Koło ratunkowe

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Musiałam działać szybko. Z każdym kolejnym krokiem strach zaczynał górować nad gniewem, który czułam w momencie opuszczania kajuty. Ostatnie kilka metrów dzielące mnie od barierki przebiegłam na drżących nogach. Wolałam nie ryzykować, że wątpliwości i przerażenie ponownie przejmą nade mną kontrolę.

Dopadłam poręczy i przytrzymałam się jej kurczowo, aby po chwili wychylić się delikatnie poza nią. Ciemne odmęty wzburzonej wody pieniły się pod stopami, wściekle rozbijając się o bok płynącego statku. Ich gniewny śpiew przywoływał i chociaż były moim największym koszmarem, to teraz zdawały się wybawieniem. Dmący wiatr tarmosił poły niedbale związanego szlafroka, przywołując na myśl trzepoczące żagle i jedynie porządnie zapięty kapok utrzymywał je na miejscu. Kosmyki włosów, wyrwane z koka na czubku głowy, łaskotały mnie po twarzy i całkiem przysłaniały widok na wodę. Przez to musiałam wychylić się bardziej, jeśli chciałam zrobić to, po co przyszłam.

Już wpychałam rękę do kieszeni, aby wyciągnąć powód mojej tutejszej obecności, gdy zostałam gwałtownie oderwana od poręczy i z głośnym jękiem huknęłam o podłogę. Oszołomiona zamknęłam oczy i dopiero po kilku chwilach poczułam, że podłoże, na którym leżałam, było o wiele bardziej miękkie niż powinno oraz dziwnie kanciaste.

Z przestrachem uzmysłowiłam sobie, że ktoś mnie zaatakował. Rzucił się na mnie znienacka, a teraz przygniatał ogromnymi łapskami i nie chciał puścić. Nie czekałam na dalszy rozwój sytuacji, tylko zrobiłam to, co każda młoda kobieta zrobiłaby na moim miejscu. Zaczęłam krzyczeć:

– Ratunku! Pomocy! Gwałcą!

Wyrywałam się i wierciłam. Rozpychałam się łokciami najsilniej, jak mogłam, aż w końcu poczułam, że uścisk zelżał, a po chwili łapy, które mnie trzymały, zniknęły.

Zerwałam się na kolana i trzęsącymi się rękoma przytrzymałam barierki, by wstać. Niestety, nogi odmówiły mi posłuszeństwa i zamieniły się w dwa grube słupy waty, przez co ponownie upadłam na kolana.

– Proszę zaczekać! – zachrypnięty męski głos przedarł się przez moją owładniętą strachem głowę. – Nic pani nie zrobię!

Najszybciej jak umiałam, odwróciłam się twarzą do bandyty i przywarłam do balustrady. Nie była pomocna, ale w tej chwili była jedynym „bezpiecznym” miejscem w okolicy. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, jednak nie widziałam żywej duszy. Szpetnie przeklęłam w myślach, ganiąc się za swoje głupie pomysły. Gdybym nie wyszła z kajuty, nic złego by mnie nie spotkało. Mogłam teraz bezpiecznie leżeć w łóżku i pogrążać się w rozpaczy, zamiast tego sama wepchnęłam się w ramiona bandziora.

W końcu mój wzrok spoczął na osobniku, który czaił się na moje życie. Facet stał kilka metrów ode mnie, otoczony ciemnością nocy, którą rozświetlało jedynie wyłuskujące się zza ciemnych cumulusów światło księżyca.

Niespodziewanie mężczyzna poruszył się i z uniesionymi na wysokości piersi rękoma zrobił krok w moją stronę.

– Stać! Panie, co pan? – zapiszczałam po polsku, odsuwając się jak najdalej od napastnika. – Proszę mnie zostawić!

Mężczyzna posłusznie przystanął, a słabe promienie księżyca, które na chwilę wydobyły się zza chmur, otoczyły go złotą poświatą. Dzięki temu mogłam dostrzec nieco więcej szczegółów, jednak wciąż niewiele, by w razie czego opisać faceta, o ile uda mi się wykaraskać z tej kabały. Zdążyłam jedynie zauważyć, że był niezwykle wysoki i barczysty, a jego dominująca postawa napełniała mnie strachem. Naprawdę zaczęłam się bać o swoje życie. Obezwładniająca myśl, że za chwilę umrę, paraliżowała moje ciało, przez co umysł pracował na zwiększonych obrotach.

