąć pani Świckiej do zakładu mego nie mogę, bardzo żałuję, ale doprawdy już nie mogę, bo na miejscu pani Świckiej mam od wczoraj inną robotnicę…

Przy ostatnim wyrazie wskazała nożycami młodą kobietę, która siedziała na dawnym miejscu Marty.

– Zakład nasz posiada, chwała Bogu, jak najlepszą reputację… nie używamy przy tym maszyn, które tak okropnie niszczą siły i nadwyrężają zdrowie osób pracujących. Toteż robotnice cisną się do nas, cisną. Prawdziwy natłok. Nie ma dnia, w którym by dwie lub trzy osoby nie zgłaszały się z prośbą o robotę. Nie brakuje, chwała Bogu, robotnic, nie brakuje, nadto zaś ich nabierać nie możemy, bo ja i moja córka nie życzymy sobie obarczać się pracą zbytecznie. Teraz więc, kiedy jest komplet robotnic, więcej nawet niż komplet, dla pani Świckiej miejsca…

– A może, mamo, znalazłaby się jeszcze robota i dla pani Świckiej – szepnęła nieładna panna, pochylając się ku matce.

Od kilku chwil przypatrywała się ona Marcie z uwagą i ciekawością. W małych, zezowatych trochę jej oczach zjawiło się coś na kształt politowania.

Ale Szwejcowa wzruszyła ramionami.

– Nie – rzekła – nie ma roboty, nie ma! Nie możemy przecież dlatego, aby przyjąć panią Świcką, która dobrowolnie nas opuściła, odprawić wczoraj przyjętą pannę Zofię?

Usłyszawszy ostatnie wyrazy, kobieta siedząca na dawnym miejscu Marty podniosła głowę znad roboty i spojrzała na naczelniczkę zakładu prawie z przestrachem.

– Pani mnie już nie przyjmie? – zapytała Marta. – Nie mogę mieć żadnej nadziei?

– Żadnej, kochana pani Świcka, żadnej! Bardzo żałuję, ale miejsce już zajęte… nie mogę.

Marta ledwie dostrzegalnym ruchem skinęła głową i wyszła z pracowni. Otwierając drzwi, usłyszała za sobą szmer złożony z cichych bardzo szeptów, a jeszcze cichszych chichotów. Zrozumiała, że jest przedmiotem szyderstwa lub jałowego politowania dwudziestu przeszło osób, i uczuła znowu płomień w piersi i na czole. Znalazłszy się jednak na ulicy opanowana została zaraz jedyną, wyłączną myślą:

„Nie mogę przecież wrócić tak z pustymi rękami! Muszę dziś koniecznie izbę cieplej ogrzać, a jutro urządzić dla dziecka mięsną jakąś potrawę… inaczej… zachoruje…”

Przez chwilę szła tak, jakby nie wiedziała dobrze, dokąd idzie; skręcała na lewo i na prawo, zatrzymywała się śród chodnika; ze spuszczoną głową myślała. Potem pewniej już i w prostym kierunku zaczęła iść ulicą Długą. Idąc, dłuższe i ważniejsze spojrzenia zatrzymywała na wystawach sklepowych. Przed jedną z nich stanęła. Był to sklep jubilerski, niezbyt obszerny i niezbyt wytworny. Takiego znać szukała młoda kobieta, bo po chwilowym namyśle otworzyła drzwi szklane, paroma wschodkami nad poziom wyniesione. Zewnętrzność sklepu omyliła ją. Nie był on tak skromny, jak wyglądał. Owszem, w dość obszernym pokoju znajdowała się znaczna ilość wyrobów ze złota i drogich kamieni. Tylko że istotna zamożność wskutek nieumiejętności wykazywania jej albo i umyślnej intencji nie występowała na pokaz przechodniom. Że zewnętrzna prostota sklepu pochodziła z umyślnej intencji jego właściciela, można było na pewno prawie przypuszczać widząc, jak w otoczeniu pomocników swych i zapewne uczniów pracował on własnoręcznie. Był to człowiek przysadzisty, rumiany, szpakowaty, z dobrodusznym uśmiechem i wielkim sprytem w małych burych oczach. Na widok wchodzącej kobiety powstał i z grzecznością zapytał, czego żąda.

– Przepraszam pana, jeżeli źle trafiłam – rzekła Marta. – Sądziłam, że nabędziesz pan może u mnie pewien złoty przedmiot…

– Dlaczegóżby nie, pani dobrodziejko, dlaczegóżby nie? – odpowiedział jubiler ze sprytnymi błyszczącymi oczami. – Jakiż to jest przedmiot?

