Marta

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przy ostatnim słowie księgarz wziął ze stołu zwój papieru i podał go Marcie. Ale ona nie wyciągnęła ręki, nie uczyniła najmniejszego poruszenia; stała wciąż wyprostowana, sztywna, jakby skamieniała, i tylko na bladych ustach jej drżał dziwny uśmiech. Był to jeden z tych uśmiechów, które miliony razy smutniejszymi są od łez, bo widać w nich ducha poczynającego szydzić z siebie i ze świata. Słowa księgarza sądzącego literacką pracę Marty były dosłownym prawie powtórzeniem słów literata wydającego przed kilku miesiącami wyrok na jej rysunek. Te to zapewne zbliżenie kurczowym uśmiechem poruszyło drżące wargi kobiety.

– Zawsze to samo! – szepnęła po chwili, po czym pochyliła głowę i głośniej wyrzekła: – Boże mój, Boże, Boże!

Jęk ten wydarł się z ust jej szybki, stłumiony, lecz przeszywający. Nie tylko więc płakała już wobec świadków, ale i wydawała jęki. Gdzież więc podziała się dawna duma jej i mężna powściągliwość? Przymioty te, właściwe charakterowi Marty, stajały w części w stopniowo nabywanym przyzwyczajeniu do nieustannie przenoszonych upokorzeń, pozostało ich w niej jednak tyle jeszcze, że po kilkunastu sekundach zdołała podnieść głowę, zatrzymać łzy pod powieką i dość jasnym nawet wzrokiem spojrzeć na księgarza. Wzrok ten wyrażał błaganie, niestety! Znowu błaganie, a więc upokorzenie!

– Panie! – rzekła. – Byłeś dla mnie tak dobry, a że z dobroci twej pożytku odnieść nie mogłam, moja to już wina…

Zatrzymała się nagle. Wzrok jej stał się szklanym i wewnątrz cofniętym.

– Czy moja? – szepnęła bardzo cicho tonem pytania.

Pytanie to zadawała widocznie samej sobie, problemat społeczny, którego była jedną z przedstawicielek i ofiar, ujmował ją coraz ściślej w twarde ramiona i rozkazywał jej spoglądać w straszliwe swe oblicze. Otrząsnęła się jednak szybko z mimowolnej zadumy. Rozjaśniony znowu wzrok podniosła na twarz stojącego przed nią człowieka.

– Czy nie mogłabym uczyć się teraz jeszcze? Czy nie ma żadnego na świecie miejsca, w którym bym czegokolwiek wyuczyć się mogła? Powiedz mi pan, powiedz, powiedz!

Księgarz na wpół był zmieszany, na wpół wzruszony.

– Pani – odpowiedział, czyniąc gest pożałowania. – O żadnym miejscu takim nie wiem. Jesteś pani kobietą.

W tej chwili wyszedł z sąsiedniej sali i zbliżył się do księgarza jeden z subiektów z jakimś długim rejestrem czy rachunkiem w ręku.

Marta wzięła rękopis swój i odeszła. Kiedy na pożegnanie podała księgarzowi rękę, palce jej były zimne jak lód i zesztywniałe, twarz posiadała nieruchomość marmuru i tylko na ustach jej drżał wciąż migotliwy, przejmujący uśmiech, zdający się w nieskończoność powtarzać słowa tylko co wymówione: „Zawsze to samo!”.

Zaledwie drzwi zamknęły się za Martą, niemłody mężczyzna z łysą głową i wielką twarzą rzucił na stół książkę, w której zdawał się dotąd być zagłębionym, i wybuchnął głośnym śmiechem.

– Z czego się pan śmiejesz? – ze zdziwieniem zapytał księgarz, podnosząc oczy znad rejestru podanego mu przed chwilą.

– Jakże się tu nie śmiać! – zawołał mężczyzna, a oczy jego błyskały zza grubych i mętnych szkieł serdeczną wesołością. – Jak się tu nie śmiać! Zachciało się jejmości zostać literatką, autorką! No, proszę! Ha, ha, ha! Ależ dałeś jej pan odprawę! Miałem, doprawdy, ochotę porwać się z krzesła i uściskać cię za to!

Księgarz patrzył na gościa swego surowym trochę wzrokiem.

– Wierz mi pan – odparł z odcieniem niezadowolenia – że z prawdziwą przykrością, powiem nawet z żalem, przyszło mi zasmucić tę kobietę…

– Jak to! – zawołał człowiek siedzący nad stosem książek. – I pan to mówisz na serio?

– Zupełnie na serio; jest to wdowa po człowieku, którego znałem, lubiłem i szanowałem…

– Ba, ba! Ręczę ci, że awanturnica jakaś! Porządne kobiety nie włóczą się po mieście, szukając, czego nie zgubiły; siedzą one w domu, gospodarstwa pilnują, dzieci hodują i Boga chwalą…

– Ależ zmiłuj się, panie Antoni, kobieta ta nie ma żadnego gospodarstwa, jest ona w nędzy…

– Ach, dałbyś pokój, panie Laurenty! Dziwię się, że możesz być tak łatwowiernym! To nie nędza, panie, ale ambicja! Ambicja! Chciałoby się czym błysnąć, zasłynąć, najwyższe miejsce w społeczeństwie zająć i zdobyć sobie tym sposobem swobodę czynienia, co się podoba, i osłaniania wybryków swych urojoną wyższością, kłamaną pracą!