– Proszę mnie zostawić, bo będę krzyczeć! – paplałam dalej po polsku, nie zważając na to, że drab naprzeciwko mnie może nawet nie rozumie, co do niego mówię.

– Spokojnie, nic pani nie zrobię! – Mężczyzna odezwał się w moim ojczystym języku, co, jak sobie dopiero uzmysłowiłam, robił od samego początku. Jego szorstki głos niósł się lekko po okolicy, jakby był już wprawiony w rozmowach na pełnym morzu.

Słysząc polską mowę, momentalnie mi ulżyło, lecz po chwili moje ciało ponownie się naprężyło.

– Odbiło panu? – Pomimo strachu nie mogłam opanować gniewu.

– Mnie? To pani chciała skoczyć! – Dobiegł mnie jego zdziwiony głos.

– Skoczyć? – Osłupiała uniosłam brwi. – Czy jakbym chciała skoczyć, to ubrałabym kamizelkę ratunkową? – wydzierając się na całe gardło, zaczęłam jedną ręką nerwowo szarpać za brzeg kapoka, a drugą wciąż przytrzymywać się barierki.

– Z daleka wyglądało to jak próba samobójcza – powiedział spokojnie, po czym wzruszył ramionami.

Słysząc to poniekąd logiczne wytłumaczenie, odetchnęłam z ulgą. Najwyraźniej to, co wzięłam za gwałtowny atak na moje życie, było tylko nieudolną próbą jego ratowania. Przewróciłam oczami na myśl, że facet mógł mnie potrącić i spadłabym do mroźnej wody, w której dokonałabym swojego żywota.

– No cóż, nie chciałam się zabić – powiedziałam z wyrzutem. – Mogłam przez pana zginąć!

– Na dwoje babka wróżyła – rzucił kąśliwie, kiedy do mnie podszedł.

Zadrżałam, gdy stanął nade mną, lecz nim zdążyłam zaprotestować, grubiańsko złapał mnie za ramiona i postawił na nogi, po czym odsunął się dwa kroki do tyłu.

– Co pan robi? – Przywarłam pośladkami do poręczy i złapałam się za nią.

– Stawiam panią na nogi – odrzekł zaczepnym tonem. – Nie widać?

Pomimo ciemności wokół czułam, jak jego wzrok wwiercał się w moją twarz, co zaczynało wprawiać mnie w dyskomfort. Zresztą ta cała sytuacja nie była ani trochę komfortowa. Absolutnie!

Staliśmy pośrodku pustego pokładu otuleni mrokiem i otoczeni szalejącym morzem. Spojrzałam w obie strony w poszukiwaniu wyjścia z tej sytuacji. Wejście, którym się tu dostałam, znajdowało się za plecami faceta, więc chcąc nie chcąc, byłam zmuszona go minąć. Zadrżałam. Nie tylko z zimna, ale też przez fakt, że znajdowałam się w niebezpiecznej sytuacji z nieznajomym mężczyzną. Wprawdzie mnie uratował, jednak było w nim coś, co sprawiało, że nie do końca czułam się pewnie w jego obecności. Chociaż stał na tyle daleko ode mnie, że nie czułam bezpośredniego zagrożenia, to bijąca od niego męskość przytłaczała. Księżyc ponownie wyszedł zza chmur i rozjaśnił mu twarz, dzięki czemu zauważyłam, jak niebieskie oczy bacznie mnie lustrują, zaś buńczuczny uśmieszek błąka się na ustach.

– To znowu pan!? – krzyknęłam zszokowana, gdy rozpoznałam w nim mężczyznę, którego wczoraj przeciągnęłam przez statek.

Głośna błyskawica przecięła granatowe niebo, a jej błysk rozświetlił sklepienie do białości tak nagle, że ze strachu złapałam się za serce. Puszczając barierkę, straciłam równowagę i osunęłabym się pewnie w mroczną otchłań spienionych fal, gdyby nie szybka reakcja mężczyzny. Jego krzyk przebił się przez kolejne wyładowanie, a silne ręce złapały za biodra i wciągnęły na pokład, tym samym ratując mnie przed okrutną śmiercią.

