WyskokTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

SIEDEM

OSIEM

DZIEWIĘĆ

DZIESIĘĆ

JEDENAŚCIE

DWANAŚCIE

TRZYNAŚCIE

CZTERNAŚCIE

PIĘTNAŚCIE

SZESNAŚCIE

SIEDEMNAŚCIE

OSIEMNAŚCIE

DZIEWIĘTNAŚCIE

DWADZIEŚCIA

DWADZIEŚCIA JEDEN

DWADZIEŚCIA DWA

DWADZIEŚCIA TRZY

DWADZIEŚCIA CZTERY

DWADZIEŚCIA PIĘĆ

DWADZIEŚCIA SZEŚĆ

DWADZIEŚCIA SIEDEM

DWADZIEŚCIA OSIEM

DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ

TRZYDZIEŚCI

TRZYDZIEŚCI JEDEN

TRZYDZIEŚCI DWA

TRZYDZIEŚCI TRZY

TRZYDZIEŚCI CZTERY

TRZYDZIEŚCI PIĘĆ

TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ

TRZYDZIEŚCI SIEDEM

TRZYDZIEŚCI OSIEM

TRZYDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

CZTERDZIEŚCI

CZTERDZIEŚCI JEDEN

CZTERDZIEŚCI DWA

CZTERDZIEŚCI TRZY

CZTERDZIEŚCI CZTERY

CZTERDZIEŚCI PIĘĆ

CZTERDZIEŚCI SZEŚĆ

CZTERDZIEŚCI SIEDEM

CZTERDZIEŚCI OSIEM

CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

PIĘĆDZIESIĄT

PIĘĆDZIESIĄT JEDEN

PIĘĆDZIESIĄT DWA

PIĘĆDZIESIĄT TRZY

PIĘĆDZIESIĄT CZTERY

PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ

PIĘĆDZIESIĄT SZEŚĆ

PIĘĆDZIESIĄT SIEDEM

PIĘĆDZIESIĄT OSIEM

PIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

SZEŚĆDZIESIĄT

SZEŚĆDZIESIĄT JEDEN

SZEŚĆDZIESIĄT DWA

SZEŚĆDZIESIĄT TRZY

SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY

SZEŚĆDZIESIĄT PIĘĆ

SZEŚĆDZIESIĄT SZEŚĆ

SZEŚĆDZIESIĄT SIEDEM

SZEŚĆDZIESIĄT OSIEM

SZEŚĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

SIEDEMDZIESIĄT

SIEDEMDZIESIĄT JEDEN

SIEDEMDZIESIĄT DWA

SIEDEMDZIESIĄT TRZY

SIEDEMDZIESIĄT CZTERY

SIEDEMDZIESIĄT PIĘĆ

SIEDEMDZIESIĄT SZEŚĆ

SIEDEMDZIESIĄT SIEDEM

SIEDEMDZIESIĄT OSIEM

SIEDEMDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

OSIEMDZIESIĄT

OSIEMDZIESIĄT JEDEN

OSIEMDZIESIĄT DWA

OSIEMDZIESIĄT TRZY

OSIEMDZIESIĄT CZTERY

OSIEMDZIESIĄT PIĘĆ

OSIEMDZIESIĄT SZEŚĆ

OSIEMDZIESIĄT SIEDEM

OSIEMDZIESIĄT OSIEM

OSIEMDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

DZIEWIĘĆDZIESIĄT

DZIEWIĘĆDZIESIĄT JEDEN

DZIEWIĘĆDZIESIĄT DWA

DZIEWIĘĆDZIESIĄT TRZY

DZIEWIĘĆDZIESIĄT CZTERY

DZIEWIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ

DZIEWIĘĆDZIESIĄT SZEŚĆ

DZIEWIĘĆDZIESIĄT SIEDEM

DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM

DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

 

