Za darmo

Julianka

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No – rzekła po chwili – a ja pannie radzę, żebyś wytrzymywała… mnie zdaje się, że są rzeczy, co gorzéj bolą, niż głód i chłód…

– Są, o! są; – szepnęła kobieta,

Splotła małe, suche, ręce swe, i oparła je o stół z butelkami. Stała tak długo, potém rzekła:

– Na wiosnę chyba postaram się znowu o miejsce i pojadę.

– Ja pannie nie radzę robić tego – odparła żydówka.

– Dlaczego, moja kupcowo?

– Niech już panna siebie saméj zapyta, dlaczego?

Wymówiła to ze znaczeniem. Panna Janina zarumieniła się nagle z gniewu jakby, czy z trwogi.

– Ciekawam – zawołała żywo – dlaczego-bym nie miała zrobić tak, jak mi lepiéj będzie! Zimę tylko przebyć tu jeszcze muszę, koniecznie muszę, bo mrozów boję się bardzo.

– Jeżeli panna boisz się mrozów – podchwyciła żydówka – to dlaczego panna przed zimą nie wyniesie się z tego starego domu, który jest bardzo zimny, i nie poszuka sobie miejsca z ciepłym pokojem…

Kobieta zmieszała się.

– Niech już sobie! – zagadała – zimę przebędę… na wiosnę może mi Bóg dopomoże… a jak lepiéj mi będzie trochę, to i nadal tu zostanę… ja-bym bardzo pragnęła tu zostać…

Oprócz troski, widać w niéj było ciągłą prawie trwogę jakąś. Rzadko bardzo spotykała spójrzeniem swém zwrócone na siebie spojrzenie; lecz, mówiąc z ludźmi, spuszczała najczęściéj oczy, albo patrzała na przeciwległe przedmioty, co dawało jéj pozór istoty, wiecznie czémś zmieszanéj. Obok tego, widać w niéj było kobietę nieprzyzwyczajoną do rządzenia choć-by najmniejszém gospodarstwem, a mającą pociąg do rzeczy zbytkownych. W ubiorze jéj tylko zbytku nigdy nie było. Można-by powiedziéć, że zrzekła się stanowczo zalotności wszelkiéj, wszelkiéj myśli o przystrajaniu się i elegancyi.

Odkąd tu przybyła, nosiła wciąż jednę suknią i jeden kapelusz, to téż suknia była zszarzana bardzo, a kwiat przy kapeluszu, blady i zmięty wprzódy, miał pozór zbrudzonéj jakiéjś szmatki. Lubiła przecież kwiaty, ptaki i łakocie. Przynosiła z miasta bukiety, ciastka, cukierki, kupiła drugiego kanarka, ostawiła okna roślinami w wazonach. Natomiast zdarzały się tygodnie, w których nie posyłała do garkuchni po obiad, a skromne, lecz konieczne do życia wiktuały, brała u Złotki na kredyt. Z całego jéj postępowania i sposobu rządzenia się poznać można było, że to była kobieta-dziecko, jedna z tych kobiet, które przez całe życie zachowują trwożliwość, niezaradność i łakomstwo dziecka.

Jednak, żeby ją kto widział wtedy, gdy, śród głuchéj nocy, z lampką w ręku przebywała puste, ciemne, wiatrem świszczące, pokoje niezamieszkałego piętra gmachu, i jak, postawiwszy lampkę na ziemi, stawała nad małą dziewczynką, uśpioną na nizkiéj pościołce, pojąć-by musiał, że ta kobieta-dziecko cierpiała strasznie. Wyprostowana, sztywna, ze splecionemi dłońmi, zarzuconemi na głowę, i szeroko rozwartą, nieruchomą źrenicą, wyglądała ona wtedy, jak tragiczny posąg rozpaczy.

Niekiedy w zamyśleniu pytała:

– Boże! pocoś mi dał serce?

Innym razem przykładała dłoń do piersi i gwałtownie śród ciszy nocnéj powtarzała:

– O, sumienie moje! sumienie! sumienie!

Czasem przy świetle lampki przeglądała listy jakieś, wiązki kwiatów zeschłych, kawałki spłowiałych wstążek i płakała cicho, rzewnie, głęboko.