Nie wiem, jak znalazłam się w jego objęciach ani czemu mój policzek przyciskał się do twardego torsu, przyodzianego jedynie w cienki podkoszulek, przez który mogłam wyczuć każdy mięsień, jednak byłam za to wdzięczna. Chwiałam się na nogach i gdyby nie to, że moje ramiona ciasno oplatały tułów wybawcy, bez wątpienia bym upadła. Pierś mężczyzny unosiła się i opadała w rytm szybkich oddechów, a serce, które znajdowało się na wysokości mojej głowy, biło niewyobrażalnie szybko.

– Już jest pani bezpieczna. – Klatka piersiowa zadudniła, gdy mężczyzna się odezwał. – Może mnie pani puścić.

Jednak ja tego nie chciałam. Mimo że kilka sekund temu czułam zagrożenie z jego strony, teraz wiedziałam, że bez niego nie opanuję strachu, który ponownie trawił mnie od wewnątrz.

– Mogłam zginąć! – szepnęłam w szeroką pierś. – Uratował mnie pan.

Uniosłam głowę i oparłam brodę o muskularny tors. Zapatrzyłam się w jego oczy i w dalszym ciągu nie mogłam się zmusić do wypuszczenia go ze swoich rąk.

– Już drugi raz tej nocy – powiedział wyraźnie rozbawiony, a jego spojrzenie zaśmiało się razem z nim.

– No co pan! – Oburzyłam się i w końcu oderwałam się od niego. – Za pierwszym razem o mało przez pana nie zginęłam, więc się nie liczy! – Machałam mu palcem przed nosem, udowadniając swoją rację.

– Skoro tak pani twierdzi. – Mrugnął do mnie okiem, odwrócił się na pięcie i odszedł kilka kroków, lecz zaraz przystanął i zawrócił. – Poradzi sobie pani sama? Czy mam panią odprowadzić do kajuty? A tak w ogóle to co tu pani robi o tej porze?

Kiedy przypomniałam sobie o tym nieszczęsnym pierścieniu, który planowałam w romantyczny sposób wyrzucić ze swojego życia, oblałam się rumieńcem. Dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, jak bardzo się narażałam przez własną głupotę.

– Nie mogłam spać, chciałam pospacerować – skłamałam szybko. – Jeszcze się tu trochę pokręcę! Dziękuję za pomoc! Do widzenia! – Pomachałam mu na pożegnanie i z największą gracją, na jaką było mnie stać, zaczęłam się przesuwać w kierunku najbliżej znajdującej się ławeczki.

– Tylko proszę się trzymać z dala od burty! – krzyknął na odchodne, po czym truchtem udał się w kierunku toru do biegania, z którego, jak mniemam, przybiegł.

Obejrzałam się przez ramię na mężczyznę, a kiedy zniknął z pola widzenia, ciężko zwaliłam się na drewniane siedzisko. Chociaż udawałam niewzruszoną, to całe zajście nieźle mną wstrząsnęło, przez co byłam kompletnie roztrzęsiona. Zakryłam twarz drżącymi rękoma i krótko zaszlochałam, zaraz jednak pozbierałam się do kupy. To nie było miejsce ani czas na rozpacz. Westchnęłam ciężko i przetarłam buzię dłońmi, po czym wstałam i niepewnym krokiem ruszyłam do najbliższej krawędzi, z której mogłam zrzucić pieprzony pierścionek, zgodnie z pierwotnym założeniem, i w końcu wrócić do siebie.

 

Mimo że statek płynął równo, a pokład pod stopami był stabilny, i tak szłam powoli na szeroko rozstawionych nogach, kroki stawiałam niepewnie, a ręce rozłożyłam na boki, aby móc w razie czego złapać równowagę. Gdy tylko dotarłam do skraju statku, jedną ręką przytrzymałam się poręczy, a drugą szybko zanurkowałam do kieszeni. Wyciągnęłam pierścionek zaręczynowy i z uwagą przyjrzałam się nic nieznaczącemu kawałkowi metalu. Dostałam go od mężczyzny, który zaledwie wczoraj był dla mnie całym światem, a dziś już go nie było w moim życiu. Owszem, czułam ból, ale byłam zbyt praktyczna, aby długo rozpaczać nad związkiem, który od miesięcy był w zasadzie skończony. Jedyne, co czułam, to żal do Mateusza, że w tak tchórzliwy sposób pożegnał się ze mną i chwilami, które przeżyliśmy. Nigdy nie sądziłam, że nie będzie umiał mi spojrzeć w twarz i zwyczajnie ze mną porozmawiać.

