Koło ratunkowe

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Słońce pyszniło się na prawie bezchmurnym niebie i mimo wczesnej pory zaczynało powoli smażyć. Jego ciepłe promienie nie tylko rozgrzewały, ale też dodawały energii, sprawiając, że wszystko dookoła nabierało pozytywnych barw. Nawet mi udzieliła się ta aura. Mimo strachu przed utonięciem kręciłam się dość odważnie po pokładzie, jednocześnie wystawiając twarz do słońca. Nie byłam pewna, czy to ja przyzwyczaiłam się już do lekkiego kołysania pod stopami czy podziałał na mnie zbawienny wpływ kapoka, który nakładałam za każdym razem, gdy opuszczałam pokój.

Jedenasty pokład był zapełniony po brzegi pasażerami spragnionymi promieni szczęścia, którzy nie mając się gdzie podziać, spędzali wolny czas, spacerując po zewnętrznych dekach. Westchnęłam głośno, zazdroszcząc im swobody, gdy ja musiałam tkwić na przymusowym szkoleniu dotyczącym czegoś, co miałam opanowane do perfekcji. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że zapoznałam się z wszelkimi informacjami na ten temat, a kamizelkę umiałam nałożyć nawet z zamkniętymi oczami. Jednak musiałam wziąć udział w tej farsie. Oprócz mnie na miejscu znajdowało się jeszcze około dwudziestu osób, które jak ja z różnych powodów nie przystąpiły do szkolenia w wyznaczonym czasie.

– Panno Mrozowsky! – Zostałam przywitana groźnym głosem, przez co odruchowo się wyprostowałam, wypychając piersi do przodu, ręce położyłam wzdłuż ciała i zapatrzyłam się w przestrzeń, jak przykładny żołnierz przed swoim dowódcą. Cała ta sytuacja sprawiła, że z utęsknieniem przypomniałam sobie musztrę w liceum wojskowym, do którego uczęszczałam. – Miło, że pani dołączyła.

W zasięgu mojego wzroku pojawił się około czterdziestoletni mężczyzna o pokrytej zmarszczkami, zahartowanej przez morski wiatr twarzy oraz czarnych jak smoła włosach, gdzieniegdzie przeplatanych siwymi pasmami. Stanął naprzeciw, poprawił założone za plecami ręce i zaczął się wpatrywać we mnie surowym wzrokiem. Chociaż ton, jakim się odzywał, był apodyktyczny, to na szerokich ustach czaił się cień uśmiechu, który sprawiał, że facet wyglądał nawet miło.

– Nie…

– Trzecie upomnienie skutkowałoby odstawieniem na stały ląd. – Oficer Moretti dziś już drugi raz wszedł mi w słowo, przez co zaczęłam się zastanawiać, czy robił to specjalnie. Uśmieszek na jego twarzy poszerzył się lekko, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że przerywał mi umyślnie i z premedytacją. – Noszenie kamizelki ratunkowej na statku, pomijając sytuację bezpośredniego zagrożenia życia, jest surowo zabronione. Czy to jasne? – wyartykułował to pytanie z taką mocą, że jego tubalny głos rozszedł się echem po deku.

– Tak jest, sir! – wykrzyknęłam, a ręka drgnęła mi gotowa zaraz zasalutować. Zdusiłam w sobie ten impuls, ale zamiast tego skinęłam mu głową. Starszy oficer spojrzał mi w twarz z uwagą, po czym chyba usatysfakcjonowany podszedł do stojącej obok mnie kobiety.

– Panno Colletti…

Signora[2] Colletti – weszła mu w słowo bez zająknięcia, co facet zupełnie zignorował, kontynuując swój monolog.

– …będzie pani w parze z panną Mrozowsky – powiedziawszy to, zapatrzył się na kobietę, a kiedy bezwstydnie puściła mu oczko, zaczerwienił się, po czym bez słowa odszedł do innych pasażerów.

– Cześć – zwróciła się do mnie ze śmiechem, a ja aż ogłupiałam z wrażenia. Przede mną stała moja idolka, jedyna i prawdziwa Monica Bellucci, która nie przestając się uśmiechać, czekała, aż coś do niej powiem.

– Eeee, miło mi poznać, Signora Bellucci. – Dostałam kompletnego zaćmienia umysłu, które minęło po chwili, jednak miałam nieodparte wrażenie, że powiedziałam więcej, niż zapamiętałam.