Księgarz wzruszył ramionami.

– Jesteś przecie literatem, panie Antoni, i powinien byś więcej coś wiedzieć o kwestii wychowania i pracy kobiet…

– Kwestia kobiet! – podskakując na krześle z rozrumienioną nagle twarzą i pałającymi oczami wykrzyknął mężczyzna. – Czy wiesz pan, co to takiego, ta kwestia kobiet…

Umilkł na chwilę, bo zasapany z wielkiego uniesienia zmuszonym był głębiej odetchnąć. Po chwili spokojniejszym już głosem dodał:

– Na cóż ci zresztą mówić mam, co myślę o tym przedmiocie. Przeczytaj moje artykuły.

– Czytałem, czytałem i bynajmniej nie zostałem nimi przekonany, aby…

– No! To jeśli mnie nie wierzysz – wpadł mu w mowę literat w grubych okularach – nie będziesz przynajmniej lekceważył tego wszystkiego, co wypowiadają o tym powagi… wielkie powagi… Oto niedawno doktor Bischoff91… Wiesz przecie, kto to Bischoff?

– Bischoff – rzekł księgarz – jest zapewne wielkim uczonym, ale oprócz tego, że nadużywacie słów jego i przesadzacie ich znaczenie, nie sądzę, aby mógł być wyrocznią skazującą tysiące nieszczęśliwych istot…

– Awanturnic! – przerwał znowu literat. – Wierz mi, że awanturnic tylko, istot ambitnych, pysznych i pozbawionych moralności. Po co nam, proszę, kobiety uczone, jak wyrażają się niektórzy, niezależne? Piękność, łagodność, skromność, uległość i pobożność – oto są cnoty właściwe kobiecie, gospodarstwo domowe – oto zakres jej pracy, miłość dla męża – oto jedyna stosowna i pożyteczna dla nich cnota! Prababki nasze…

W tej chwili weszło do księgarni parę osób, a opowiadanie o prababkach zawisło niedokończone na otwartych, pulchnych ustach literata. Ale jakichże silnych argumentów zaczerpnąłby on dla tylko co wygłoszonej swej teorii, jak wiele mógłby nowego powiedzieć i napisać o ambicji i zazdrości, wiodących kobiety do przekraczania nakreślonych im przez naturę i wielkie powagi granic, gdyby mógł w tej chwili przeniknąć myśli idącej ulicą Marty!

Po wyjściu z księgarni była ona zrazu jakby ogłuszona i onieczulona92. Nie myślała o niczym i nie czuła nic. Pierwsza myśl przytomna, jaka powstała w jej głowie, formowała się słowami: „Jacy oni szczęśliwi!”. Pierwszym uczuciem budzącym się w niej wyraźnie była – zazdrość.

Szła wtedy chodnikiem przeciwległym temu, za którym szerokie i wspaniałe swe budowy rozpościera Kaźmirowski pałac93. Na obszernym pałacowym podwórzu roiły się młodzieńcze postacie z ożywionymi twarzami, w dostojnych ubiorach wychowańców uniwersytetu. Jedni z młodzieńców tych trzymali pod ramieniem wielkie księgi w prostej oprawie lub bez oprawy, zniszczone, na wpół podarte od używania, inni owijali w papier elastyczne lub stalą połyskujące przedmioty, przyrządy naukowe zapewne, które nieśli do domów swych, aby z ich pomocą oddawać się uczonym eksperymentom i obserwacjom. Przez kilka minut napełniali oni podwórze gwarem rozmów cichszych i głośniejszych. Rozprawiali, gestykulowali żywo, od czasu do czasu z tej lub owej grupy wybiegała gama młodzieńczego śmiechu albo podniósł się głośniejszy wykrzyk, zdradzający uniesienie, zapał młodej piersi i przedmiot ulubiony studiów rozpalonej głowy. Po kilku minutach grupy rozprzęgły się; widać było, jak młodzi ludzie podawali sobie dłonie i jedni z wesołymi uśmiechami na ustach, inni w zamyśleniu, inni jeszcze ożywioną prowadząc rozmowę, pojedynczo lub parami opuścili uniwersytecki podwórzec i zmieszali się z ludnością szeroki chodnik zalegającą.

Marta szła bardzo powoli, z głową zwróconą wciąż ku wielkiej budowie, która teraz przybrała dla wyobraźni jej znaczenie świątyni o tajemniczej sile pociągu. Młodzi ludzie z księgami pod ramieniem, z jasnymi lub poważnie zamyślonymi twarzami wydawali się jej istotnie dzierżącymi przywileje, dostojność i szczęście chyba półbogów. Biedna kobieta westchnęła z głębi piersi.

 

– Szczęśliwi! Och, szczęśliwi! – szepnęła i ogarniając znowu wzrokiem wspaniałą budowę, którą zostawiała już poza sobą, dodała. – Czemuż ja tam nie byłam? Czemuż ja tam teraz być nie mogę?