Przez chwilę nie było odpowiedzi. Marta stała na środku sklepu z oczami nieruchomie utkwionymi w ziemię. Rysy jej, powleczone bladością marmuru, sztywne były i wyprężone. Można by rzec, iż skończyła rozmowę z własnym wnętrzem swym rozpoczętą i że zdobywała się właśnie na ostatnie słowo rozmowy tej, mające wyrażać jakieś z ciężkim trudem wywalczone postanowienie.

– Jakiż to jest przedmiot? – zapytał powtórnie jubiler i niecierpliwe trochę spojrzenie rzucił na pierwszą swą robotę.

– Obrączka ślubna – odpowiedziała kobieta.

– Obrączka ślubna! – powtórzył przeciągle jubiler.

– Obrączka ślubna – podnosząc głowy szepnęli z cicha pomocnicy jubilera.

– Obrączka ślubna – wymówiła raz jeszcze Marta, wysunęła spod grubej chusty rękę zziębniętą i z cienkiego palca ściągnęła złoty pierścień.

Zarazem zachwiała się na nogach i jak osoba bliska omdlenia bezwiednym ruchem szukała czegoś, na czym by wesprzeć się mogła.

– Niech pani siada, niech pani dobrodziejka siada! – zawołał jubiler, z którego ust zsunął się bez śladu dobroduszny uśmiech. Jeden z pomocników jubilera podsunął w stronę kobiety taboret. Ale Marta nie usiadła. Przebyła ona jedną z najcięższych, najcięższą może chwilę ze wszystkich, którymi znaczył się mozolny jej pochód po drogach ubóstwa. Gdy ściągała z palca złotą obrączkę, wydało się jej, że raz jeszcze i ostatecznie rozstaje się z jedynym człowiekiem, którego kochała na ziemi, ze szczęśliwą, niezapomnianą przeszłością. Serce jej ścisnęło się kurczowo, w głowie zaszumiało. Ale chwilę tę już przebyła. Siłą woli pochwyciła umykającą jej przytomność umysłu, wytrzeźwiała całkiem i podała jubilerowi obrączkę.

– Czy to konieczne? Mój Boże, czy to konieczne? – zapytał jubiler tonem politowania.

– Konieczne – krótko i sucho odpowiedziała kobieta.

– A! Jeśli pani życzysz sobie tego, lepiej już, że zbędziesz przedmiot ten mnie niż komu innemu. Otrzymasz pani przynajmniej całą jego wartość.

Mówiąc to, stał już za stołem pokrytym oszklonymi pudłami złotniczych wyrobów i rzucał obrączkę na niewielkie mosiężne szale. Dwa metale spotykając się ze sobą wydały dźwięk czysty i przeciągły.

– Dobre złoto – szepnął jubiler.

Marta odwróciła twarz od kołyszących się szalek. Wzrok jej przylgnął teraz do widoku, na który dotąd nie zwracała uwagi. Był to widok bardzo prosty. Z dwóch stron podłużnego stołu siedziało pięciu młodych mężczyzn, od lat piętnastu do dwudziestu pięciu, z delikatnymi narzędziami w ręku. Jedni z nich szlifowali i polerowali drogie kamienie różnej wielkości; inni topili złoto przy małych płomykach liżących brzegi żelaznych trójnożków; jeden rysował wzory łańcuszków, bransolet, brosz, kolców, kopert do zegarków i tym podobnych kunsztownych wyrobów. Marta wlepiała wzrok w każdą z kolei parę rąk poruszających się przy podłużnym stole. Oczy jej, zagasłe przed chwilą, zaczęły płonąć silnym ogniem. Odmalowała się w nich gorączkowa ciekawość, chciwa nieledwie żądza. Przez parę minut takiego patrzenia dostrzegła więcej szczegółów jubilerskiej sztuki, pojęła lepiej rodzaj jej i naturę, niżby kto inny w innych okolicznościach zostający dostrzec i pojąć mógł w przeciągu długich godzin.

– Proszę pani dobrodziejki – ozwał się zza stołu jubiler – obrączka pani dobrodziejki warta jest rubli srebrem trzy i pół.

Na głos ten Marta odwróciła twarz od robotników i szybko przystąpiła do stołu, za którym stał jubiler.

– Panie! – rzekła. – Wszakże panowie ci są pańskimi pomocnikami?

– Tak, pani – zdziwiony trochę niespodzianym pytaniem odpowiedział jubiler.