STO

STO JEDEN

STO DWA

STO TRZY

STO CZTERY

STO PIĘĆ

STO SZEŚĆ

STO SIEDEM

STO OSIEM

STO DZIEWIĘĆ

STO DZIESIĘĆ

STO JEDENAŚCIE

STO DWANAŚCIE

STO TRZYNAŚCIE

STO CZTERNAŚCIE

STO PIĘTNAŚCIE

STO SZESNAŚCIE

STO SIEDEMNAŚCIE

STO OSIEMNAŚCIE

STO DZIEWIĘTNAŚCIE

STO DWADZIEŚCIA

STO DWADZIEŚCIA JEDEN

STO DWADZIEŚCIA DWA

STO DWADZIEŚCIA TRZY

STO DWADZIEŚCIA CZTERY

STO DWADZIEŚCIA PIĘĆ

STO DWADZIEŚCIA SZEŚĆ

STO DWADZIEŚCIA SIEDEM

STO DWADZIEŚCIA OSIEM

STO DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ

STO TRZYDZIEŚCI

STO TRZYDZIEŚCI JEDEN

STO TRZYDZIEŚCI DWA

STO TRZYDZIEŚCI TRZY

STO TRZYDZIEŚCI CZTERY

STO TRZYDZIEŚCI PIĘĆ

STO TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ

STO TRZYDZIEŚCI SIEDEM

STO TRZYDZIEŚCI OSIEM

STO TRZYDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

STO CZTERDZIEŚCI

STO CZTERDZIEŚCI JEDEN

STO CZTERDZIEŚCI DWA

STO CZTERDZIEŚCI TRZY

STO CZTERDZIEŚCI CZTERY

STO CZTERDZIEŚCI PIĘĆ

STO CZTERDZIEŚCI SZEŚĆ

STO CZTERDZIEŚCI SIEDEM

STO CZTERDZIEŚCI OSIEM

STO CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

STO PIĘĆDZIESIĄT

STO PIĘĆDZIESIĄT JEDEN

STO PIĘĆDZIESIĄT DWA

STO PIĘĆDZIESIĄTĄT TRZY

STO PIĘĆDZIESIĄT CZTERY

STO PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ

STO PIĘĆDZIESIĄT SZEŚĆ

STO PIĘĆDZIESIĄT SIEDEM

STO PIĘĆDZIESIĄT OSIEM

STO PIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

STO SZEŚĆDZIESIĄT

STO SZEŚĆDZIESIĄT JEDEN

STO SZEŚĆDZIESIĄT DWA

STO SZEŚĆDZIESIĄT TRZY

STO SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY

STO SZEŚĆDZIESIĄT PIĘĆ

STO SZEŚĆDZIESIĄT SZEŚĆ

STO SZEŚĆDZIESIĄT SIEDEM

STO SZEŚĆDZIESIĄT OSIEM

STO SZEŚĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

STO SIEDEMDZIESIĄT

STO SIEDEMDZIESIĄT JEDEN

STO SIEDEMDZIESIĄT DWA

STO SIEDEMDZIESIĄT TRZY

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału

JUMP

Copyright © 2010 by Elisa Carbone

Copyright © 2017 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

All rights reserved including the right of reproduction in whole or part in any form.

This edition published by arrangement with Viking Children's Books, an imprint of Penguin Young Readers Group, a division of Penguin Random House LLC.

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcia na okładce

iStock.com/ gpointstudio

iStock.com/ 4nadia

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-326-4

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri.

Jimowi, mojemu partnerowi w przygodzie

JEDEN
ZWIERZAK

Rzeczy, o których wiem, że są prawdą:

1 Nie jestem swoim ciałem.

2 Jestem częścią siły tak ogromnej i potężnej, że wymyka się pojmowaniu.

3 Jestem tą siłą.

4 To, co widzę i czego mogę dotknąć — ściany, okno, rozczapierzone w promieniach słońca palce mojej dłoni, opadające na oczy włosy — rzeczy te są nie bardziej realne niż powietrze. Wszystko to jest złudzeniem.

5 Nie istnieje absolutnie nic, czego należałoby się bać.

6 Zdaniem moich rodziców oraz otaczających mnie lekarzy jestem szalony.

DWA
P.K.