„Nie mogę? – myślała dalej. – Dlaczegóż nie mogę? Nie mam prawa! Dlaczego nie mam prawa?

Jakież to są te tak bezgraniczne różnice, które zachodzą pomiędzy mną i tymi ludźmi? Dlaczego otrzymują oni to, bez czego żyć tak trudno, a ja nie otrzymałam i otrzymać nie mogę?”

Po raz pierwszy w swym życiu w piersi Marty podniosła się fala palącego oburzenia, głuchego gniewu, gorzkiej zazdrości. Zarazem doświadczyła uczucia niewysłowionej, gniotącej pokory. Zdawało jej się, że najlepiej by uczyniła, jeśliby w tej chwili upadła na kamienie chodnika, twarzą ku ziemi, pod stopy przechodniów. „Niechby mię deptali! – pomyślała. – Czegóżem więcej warta94, ja, niedołężna, do niczego niezdatna, nikczemna istota!”

Ostatni wyraz tej myśli przebrzmiewał w jej głowie, gdy zwój papieru, który niosła, wyniknął się z jej dłoni i upadł pod stopy.

Zeszyt padając roztworzył się; nachyliła się, aby go podnieść, i na tle zakreślonej przez nią karty ujrzała dwa trzyrublowe papierki.

Był to dar litościwego księgarza, który odrzucając nieudolną pracę kobiety pragnął jednak dać jej czynny dowód swej litości. Marta wyprostowała się z zeszytem w jednym ręku, szeleszczącymi papierkami w drugim. Oczy jej miały w tej chwili blask ostry i przeszywający, pierś drżała tłumionym, głuchym śmiechem.

– Tak! – wymówiła głośno prawie. – Im nauka i praca, mnie – jałmużna…

Wyrazy syczały w ustach jej, tak prawie białych jak papier, który trzymała w dłoni.

– Dobrze! – szepnęła po chwili. – Niech i tak będzie! Dlaczego nie dali mi tego, czego dziś wymagają ode mnie, dlaczego wymagają ode mnie tego, czego mi nie dali! Niech teraz dają pieniądze… tak… pieniądze… darmo… będę brała… niech dają…

Szybkim, nerwowym ruchem wsunęła asygnaty w kieszeń zniszczonej sukni i zachwiała się na nogach. Teraz dopiero, gdy duch jej wtrąconym został na nowo w odmęt strasznej burzy, ciało przypomniało jej, że była głodna, że kilkadziesiąt nocy spędziła nad pracą, która nie przydała się na nic. Nie mogła iść dalej. Przez mgłę, która wzrok jej przysłaniała, ujrzała przed sobą wschody. Były to wschody Świętokrzyskiego kościoła. Osunęła się na nie, oparła głowę na ręku i przymknęła oczy. Po krótkiej chwili zesztywniałe jej rysy zmiękły, lód, w którym uczucia ścięły się w jej piersi, tajał, spod powiek spuszczonych po marmurowo białym policzku płynąć poczęły łzy, kropla po kropli, bujne, ciężkie, padały na chude ręce i kryły się pomiędzy fałdami żałobnej sukni.

Gdy tak się działo z Martą, chodnikiem Krakowskiego Przedmieścia postępowała para ludzi: kobieta i mężczyzna. Szli krokiem prędkim i lekkim, rozmawiali z sobą z wielkim ożywieniem. Kobieta młoda była, wystrojona i piękna, mężczyzna młody także, wytwornie ubrany i bardzo przystojny.

– Mów pan, co chcesz, przysięgaj, jak chcesz, a nie uwierzę ci, abyś kiedykolwiek w życiu swym mógł być naprawdę zakochanym!

Mówiąc to, młoda kobieta śmiała się ustami i oczami. Zza ust jej koralowej barwy ukazywały się dwa rzędy białych i drobnych zębów, piwne źrenice błyskały i rzucały dokoła szybkie wejrzenia. Mężczyzna westchnął. Była to parodia westchnienia, mieszczącego w sobie więcej żartu i wesołości niż śmiech kobiety.

– Nie wierzysz mi, piękna Julciu, a jednak Bóg mi świadkiem, żem kochał się przez dzień cały nie tylko naprawdę, ale szalenie, bez pamięci! Wystaw bo sobie taką boską istotę! Wysoka jak topola, oczy wielkie, czarne, płeć jak alabaster, włosy jak krucze pióra, olbrzymie i nie sztuczne, powiadam, że nie sztuczne, ale własne, już ja się na tym znam… Smutna, blada, nieszczęśliwa… o, bogini! Ale to wszystko jeszcze nic, podobała mi się od razu co prawda, powiedziałem przecie sercu mojemu: „Milcz!”, bo wiedziałem, że siostra moja nie żartem ją polubiła i strzec ją ode mnie postanowiła jak od ognia… Wtedy jednak, kiedy przyszła do mojej siostry i tym swoim cudownym, lubym, słowiczym głosikiem powiedziała: „Nie mogę uczyć córki pani…”. Ale ja tobie, piękna pani… Julciu, opowiadałem już tę historię… Otóż wtedy to właśnie zakochałem się w niej naprawdę. Przez cały dzień potem chodziłem jak odurzony, po wszystkich ulicach szukając mojej bogini…

– I nie znalazłeś jej pan?