Monica zaśmiała się w głos, a ja urzeczona tym śmiechem wpatrywałam się z uwielbieniem w jej piękną twarz.

– Skarbie, pochlebiasz mi ogromnie! Mimo że nie jestem Monicą Bellucci, to na selfika zawsze znajdę czas. – Mówiąc to, przysunęła się do mnie z wyciągniętym telefonem, po czym szeroko się uśmiechając, nacykała kilkanaście zdjęć.

Nie miałam czasu na zebranie myśli, gdy koło nas, marszcząc groźnie czoło, pojawił się ponownie chief officer Moretti.

– Drogie panie, na robienie zdjęć przyjdzie jeszcze czas, a teraz proszę o odłożenie telefonów i skupienie uwagi na tym, co się dzieje przed wami. – Wskazał ręką na prowadzącą zajęcia i spojrzał na nas chmurnie spod grubych brwi, po czym szybko udał się dalej.

– Ale władczy ten nasz Antonio – zagaiła cicho bliźniaczka Moniki, przybliżając się do mnie. – Jestem Lucia, a ty?

– Eee, Sofia. – Nie do końca wiedziałam, jak zareagować, w dodatku byłam pewna, że w nerwach nagadałam kobiecie jakichś bzdur. – Czyli nie jesteś Monicą Bellucci?

– Oczywiście, że nie, ale naprawdę mi miło, że mnie do niej porównujesz – zaprzeczyła ze śmiechem, ale zaraz umilkła i spoważniała.

Uniosłam głowę i gdy napotkałam uważny wzrok dowódcy, od razu skupiłam się na instruktorce, która stała przed nami i pokazywała, jak zakłada się kapok.

Przypatrywałam się jej jednym okiem, a drugim zerkałam na Lucię, która przy bliższym przyjrzeniu się faktycznie różniła się od aktorki, i to na korzyść. Nie mogła mieć więcej niż czterdzieści lat i była obłędnie piękna, w taki naturalny sposób. Czarne, proste włosy lśniły w słońcu, rumiane policzki wybijały się na tle nieskazitelnej buzi, pełne usta kusiły i upodabniały ją do wyobrażenia o królewnie Śnieżce.

– Mam nadzieję, Lucia, że nie palnęłam żadnego głupstwa. – Nie wytrzymałam długo w ciszy i nachyliłam się do niej, gdy miałyśmy teraz w parach nadzorować ubieranie kamizelki.

– No jasne, że nie. Ja się nie gniewam! – Zbyła to machnięciem ręki. – Jakie masz plany po szkoleniu? Zresztą, kochana, zapraszam cię na kawę!

– W zasadzie to chciałam iść na późne śniadanie – odparłam przepraszająco. Normalnie zignorowałabym posiłek, ale coraz głośniej burczało mi w brzuchu, a w dodatku włączyło się mi ssanie.

– Nawet lepiej! – wykrzyknęła uradowana, a kiedy zobaczyła zmierzającego w naszą stronę chief officera, dodała głośniej. – Naszła mnie ochota na coś słodkiego.

Mężczyzna na jej słowa spiekł raka, a ja, kręcąc głową, cicho zaśmiałam się pod nosem.

– Jesteś niemożliwa – szepnęłam do Luci, gdy zawstydzony facet się oddalił.

Dalsza część szkolenia odbyła się już w bardziej skoncentrowanej atmosferze. Mimo że znałam rozkład wyjść ewakuacyjnych oraz rozmieszczenie szalup ratunkowych, to i tak wolałam sobie odświeżyć te informacje. Dwadzieścia minut później byłyśmy już wolne i szłyśmy spacerkiem na pokład niżej do ulokowanej na świeżym powietrzu kafejki. Tuż obok znajdowały się dwa baseny wraz z brodzikiem dla maluchów, naokoło poustawiano leżaki dla leniuchów oraz miłośników opalania.

Usiadłyśmy przy ostatnim wolnym stoliku pod olbrzymimi żółtymi parasolami, a chwilę później pojawił się uśmiechnięty kelner, który przyjął nasze zamówienie. Gdy zniknął, wciągnęłam głęboko świeże, morskie powietrze i zapatrzyłam się daleko na horyzont. W oddali ciemna, błękitna toń odbijała blask słońca, tworząc wspaniały kontrast z błękitnym niebem, na którym powoli gromadziły się puchate obłoki. Ten widok urzekł mnie do tego stopnia, że westchnęłam z głębokim rozmarzeniem. Nie wiem, jakim cudem, ale panorama przede mną sprawiła, że moje myśli zawędrowały do tajemniczego nieznajomego, którego widziałam raptem dwa razy, jednak to wystarczyło, aby namieszał mi w głowie.