Nie. Poddam. Się.

Szkoła z internatem — ostatni z całej serii mających mnie naprostować pomysłów moich starych. Jakbym naprawdę potrzebowała prostowania niczym skrzywiona foremka do lodu. Taka, która odmówiła wytwarzania doskonale identycznych kostek, jakie wypluwają foremki wszystkich pozostałych dzieciaków, chodzących na zajęcia, dbających o stopnie, podlizujących się nauczycielom i tak dalej.

— Spodoba ci się tam, P.K., w górach, z dala od miasta. — Czytaj: z dala od twoich znajomych z kolorowymi tatuażami i włosami pachnącymi kadzidłem oraz Bóg jeden wie czym jeszcze.

Powinnam im powiedzieć: Tatuś może równie dobrze zatrzymać forsę na czesne i się nią wypchać. Nie jadę.

Oczywiście nigdy nie powiedziałabym czegoś takiego.

Niemniej byłoby to znacznie lepsze wykorzystanie pieniędzy niż marnowanie ich na czesne i bilety lotnicze, aby, spakowawszy wystarczający na trzy miesiące zapas skarpetek oraz bielizny, wyrzucić mnie pod internatem akademii, gdzie pozostanę pod opieką zgrai belfrów chcących wciskać mi do głowy pigułki informacji. Szkoła z internatem — więzienie umysłu. Dwudziestoczterogodzinne szkolenie jak nie myśleć samodzielnie. W dodatku z wakacyjnymi zajęciami zaczynającymi się nie później niż w czerwcu. Jak gdyby zwykłe liceum nie było wystarczająco beznadziejne.

Potrafię sobie wyobrazić, jak odjeżdżają, na pożegnanie machając do swej małej dziewczynki stojącej w drzwiach nowej szkoły, która w ich mniemaniu uczyni z niej dobrą uczennicę.

Godzinę po odjeździe rodziców stanę na poboczu, z kciukiem uniesionym do góry, mając plecak wypchany niewielką ilością ciuchów i sprzętem wspinaczkowym.

TRZY
ZWIERZAK

Winda towarowa.

W psychiatryku stanowi odpowiednik podziemnej trasy.

Udało mi się pozbyć z organizmu przynajmniej części leków. Byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby nie przyłapali mnie za pierwszym razem. Usiłowałem wymigać się od przyjmowania piguł. Przykazali więc siostrze Szczurzy Bobek (po prostu lubię tak ją nazywać, w rzeczywistości ma na imię Miranda) stać nade mną, kiedy łykam lekarstwa. Następnie sprawdza, czy nie schowałem czegoś pod językiem. Jakby żucie gumy w czasie lekcji nie nauczyło każdego dzieciaka, jak ukryć coś z boku policzka.

W każdym razie zdołałem uniknąć takiej ilości prochów, że znów jestem w stanie ogarniać rzeczywistość. Widzę przestrzeń pomiędzy molekułami. To, jak rzeczy nie są trwałe, lecz zbudowane z tańczącego, wirującego światła. Na powrót dostrzegam też otaczającą ludzi kolorową aurę. Ta wokół Mirandy jest różowa. Lawendowa, kiedy zasypia w tym swoim obserwuję-was-stąd-wszystkich krześle (udaje, że czyta, ale widząc zmianę kolorów, wiem, kiedy zapada w drzemkę). Kiedy działa na pełnych obrotach w trybie pielęgniarki Szczurzy Bobek, otoczkę ma musztardowożółtą. Raz widziałem, jak stała się szaroczarna, gdy psychiatryk odwiedzili wizytatorzy. Człowieku, w życiu bym nie pomyślał, że może aż tak się wystraszyć.

Dobrze jest znów czuć się sobą. Kiedy podejmę próbę ucieczki windą towarową, w czasie gdy siostra Szczurzy Bobek śnić będzie różowe i lawendowe sny, muszę mieć jasny umysł.

CZTERY
P.K.

Sposoby walki z dominacją rodziców:

W wieku dwóch lat — napady złości.