– I pańskimi uczniami zapewne…

– Tak, pani, po części i uczniami.

Marta błyszczący wzrok zatapiała głęboko w twarzy stojącego przed nią człowieka.

– Czy nie możesz pan przyjąć mnie za uczennicę swą i pomocnicę?

Małe oczy jubilera roztworzyły się szeroko.

– Panią! Panią! – wyjąkał. – Jakże to… dlaczego to… ależ to…

– Tak, mnie – powtórzyła kobieta pewnym głosem. – Jestem bez żadnego sposobu do życia… widzę, że robota jubilerska nie ma w sobie nic, co by przechodziło me siły, owszem, zdaje mi się, że spełniałabym ją dobrze, ponieważ trzeba tu dobrego smaku, a ja kiedyś miałam możność wyrobić go w sobie… Wprawdzie musiałbyś pan mię uczyć z początku, ale nie trwałoby to długo… ręczę panu, że pracowałabym usilnie i pojętnie… przyjęłabym zresztą zapłatę najmniejszą, choćby jakąkolwiek… jakąkolwiek…

 

Jubiler ochłonął ze zdziwienia. Zrozumiał już, o co szło kobiecie, która przyniosła mu do sprzedania obrączkę ślubną. Niskie jego czoło zmarszczyło się jednak dość wyraźnie, bystre oczy migotały zmieszaniem.

– Widzi pani dobrodziejka – zaczął – ja właściwie uczniów w sklepie moim nie miewam; ci panowie są już usposobieni, wyuczeni…

Marta spojrzała w stronę stołu, przy którym siedzieli robotnicy. Jeden z nich, ten, który rysował, wstał właśnie i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

– Umiem rysować – rzekła Marta. – To jest – poprawiła się szybko – umiem rysować o tyle, aby móc wykonywać dla jubilerskich wyrobów odpowiednie wzory.

Wymawiając te słowa z rodzajem gorączkowego pośpiechu, postąpiła ku podłużnemu stołowi i usiadła na miejscu tylko co przez jubilerskiego rysownika opuszczonym. Młodzi ludzie przy stole pracujący usunęli się nieco z krzesłami, przerwali swą robotę i patrzyli na zasiadającą śród nich kobietę ze zdziwieniem połączonym z ironią. Bez ironii, ale z wielkim także zdziwieniem patrzał na nią jubiler. Ona nie zważała na nic, nie widziała. Pochwyciła ołówek i na ćwiartce białego papieru, którą przed sobą znalazła, rysować zaczęła. Cisza zupełna panowała w sklepie. Na pochyloną twarz kobiety występował rumieniec, pierś jej oddychała powoli i głęboko, ręka pewnym ruchem, bez najmniejszego drżenia, rzucała na papier lekkie, krótkie lub powłóczyste rysy.

Rysownik, który przed chwilą wyszedł był do sąsiedniego pokoju, wracał do sklepu, ale ujrzawszy miejsce swe zajętym, zatrzymał się w progu. Był to dwudziestotrzyletni może mężczyzna, starannie ubrany, z ufryzowanymi włosami i wymuskanym wąsikiem. Zapuścił ręce w kieszenie, oparł się niedbale o róg ściany i z uśmiechem na ustach zamieniał wzrokiem z towarzyszami żartobliwe znaki porozumienia.

– Ależ, pani dobrodziejko… – ozwał się zniecierpliwiony trochę jubiler.

– Zaraz, zaraz! – odpowiedziała Marta, nie odrywając oczu od swej roboty.

Po chwili wstała i podała jubilerowi kartkę, na której rysowała.

– Oto jest wzór na bransoletę – rzekła.

Jubiler wlepił oczy w rysunek. Wzór wykonany był bardzo pięknie. Składał się z wieńca szerokich, kształtnych liści, spiętych klamrą okrągłą, gładką, dwoma tylko krętymi łodygami oplecioną.

Bransoleta według wzoru tego wykonana łączyłaby w sobie dwie główne zalety podobnego rodzaju wyrobów: prostotę i wykwintność.

– Ładnie! Nie ma co powiedzieć! Bardzo ładnie! – mówił jubiler, przechylając głowę na obie strony i z miną zadowolonego znawcy przyglądał się rysunkowi.

– Ładnie! Bardzo ładnie! – powtórzył, ale tym razem trochę zmieszany. – Rysunki pani mogłyby mi być bardzo użytecznymi, ale… ale…

Umilkł i biedząc się widocznie nad stosownym wypowiedzeniem swej myśli, potarł dłonią gęstą swą, szpakowatą czuprynę.