Najgorsze było to, że zdrada Mateusza spłynęła po mnie jak po kaczce, jakby te ostatnie kilka lat, które razem spędziliśmy, nic nie znaczyły. A przecież tak nie było. Swego czasu kochałam go bardzo, pragnęłam spędzić z nim resztę życia, tylko te wszystkie uczucia gdzieś po drodze się rozmyły i zniknęły. Zastąpiło je uczucie ulgi, jakbym wynurzyła się z otchłani mętnego związku, aby w końcu odetchnąć czystym, wolnym od smutku i żalu powietrzem. Jakbym zaczerpnęła ogromny haust oczyszczającego tlenu, który wypłukiwał z mojego ciała cały ból i rozpacz, a pozostawiał po sobie jedynie szczęście i nadzieję na lepsze jutro.

Być może odejście Mateusza było tym, czego potrzebowałam, aby zacząć żyć, a spotkanie błękitnookiego przystojniaka to kolejny krok do pełnego szczęścia. Dziś czułam się radośniejsza i szczęśliwsza niż przez kilka ostatnich miesięcy. A to znaczyło, że jednak dobrze się stało, tak powinno być.

Wróciłam do rzeczywistości i zauważyłam, że Lucia też z nostalgią wpatruje się w przestrzeń. Rozejrzałam się dookoła, a kiedy zauważyłam rozbawione na mój widok spojrzenia, zupełnie je zignorowałam. Nie było mi głupio i nie zamierzałam ryzykować ani niepotrzebnie rezygnować z jedynej rzeczy, dzięki której czułam się tu bezpiecznie. Kamizelka ratunkowa zostawała na swoim miejscu, czyli na mnie.

– Nie zrozum mnie źle, ale czemu masz na sobie kapok? – Na melodyjny głos Luci odwróciłam z powrotem głowę. Zauważyłam, że teraz z zaciekawieniem mi się przyglądała, a jej mina zupełnie nie przypominała tej sprzed minuty.

– Pewnie uważasz mnie za wariatkę? – Wyprostowałam się na siedzeniu i zaśmiałam pod nosem. – Otóż nie! Ja po prostu panicznie boję się wody, pływania i tego, że utonę.

– Skoro tak się boisz, to czemu zdecydowałaś się udać w rejs na pełnym morzu?

– To taka terapia wstrząsowa. – Zbyłam ją pierwszą wymówką, jaka przyszła mi do głowy. Nie chciałam rozmawiać na ciężkie tematy, które tak naprawdę mnie tu przywiodły. A jakby się dłużej zastanowić, to właśnie taką terapię przechodziłam. Co prawda nie wybrałam jej świadomie, ale czasem los tak czyni, że zsyła nam rzeczy, których potrzebujemy.

 

Kelner postawił przed nami zamówienie, po czym bez słowa, niczym duch, zniknął. Zapach jajecznicy na bekonie unosił się w powietrzu, a ja, nie mogąc już dłużej czekać, rzuciłam się na nią, jakbym od tygodnia nie miała nic w ustach. Zmiotłam wszystko z talerza w ciągu trzydziestu sekund i opróżniłam kubek z kawą prawie do połowy, nim się opamiętałam i przypomniałam sobie, gdzie i z kim jestem. Włoszka patrzyła na mnie z nieukrywanym uśmiechem, a wesołe iskierki migały w jej oczach.

– Sofia, skoro się boisz, dlaczego płyniesz sama? – Lucia zaciągnęła słowa w typowo włoskim stylu.

Posmutniałam, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Westchnęłam ciężko i na chwilę zapatrzyłam się w przejrzyste niebo nad nami.

– Miałam płynąć z narzeczonym, ale w ostatniej chwili się rozstaliśmy – zdecydowałam się na powiedzenie prawdy. Nie było potrzeby kłamać i kręcić. Im szybciej zerwę ten stary plaster i wyrzucę go za siebie, tym lepiej.