 

W wieku ośmiu lat — krzyki i błagania z użyciem racjonalnych argumentów.

W wieku dwunastu lat — zamykanie się w szafie i odmawianie odpowiedzi.

W wieku szesnastu lat — ucieczka.

Sami sprowadzili to na siebie.

I naprawdę, ta decyzja ma podłoże finansowe. Jeśli wyruszę wcześniej, zaoszczędzę im mnóstwo pieniędzy przeznaczonych na czesne i bilety lotnicze. Nie wspominając już o zakupie wszystkich tych skarpet oraz staników. Zobaczę, który z moich przyjaciół zechce mi towarzyszyć, i ruszymy prosto do Eldorado.

PIĘĆ

„Choć obowiązkowa edukacja wprowadzona została na początku stulecia, głównie w nadziei na wyedukowanie ludzi wartych demokracji, systemowi temu przyświecały również i inne cele. Jednym z nich było stworzenie posłusznych robotników fabrycznych, którzy nie będą marnować czasu na rozmowy lub sny na jawie podczas pracy”.

Grace Llewellyn, Podręcznik wyzwolenia nastolatka

SZEŚĆ
ZWIERZAK

Pięć po pierwszej w nocy. Siostra Szczurzy Bobek pochrapuje.

Dziesięć po pierwszej. Korytarzem w stronę dźwigu towarowego przekrada się zamaskowany pacjent psychiatryka. Naciągnął na siebie przeznaczoną na brudy torbę (pożyczoną w tym celu kilka dni wcześniej i skitraną pod materacem szpitalnego łóżka) i wygląda jak kupa pościeli oczekującej na pranie.

Poziom strachu: zero. Nie istnieje nic, czego należałoby się obawiać, nigdy. Życie to stuprocentowa przygoda.

Zawartość kieszeni: pasta do zębów, okulary przeciwsłoneczne, dezodorant, zapasowy podkoszulek, ostatni list od siostry Jenny (wiek trzynaście lat), w którym wymownie stwierdza ona: „Nie jesteś szalony, Zwierzaku. Kocham Cię”. Ponadto studolarowy banknot, dołączony przez pomocną małą siostrę, który pacjent, celem zapobieżenia konfiskacie, trzyma zrolowany i ukryty we włosach spiętych w kucyk.

Piętnaście po pierwszej. Zmęczony pacjent psychiatryka zasypia. Imituje doskonale kupę brudnej pościeli, oczekując na wczesny poranek i pojawienie się dysponującego kluczem do windy faceta z mopem. Ma nadzieję, że nastąpi to, zanim siostra Szczurzy Bobek się obudzi i przybierze musztardowożółty kolor lub jakąkolwiek inną barwę świadczącą o złości.

SIEDEM
P.K.

Miejscem, w którym moja komórka ma najlepszy zasięg, jest usadowiony wysoko w gałęziach drzewa domek. Moi bracia, Les i Tom, zbudowali go, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Sprawdza się świetnie i zapewnia podczas rozmowy odpowiednią dozę prywatności. W ciemności ekranik telefonu lśni jasną poświatą. Naciskając dwójkę, wybieram numer najlepszej przyjaciółki. Wątpię jednak, aby Daria zdecydowała się jechać ze mną. Dlaczego miałaby to zrobić? W szkole czuła się równie nieszczęśliwa jak ja. Ale pokazała rodzicom Podręcznik wyzwolenia nastolatka i dotarło to do nich. Teraz spędza dni na lekturze. Przebijając się przez podręczniki do chemii, biologii i matematyki, we własnym tempie przygotowuje się do wstępnego kursu weterynaryjnego w koledżu. Jest także ochotniczką w pobliskim schronisku dla zwierząt. Oczywiście wolny czas spędza, włócząc się ze mną i resztą naszych wspólnych przyjaciół.

— Cześć, P.K.

— Cześć, Dario. Chcesz wyskoczyć ze mną do Eldo?

— O mój Boże, rodzice pozwalają ci zaplanować wycieczkę do kanionu Eldorado? To wspaniale! Kto jeszcze się wybiera? Kiedy wyruszacie?