– Nie znalazłem.

– Nie wiedziałeś, gdzie mieszka?

– Nie wiedziałem. Siostra moja wiedziała, ale ba!… Ilem razy spytał ją o adres pięknej wdowy, odpowiadała mi zawsze: „Czemu ty, Olesiu, do biura nie idziesz?”.

Kobieta parsknęła śmiechem.

– Siostra pana musi być okropnie poważną osobą! – zawołała.

Mężczyzna nie zaśmiał się tym razem ani westchnął.

– Nie mówmy o siostrze mojej, panno Julio – rzekł głosem, w którym brzmiała pewna stanowczość. – Oto lepiej posłuchaj dalszego ciągu dramatu mojego życia. Ach! Był to dramat… Wyobraź sobie, że dnia tego spotkawszy na ulicy pannę Malwinę X., ukłoniłem się jej tylko z daleka, koło drzwi Stępkosia przeszedłem ze schyloną głową i z westchnieniem w piersi ujrzałem na afiszu Piękną Helenę, i nie poszedłem do teatru, słowem, pogrążony zostałem w rozpacz tak ponurą, że gdyby mię poczciwy Bolek nie zaprowadził nazajutrz do pewnego mieszkania przy ulicy Królewskiej, gdzie ujrzałem najpiękniejszą z bogiń ziemskich…

– O, o! – na wpół ze śmiechem, na wpół z zalotnym oburzeniem przerwała kobieta. – Bez komplementów tylko, bez komplementów.

– Byłbym już dotąd – ciągnął mężczyzna – byłbym już dotąd… znalazł tę, która znikła sprzed oczu moich.

– I której pan nie szukałeś więcej…

– Nie szukałem…

– I zapomniałeś o niej…

– Nie zapomniałem, och, nie zapomniałem. Ale rana serca zabliźniła się jakoś… Cóż robić? Vivre c'est souffrir95

Wymówiwszy ostatnie wyrazy młody człowiek podniósł w górę spojrzenie pełne melancholii i zagwizdał z cicha arię Kalchasa z Pięknej Heleny.

Nagle przestał gwizdać, stanął i zawołał:

– Ach!

Kobieta obok niego postępująca spojrzała nań zdziwiona. Wesoły Oleś wzrok miał utkwiony w jednym punkcie i, o dziwy! z ust jego zsunął się uśmiech wiekuisty. Kształtna i delikatna linia ust tych jak też i wszystkie linie twarzy młodzieńca mieniły się i falowały, jak bywa zwykle u ludzi z naturą wrażliwą, gdy są nagle wzruszonymi.

– Cóż tam takiego? – zapytała piękna kobieta niechętnym trochę głosem. – Doprawdy – dodała zalotnie – powinnam mieć urazę do pana, panie Olesiu! Idziesz pan ze mną, a patrzysz, nie wiem, na kogo…

– To ona! – szepnął Oleś. – Ach, jakże piękna!

Przez chwilę młoda i strojna kobieta nosząca imię Julii szukała wzrokiem punktu, na którym tak upornie96 spoczywał wzrok jej towarzysza. Nagle pochyliła się nieco i wyciągając przed siebie ręce ukryte w sobolowej mufce, zawołała:

– Wszakże to Marta Świcka!

Znajdowali się o kilka zaledwie kroków od wschodów Świętokrzyskiego kościoła, na których siedziała kobieta w żałobnej sukni, w czarnej wełnianej chustce zarzuconej na głowę i skrzyżowanej na piersiach.

Marta już nie płakała. Ze łzami, które przez chwilę gwałtownie, choć cicho płynęły z jej oczów, wypłakała znać część tych gryzących uczuć, których burza obezsilniła97 ją i na wpół omdlałą rzuciła na to miejsce. Teraz twarz jej była biała jak marmur i podniesiona w górę, a oczy suche, z gorącym połyskiem i głębokim wyrazem nieruchomo patrzyły w błękitne niebo. Cała zresztą postać jej była nieruchoma. Najmniejsze drgnienie nie ożywiało podniesionych jej powiek, ani ust zwartych, ani zziębniętych rąk, splecionych śród grubych fałd sukni. Z daleka wziąć by ją można było za posąg zdobiący wnijście do wspaniałej świątyni, posąg wyobrażający duszę modlącą się lub zapytującą, albo też i modlącą się, i zapytującą zarazem.

Marta patrzała w niebo, w oczach jej była modlitwa gorąca, ale zarazem i głębokie jakieś, namiętne, natarczywe niemal pytanie.

– Jakaż ona piękna! – z cicha powtórzył wesoły Oleś i pochylając się ku swej towarzyszce, ciszej jeszcze dodał. – Gdyby ją tak z tymi wschodami razem przenieść do teatru, na scenę… dopiero to byłby efekt!