– Żebym mogła utracić pamięć… – szeptała z załamanemi dłońmi – żebym mogła utracić pamięć tak, jak straciłam wiarę i nadzieję!…

W połowie zimy, spotkawszy w sieni domu właścicielkę magla, spytała ją nieśmiało, czy nie zechce ona kupić od niéj parę kanarków. Wspaniała potentatka ubogiéj osady odpowiedziała, że zapyta o to siostrzenic swoich.

– Jeżeli one zechcą posiadać ptaki te, nabędę je, bo ja panienkom moim nic nie odmawiam, a jeżeli nie zechcą, nie nabędę.

Panienki chciały posiadać ładne, śpiewające ptaki, i właścicielka magla przysłała po nie, przesyłając zarazem odpowiednią kwotę pieniężną. Gdy wynoszono ptaki, Julianka czule żegnała się z niemi, usiłowała całować je przez pręty klatki i płakała.

– Nie płacz! – powiedziała do niéj panna Janina… – wkrótce może po czémś ważniejszém płakać będziesz…

Wkrótce, po sprzedaniu kanarków, powiedziała dziewczynie, która dotąd obiady przynosiła jéj z miasta, aby nie chodziła już do garkuchni.

– U siebie w piecyku gotować będę! – rzekła – taniéj mi przyjdzie!

Gotowała z razu, ale parzyła sobie ręce, niecierpliwiła się, płakała, i nic nigdy w zupełności nie sporządziła. Zaczęła tedy kupować, lub brać na kredyt w mieście rzeczy do jedzenia już przygotowane, zimne, które kosztowały ją tyleż, albo i więcéj, co ciepłe i pożywniejsze obiady z garkuchni. Nie umiała widać liczyć, a także szukała sobie wciąż czegoś, coby podniebieniu jéj dogodziło.

Kiedy w piérwszy dzień wiosenny, jasny i słoneczny weszła do sklepiku Złotki, żydówka aż splotła ręce i zawołała:

– Aj! aj! jak panna źle wygląda! jak panna zmizerniała.

Wistocie, cera jéj zżółkła, oczy zapadły, a na czole przybyło zmarszczek. Postarzała i zeszpetniała, tylko lniane włosy jéj wciąż wiły się młodo i filuternie, i usta drobne zachowały zarys młodości i wdzięku.

– Moja kupcowo – rzekła – przyszłam prosić cię o radę… co tu robić? miejsce mi zdarza się, wcale dobre nawet… w domu dość zamożnych i uczciwych ludzi…

Umilkła i rzuciła dokoła siebie bardziéj niż kiedy zmieszane spojrzenia. Złotka milczała chwilę i trzęsła starą głową swą, jak zwykle bywało, gdy zastanawiała się nad czémś smutném, lub zagadkowém. Utopiła potém pojętne i bystre, choć starością omglone, oczy, w twarzy stojącéj przed nią kobiety i zwolna zapytała:

– No! a co z dzieckiem będzie?

Tym razem, panna Janina była widać tak zamyśloną, czy zrozpaczoną, że nie zawołała, jak zwykle: a cóż mnie to dziecko obchodzić może? Owszem, splatając ręce i opierając je o stół, osłupiałym wzrokiem patrzała przed siebie i głucho powtórzyła:

– Co z dzieckiem będzie?

– Dlaczego panna nie postara się przynajmniéj o co dla dziecka tego?

– A jak? gdzie? u kogo starać się mogę! – wybuchnęła kobieta. – Alboż ja tu mam znajomości jakie, stosunki… prosiłam, kogo mogłam… nikt nie chciał… zresztą i prosić ja bardzo nie mogę, bo ludzie zaraz-by… Ochronka jedna w całém mieście, pełniuteńka zawsze… a żeby w niéj miejsce i było, czy-bym ja ją wprosiła do niéj… Sama jestem, uboga, bez protekcyi, ni środków jakich… O! Boże mój! Boże! Boże!

Głos jéj podnosił się coraz i nabierał jękliwych tonów. Bladą była, jak chusta.