– Tak myślałam – odparła tajemniczo, wpatrując się we mnie zbolałym wzrokiem. Po chwili cmoknęła i ciągnęła dalej. – Widziałam was na pokładzie w dniu wypłynięcia. Zapamiętałam cię, bo jako jedyna miałaś kapok, zresztą szliście przede mną po schodkach. Potem usłyszałam, jak twój narzeczony, niezła świnia, tłumaczył obsłudze statku, czemu musi zejść i jak desperacko się tego domagał.

Ostrożnie odstawiłam kubek z kawą na stolik i spojrzałam Włoszce w oczy. Nie znała mnie, ja o niej też nic nie wiedziałam. Przedstawiłyśmy się sobie niecałą godzinę temu, a ona już była obeznana w historii mojej porażki i upokorzenia.

– O, idą Bettina z Henrym. – Lucia zerwała się i zaczęła komuś dziarsko machać ręką. Nim zdążyłam się obrócić za siebie, dwoje staruszków stanęło przy naszym stoliku. Zerwałam się z krzesła i skołowana przystanęłam. Nie wiedziałam, jak się zachować. Dobre wychowanie wymagało, abym się im przedstawiła, ale w tej chwili mogłam myśleć tylko o słowach Włoszki.

– Przedstawię was – rzuciła wesoło Lucia, nie zważając na moją zasmuconą minę. – Bettina, Henry to jest właśnie Sofia.

Wskazała na mnie, a ja posłusznie wyciągnęłam rękę i lekko się uśmiechając, uścisnęłam ich dłonie.

– Miło mi.

– Nam również.

– Proszę, przysiądźcie się do nas – nalegała Lucia, a starsze małżeństwo skinęło głowami na zgodę.

– To ja skoczę to łazienki – powiedziałam pośpiesznie i ruszyłam pędem w kierunku toalet, które na moje szczęście nie były zajęte.

Wpadłam do kabiny jak burza i zrzucając dolne części odzieży, przysiadłam na sedesie, mimo że nie chciało mi się siku. Oddychając ciężko, schowałam twarz w dłoniach i zostałam tak kilka minut, by odzyskać chociaż część spokoju. Nim wyszłam z łazienki, ochlapałam twarz zimną wodą. Nie czułam się na sto procent sobą, ale już było ze mną znacznie lepiej.

Gdy podeszłam do stolika, rozmowy ucichły i wówczas wiedziałam, że rozmawiali o mnie.

– Skarbie, jak się czujesz? – zapytała Bettina. Nie powiem, zdziwiło mnie to trochę, ale byłam wdzięczna za troskę.

– Już dobrze, dziękuję – odparłam szczerze, ciężko siadając na miejscu.

– Nie przejmuj się tym nic niewartym gnojkiem – Bettina próbowała mnie pocieszyć, ale ja nie umiałam przejść nad tym do porządku dziennego.

– Dziękuję, ale wołałabym o tym nie rozmawiać – poprosiłam przepraszającym głosem. – Cały statek o tym wie? – Nie wiem, czemu, ale akurat właśnie ta myśl nie dawała mi spokoju.

– Wiem o tym tylko ja i Bettina z Henrym. Nikt inny. Przysięgam – jęknęła Lucia, obejmując moje ramiona ciepłymi dłońmi.

Spojrzałam w jej przejrzyste oczy, które były niczym bezchmurne niebo nad naszymi głowami. Przyłożyłam dłonie do policzków. Dosłownie czułam, jak mnie palą. Mogłam się założyć, że byłam czerwona jak dojrzały burak.

– No już, uszy do góry. – Potarła moje ramiona, a ten ruch wraz z jej pogodnym spojrzeniem od razu poprawił mi humor. Jak ona to robiła?

– Nikt oprócz was nie wie? – dopytywałam. – Naprawdę?

Starsi państwo zgodnie pokiwali głowami, a Lucia dalej gładziła mnie pocieszająco.

– Z tego, co mi wiadomo, to tylko my – przerwała, by rozejrzeć się po zebranych. – My i załoga.

– O Jezu! – jęknęłam żałośnie. Odsunęłam talerz od siebie, ułożyłam ręce na stole i wcisnęłam w nie głowę. – Co za wstyd.

Mijał dopiero trzeci dzień podróży, a ja byłam już na językach całego statku! Kto by pomyślał, że w miejscu, w którym znajduje się ponad trzy i pół tysiąca ludzi – zarówno wycieczkowiczów, jak i członków załogi – plotki będą roznosiły się szybciej niż na wiejskim targu.