Byłam wściekła nie tylko za sposób, w jaki mnie rzucił, ale za te stracone lata życia i uczucia. Obracając w palcach pierścionek, zapatrzyłam się w ciemność, nie mogąc rozróżnić nocnego nieba od linii wody. Coś w tym poniekąd niepokojącym widoku sprawiało mi przyjemność. Jednak kiedy zdrętwiałe palce zaczęły piec, a policzki szczypać od zimna, zamiast rozmyślać dalej, zrobiłam to, po co tu przyszłam.

– Niech cię piekło pochłonie, ty chuju! – szepnęłam dramatycznym tonem, po czym zamachnęłam się i rzuciłam pierścieniem najdalej, jak tylko umiałam. I chociaż nie było możliwości usłyszeć, jak wpadł do wody, to przysięgłabym, że tak się stało. Uśmiechnięta i całkowicie z siebie zadowolona, że utopiłam gówniane żelastwo w głębinach królestwa Neptuna, ruszyłam w powrotną drogę do kajuty.

Samo zejście z pokładu zajęło mi więcej czasu niż wejście. Teraz, kiedy wściekłość całkiem uleciała, to właśnie strach przejął nade mną kontrolę. Lżejszym już, chociaż wciąż drżącym krokiem zbliżałam się do wejścia. Gdy tylko pchnęłam drzwi na wewnętrzny pokład, wsparłam się o najbliższą ścianę i hiperwentylując, oparłam ręce na kolanach, chowając głowę między ramiona. Pozostałam w takiej pozycji, póki nie uspokoiłam się na tyle, aby iść dalej. Wewnątrz statku czułam się znacznie lepiej i pewniej. Ani nie trzęsły mi się nogi, ani nie było skurczy żołądka. Nic! Objawy zwyczajnie się nie pojawiały. Czy to dlatego, że w środku nie odczuwało się ruchu statku? A może to ja już się do tego przyzwyczaiłam?

Kiedy zapaliłam górne światło w kajucie, moim oczom ukazał się bałagan, jaki zrobiłam w gniewie tuż przed wybiegnięciem z pokoju. Dopiero kiedy potknęłam się o rozrzucone na ziemi ubrania mojego byłego, zaczęłam sprzątać. Uczucie złości, które czułam, gdy wyrzucałam rzeczy z szafki, teraz kompletnie znikło. Schyliłam się i chwyciłam kilka ubrań Mateusza, a moją uwagę przyciągnęła niebieska koszulka.

– Co za gnój! – krzyknęłam, gdy przyjrzałam się bliżej reszcie jego garderoby. Spakował stare T-shirty, nadające się tylko do wyrzucenia, oraz spodnie, których czasy świetności minęły jeszcze na studiach. Wkurzona nie na żarty zaczęłam skopywać ubrania z drogi, gdy szłam po jego walizkę. Otworzyłam ją gwałtownie i zaczęłam byle jak upychać szmaty. Później wyciągnęłam z torebki notatnik i ze złością nabazgrałam liścik, który ułożyłam na wierzchu kupki. Zamaszyście trzasnęłam klapą, a kiedy zamek nie chciał się zamknąć, nogą zaczęłam ugniatać zawartość. Gdy to nie pomogło, stanęłam na wierzchu i podskoczyłam kilka razy. Może niekoniecznie było to potrzebne, aby walizka się zamknęła, ale zdecydowanie mi ulżyło. Jak tylko dobijemy do portu, znajdę najdroższego kuriera i wyślę chujowi graty na jego koszt.

Klapnęłam tyłkiem na podłogę i zaczęłam się histerycznie śmiać. Cała ta sytuacja była zupełnie inna od moich wyobrażeń. Przed rejsem fantazja podsuwała mi różne scenariusze, ale takiego obrotu sprawy nie spodziewałam się nawet w najgorszych koszmarach. Wiedziałam, że nie naprawię związku w ciągu kilku dni, ale liczyłam na szczerą rozmowę o tym, co nie gra i jak możemy to naprawić. Zamiast tego zostałam chamsko porzucona bez słowa wyjaśnienia, a mój „cudowny” narzeczony uciekł ze statku, aż się za nim kurzyło.