Złotka patrzała, głową trzęsła, myślała. Po chwili obejrzała się po sklepie, a widząc, że jest sam-na sam z guwernantką, zniżonym głosem zapytała:

– A czemu panna nie dasz znać o wszystkiém jemu? Może-by on dopomógł, poratował?

Twarz panny Janiny z bladéj stała się nagle szkarłatną.

– Kogo ja mam uwiadomić? kto-by mi dopomógł? – mówiła gwałtownie.

Wklęsłe usta staréj żydówki wygięły się w uśmiech dziwny, litośny i pogardliwy nieco.

– No – zaczęła zwolna – jeżeli panna nie wiész, to ja o tém już mówić nie będę. Ja tylko jeszcze powiedziéć muszę…

Podniosła w górę pomarszczony palec swój i, kołysząc zwolna głową, dokończyła:

– Ja tylko to jeszcze powiem: wstyd czasem dobry jest, ale czasem niedobry… On dobry wtedy, kiedy człowieka strzeże od grzechu, ale niedobry, kiedy nie pozwala człowiekowi, ażeby on grzech swój naprawił. I strach taki dobry jest, kiedy on przed Panem Bogiem, ale kiedy przed ludźmi, to on zły… Jak człowiek ciągle wstydzi się i boi się, to co on dobrego zrobić może?

Panna Janina drżéć zaczęła. Była znowu bardzo bladą. Gdy jednak podniosła powieki, w oczach jéj błysnął gniew.

– Ja nie rozumiem o czém kupcowa mówi – rzekła gwałtownie i odeszła.

Wieczora tego, do pokoju guwernantki wsunął się żydek, licho odziany, i grzecznie z razu, potém coraz głośniéj i natarczywiéj, upominał się o dług jakiś. Panna Janina płonęła rumieńcami, mieszała się, prosiła o zwłokę, nakoniec przyrzekła, że dług za parę dni wypłaci. Nazajutrz z rana miała jeszcze rozmowę podobną z kobietą jakąś, która w wielkiéj chustce, zarzuconéj na głowę, weszła do jéj pokoju, grubijańsko rozsiadła się na kanapce, przemawiała do niéj grubym głosem, i patrzała rozzłoszczonemi oczyma.

W kilka godzin potém, panna Janina weszła do sklepiku Złotki. Widoczném było, że zdobywała się na zimną krew i śmiałość, ale przychodziło to jéj z trudnością. Głowę podnosiła, patrzéć usiłowała śmiało i obojętnie, ale usta jéj drżały i oczy nabiegały łzami.

– Moja kupcowo! – rzekła, postępując do stołu, za którym siedziała żydówka – ile ja kupcowéj winna jestem?

Złotka sporządziła szybko mały rachunek i podała go jéj, milcząc:

– Dziś w wieczór zapłacę – rzekła kobieta.

– Czy panna przyjęła już to miejsce?

– Idę właśnie, aby powiedzieć państwu tym, że propozycyą ich przyjmuję. Jutro wyjadę z nimi na wieś…

– Daleko?

– Dwadzieścia ztąd mil podobno.

Złotka milczała. Panna Janina nie miała już powodu żadnego do pozostania, jednak nie odchodziła. Po chwili milczenia zaczęła z cicha:

– Całorocznéj pensyi mojéj zażądać z góry muszę. Połowę jéj wydam na opłacenie długów, a i przyodziać się trochę trzeba, bo dom jest zamożny i wymagać tam będą porządnego ubrania. Jednak, jeżel2 kupcowa pozwoli, ja kupcowéj zostawię trochę pieniędzy… dla małéj…

Złotka ręką niechętnie skinęła.

– A co jéj z tych pieniędzy – rzekła. – Ile tam panna zostawić możesz? Będę jéj za nie jedzenie dawać, póki wystarczy… a potém co?

– Cóż ja więcéj mogę? – szepnęła kobieta – wszak wrócę kiedyś… jak tylko uzbieram sobie trochę, zaraz wrócę… Tymczasem… moja kupcowo… starą jesteś kobietą i uczciwą… dzieci i wnuki masz…

 

Umilkła, i ze splecionemi, jak do modlitwy, dłońmi, patrzała w twarz żydówki.