– Prawda, że jest piękna – odszepnęła towarzyszka wesołego Olesia. – Ależ ja ją znam wybornie… Co się z nią stało?… Czego ona tu siedzi? I jak ubrana! Żebraczka, czy co?…

Zamieniając te wyrazy młoda para zbliżała się coraz bardziej do kobiety, która zwróciła jej uwagę.

Marta nie spostrzegła, że jest czyjejkolwiek uwagi przedmiotem. Odkąd bezsilna i burzą uczuć stargana usiadła tu na chwilowy spoczynek, wiele może osób przechodzących ulicą patrzało na nią, ale ona nie widziała nikogo. Cała dusza jej błądziła za tymi błękitami, w których zatonęły jej oczy; tam szukała ona jakiejś siły dobrej i potężnej, która by chciała i mogła skruszyć gnębiącą ją fatalność. Tuż nad głową zatopionej w zadumie kobiety ozwały się dwa głosy.

– Pani! – mówił głos jeden, męski i zniżony wzruszeniem czy uszanowaniem.

Marta nie usłyszała tego głosu.

– Marto! Marto! – zawołał głos drugi, kobiecy.

Głos ten Marta usłyszała, dźwięczały w nim brzmienia znane jej dobrze z dawna. Wydało się Marcie, jakoby w tej chwili przeszłość jej zawołała na nią po imieniu. Powoli i jakby z ciężkością źrenice jej oderwały się od wysokich błękitów i spłynęły na twarz kobiety, która stała przed nią, sobolową mufkę na śnieg pod stopy swe rzuciła, a ku niej wyciągnęła dwie drobne ręce zamknięte w liliowych połyskujących rękawiczkach.

– Karolina! – szepnęła Marta ze zdziwieniem tylko zrazu, po chwili jednak jaśniejszy promień przebiegł po twarzy jej i stopił nieruchomość jej rysów.

– Karolcia! – wymówiła głośniej i powstała. Pochwyciła obie podawane sobie ręce kobiety.

– Karolcia! – powtórzyła. – Mój Boże, tyżeś to98, doprawdy?

– Tyżeś to, Marto? – wzajemnie spytała kobieta w atłasach i sobolach i błyszczące swe oczy ze smutkiem zatapiała przez chwilę w bladej, wychudłej twarzy, która na widok jej zadrżała radością. Ale w oczach tych smutek nie mógł znać99 gościć długo.

Kobieta w atłasach zaśmiała się i zwrócona do towarzysza swego rzekła:

– Czy widzisz, panie Aleksandrze, jak się to ludzie spotykają na świecie? Wszakże my z Martą znamy się od dzieciństwa!

– Tak, od dzieciństwa! – powtórzyła Marta, teraz dopiero spostrzegając wesołego Olesia i witając go ukłonem.

– Po kim nosisz żałobę? – pytała kobieta w sobolach, szybkie spojrzenie rzucając na nędzny ubiór Marty.

 

– Po mężu.

– Po mężu! A więc owdowiałaś! To szkoda! Przystojny był chłopak z twego Jasia, jesteś więc wdową. Gdzież mieszkasz stale? Na wsi czy tutaj?

– Tu, w Warszawie.

– Tu? A dlaczego nie wróciłaś na wieś?

– Wieś mego ojca w kilka miesięcy po ślubie moim sprzedano z licytacji.

– Z licytacji! Tak! To szkoda, nie masz więc żadnego majątku, bo ten poczciwy Jaś kochał cię szalenie i musiał tracić na ciebie wszystko, co miał. Cóż więc robisz teraz? Jak żyjesz?

– Jestem szwaczką.

– Ciężka robota! – zaśmiała się kobieta w atłasach. – I ja próbowałam jej trochę, ale nie udało mi się.

– Ty, Karolciu! Ty byłaś szwaczką! – z kolei zdziwiona zawołała Marta.

Kobieta w atłasach zaśmiała się znowu.

– Próbowałam być szwaczką, ale jakoś mi się nie udało! Cóż robić? Tak chciało przeznaczenie, na które jednak nie uskarżam się wcale…

I znowu zaśmiała się. Tak często powtarzający się śmiech jej, wpół płochy, wpół zalotny zdawał się płynąć więcej z przyzwyczajenia do ciągłego śmiania się niż z wesołości. Teraz Marta orzuciła100 spojrzeniem bogaty strój stojącej przed nią kobiety.

– Czy wyszłaś za mąż? – zapytała.

Kobieta zaśmiała się znowu.

– Nie! – zawołała. – Nie, nie! Nie wyszłam za mąż, moja droga! To jest, jak ci mam powiedzieć? Ale nie, nie! Za mąż nie wyszłam…

Śmiała się wciąż mówiąc to, ale śmiech jej miał już tym razem przykre, trochę przymuszone brzmienie. Wesoły Oleś, który nie spuszczał oczu z Marty, przy ostatnim jej pytaniu spojrzał na Karolinę, musnął wąsik i uśmiechnął się.