Najpierw odpowiadam na ostatnie pytanie.

— Wyjeżdżam pojutrze.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? — lamentuje. — To za mało czasu na przekonanie wapniaków, żeby mnie puścili.

Nie mogę znieść żalu w jej głosie i nagle dociera do mnie, jak bardzo się myliłam.

— Dario, posłuchaj. Moi starzy nie do końca wiedzą o wyprawie. To wyjazd awaryjny. Najlepsze rozwiązanie problemu szkoły z internatem, na jakie wpadłam.

Milknie i słyszę, jak pociąga nosem.

— Po prostu nie chciałam wyjechać, nie zapraszając cię do udziału w wypadzie. — O ile się orientuję, Daria zdaje sobie sprawę ze wszystkiego, o czym nie wspomniałam. Włącznie z tym, jak bardzo chciałabym, by sprawy ułożyły się inaczej.

— Może moi tata i mama raz jeszcze mogliby pomówić o tym z twoimi rodzicami? — pyta.

Pocieram czoło dłonią. Wspominam, jak w zeszłym roku rodzice przyjaciółki odwiedzili nasz dom, mama Darii w długiej sukni zdobionej indyjskimi wzorami, tata w podkoszulku ze zdjęciem kosmosu i wycelowaną gdzieś w środek wszechświata strzałką, z podpisem „JESTEŚ TUTAJ”. Nie jestem przekonana, czy do moich rodziców dotarło cokolwiek z tego, co mówili o prawdziwej edukacji i o tym, że trzeba zaufać wrodzonej ciekawości dzieci. O tym, że tak traktowane dzieciaki dostają się do koledżu bez żadnych dodatkowych kursów. Po zakończeniu wizyty moi starzy rozmawiali jedynie o tym, jak nieodpowiedzialni są rodzice Darii, zabierający córkę ze szkoły. I jak zrujnuje to cudowny plan Darii zostania weterynarzem. Ojciec zadzwonił nawet do ministerstwa edukacji. Miał nadzieję, że będą w stanie zmusić ich do powtórnego posłania latorośli do szkoły. Był zaskoczony, kiedy usłyszał, że takie postępowanie jest w pełni legalne. Ale nadal nie otworzyło to w jego umyśle drzwi do wolności dla własnej córki.

— Nie — mówię miękko. — To nie pomoże, ale dzięki. — Nagle tracę ochotę na dalszą konwersację. — Widzimy się jutro na ściance? — pytam. Palce świerzbią mnie, żeby nacisnąć przerywający połączenie przycisk i skrócić cierpienie Darii. A przynajmniej przestać słyszeć w jej głosie ból, który sprawiam jej tą rozmową.

— Tak. Na pewno tam będziesz? — W głosie przyjaciółki dźwięczy strach, że mogłabym się wymknąć bez tego ostatniego spotkania. Piątkowe wizyty na ściance wspinaczkowej stały się w ostatnich latach naszą tradycją.

— Na pewno się pojawię — zapewniam ją. — Chcę zapytać Adama, Trumienkę i Chudego, czy któryś nie pojechałby ze mną do Eldo.

Daria wstrzymuje na chwilę oddech.

— P.K., nie możesz jechać sama. Obiecaj mi. Nawet jeśli polecisz do Denver, będziesz musiała łapać autostop aż do kanionu. Obiecaj, że nie pojedziesz sama. — Jej głos nabiera mocy. — Przyrzeknij mi to.

Waham się przez chwilę. Nie mam pewności, że któryś z przyjaciół zechce mi towarzyszyć. Wolałabym pojechać z partnerem do wspinaczki. Ale jeśli będę zmuszona, znajdę kogoś w kanionie. Niemniej rzeczywiście planuję pokonać całą drogę autostopem. I niespecjalnie cieszy mnie perspektywa podróży wyłącznie w towarzystwie jakiegoś napompowanego amfetaminą i oszalałego na punkcie seksu kierowcy tira.