– A co ja mogę? – zapytała Złotka, ramionami wzruszając – ja nad nią litość mam, ale żydówką jestem, a to chrześcijańskie dziecko… Do siebie jéj wziąć nie mogę… to co ja dla niéj zrobię?

– Spójrzéć, nakarmić czasem, napomniéć…

– Nu, nu! – odrzekła Złotka z giestem przywalającym.

Panna Janina poszła na miasto i długo nie wracała, gdy zaś o zapadającym zmroku wróciła, znalazła w pokoju swym niecierpliwie oczekującą jéj Juliankę. Ze sposobu, w jaki dziewczynka rozpostarła ramiona swe i poskoczyła ku wchodzącéj, ze srebrnego, radośnego wykrzyku jéj i pocałunków, któremi okryła jéj ręce, poznać można było, że dziecko to wiedziało już teraz, co to jest – kochać. Prowadząc milczącą kobietę ku kanapce, Julianka szczebiotała. Czy kobieta słuchała szczebiotu dziecka, trudno było odgadnąć. Twarz jéj rysowała się na tle zmroku, jak blada i nieruchoma rzeźba z marmuru; milczała, jak grób. W pokoju robiło się coraz ciemniéj.

– Może lampę zapalić? – szczebiotało dziecię – ja umiem już zapalić lampę.

Zamiast odpowiedzi, kobieta pochyliła się, wzięła dziecko w ramiona i posadziła je na swych kolanach.

– Julianko! – szepnęła.

– Co, pani? – wesoło zapytało dziecię.

– Posłuchaj mnie; mówić ci będę o rzeczach ważnych i smutnych.

Julianka spoważniała i widać było w zmroku, jak błyszczące oczy dziecka wpatrzyły się uważnie w bladą twarz kobiecą.

– Będę ci mówić o twojéj matce – szeptała kobieta.

– O matce? – z akcentem zdziwienia zapytało dziecko.

Kobieta ciężkim, zdławionym szeptem, mówiła daléj:

– Matka twoja jest bardzo nieszczęśliwą kobietą. Złą ona nie jest… owszem, ma ona serce i sumienie niegorsze, jak u kobiet innych… Ale raz w życiu popełniła ona grzech… i potém zwalił się jéj na plecy ciężar tak wielki, że, aby dźwigać go, sił jéj nie stało… Pamiętaj o tém, Julianko, że matka twoja nie jest złą, ani nieczułą, ani nikczemną, ona tylko jest bardzo nieszczęśliwą i bardzo słabą… Pamiętaj o tém i nigdy… nie miéj nienawiści dla matki swéj, ani wyrzekaj na nią… o! nie czyń tego! Żałuj jéj… a jeżeli ludzie źle o niéj mówić będą przed tobą, odpowiedz im: ona chciała jak najlepiéj, ale nie mogła… sił nie miała!…

Dziecko słuchało, na-pół tylko rozumiejąc. Znać jednak było, że szept kobiety, przerywany i westchnieniami nabrzmiały, nastrajał je uroczyście. Po chwili milczenia, wśród którego słychać było tylko ciężki oddech kobiecéj piersi, głos dziecięcy zapytał:

– A gdzież jest moja matka?

Coś, jakby stłumione szybko łkanie, było na pytanie to piérwszą odpowiedzią. Potém kobieta półgłosem, z wolna bardzo, mówić zaczęła:

– Matka twoja jest w jednym kraju takim, gdzie wieczna panuje ciemność… nie świeci tam żadna gwiazda nadziei, a płomień miłości, jeżeli pali się jeszcze, to dlatego tylko, ażeby dręczyć, nie żeby pocieszać… Kraj to ciemny taki, jak najciemniejsza noc, ludzie uciekają z niego często do grobu… ale matka twoja nie miała siły uciekać… i myślała przytém, że, jak ucieknie, to na zawsze już ciebie porzuci… została więc i mieszkała tam ciągle, a z nią razem mieszka żal i wstyd, strach i bieda…

Dziecku na płacz się zbierało.

– A dlaczego… – zaczęło – dlaczego moja matka do tego ciemnego, strasznego kraju poszła?