Młody człowiek stojący we drzwiach uśmiechał się ciągle.

– O mój Boże – wymówił, wzruszając ramionami – jeżeli pan wstrzymujesz się z przyjęciem tej pani na rysowni… jakże tu powiedzieć… no, na rysownicę…

Siedzący przy stole piętnastoletni chłopak parsknął śmiechem. Młody człowiek z ufryzowanymi włosami mówił dalej:

– Jeżeli tedy wstrzymujesz się pan od spełnienia żądania tej pani przez wzgląd na mnie, nie rób sobie, proszę, żadnej subiekcji. Wiesz pan przecie, że i bez tego nie będę już pracował u pana dłużej nad parę tygodni, mam pewność bowiem, że w tym czasie otrzymam posadę w biurze budowniczego miasta Warszawy…

Mówił to z trochą ironii i z zupełną niedbałością. Znać w nim było człowieka, dla którego sklep jubilera był tylko stacją na drodze ku miejscom wyższym i zyskowniejszym.

– Tak, tak – rzekł jubiler. – Wiem o tym, że pan opuścisz mię wkrótce… ależ nie mogę przecie…

– Ile pan płacisz temu panu? – wpadła mu w mowę Marta.

Jubiler wymienił cyfrę zapłaty, jaką codziennie udzielał ufryzowanemu młodzieńcowi.

– Poprzestanę na połowie zapłaty tej – rzekła kobieta.

Tym razem jubiler obydwoma już dłońmi potarł czuprynę.

– Aj, aj! – zawołał, przechodząc od jednego stołu do drugiego. – Toż mi pani dopiero klina wbijasz w głowę.

Spojrzał mimochodem na wyrysowany przez Martę wzór bransolety.

– Ładnie! Nie ma co mówić! Bardzo ładnie!

– Aj, aj! – powtórzył, a sprytne oczy jego biegały niespokojnie po sklepie. Widocznie walczył z sobą, czyli walczyły w nim chęci posiadania dobrej i bardzo taniej pracownicy z obawą wprowadzenia do zakładu niebywałej dotąd nowości.

Stanął na środku sklepu i patrząc na swych pomocników wymówił pytającym tonem:

– Ha? Co?

Prawdopodobnie lakoniczne pytania te zadawał samemu sobie, ale niby z widomą odpowiedzią spotkał się oko w oko z czterema twarzami siedzących przy stole robotników. Na twarzach tych malowało się trochę zdziwienia, ale daleko więcej szyderstwa. Co zaś do młodzieńca z ufryzowanymi włosami, ten zaśmiał się prawie głośno i jakby w intencji wyśmiania się do woli cofnął się z poskokiem do sąsiedniego pokoju.

Czego ludzie ci uśmiechali się i śmiali?

Trudno by na to odpowiedzieć, a raczej długo by o tym mówić. Jubiler wszakże w uśmiechach tych znalazł znać potwierdzenie obaw swych i wstrętów. Obu rękami uczynił gest wyrazisty i patrząc na Martę, zawołał:

– Ależ, pani dobrodziejko! Pani dobrodziejka jesteś kobietą!

Wykrzyk ten był w zupełności dobrodusznym. Zadźwięczał w nim nawet żal przemysłowca, który dla względów nieobchodzących go bezpośrednio tracił dobry interes.

Marta uśmiechnęła się.

– Jestem kobietą – rzekła. – Tak, to prawda. I cóż stąd? Umiem rysować wzory…

– No, tak! Tak! – trąc czuprynę i siadając pomiędzy pomocnikami swymi, zawołał jubiler. – Ale widzisz pani, byłaby to rzecz nowa, całkiem nowa… Ja, przyznam się, nie bardzo lubię wszelkich nowości!… Jak pani widzisz, pracują tu u mnie młodzi ludzie… świat jest złośliwy… rozumiesz pani?

– Rozumiem – przerwała Marta. – I dziękuję panu za objaśnienia, które nie są dla mnie żadną nowością. Czy nabywasz pan moją obrączkę?

– Nabywam, pani dobrodziejko, nabywam…

Zerwał się z krzesła, pobiegł do innego stołu, wysunął szufladkę i stał nad nią przez chwilę trochę zamyślony.

– Oto są pieniądze – rzekł, podając kobiecie dwie asygnaty.

Marta skinęła głową i zmierzała ku drzwiom. Od progu już zwróciła się twarzą ku jubilerowi.