— Dobrze — odpowiadam. — Obiecuję, że nie pojadę sama.

Przygarnę ze schroniska jakiegoś psa, by został moim towarzyszem, jeśli będę musiała.

OSIEM
ZWIERZAK

Plan zadziałał doskonale.

Cóż, może poza tą częścią, w której siostra Szczurzy Bobek odkryła, że zwinięta kupa ubrań pod prześcieradłem w łóżku nie jest mną. Natychmiast rzuciła się do interkomu. Ostrzegła wszystkich, że mogę próbować „oddalić się bez zezwolenia”. To zdecydowanie nie było częścią planu. Mam jednak genialną zdolność do adaptacji i płynięcia z prądem. Dzięki temu szybko opracowuję nową strategię. Manewr polegający na zdarciu z siebie torby na pranie, by popędzić szaleńczo, roztrącając ludzi, sprawdza się całkiem dobrze. I nawet udaje mi się nie wyrządzić nikomu krzywdy. Wybieram „wyjście awaryjne, otwarcie drzwi uruchomi alarm” i przeskakuję po dwa stopnie naraz. (Syrena jest bardzo głośna, lecz całe to zamieszanie i tak obudziło już wszystkich w moim skrzydle szpitala). Wypadam w noc. Przecinam parking i znikam pośród rosnących dalej drzew. Zatapiam się w ciszy, przestrzeni i bezruchu pomiędzy zarysami wysmukłych pni odcinających się od tła nieba, z którego mrugają do mnie gwiazdy. Nabieram głęboko tchu i zdaję sobie sprawę, że moje ciało znika przy potędze gwiazd, nieba, drzew oraz wiatru. Zaczynam iść (a jednak moje ciało nadal istnieje). Udaje mi się wmieszać w tłum wdzięcznych losowi, że dziś piątek, zamroczonych ludzi spieszących do pracy porannym autobusem. Nie znam trasy, ale przynajmniej jadę za darmo. Kierowca nie miał dość drobnych, aby wydać resztę ze studolarówki.

DZIEWIĘĆ
P.K.

Przestałam nawet udawać, że chodzę do szkoły. Mama nie skomentowała tego w żaden sposób. Zwlekam się po schodach na dół, nadal w pidżamie, szukając czegoś do jedzenia.

— Och, kochanie — mówi mama, zerkając na postrzępione rękawy bluzy. To moja ulubiona pidżama. Znoszona do tego cudownego momentu, w którym tkanina jest tak miękka, jak to tylko możliwe, zanim rozpadnie się do końca. — Musimy kupić ci także nową pidżamę — oświadcza. — Nie możesz nosić tej w akademiku, pośród ludzi.

Nie mogę nawet zabrać ze sobą ulubionej pidżamy?! Już mam się sprzeciwić, kiedy przypominam sobie, że przecież i tak nie jadę, więc nie ma się o co spierać. Kiwam tylko głową, sypiąc płatki do miski. Czemu nie mam być zgodna i dać mamie jeden dzień spokoju, zanim kompletnie ją wystraszę.

Przedpołudnie spędzam we własnym pokoju. Porządkuję ekwipunek i próbuję zdecydować, co powinnam zabrać i ile jestem w stanie udźwignąć: przyrządy do zakładania stanowisk i asekuracji, lina, śpiwór, namiot, butla z palnikiem… Zdecydowanie łatwiej byłoby, gdybym miała partnera. Zastanawiam się, ile z tego zdołałby unieść pies?

O trzeciej po południu pakuję do małego plecaka buty wspinaczkowe, uprząż, karabinki oraz woreczek na magnezję i zbiegam ze schodów.

— Idę na ściankę — informuję mamę, która pisze coś na komputerze. Pewnie list do jednego z moich braci; obydwaj wyjechali do koledżu.

— Dobrze, kochanie — rzuca mama. — Tylko nie wracaj bardzo późno.

— Nie ma sprawy — odpowiadam uprzejmie. Wybiegam za drzwi. Wskakuję na rower i wyruszam na poszukiwanie partnera.