Dopiero teraz uderzyło mnie, że straciłam najbliższe mi osoby. Chociaż wciąż mogłam liczyć na najlepsze kumpele, Aśkę i Małgorzatę, to jednak dziewczyny nie zapełnią pustki po Mateuszu ani tym bardziej po mamie. Jej śmierć kompletnie mnie podłamała, do tej pory nie poczułam się całkiem sobą. Nie sądzę, aby kiedykolwiek to nastąpiło. Nie byłam już tak silna i odporna na zranienie jak kiedyś.

Potrząsnęłam głową, aby oczyścić umysł z czarnych myśli. Nie chciałam teraz rozmyślać o mamie, nie w takiej chwili, nie w ten sposób. Wiedziałam bowiem, że z takim wisielczym humorem będą to wspomnienia z końca jej choroby, kiedy była osłabiona i zniszczona, a wolałam ją pamiętać jako szczęśliwą, radosną i pełną życia kobietę.

Dźwignęłam się na nogi z myślą, że już dosyć użalania się nad sobą. Okres żałoby po Mateuszu się skończył, teraz nadszedł czas myślenia o sobie. Powinnam skupić się na swoich potrzebach i uczuciach. Może właśnie tutaj zacznę walkę ze słabościami i lękami? Wedle życzenia mamy powinnam ruszyć do przodu. I ja też tego chciałam, zmarnowałam już dość czasu!

Z pozytywnym nastawieniem na nadchodzącą podróż zrzuciłam z siebie kamizelkę ratunkową oraz białą podomkę. Ubrana w ulubioną niebieską piżamę w paski wskoczyłam do cieplutkiego łóżka i zamiast od razu zasnąć, wpadłam w wir rozmyślań. Skakałam z tematu na temat, nie koncentrując się konkretnie na żadnej myśli. Spokojna, jakbym odnalazła w końcu siebie, zaczęłam zapadać w sen, a ostatnimi myślami, jakie zapamiętałam, były niebieskie oczy oraz rozwiana na wietrze blond grzywa mężczyzny, który już dwa razy stanął na mojej drodze.

Obudziłam się późno, bo aż po trzynastej, ale mimo że spałam za długo, czułam się świeżo i rześko. Pozwoliłam sobie na chwilę lenistwa i zostałam jeszcze w łóżku, rozkoszując się ciszą i poświęcając ten czas na regenerację duchową. Zamówiłam jedzenie do pokoju w myśl zasady, że jak szaleć, to na całego. Dodatkowo wzięłam butelkę najlepszego prosecco, jakie było w menu. To najdroższy alkohol, jaki w życiu piłam. Kelner, który przywiózł jedzenie, przekazał mi również ulotkę dotyczącą obowiązkowego szkolenia bezpieczeństwa. Postanowiłam, delikatnie mówiąc, je olać. Kapok umiałam wiązać, nauczyłam się tego na długo przed wypłynięciem, a zasady bezpieczeństwa wykułam na pamięć wraz z planem statku.

Zjadłam śniadanie, jajecznicę na boczku ze świeżą bagietką, popiłam kubkiem pysznej kawy z mlekiem, po czym udałam się do łazienki w celu urządzenia sobie domowego SPA. Podziękowałam sobie w duchu za to, że spakowałam do kosmetyczki maseczki oraz peelingi, po czym napuściłam wody do wanny i zabarwiłam ją pachnącą solą do kąpieli o zapachu waniliowym. Chyba godzinę pluskałam się, masowałam, depilowałam i złuszczałam, a kiedy w końcu wyszłam z wody, moja skóra była śmiesznie pomarszczona i różowa.

Gdy zauważyłam delikatne cienie pod oczami, natychmiast zaaplikowałam sobie hydrożelowe płatki, które zawsze pomagały mi w takich wypadkach. W ciało wtarłam pachnące migdałowe masełko, następnie wklepałam serum pod oczy oraz wymasowałam całą twarz opuszkami. To, że Mateusz ze mną zerwał, nie znaczyło, że mogłam sobie pozwolić na pojawienie się kolejnych zmarszczek. Mogłam cierpieć nawet milion lat, ale nigdy nie odpuściłabym zabiegów ujędrniających twarz. Nigdy, chociażby się paliło i waliło.