– Mówiłeś mi pan, że obrączka moja warta rubli trzy i pół, a dałeś mi cztery. Otrzymałam tedy pół rubla nadto.

– Ależ, pani dobrodziejko – wyjąkał jubiler. – Myślałem… sądziłem… chciałem… pani dobrodziejka wyrysowałaś mi wzór…

– Rozumiem – przerwała Marta – i dziękuję panu!

Któryż to już raz od czasu, gdy od drzwi do drzwi ludzkich ciągać poczęła biedę swą i gwałtowne potrzeby, w zamian żądanej pracy otrzymała jałmużnę?

Marta, opuściwszy sklep jubilera, nie płakała, nie przyśpieszała i nie zwalniała kroku.

Bez łzy, bez uśmiechu i bez westchnienia szła prosto ku swemu mieszkaniu krokiem równym, wciąż jednostajnym.

Przed godziną myślała, że po otrzymaniu pieniędzy za sprzedaną obrączkę kupi dziś jeszcze drzewa dla lepszego ogrzania na noc izby, wiktuałów dla sporządzenia dziecku posilnej potrawy. Nie spełniła jednak tych zamiarów swoich, nie poszła do sklepiku z wiktuałami, można by rzec, że albo zapomniała o wszystkim na świecie, albo nie miała siły zajść dalej lub odwagi pójść gdzie indziej, jak tylko do tej wysoko wzniesionej, nagiej i zimnej nory, która była jej mieszkaniem. Do dnia tego, ile razy wracała do domu, biegła zawsze śpiesznie po wschodach; teraz wstępowała na nie powoli, parę razy potknęła się o stromy stopień nie widząc go śród zapadającego zmroku lub nie widząc nic przed sobą. Niema i zimna jak grób weszła do izby, przelotne tylko spojrzenie rzuciła na skurczoną przed kominem dziewczynkę, nie przemówiła do niej, zdjęła z głowy chustkę i przystąpiła do leżącego na ziemi posłania. Oczy jej szklano patrzały w przestrzeń.

– Wyrzutek społeczeństwa! – szepnęła, osunęła się na ziemię i legła nieruchoma, z twarzą ukrytą w poduszkę, z rękami splecionymi nad głową.

Jancia przypełzła raczej niż przyszła ku miejscu, na którym spoczęła milcząca jej matka, usiadła u nóg posłania, chudymi, zziębniętymi ramionami otoczyła swe podniesione kolana i oparła na nich ciężącą widocznie małą główkę.

Milczenie głębokie zalegało izbę, tylko za oknem, nisko, na szerokiej przestrzeni szumiało i gwarzyło wielkie miasto, głuche, falujące odgłosy swych gwarów posyłając w to miejsce, w którym opuszczone, zda się, przez Boga i ludzi kamieniały w objęciach niedoli i z wolna wyziewały ducha – kobieta i dziecię.

Marta leżała na twardej pościeli w nieruchomości kamiennej, bez żadnej myśli w głowie, bez żadnego innego uczucia, jak śmiertelne zmordowanie. Praca, umiejętnie podejmowana i sprawiedliwie wynagradzana, jest najdzielniejszym, jedynie może dzielnym, higienicznym środkiem przeciw chorobom ciała i ducha. Ale nic tak szybko i do dna nie wyczerpuje sił fizycznych i moralnych, jak rzucanie się na różne drogi pracy, gorączkowe szukanie jej i rozpaczne nieznajdowanie.

Marta nie widziała już teraz przed sobą żadnej drogi. Była wprawdzie jedna, zawsze dla niej otwarta, ale ta zaprowadziłaby ją tam, do owego mieszkania przy Królewskiej ulicy, i kazałaby jej kobiecie owej ze zwiędłym czołem i rozwianymi włosami powiedzieć: „Wracam! Mówiłaś prawdę! Nie jestem człowiekiem, jestem rzeczą!”. Ale w piersi młodej kobiety były instynkty, uczucia, wspomnienia, które ją od drogi tej odwracały, które ją dla niej uniemożebniały. Nie myślała też o niej, tak jak nie myślała w tej chwili o niczym. Nagle usłyszała, jakby przez sen, chrapliwy, zanoszący się kaszel. Odgłos ten wstrząsnął ją dreszczem i w jednym oka mgnieniu wyrwał z kamiennej nieruchomości. Zerwała się na posłaniu i usiadła wyprostowana:

– Czy to ty kaszlałaś, Janciu?

– Ja, mamo!

Głos matki był drżący i zdławiony, dziecka – cichy i chrapliwy.