– Przestań. – Lucia podniosła moją głowę i przekręciła w swoją stronę. – Nie ciebie pierwszą rzucono i nie ostatnią. Tak, załoga o tym wie i nic na to nie poradzisz. Jedyne, co możesz teraz zrobić, to udowodnić wszystkim, że jesteś dumną, pewną siebie kobietą, której nie obchodzi zdanie innych ludzi. – Klepnęła mnie lekko po plecach. – Także wyprostuj się, wypnij do przodu walory i pokaż wszystkim, że twój były stracił najlepszą rzecz, jaką miał.

– Wiesz co? Masz rację! – Posłusznie wyprostowałam się na krześle, wypchnęłam piersi do przodu i uniosłam wysoko podbródek. – Nie mam się czego wstydzić! Jestem wspaniałą, wartościową kobietą, która odzyskała wolność po pięciu długich latach. Nie będę płakać ani ukrywać się przed nikim, bo nie mam absolutnie żadnego powodu do wstydu.

– Tak trzymać, dziewczyno! – Lucia wyciągnęła do mnie wyprostowaną dłoń, a ja z ochotą przybiłam jej piątkę.

Poczułam przypływ energii. Niestraszny mi był mój eks, cała załoga statku i kapryśne morze, kiedy czułam, że wypełnia mnie girl power. Byłam prawdziwą kobietą z krwi i kości. Co tam zerwania, burze czy pioruny. Kiedy tylko odzyskałam rezon, mogłam wszystko.

– Chodź, teraz skoczymy po najbardziej odkryte bikini, jakie mają w tym przybytku, a potem rzucimy się na leżaki i ładnie opalimy. Będzie jak znalazł na jutro! – radosnym głosem powiedziała Lucia, podnosząc się z miejsca.

– A co będzie jutro? – zapytałam zaintrygowana, również wstając.

Włoszka złapała mnie pod ramię i poprowadziła pomiędzy stolikami, kierując się w stronę wind.

– Kopciuszku, czeka nas jutro królewski bal.

***

– Ach, jak cudownie – jęk Luci idealnie zgrał się z moim.

Wyciągnęłam się na posłaniu i oddawałam błogiemu uczuciu, które roznosiło się po całym ciele. Chyba nigdy nie robiłam czegoś takiego. Po części dlatego, że nie wiedziałam, czy to polubię, ale też nie byłam pewna, jak zareaguję na obcy dotyk. Jednak dzięki Luci, która wprowadziła mnie w ten świat przyjemności, wiedziałam, że częściej będę w ten sposób odreagowywać smutek i stres.

Stęknęłam, gdy cudowne ręce ugniatały wrażliwe miejsca na moim ciele. Westchnęłam głęboko i poddałam się nadchodzącej fali bólu, po którym zalało mnie relaksujące uczucie spełnienia. Kiedy w końcu emocje opadły, ledwo dałam radę poruszyć kończynami. Na mojej twarzy rozgościła się błogość, którą poczułam od stóp po czubek głowy.

– Lucia, to było niesamowite. – Obróciłam twarz w jej stronę i spojrzałam w rozluźnione oblicze. – Dziękuję, że mnie do tego namówiłaś.

– Nie ma za co, kochanie. Zawsze do usług. – Puściła do mnie oczko i sięgnęła po szklankę z drinkiem.

– Gdybym wiedziała, jakie to przyjemne, to już dawno bym uległa namowom i skorzystała z tej formy relaksu. – Zaśmiałam się ze swoich słów.

– Sofia, zabawna z ciebie dziewczyna. – Włoszka roześmiała się radośnie, po czym otarła mokre od śmiechu kąciki oczu. Po chwili jednak spoważniała i mentorskim tonem rzekła. – Nigdy nie odmawiaj sobie drobnych przyjemności, nawet jeśli to tylko zwykły masaż.

Wyprostowałam się i uniosłam rękę jak do przysięgi.

– Uroczyście obiecuję, że będę się oddawała w ręce masażysty przynajmniej raz w tygodniu – stwierdziłam poważnym głosem, w którym pobrzmiewała wesołość.