– Cóż ja najlepszego czynię? – zawołała kobieta w atłasach. – Paplaniną moją zatrzymuję państwo na chłodzie i wtedy, kiedy moglibyśmy wsiąść do dorożki i wnet pojechać do mego mieszkania. Pojedziesz ze mną, Marto? Prawda? Porozmawiamy długo i opowiemy sobie wzajemnie historię naszego życia…

Zaśmiała się znowu i rzucając dokoła szybkie, błyszczące spojrzenia, dodała:

– O, te historie naszego życia! Jakie one są zabawne! Opowiemy je sobie wzajem, Marto, nieprawdaż?

Marta zdawała się wahać przez chwilę.

– Nie mogę – rzekła – dziecko moje czeka na mnie.

– A! Masz dziecko! A więc cóż stąd? Poczeka jeszcze trochę.

– Nie mogę…

– A więc przyjdź do mnie za godzinę… dobrze? Mieszkam na ulicy Królewskiej…

Wymieniła numer domu, ściskała w dłoniach swych rękę Marty.

– Przyjdź, przyjdź! – powtarzała – Czekać cię będę… Przypomnimy sobie dawne czasy.

Dawne czasy mają zawsze urok wielki dla tych, którym nowe nie przyniosły nic prócz łez i boleści.

Marta czuła się orzeźwiona i żywo wzruszona widokiem odnalezionej niespodzianie towarzyszki swej młodości.

– Za godzinę – rzekła – przyjdę do ciebie, Karolciu…

Kto by wtedy na grupę trzech tych osób śród chodnika stojących pilną zwracał uwagę, mógłby spostrzec, że gdy Marta wyrzekła słowo: „Przyjdę!”, Oleś uczuł niepohamowaną prawie ochotę podskoczyć wysoko i wykrzyknąć: „Victoria!” Nie uczynił jednak ani jednego, ani drugiego, rzucił się tylko w tył nieco i strzepnął palcami. Czarne oczy jego żarzyły się jak rozpalone węgle i tonęły w bladej twarzy Marty, którą w tej chwili rozświecił uśmiech. Kiedy na koniec młoda kobieta odeszła, człowiek wiekuistego śmiechu zwrócił się do swej towarzyszki.

– Jak żyję – zawołał z zapałem – jak żyję, nie widziałem tak miłego, pociągającego stworzenia! Jak jej do twarzy w tej obrzydliwej chustce, którą ma na głowie. O! Ja bym ją ubrał w atłasy, w aksamity, w złoto…

Pani Karolina podniosła nagle głowę i spojrzała w rozognioną twarz młodego człowieka.

– Doprawdy? – zapytała przeciągłym tonem.

– Doprawdy – odpowiedział Oleś i nawzajem znaczące wejrzenie utopił w oczach swej towarzyszki.

Kobieta w atłasach zaśmiała się krótkim, suchym śmiechem.

*

Dzień zimowy miał się ku końcowi. W saloniku, którego okna wychodziły na ulicę Królewską, na zgrabnym kominku otoczonym żelazną, kunsztownie wyrobioną kratą żarzyły się węgle w takiej ilości, aby nie rażąc zbytnim gorącem, przyjemne tylko dokoła rozlewać mogły ciepło.

Przed kominkiem stała kozetka wybita amarantowym adamaszkiem i niski fotel na biegunach, orzucony kwiecistym kobiercem, z podnóżkiem, na którym znajdował się wyszyty włóczkami, śliczny, długouchy wyżełek.

Na kozetce wpółleżała smukła postać kobiety w czarnej sukni z szeroką białą taśmą u dołu.

Na fotela, drobne i wytwornie obute stopy opierając o podnóżek, kołysała się lekko druga kobieta w modnym kostiumie z fiołkowego atłasu, aksamitem i frędzlami tegoż koloru bogato przystrojonym, w białym jak śnieg webowym kołnierzyku, spiętym wielką, w złoto oprawną kameą, z jasnopłowymi włosami, wysoko nad czołem zaczesanymi, ledwie dojrzanym pyłkiem białego pudru przysypanymi i w długich krętych pasmach opadającymi na plecy, piersi, szyję i ręce, które, białe i drobne, wysuwały się z webowych mankietów i splecione na atłasowej tunice sukni połyskiwały dużym brylantem jedynego, lecz wielce kosztownego pierścienia.

Salonik, w którym znajdowały się dwie te kobiety, nie był obszernym, tym bardziej więc uderzał w oczy wykwint tego przystroju. Jedwabne firanki spuszczały się nad dwoma wielkimi oknami i przyozdabiały drzwi wysokie; szerokie zwierciadło odbijało w sobie rozrzucone pod ścianami grupy niskich i miękkich sprzętów, na kominku stał wielki zegar brązowy, a stoły i stoliczki dźwigały kryształowe czary napełnione kwiatem, srebrne dzwonki, rzeźbione bombonierki, wieloramienne świeczniki. Przez drzwi na oścież roztwarte widać było utopiony w półzmroku pokój sąsiedni, z posadzką zasłaną puszystym kobiercem, z okrągłym politurowanym stołem pośrodku i zwieszoną nad nim wielką kulą szklaną, w której rozniecony płomień przybierać musiał barwę różową. Delikatna woń cieplarniowych roślin pod oknami kwitnących napełniała to małe mieszkanie; w pobliżu kominka, ocieniony zielonym ekranem, stał stół z porcelanowym serwisem i resztkami tylko co znać spożywanych przysmaków.