Porwała dziecię na ręce i posadziła je na swych kolanach. Dłonią dotknęła czoła, które gorzało, przyłożyła rękę do piersi, w której dziecięce serduszko uderzało mocą spazmatyczną, rozrywającą.

– O mój Boże! – jęknęła kobieta. – Tylko nie to! Wszystko już, wszystko, tylko nie to!

W głębokim zmroku nie mogła wyraźnie dojrzeć twarzy córki. Zapaliła małą lampkę i czteroletnią dziewczynkę jak drobne niemowlę unosząc w ramionach, wystawiła głowę jej na światło. Na policzkach dziecięcia leżały czerwone piętna gorączki, rozszerzone źrenice patrzały z głęboką, choć niemą skargą. Zakaszlała po raz drugi i w zniemożeniu113 pochyliła ciężką główkę na ramię matki.

O północy z wysokich wschodów kamienicy zbiegała kobieta w czarnej chustce na głowie. Zupełna prawie ciemność panowała wkoło niej, a jednak nie chwiała się ona jak przed kilku godzinami, nie potykała się o strome stopnie i nie stawała śród drogi dla nabrania oddechu. Można by rzec, że miała skrzydła u ramion, i nie byłaby to wcale metafora próżna. Niosły ją w istocie i nad ziemią prawie podnosiły boleść i przestrach.

W niespełna pół godziny wracała, ale nie sama.

Szedł z nią dość młody jeszcze mężczyzna, w kapeluszu i dostatnim futrze. Weszli do izby i oboje przybliżyli się do leżącego na ziemi posłania. Dziecię z rumianą od gorączki twarzą rzucało się na nim nieprzerywanym kaszlem i niewyraźnymi skargami.

Lekarz obejrzał się, za krzesłem zapewne. Nie ujrzawszy go, przyklęknął na ziemi. Kobieta stała u nóg posłania, niema i nieruchoma, z ponurym ogniem w oczach.

– Jak tu zimno! – rzekł powstając mężczyzna.

Kobieta nic nie odpowiedziała.

– Na czymże pisać będę?

Na oknie stała flaszka z atramentem, leżały pióro i arkusz papieru.

Lekarz, zgięty na wpół, zapisał receptę.

– Dziecko ma zapalenie kanału oddechowego, inaczej bronchit. Ogrzej pani izbę i lekarstwo dawaj pilnie.

Powiedział jeszcze słów kilka i podjął z ziemi kapelusz.

Kobieta sięgnęła do kieszeni i w milczeniu podała mu rękę z pieniądzem w dłoni. Lekarz raz jeszcze szybkie spojrzenie rzucił dokoła i nie wyciągnął swej ręki.

 

– Nie trzeba – rzekł już przy progu. – Nie trzeba! Dziecko słabe jest i wyniszczone. Choroba będzie długa i lekarstwa zapewne liczne. Jutro przyjdę.

Odszedł. Wdowa upadła na kolana przed niskim posłaniem, przylgnęła piersią do piersi dziecięcej.

– O moje dziecko! Jedyne dziecko moje! – szeptała. – Przebacz twej matce, przebacz! Nie potrafiłam ogrzać cię i wyżywić, dałam cię na pastwę zimnu i głodowi! Jesteś słaba, wyniszczona… jesteś chora… o dziecko moje…

Zsunęła się bezwładnie z pościeli, czołem uderzyła o ziemię, ręce zatopiła we włosach.

– O, jakam114 ja nikczemna, niegodziwa, występna!

W godzinę potem przyniesione już z miasta lekarstwo stało obok chorego dziecka, równo ze świtem i otworzeniem się sklepików z wiktuałami obfity ogień palił się na kominie i napełniał izbę orzeźwiającym ciepłem.

Sprawdziły się słowa lekarza. Choroba Janci trwała długo. Lekarz, powtarzający odwiedziny swe co dzień, przyszedł już po raz dziesiąty. Dziecko pogrążone było jeszcze w silnej gorączce; mozolny i chrapliwy oddech jego, podobny do zgrzytu piły, rozlegał się po podłodze.

Marta stała znowu niema i nieruchoma u nóg posłania. Lekarz zwrócił się do niej.

– Nie trać pani nadziei – rzekł łagodnie. – Dziecko może wyzdrowieć, ale teraz, szczególniej dziś, jutro, trzeba mu starań wyjątkowo pilnych. Dziś jest tu znowu za chłodno. Temperatura powinna być ogrzana przynajmniej o sześć stopni lub więcej. Lekarstwo zaś, które przepisałem, przynieś pani jak najprędzej i dawaj je dziecku przez noc całą bez przerwy. Jest może trochę za drogim, ale już – jedynym…

Odszedł. Marta stała na środku izby ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Ogrzać temperaturę izby! Czym? Kupić lekarstwo! Za co?