Po chwili milczenia, kobieta ponuro i z dziwnym, jakby obłąkanym, uśmiechem w głosie, szepnęła:

– Dlatego, że bardzo kochała!

Milczały chwilę obie.

– Pani! – ozwało się dziecko. – Pani! a gdzie mój ojciec?

Głowa kobiety pochyliła się nizko.

– Wielki Boże! – zaszeptała gwałtownie.

Potém, miękko, rzewnie jakoś, wymówiła:

– Niech Bóg mu przebaczy! Przebacz mu! – mówiła daléj, przykładając twarz swą ku twarzy dziecka – i matce swéj, o! matce swéj nadewszystko, przebacz!… i o tém także pamiętaj zawsze, co ci mówiłam, abyś grzeczną była, łagodną dla ludzi, nie brała nigdy nic cudzego… Pamiętaj, że, gdy tylko co złego zrobisz, serce twojéj matki bardzo zaboli, i ciemniéj jeszcze zrobi się w kraju tym, w którym mieszka ona…

– A teraz – dodała po chwili – chodź… pomodlimy się razem…

Wstała, i trzymając dziecko za rękę, poprowadziła je ku oknu. Za oknem ciemno było, deszcz padał i lipy szumiały. W pokoju téż panowała ciemność taka, że zaledwie śród niéj rozróżnić można było zarysy dwóch postaci: kobiecéj i dziecięcéj, klęczących przed oknem.

– Złóż ręce… patrz w niebo… nie widać go teraz, ale ono jest przecie… wiész o tém, że jest tam… za ciemnościami… mów: Ojcze nasz!

– Ojcze nasz! – z cicha powtórzyło dziecko.

– Głośniéj, głośniéj powtórz: Ojcze nasz, któryś jest w niebie!..

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie!… – powtórzyło głośniéj dziecko, i zaczęło mówić daléj – przyjdź królestwo…

– Nie! nie! – zawołała kobieta – nachyl się aż do saméj ziemi, mów, wołaj, powtarzaj za mną: zlituj się nad nami!

Julianka, tknięta dźwiękiem jéj głosu, zaszlochała z cicha, potém, w ciemności głębokiéj, z ogromném łkaniem wybuchnął wykrzyk dwóch głosów:

– Zlituj się nad nami!

I powtarzał się wiele, wiele razy, aż utonął w długiem, coraz cichszym, płaczu.

*

W parę dni potém, Julianka stała w progu starego gmachu, z opuszczonemi rękoma, i sztywnym wzrokiem wodziła dokoła dziedzińca. Miała ona na sobie odzież dość całą jeszcze i zupełnie nowe obuwie, ale z włosów jéj rozczochranych, twarzy nagle wychudłéj i głębokiego zgnębienia, piętnującego całą drobną jéj postać, poznać można było, że straszna boleść jakaś zmięła dziecięce to serce.

Piérwszy to raz od wczesnego ranka tego, w którym tragarze wynosili z pokoju panny Janiny skromne jéj sprzęty, a ona sama niepostrzeżenie przez nikogo, wysunęła się na miasto, aby nie wrócić więcéj, mieszkańcy dziédzińca zobaczyli Juliankę. Dotąd widywała ją tylko żydówka Złotka, która parę razy na dzień, w zawoju swym i kwiecistéj chustce na zgarbionych plecach, przebywała dziedziniec i wchodziła do wnętrza gmachu. Za każdym razem niosła tam ona miseczkę z żywnością jakąś, a wracając, mruczała coś do siebie i trzęsła głową. Komuś, kto zapytał ją o dziecko, odpowiedziała:

– No, ja nie wiem, co to za dziecko jest! Ja takiego dziecka, jak żyję, nie widziałam! Twarz jéj to już cała opuchła od płaczu. Siedzi w kącie pustego pokoju i ani gadać, ani jeść nie chce, tylko ciągle podłogę tę całuje, po któréj kobieta ta chodziła. Ja jéj mówiła, żeby ona na dół zeszła i do moich małych wnuczek przyszła pobawić się, a ona na mnie, jak waryatka, popatrzała i odwróciła się do ściany… Nu, co ja jéj zrobię?