Kobiety siedzące przed kominkiem milczały. Twarze ich, oświetlone różowym blaskiem żaru, posiadały odrębny całkiem charakter.

Marta pochylała głowę na poduszkę miękkiej kozetki, oczy jej były na wpół zamknięte, ręce zwisały bezwładnie na czarnej sukni. Po raz pierwszy od wielu miesięcy dotknęła ustami smacznego i obfitego pożywienia, znalazła się w atmosferze dostatecznie ogrzanej, w otoczeniu pięknych i harmonijnie dobranych przedmiotów. Ciepło pokoju i delikatna woń kwiatów upoiły ją na kształt trunku. Teraz dopiero uczuła, jak bardzo była znużona, ile sił odebrały jej chłód, głód, smutek, trwoga i walka.

Wpółleżąc na miękkim sprzęcie, ogarnięta falą ciepła rozgrzewającą długo zziębnięte jej członki, oddychała powoli i głęboko. Patrząc na nią można by rzec, iż zatrzymała w sobie myśl wszelką, usunęła od siebie dolegliwe mary trwóg i bólów i zdziwiona ciszą, wonią, ciepłem i pięknością tego nieznanego raju, do którego wstąpiła, odpoczywała przed nowym zstąpieniem w ciemne głębokości swej doli…

Karolina szeroko otwartymi, uważnymi, przenikliwymi oczami patrzała na swą towarzyszkę. Białe policzki jej zabarwione były świeżym rumieńcem, usta posiadały barwę koralu, a ciemne oczy – połysk młody i żywy. Świeżość jednak tej kobiety nie była zupełna. Wszystko w niej było młode i na pozór przynajmniej pogodne, oprócz czoła. Na czole tym oko wprawne do czytania w twarzach ludzkich mogłoby dojrzeć ślady długiej i nieskończonej jeszcze historii życia, serca, a może i sumienia. Obok twarzy młodej, świeżej, pięknej czoło to samo jedno zwiędłe było i na wpół zestarzałe. Przebiegały je wszerz zaledwie widzialne, lecz gęste niteczki zmarszczek, pomiędzy ciemnymi brwiami leżała na nim nieruchoma na zawsze już tam zapewne wyryta bruzda. Pomimo świeżości policzków, karminu ust, blasku oka i bogactwa stroju tej kobiety wyraz czoła jej obudzić mógłby w pilnym i pojętnym badaczu twarzy ludzkich trzy uczucia: nieufność, ciekawość i litość.

Od kilku minut dopiero pomiędzy dwoma kobietami tymi trwało milczenie. Marta przerwała je pierwsza. Podniosła głowę znad poduszki, na której wspierała się przez chwilę, i zwracając wzrok na towarzyszkę, rzekła:

– Opowiadanie twoje, Karolciu, wprawiło mnie w zdumienie wielkie. Któż by mógł przypuścić, że pani Herminia postąpi z tobą kiedy w sposób tak okrutny! Ona, która cię przecież wychowała, bliska krewna twoja podobno…

Karolina oparła plecy o wygiętą tylną poręcz fotela i drobną stopą przyciskając silniej pieska wyszytego na podnóżku, w szybszy bieg wprawiła bieguny swej wytwornej kolebki. Z lekkim uśmieszkiem na ustach i oczami wpatrzonymi w sufit mówić zaczęła:

– Bliską moją krewną pani Herminia nie była, owszem, dosyć daleką, ale nosiłam po ojcu to samo co ona nazwisko. Było to dostatecznym dla dumnej, bogatej pani, aby raczyła sierotę wyhodować w domu swym i uczynić z niej potem rezydentkę czy tam pannę do towarzystwa. Wyświadczyła mi w istocie dobrodziejstwo wielkie, gdyż do końca życia i cokolwiek bądź nastąpiło potem, chlubić się mogę, iż wyhodowałam się razem z pieskami, faworytami znanej na wielkim świecie pani Herminii. Edukacja nasza i sposób naszego życia, to jest mego i piesków, były bardzo do siebie podobne: ja i one spaliśmy na miękkich poduszkach, biegaliśmy po woskowanych posadzkach, spożywaliśmy wyborne delikatesy, i ta tylko pomiędzy nami zachodziła zawsze i zaszła ostateczna różnica, że one nosiły jedwabne kapki i złote obroże, ja zaś suknie jedwabne i złote bransolety, że one na koniec pozostały w raju, mnie zaś wygnał zeń mściwy anioł macierzyńskiej dumy…

Przy ostatnich wyrazach kobieta we fiołkowym kostiumie zaśmiała się krótkim, suchym śmiechem, którego dźwięk, sprzeczając się z całą świeżą powierzchownością, zgadzał się ze zwiędnięciem czoła i tak jak ono obudzać mógł ku niej nieufność lub litość. Marta doświadczyć musiała ostatniego tego uczucia.