Reszta dnia upłynęła nam na piciu drinków z parasolką oraz relaksowaniu się w ciepłych promieniach słońca na górnym deku. Zwieńczeniem była kolacja z Henrym i Bettiną, którzy tworzyli uroczą parę staruszków. Następnego dnia, od samego rana, spędzałyśmy wszystkie wolne chwile razem, a z każdą kolejną minutą czułam, że rodzi się między nami przyjaźń. Kiedy poznałam Lucię, poczułam, że między nami coś kliknęło i już wtedy wiedziałam, że odnalazłam bratnią duszę. Duchową siostrę, która doskonale mnie rozumiała i była dokładnie taka sama jak ja. Powiedzenie rozumieć się bez słów było tylko pustym frazesem, dopóki nie spędziłam z Lucią tych kilkunastu godzin.

Podnosząc się do pozycji siedzącej, naciągnęłam na siebie cienki ręcznik i związałam go na piersiach. Lucia zrobiła to samo, po czym dopiła jednym łykiem ponad połowę drinka i klasnęła w dłonie.

– A teraz czeka nas prawdziwa zabawa – krzyknęła radośnie i skierowała się do przebieralni. – Fryzjer, kosmetyczka i najważniejsze – przymierzanie strojów.

Lekko zeskoczyłam ze stołu i zanim podążyłam za nią, dopiłam bezalkoholowe mojito.

Dwie godziny zajęło nam smarowanie, kremowanie, depilowanie, nakładanie henny i malowanie, po czym nastąpiły najdłuższe trzy godziny w moim życiu wypełnione przycinaniem, czesaniem, modelowaniem i tapirowaniem.

– Gdyby Kopciuszek tak długo szykował się na bal, to książę już dawno ożeniłby się z jedną z jej sióstr i spodziewaliby się już drugiego dziecka – mruknęłam do Luci, gdy wreszcie opuściłyśmy salon fryzjerski i skierowałyśmy się do wind.

– Na szczęście dziewczyna miała wróżkę za matkę chrzestną, która zrobiła jej depilację bikini i makijaż jednym machnięciem magicznej różdżki, bo inaczej marny byłby jej los – rzuciła lekko Lucia, wchodząc do kabiny. – Niestety, my musimy sobie radzić w tradycyjny sposób. Oczywiście dopóki nie wynajdą tego przeklętego ustrojstwa. – Zaśmiałyśmy się równocześnie, a nasz śmiech odbił się echem od ścian windy.

Lucia wzięła mnie pod ramię i gdy drzwi się rozsunęły, poprowadziła długim korytarzem do swojej kajuty. Delikatnym pchnięciem usadziła mnie na łóżku, po czym podeszła do niedomkniętej przez nadmiar ubrań szafy, z której wystawały różnokolorowe tiule i koronki. Energicznie rozsunęła drzwi, zza których na ziemię wysypały się upchnięte na siłę puchate sukienki, jednak ona nie zwróciła na to uwagi, tylko zanurkowała pomiędzy materiałami, wystawiając do góry kuperek.

Zanim wyłoniła się z szafy, minęła dobra minuta połączona z głośnymi jękami oraz westchnieniami. Gdy tylko wynurzyła się na powierzchnię, dmuchnęła energicznie na spocone czoło i uśmiechnęła się triumfalnie.

– To! – rzuciła jedno słowo, jakby miało jakieś magiczne znaczenie, i wyciągnęła w moim kierunku połyskujący milionem drobinek czarny materiał.

– To? – dopytałam z uśmiechem, chwytając sukienkę. – Jesteś pewna, że to jest to?

– Wierz mi. To jest to! – Chwyciła mnie za ramiona, popchnęła w stronę łazienki i klepnęła w tyłek. – No już, ubieraj się.

– Ałć! – Ze śmiechem rozmasowałam piekący pośladek, ale posłusznie weszłam do środka i zaczęłam się przebierać.

Wyszłam z łazienki królewskim krokiem i podeszłam do dużego lustra ustawionego w kącie kajuty. Sukienka wspaniale eksponowała moje atuty, jędrne piersi były idealnie podkreślone, zaokrąglone biodra i pośladki opięte, a wcięcie w talii ostro zaakcentowane. Przeplatany srebrnymi kamyczkami materiał był niezwykle przyjemny w dotyku i naturalnie dopasowywał się do sylwetki, zaś cienkie ramiączka utrzymywały śliski materiał na swoim miejscu, tworząc zwiewną, subtelną całość. Nawet ja musiałam przyznać, że prezentowałam się bosko. Byłam totalnie oczarowana swoim nowym wyglądem.

– Jestem geniuszem – szepnęła Lucia, a ja kiwnęłam głową potakująco.

– Przypomnij mi jeszcze raz, czemu się tak stroimy na zwyczajną kolację w restauracji? – Wyłowiłam wzrok Luci w lustrze.