Po dwóch dniach jednak zeszła i w progu domu stanęła. Stała tak dość długo, spoglądając to na promienie słońca, ślizgającego się po trawie złotemi smugami, to na ptaszki przelatujące, to na dzieci bawiące się w innéj stronie dziedzińca, gdy w bramie ukazała się stara bardzo, mała kobieta.

Miała ona zupełny pozór żebraczki. W ręce trzymała kij gruby, którym nie tylko podpierała się, ale znać było, że szukała sobie drogi bezpiecznéj, któréj dojrzéć już nie mogły oczy jéj, krwisto świecące śród pomarszczonéj twarzy. Plecy jéj okrywał rodzaj salopy bez rękawów, połatanéj z przodu i z tyłu, a tak staréj, że żadnéj już określonéj barwy nie posiadającéj; na nogach, owiniętych szmatami płótna, miała płytkie, dziurawe obuwie, a na siwych włosach zrudziały watowany kaptur.

Żebraczka ta szła powoli bardzo, kijem swym stukając o kamienie, tu i owdzie z trawy wystające, i z wysileniem wielkiém ostatków wzroku swego, poszukując na dziedzińcu kogoś, lub czegoś.

Julianka, spostrzegłszy żebraczkę, głowę podała na przód i zaczęła przypatrywać się jéj z uwagą wielką. Nagle zeskoczyła z wysokiego progu i biedz zaczęła. W połowie dziedzińca spotkała się ze starą kobietą i krzyknęła:

– Pani! – Jednocześnie pocałowała rękę jéj, kij trzymającą.

– A!… kto to? czy to Julianka? – zapytała żebraczka chrapliwym, dygocącym głosem.

– Julianka! – odpowiedziało dziecko i pocałowało ją w rękę drugą.

Żebraczka niepewnym giestem ludzi, nic prawie niewidzących, poszukała głowy jéj i położyła na niéj dłoń zczerniałą i pomarszczoną.

– Aha! – zaczęła – poznałaś mnie i kontenta widać jesteś z tego, żem przyszła; to dobrze! Dobre z ciebie dziecko! Ot widzisz! przyszłam! Ja tu kilka razy już byłam i dowiadywałam się o ciebie. Cóż? dobrze ci teraz… jakaś pani opiekuje się tobą… Żebyś mnie zaprowadziła do niéj, tobym z nią zaznajomiła się i potém przychodziła-bym czasem, aby cię zobaczyć… a może byście dały mi cokolwiek… szmatę jaką zbywającą, albo łyżkę strawy ciepłéj… kto-by się był tego spodziewał?… No, zaprowadzisz mnie do swojéj pani, co?

Dziecko słuchało, ponuro patrząc w ziemię.

– Niéma już jéj – wyrzekło z cicha.

– Niéma! a gdzież się ona podziała? toż była jeszcze niedawno! U Złotki dowiadywałam się o ciebie… Gdzież ona?

– Nie wiem… pojechała gdzieś…

– Pojechała! – powtórzyła stara żebraczka, – no… a tyże?…

Julianka nie odpowiadała przez chwilę. Gdyby stara kobieta wzrok jeszcze posiadała, spostrzegła-by, że oczy dziecka miały w téj chwili dzikie jakiéś połyski.

– A ot, taka już dola moja! – rzekła po chwili z powagą, dziwnie odbijającą od drobnéj jéj postaci, i z wolna w ziemię patrząc, ciągnęła daléj. – Matka mnie porzuciła, i pani mnie porzuciła, i panna Janina mnie porzuciła… wszyscy mnie wyrzucają tylko i porzucają…

– No, no! – przerwała żebraczka – nie wyrzekaj, nie wyrzekaj, z wolą Bozką zgódź się. A ja? widzisz do czego przyszłam? żebrzę! żebraczka jestem!… kto-by się był tego spodziewał! Nie porzuciła-bym cię była z pewnością, gdyby mi nie przyszła ta ciężka potrzeba… a co miałam robić z tobą? Ot i teraz znowu sama jesteś… żal mi cię… ale cóż zrobię?… żeby tak jeszcze oczy były, ale uciekły! zupełnie uciekły! drogi już nawet przed sobą nie widzę… no, bądź zdrowa! niech Bóg cię ratuje!