– Biedna Karolino! – rzekła. – Ileś ty przecierpieć musiała, wyszedłszy w świat tak sama jedna, bez żadnych środków do życia…

– Dodaj do tego, moja droga – zawołała Karolina, patrząc ciągle w sufit – dodaj do tego, że wyszłam w świat z nieszczęśliwą miłością w sercu…

– Tak – dodała prostując się i zwracając wzrok na towarzyszkę – wiedz bowiem, że kochałam naprawdę, kochałam okropnie syna pani Herminii, tego pana Edwarda, który (pamiętasz go zapewne) śpiewał tak czule: „O aniele, co z tej ziemi!” i miał takie szafirowe oczy, którymi zdawał się patrzeć w samą głąb duszy… Tak kochałam go bardzo… byłam tak niedorzeczna, że kochałam…

Mówiła to wszystko tonem żartobliwym, przy ostatnich wyrazach wybuchnęła głośną, długą, dźwięczną gamą śmiechu.

– Tak – wołała śmiejąc się – byłam tak niedorzeczna… Kochałam!… O! Jakże byłam niedorzeczna!…

– A on? – ze smutkiem zapytała Marta. – Czy kochał cię także prawdziwie? Co uczynił wtedy, gdy ci matka jego z domu swego wyjść rozkazała na biedę, samotność i tułaczkę?…

– On! – z przesadnym pathos wymówiła Karolina. – On patrzył na mnie przez rok cały swymi prześlicznymi szafirowymi oczami, tak jak gdyby w głębię duszy mej przedrzeć się i zawojować ją wzrokiem swoim pragnął; śpiewał przy fortepianie pieśni, od których tajało mi serce, ściskał mi rękę w tańcu, potem całował obie moje ręce i przysięgał na niebo i ziemię, że kochać mię będzie do grobu, potem pisywał do mnie z pokoju do pokoju listy strzeliste i płomieniste, potem… gdy matka jego, jeden z listów tych wypadkiem przeczytawszy, rozkazała mi iść, dokąd mię oczy me poniosą, pojechał na karnawał do Warszawy; spotkawszy mię na ulicy, a byłam wtedy głodna, zrozpaczona, w łachmanach prawie ubrana, zarumienił się jak piwonia, spuścił oczy, minął niby nie poznając i w kilka dni potem w kościele pp. wizytek ślubował przed ołtarzem pięknej i bogatej dziedziczce wiarę i miłość dozgonną… Tak on mię kochał i to dla mnie uczynił…

I znowu zaśmiała się, ale tym razem krótko i sucho.

– Nikczemny! – z cicha wymówiła Marta.

Karolina wzruszyła ramionami.

– Przesadzasz, moja droga – wymówiła z zupełną obojętnością. – Nikczemny! Dlaczego? Czy dlatego, że korzystał z prawa, o którym wiedział, że przysługuje i przysługiwać będzie na świecie jemu i wszystkim towarzyszom jego? Czy dlatego nikczemny, że za przedmiot zabawy wziął sobie młodą i ubogą dziewczynę, tak głupią, iż uwierzyła, że jest dla niego przedmiotem miłości? Bynajmniej, moja droga. Pan Edward nie był zapewne świętym ani szczególnym jakimś bohaterem, ale nie był też, jak mówiłaś, nikczemnym. Miał on swoje wielkie zalety, upewniam cię, a tylko czynił to, co czynić świat pozwalał mu w zupełności, korzystał z udzielonego mu prawa, był takim, jakimi są wszyscy młodzi, ba! często i niemłodzi mężczyźni.

91Bischoff, Theodor Ludwig Wilhelm von (1807–1882) – lekarz i biolog niem., wykładowca anatomii patologicznej na uniwersytecie w Heidelbergu (1835–1843), profesor anatomii i fizjologii na uniwersytetach w Giessen (1843–1855) oraz w Monachium, gdzie w 1854 r. objął katedrę w tej dziedzinie; od 1843 r. członek Niemieckiej Akademii Nauk; prowadził badania rozwoju embrionalnego ssaków, a także pomiary czaszki i mózgu; jego najpowszechniej znaną pracą było Das Studium und die Ausübung der Medicin durch Frauen (1872), w którym dowodził na podstawie ważenia mózgów mężczyzn i kobiet, że te ostatnie nie są anatomicznie zdolne do podjęcia studiów wyższych. [przypis edytorski]
92onieczulony – znieczulony, pozbawiony czucia. [przypis edytorski]
93Kaźmirowski pałac – Pałac Kazimierzowski, dziś również jeden z budynków Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu, usytuowany w głębi kampusu, za dawną Biblioteką Uniwersytecką; siedziba rektoratu. [przypis edytorski]
94czegóżem (…) warta – konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że-; wyrażenie skrócone od: czegóż jestem warta. [przypis edytorski]
95vivre c'est souffrir (fr.) – żyć znaczy cierpieć; życie to cierpienie. [przypis edytorski]
96upornie – dziś popr.: uporczywie. [przypis edytorski]
97obezsilnić – odebrać siły. [przypis edytorski]
98tyżeś to – konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy to ty. [przypis edytorski]
99znać – tu: widocznie. [przypis edytorski]
100orzucić – obrzucić. [przypis edytorski]