Nie miała już w kieszeni ani grosza. W pierwszym dniu choroby dziecka posiadała cztery ruble i parę złotych; skarb ten pożarł komin, w którym ogień palił się co dnia, i aptekarska retorta, do której Marta przybiegała kilka razy na dobę.

Nie targała już teraz włosów swych, nie padała na ziemię i nie uderzała się w piersi z bezdenną pokorą. Była zaledwie cieniem dawnej Marty. Wychudła i zżółkła twarz jej powlekła się wyrazem cierpienia, które, stawszy się normalnym stanem ducha, przeniknąwszy sobą najdrobniejsze fibry ciała, wrzało w piersi i w głowie głucho i niemo, ale nieustannie. Zsiniałe wargi kobiety ściśnięte były silnie jak u kogoś, kto nawykł za zwartymi zębami powstrzymywać jęki i okrzyki, zagasłe źrenice jej szklanym spojrzeniem obiegały dokoła izbę.

Może było co jeszcze do sprzedania?

Nie, nic nie było prócz poduszki, na której wspierała się głowa chorego dziecka, wełnianego okrycia, pod którym dyszała pierś jego ochrypła, dwóch koszulek i starych sukienek dziecięcych, za które nikt nie da tyle nawet, ile za więź115 drzewa zapłacić trzeba.

Kobieta bezwładnie opuściła ręce.

– Cóż ja uczynię? – szepnęła. – Cóż uczynić mogę? Niech umiera! Położę się przy niej i umrę z nią razem!

W tej chwili dziecię rzuciło się na posłaniu i wydało słaby okrzyk. W okrzyku tym zabrzmiał jakby śmiech radości i niewyraźny jęk żalu.

– Ojcze! – zawołało dziecię, wyciągając w powietrzu obie ręce chude i rozpalone. – Ojcze, ojcze!…

O boleści! Mordercza gorączka przyniosła przed oczy dziecięcia obraz jego ojca, uśmiechnęło się ono do niego, zajęczało przed nim skargą i zawołało o ratunek.

Marta podniosła schyloną przedtem głowę, do oczu jej, przed chwilą suchych i zgasłych, z nagłym gwałtem rzuciły się łzy. Załamała dłonie i przez szklistą osłonę utkwiła wzrok w twarzy dziecięcia.

– Przyzywasz ojca – wyszeptała ze wzdętej i falującej piersi. – On by ci pewno mógł przynieść ratunek! On zapracowałby dla ciebie na ciepło i pożywienie wprzódy, na lekarstwo teraz…

Stała chwilę i milczała. Nagle rzuciła się ku posłaniu i stanęła nad nim.

– Ach! – zawołała. – I ja także nie pozostawię cię bez ratunku! Ojciec pracowałby dla ciebie… Matka – pójdzie żebrać!

Płomienny rumieniec okrył zżółkłe jej policzki, w oczach zapłonął ogień silnego postanowienia.

Zarzuciła na głowę czarną chustkę i zbiegła na dół do mieszkania stróża. Tam przed ogniem, przy którym gotowała się strawa, siedziała kobieta w wielkim czepcu i grubym obuwiu.

Marta stanęła przed nią zdyszana biegiem.

– Pani! – zawołała. – Przez litość… przez miłosierdzie…

– Pewno pieniędzy! – fuknęła kobieta. – Nie mam, nie mam, skąd ja ich tam mieć mogę…

– Nie, nie, nie pieniędzy! Pójdę po nie do miasta! Posiedź pani tymczasem przy moim chorym dziecku!

Kobieta skrzywiła się, choć nie tak gniewnie jak wprzódy.

– Abo to ja mam czas siedzieć przy acani chorym dziecku…

Marta pochyliła się, pochwyciła wielką, grubą, twardą rękę kobiety i przyłożyła ją do ust.

– Przez litość, pani, przez miłosierdzie posiedź przy niej… Ciągle pić chce… rzuca się i zrywa, nie można dziś zostawić ją samą…

Całowała tę rękę, która niedawno jeszcze zadawała razy ciału jej dziecka.

– No, no, co tam acani robisz! Pójdę już, pójdę i posiedzę, tylko nie baw się długo, bo za godzinę dziecko mi przyjdzie ze szkoły i muszę je nakarmić!…

Ciemna postać kobiety mknęła śród zmroku pod sklepioną bramą kamienicy.