I szukała znowu trzęsącą się ręką głowy dziecka, aby je pożegnać; ale Julianka obiema rękoma uchwyciła brzeg połatanego jéj płaszcza.

– Niech mnie już pani teraz nie porzuca… – zawołała – niech mię pani z sobą zabierze…

Żebraczka zamyśliła się.

– Zabrać cię… a cóż ty robić będziesz ze mną? żebrać, tak jak ja… oj! to niedobrze! niedobrze! Ja to już drogą tą z życia wychodzę… kto-by się był spodziewał?… ale żebyś ty miała w nią wchodzić… to niedobrze… Panu Bogu za ciebie odpowiem! duszę swą zgubię.

I opierając się jakby pokusie ogarniającéj ją, odchodzić chciała; Julianka przecież drogę jéj zabiegła, płaszcza jéj czepiała się i ręce jéj całować zaczęła.

– Pójdę za panią! – szeptała – na koniec świata za panią pójdę… Sama tu nie zostanę już teraz za nic… Antek bił-by mię znowu i głodem-bym marła… a pani to, tak nie widząc, zabłądzi gdzie jeszcze i zginie, albo upadnie i zabije się… ja panią prowadzić będę…

Oślepłe oczy żebraczki nabiegły łzami.

– Lękasz się, żebym nie zabłądziła, albo nie upadła – szepnęła – o! mój Boże! nikt o to nie lęka się oprócz ciebie… Nie zapomniałaś mię przez czas tak długi i lubisz mię… Dobre, wdzięczne z ciebie dziecko!… no, to już chyba wezmę cię z sobą! chodź! prowdzić mię będziesz… a może kto, widząc cię ze starą, ślepą żebraczką, zlituje się nad tobą… Weź mię za rękę i prowadź! Oj, jak mi lżéj! czy to dla tego, że drogi kijem szukać nie potrzebuję, czy że żywa dusza jakaś jest ze mną, ale lżéj mi iść… lżéj…

Wyszły razem z dziedzińca. Przed sklepikiem Złotki zatrzymały się, Julianka wbiegła do sklepiku i Złotkę w rękę pocałowała.

– Dziękuję pani za wszystko – rzekła.

Żydówka, która, widząc żebraczkę, stojącą śród chodnika, domyśliła się wszystkiego, zaczęła bardzo trząść głową. Wyszła ze sklepiku i, wkładając w rękę staréj kobiety parę assygnat, rzekła:

– Niech jejmość to weźmie. To ta guwernantka zostawiła u mnie te pieniądze dla małéj…

– A dobrze, dobrze! – szeptała żebraczka z radością widoczną – będziemy sobie za to żyły obie czas jakiś… ręki nie wyciągając… kto-by się był spodziewał?

Złotka patrzała za niemi, gdy odchodziły, i zawołała jeszcze:

– Julianka, nu! Julianka! słuchaj! przyjdź tu kiedy i dowiedz się… może znowu tobie co przyśle…

– Przyjdę! przyjdę! – odkrzyknęła Julianka wesołym prawie głosem.

Wycieczka, w którą puszczała się, budziła w sercu jéj mnóztwo nieokreślonych ciekawości i nadziei, a oczy jéj chciwie i ze zdumieniem pogrążały się w głąb’ ludnéj i gwarnéj ulicy, na którą po raz piérwszy w życiu wchodziła.

Odtąd widywać zaczęto na ulicach i placach miasta, starą, ślepą żebraczkę, prowadzoną przez dziesięcioletnie dziecię, mające na sobie odzież dość porządną z razu, potém coraz więcéj zniszczoną i podartą. Najczęściéj stawały one pod sklepionemi bramami kamienic. Na dziedzińcach domowstw nie widywano ich nigdy; odstraszały je snadź ztamtąd złośliwe psy i grubijańscy stróże domów. Przed wrotami kościołów nie siadywały téż i nie stawały wcale. Ślepa staruszka, drepcąc po nierównych kamieniach, mawiała do prowadzącego ją dziecka:

 