– To nie jest zwyczajna kolacja. To jest wystawne przyjęcie urządzone przez kapitana statku dla najznamienitszych gości.

– Czyli dla bogaczy, których stać na wykupienie miejsca przy stole za ponad tysiąc euro. – Zgarbiona podeszłam do łóżka i ciężko na nie usiadłam. – Ja tam nie pasuję. Nie stać mnie na to i nie lubię snobów.

– Pasujesz! Jesteś moim gościem, więc nie musisz za nic płacić. A ze snobów można się nieźle ponabijać. Zobaczysz, będziesz się bawiła jak nigdy dotąd. – Usiadła obok mnie i trąciła ramieniem. – Poza tym w tej kreacji nawet nie zagrzejesz miejsca, tylko będziesz ciągle szalała na parkiecie.

Zanim udałam się do siebie, ostatni raz przejrzałam się w lustrze.

 

– Wyglądam bajecznie. Jak milion euro – powiedziałam podekscytowana. – Do zobaczenia na dole.

– Sofia? – Lucia zatrzymała mnie z ręką na klamce. – Mam nadzieję, że nie nałożysz kapoka na taką kreację?

Zrobiłam nietęgą minę, przyłożyłam palec do ust i udałam, że się nad tym głęboko zastanawiam. Gdy tylko ubrałam tę piękną suknię, zdecydowałam, że nie oszpecę jej kamizelką.

– Myślę, że nie – odparłam ze smutkiem i puściłam do niej oczko. – Niestety żółty za nic nie pasuje do tego stroju.

Od początku rejsu uparcie ignorowałam ostrzeżenia załogi statku, aby nie nosić kapoka, aż w końcu uległam ich naciskom czy też groźbom odstawienia mnie na najbliższy ląd. Obiecałam, że nie będę go nakładać. Jednak nikt mi nie zabroni nosić go przy sobie. Teraz leżał bezpiecznie zwinięty w mojej torbie, abym w razie czego mogła go szybko użyć.

Pomachałam Luci na pożegnanie i pognałam do siebie, aby zmienić obuwie i dokończyć szykowanie.

Tuż przed wyjściem z kajuty mocno się zawahałam. Mój wzrok powędrował do leżącej na fotelu, zwiniętej w małą paczuszkę kamizelki ratunkowej. Gdy miałam ją na sobie, zdecydowanie lepiej się czułam. Byłam pewniejsza i kroczyłam śmiało po pokładzie. Jednak wewnątrz okrętu czułam się względnie bezpiecznie, a kołysanie statku było zupełnie niewyczuwalne. Czasem nawet zapominałam, że jesteśmy w ruchu. Dlatego zdecydowałam, że ten jedyny raz nie zabiorę kapoka ze sobą. Zobaczę, jak będę się czuła bez mojego małego koła ratunkowego. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to zawsze będę mogła wrócić do pokoju. Poczułam nawet delikatną ulgę oraz całkiem sporo dumy, że udało mi się zrobić mały krok w stronę przezwyciężenia obezwładniającego strachu przed utonięciem.

Pół godziny później stałam przed lokalem, w którym miał się odbyć dzisiejszy event. Restauracja Miracle zajmowała aż dwa poziomy. Z loży wewnętrznej, zapełnionej rzędami dwuosobowych stolików, schodziło się do głównej sali z parkietem tanecznym, podium oraz dużymi, dziesięcioosobowymi stolikami, które zajmowały ponad połowę pomieszczenia.

Oniemiała widokiem przed sobą, oparłam dłonie o balustradę i wchłaniałam kakofonię dźwięków i barw. Na dole już zebrało się sporo gości. Dystyngowani mężczyźni ubrani we fraki oraz eleganckie kobiety w balowych sukniach i błyszczącej biżuterii. Tu na górze również sporo się działo. Głośne rozmowy i salwy śmiechów wydobywały się z loży. Widocznie śmietanka towarzyska, pomimo odległości i różnego pochodzenia, zawsze znajdzie wspólny język.

– A pani znowu przy barierce? – Słysząc polską mowę, natychmiast się odwróciłam, a gdy natrafiłam na wpatrzone we mnie z zainteresowaniem hipnotyzujące błękitne oczy, zaróżowiłam się po uszy. – Czyżby ponownie oczekiwała pani ratunku?

[2] Z włoskiego – pani.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?