– Pójdę… wyciągnę rękę… wyżebrzę… – szeptała do siebie Marta.

Wybiegła na ulicę, stanęła, pomyślała jeszcze chwilę i popędziła w kierunku Świętojerskiej ulicy. Płomieniste skrzydła, z których jednym była boleść, drugim przestrach, niosły ją znowu z szybkością zadziwiającą. Ślepa, głucha, nieczująca potrąceń przechodniów, niezważająca na ich sarkania i oglądania się, jak błyskawica przerzynała zachodzące jej drogę tłumy ludności i mknęła chodnikami ku miejscu, w którym była jedna ze spotkanych przez nią rąk litościwych.

Stanęła na koniec przed bramą, do której niegdyś wchodziła z radością, nadzieją, dumą, odetchnęła głęboko, wstąpiła szybko po oświetlonych wschodach i trzęsącą się ręką dotknęła rączki elektrycznego dzwonka. Drzwi otworzyły się, młoda, ustrojona, fertyczna służąca stanęła w progu, zarazem fala światła rzuciła się w oczy i fala gwaru złożonego z głosów ludzkich uderzyła słuch przybywającej kobiety. Przedpokój obficie był oświetlony, za drzwiami prowadzącymi do salonu szemrało, gwarzyło, śmiało się kilkanaście, kilkadziesiąt może głosów ludzkich.

– Czego pani życzy sobie? – zapytała służąca.

– Mam interes do pani Rudzińskiej.

– O! To chyba niech pani jutro przyjdzie. Dziś u moich państwa tygodniowy wieczór, goście tylko co się zebrali, pani moja nie może wyjść z salonu…

Marta cofnęła się na wschody. Służąca drzwi za nią zamknęła. Za drzwiami tymi mieszkała istotnie dobra, szczerze miłosierna kobieta. Litościwa ręka jej nie mogła przecież w tej chwili otworzyć się dla Marty. I było to rzeczą bardzo naturalną. Litościwe ręce posiadają w sobie w ogóle okrutny żywioł niepewności. Najlepszy bowiem człowiek nie może każdej chwili życia swego poświęcić dobrym uczynkom. Nie tylko zatrudnienia pilne i troski osobiste, ale bezwinne skądinąd, obowiązkowe, nawet niekiedy towarzyskie zajęcia ku innym celom i czynnościom zwracają litościwą rękę, nie pozwalając, aby dla biedy ludzkiej była bezzawodną opoką.

Marta szła teraz, biegła raczej ku Krakowskiemu Przedmieściu. Miała zapewne na myśli dobroczynnego księgarza. Zaledwie przecież stanęła przed drzwiami księgarni i spojrzała przez szyby, cofnęła się na chodnik. Zobaczyła w księgarni kilka osób, parę pań wystrojonych, dwóch mężczyzn z wesołymi twarzami, którzy wybierali i kupowali książki.

*

Było to pomiędzy godziną wieczorną siódmą i ósmą, a więc w porze, w której wewnątrz i zewnątrz wielkie miasto wre najzawrotniejszym ruchem, jaśnieje najbogatszym strojem, do nieskończoności prawie mnoży w sobie zjawiska cywilizacji, które obejmują w posiadanie swe wnętrza gmachów i szlaki ulic, szerokie przestrzenie zalewają rzęsistym światłem, muzyką, tłumami, gwarem. Życie wieczorne to połowa życia, większa może dla ludności grodu, na którego niebie przez długie miesiące słońce kilka zaledwie godzin jaśnieje codziennie.

Krakowskie Przedmieście wrzało ruchem, kipiało życiem i pośpiechem, któremu sprzyjała pogoda wieczorna. Drobny śnieżek marcowy spadł na zmarzniętą jeszcze ziemię i oczyścił niebo z białawych obłoków. Teraz namiot niebieski roztaczał się nad miastem, głęboki, ciemny, gwiaździsty.

Nieustanny turkot kół, niby grzmot nieskończony, biegł środkiem szerokiej ulicy. Na chodnikach falowało tysiące głów ludzkich. Widno tam było tak prawie jak w dzień, bo prócz rozsianych gęsto gazowych latarni mnogie okna magazynów rzucały na szeroką przestrzeń powodzie światła.

113zniemożenie – bezsilność. [przypis edytorski]
114jakam ja – skrócone od: jaka jestem. [przypis edytorski]
115więź – tu: wiązka. [przypis edytorski]