– Pod kościół nie poszłam… ot! wstydziłam się, i tyle tam bab grubijanek, nieobyczajnych… jeszcze-by mię były obiły… Najlepiéj w bramach stawać… bo to zawsze pod przykryciem jakiémś nie tak się przed oczyma całego świata stoi… kto-by się był spodziewał?… Jak tu sobie stoimy, to ludzie ci, co ulicą przechodzą, myśléć mogą, że czekamy na kogoś, a tymczasem idą tędy osoby rozmaite… kiedy zobaczysz, że pani jakaś przechodzi, albo pan, zaraz mię ostrzeż, ale sama nie proś… broń cię Boże… ręki nie wyciągaj i nie proś… ja wyciągnę i poproszę…

Stawały tedy w bramach, przez które przechodziły istotnie osoby różne. Za każdym razem Julianka pociągała za płaszcz ślepą żebraczkę i, podnosząc głowę, szeptała śpiesznie:

– Idzie! idzie!

Wtedy, mała, zgarbiona staruszka, probowała wyciągnąć rękę, nigdy jednak udać się jéj to nie mogło. Coś ją od tego powstrzymywało gwałtem niezmożonym. Zamiast więc wyciągania ręki, wykonywała przed osobą idącą staroświecki dyg jakiś, szczególnie wyglądający przy połatanym jéj płaszczu i nogach szmatami owiniętych. Chciała téż zawsze mówić coś, ale trzęsła tylko głową w sposób objawiający prośbę, i szybko, szybko, po kilka razy wyszeptywała: kto-by się był spodziewał? Ktoby się był spodziewał?

Widywano je téż niekiedy przed wystawami sklepów różnych. Tu, staruszka stała, przyciśnięta do ściany domowstwa, aby nie zawadzać ludziom, idącym chodnikiem, a dziecko, oczyma błyszczącemi od ciekawości i zachwycenia, przypatrywało się przedmiotom, zdobiącym okna sklepowe. Czasem, obok ciekawości i zachwycenia, we wzroku dziewczynki zjawiała się chciwość. Zatrzymywała się i staruszkę zatrzymywała, nietylko przed sklepami, ale i przed straganami nawet, ustawionemi śród rynków lub na rogach ulic.

– Aj! jakie piękne bułki! – mówiła – a jakie obwarzanki! piękniejsze daleko niż te, co u Złotki?

Czasem, szeptem takim, jakby powierzała jéj ważną jakąś tajemnicę, mówiła do staruszki:

– A jakie tu śliczne gruszki są!

– Może ty tam ruszasz co? – zaczynała wtedy prawić żebraczka – może ty tam co bierzesz bez pozwolenia? Broń cię Boże od tego! Siódme przykazanie Bozkie pamiętaj zawsze, jeżeli ci miłe szczęście ziemskie i zbawienie wieczne… Siódme przykazanie: nie kradnij! Jeżeli rozminiesz się kiedy z tém przykazaniem, pójdziesz do turmy i w piekle będziesz…

Julianka była posłuszną, ale mała ręka jéj mimowoli wyciągała się wciąż ku straganowi, pełnemu pieczywa lub owoców. Zdarzało się, że straganiarki, stare żydówki w zabłoconych spodnicach i brudnych czepcach, spoglądając na tę rączkę dziecięcą, wysuwającą i cofającą się z drżeniem, dawały jéj najtwardszą bułkę jaką, albo najmizerniejsze jabłko; wtedy dziecko mówiło z cicha; dziękuję! i idąc daléj a jedząc, odłamywało wciąż lub odgryzało kawałek bułki lub owocu i, wspinając się na palce, wkładało go do ust ślepéj swéj towarzyszki.

Tak w pogody i niepogody, tułały się dwie istoty te po mieście całém. Czasem siadywały na ziemi w miejscach ustronnych i spoczywały. Wtedy, gdyby ktokolwiek podsłuchywał je, usłyszał-by, jak stara kobieta opowiadała dziecku o przeszłości swéj, dawno, dawno minionéj, o rozkoszach, których zażyła, i ludziach, których znała, powtarzając co chwila: kto-by się był spodziewał? albo: gdzie teraz ludzie ci? gdzie? lub téż udzielała mu rad i nauk różnych.

2jeżeli. [przypis redakcyjny]

Inne książki tego autora