Wyszłam z łazienki w znakomitym humorze i odkorkowałam butelkę musującego wina, które będzie mi towarzyszyło podczas rozmowy z koleżankami. Ich pomoc i wsparcie było dokładnie tym, czego w tej chwili potrzebowałam. Dziewczyny na starcie zwyzywały Mateusza od głupich chujków i żałosnych dupków bez jaj, czym wywołały u mnie tak silny śmiech, że aż się popłakałam. Poprosiłam je, aby po weekendzie zajrzały do mojego domu, by sprawdzić, czy Mateusz rzeczywiście się wyprowadził i przypadkiem nie zabrał czegoś, co nie należało do niego.

Każda z nas truła się czymś innym. Małgorzata otworzyła u siebie butelkę gruzińskiego wina, które tak uwielbiała, zaś Aśka przyssała się do butelki piwa. Pomimo ogromnej odległości, dzięki rozmowie konferencyjnej poczułam się prawie jak w domu. Kumpele odciągnęły moją uwagę od nieprzyjemnych wydarzeń, a ja sączyłam pyszne winko, które coraz bardziej uderzało mi do głowy. Zapomniałam nawet na chwilę, że znajdowałam się na statku, który pędził po morzu z prędkością ponad dwudziestu węzłów na godzinę.

Śmiałyśmy się, wzruszałyśmy i przypominałyśmy sobie czasy, gdy wspólnie pracowałyśmy. Zawsze w ten sposób kończyłyśmy nasze spotkania zakrapiane alkoholem. Zanim się rozłączyłyśmy, opróżniłam ponad połowę butelki wina, po czym znużona sytuacją i sporą dawką alkoholu usnęłam.

Wybudziłam się nagle pod wpływem snu, którego nie zapamiętałam. Roztargniona usiadłam na łóżku, przetarłam twarz dłońmi, po czym rozejrzałam się po obcym wnętrzu. Wątłe światło z przenośnej lampki, którą przezornie wzięłam ze sobą, skąpo oświetlało kajutę, rzucając długie cienie na ściany. Nastała noc, a ja nawet nie wyszłam z pokoju. Wyciągnęłam z szafki nocnej plan podróży, który schowałam tam, gdy tylko rozpakowałam walizki. Wczoraj wypłynęliśmy z Wenecji, dziś zaś przybiliśmy do Splitu na Chorwacji, ale już o osiemnastej opuściliśmy port. Co oznaczało, że mój najgorszy koszmar zaczynał się spełniać i teraz mieliśmy spędzić dwa dni na pełnym morzu. Obawiałam się tego od samego początku wycieczki. Nie mam pojęcia, czemu zgodziłam się na podróż, w której wypływało się na pełne wody! Być może nieświadomie wybrałam właśnie taki rejs, aby przezwyciężyć strach przed pływaniem? Oby ta próba skończyła się lepiej niż poprzednia, przez którą nie zbliżałam się do linii wody na mniej niż dwa metry.

Zegarek wskazywał piątą rano, czyli do śniadania miałam co najmniej trzy godziny, które postanowiłam przeczekać w łóżku, czytając romans. Obudził mnie uporczywy dzwonek stacjonarnego telefonu. Nawet nie wiem, kiedy przysnęłam. Trochę zdziwiona sięgnęłam po słuchawkę, w końcu kto i po co miałby do mnie dzwonić?

– Panna Sofia Mrozowsky? – odezwał się twardy głos z silnym, włoskim akcentem.

– Tak?! – odpowiedziałam ostrożnie. – Słucham?

Chief officer Antonio Moretti. Upominam panią o obowiązkowym stawiennictwie na szkoleniu z zakresu bezpieczeństwa na statku.

– Dobrze, ale ja umiem założyć kamizelkę ratunkową oraz doskonale znam rozkład szalup ratunkowych na statku. Ponadto zapoznałam się z wyjściami ewakua…

– Nie ma to znaczenia – przerwał mi bezczelnie, po czym niezrażony kontynuował. – Ma pani obowiązek stawienia się na szkoleniu. Czekam na panią o dziesiątej na jedenastym pokładzie.

– Ale… – zaczęłam protestować, jednak oficer ponownie wszedł mi w słowo.

– Następnego ostrzeżenia nie będzie. – Rozłączył się, zostawiając mnie z rozdziawioną ze zdziwienia buzią. Jęknęłam żałośnie, po czym głośno odłożyłam słuchawkę na widełki.