Genialna PrzyjaciółkaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Genialna Przyjaciółka
Genialna przyjaciółka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,50  49,20 
Genialna przyjaciółka
Genialna przyjaciółka
Audiobook
30  22,20 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


PAN: Przychylność moja ciebie zabezpiecza, nienawiść jej nie zgasi ani nie umniejszy; z rzeszy przekornej, co wiecznie zaprzecza – sowizdrzał ostatecznie jeszcze najznośniejszy. Czynność ludzkiego ducha zbyt łatwo wiotczeje – baczę, aby w lenistwie gnuśnym nie osłabła, przeto podsycam wolę, podżegam nadzieję niepokojącym towarzystwem diabła.

J.W. Goethe, Faust, tłum. Emil Zegadłowicz

Postaci występujące w powieści

Rodzina Cerullo (rodzina szewca):

Fernando Cerullo, szewc

Nunzia Cerullo (matka Lili)

Raffaella Cerullo, przez wszystkich nazywana Liną, dla Eleny – Lila

Rino Cerullo, starszy brat Lili, szewc jak ojciec

Rino to także syn Lili

Inne dzieci Fernanda i Nunzi

Rodzina Greco (rodzina woźnego):

Elena Greco, nazywana także Lenuccią lub Lenù, najstarsze dziecko

Peppe, Gianni i Elisa, rodzeństwo Eleny

Ojciec, woźny w magistracie

Matka, gospodyni domowa

Rodzina Carraccich (rodzina don Achillego):

Don Achille Carracci (potwór z bajek)

Maria Carracci (żona don Achillego)

Stefano Carracci, syn don Achillego, prowadzi należący do rodziny sklep z wędlinami

Pinuccia i Alfonso Carracci, młodsze dzieci don Achillego

Rodzina Peluso (rodzina stolarza):

Alfredo Peluso (stolarz)

Giuseppina Peluso, żona Alfreda

Pasquale Peluso, najstarszy syn Alfreda i Giuseppiny, pracuje jako murarz

Carmela Peluso, która chce, żeby ją nazywać Carmen, siostra Pasqualego, sprzedawczyni w sklepie z pasmanterią

Inne dzieci Alfreda i Giuseppiny

Rodzina Cappuccio (rodzina oszalałej wdowy):

Melina, krewna matki Lili, która po śmierci męża postradała zmysły

Mąż Meliny, rozładowywał towar na targu owocowo-warzywnym

Ada Cappuccio, córka Meliny

Antonio Cappuccio, syn Meliny, mechanik

Inne dzieci Meliny

Rodzina Sarratore (rodzina kolejarza poety):

Donato Sarratore, pracownik na kolei

Lidia Sarratore, żona Donata

Nino Sarratore, najstarszy z pięciorga dzieci Donata i Lidii

Marisa Sarratore, córka Donata i Lidii

Pino, Clelia i Ciro Sarratore, młodsze dzieci Donata i Lidii

Rodzina Scanno (rodzina obwoźnych handlarzy):

Nicola Scanno, ojciec

Assunta Scanno, żona Nicoli

Enzo Scanno, syn Nicoli i Assunty, też handluje owocami

Inne dzieci w rodzinie

Rodzina Solara (rodzina właściciela baru-cukierni Solara):

Silvio Solara, właściciel baru-cukierni

Manuela Solara, żona Silvia

Marcello i Michele Solara, synowie Silvia i Manueli

Rodzina Spagnuolo (rodzina cukiernika):

Pan Spagnuolo, cukiernik, pracuje dla rodziny Solara

Rosa Spagnuolo, żona cukiernika

Gigliola Spagnuolo, córka cukiernika

Inne dzieci w rodzinie

Gino, syn aptekarza

Nauczyciele:

Ferraro, także bibliotekarz

Oliviero, nauczycielka w szkole podstawowej

Gerace i Galiani, nauczyciele w liceum

Nella Incardo, kuzynka pani Oliviero mieszkająca na Ischii

PROLOG

Zacieranie śladów

1.

R ano zadzwonił Rino. Myślałam, że znowu po prosi mnie o pieniądze i byłam przygotowana na to, żeby mu odmówić. Tymczasem Rino zadzwonił z innego powodu. Jego matka zniknęła.

– Kiedy?

– Przed dwoma tygodniami.

– I dopiero teraz do mnie dzwonisz?

Usłyszał pewnie w moim głosie wrogość, choć nie powiedziałam tego ze złością, a tylko z sarkazmem. Próbował się usprawiedliwić, ale robił to niezręcznie i niejasno, mieszając przy tym gwarę z literackim językiem. Jak powiedział, był przeświadczony, że matka jak zwykle szwenda się po Neapolu.

– Także nocą?

– Przecież ją znasz.

– Znam, ale chyba sam przyznasz, że dwa tygodnie nieobecności to trochę za długo.

– Ty już dawno się z nią nie widziałaś. Ostatnio jest z nią coraz gorzej. W nocy nie śpi, wychodzi z domu i wraca o najróżniejszych porach, robi co chce.

W końcu jednak zaczął się niepokoić o matkę. Rozpytywał o nią na mieście, obszedł wszystkie szpitale, zadzwonił nawet na policję. Bez skutku, po matce zaginął wszelki ślad. Myślałby kto – troskliwy syn! Ociężały czterdziestolatek, który nie przepracował uczciwie ani jednego dnia, zajmował się pokątnymi transakcjami, a zarobione pieniądze trwonił nie wiadomo na co. Mogę sobie wyobrazić, jak wyglądały te jego poszukiwania, jak bardzo się przejął. Wcale. To półgłówek, którego nie obchodzi nikt poza nim samym.

– Nie ma jej przypadkiem u ciebie? – zapytał nieoczekiwanie.

Jego matka u mnie? Tutaj? W Turynie?

Rino dobrze wiedział, że to niemożliwe, gadał byle gadać. To on był urodzonym podróżnikiem, już z dziesięć razy odwiedził mnie bez zaproszenia. Ale jego matka, którą zresztą chętnie bym u siebie gościła, nigdy w życiu nie wyjechała z Neapolu. Odpowiedziałam:

– Oczywiście, że nie ma jej u mnie.

– Jesteś pewna?

– Rino, na miłość boską... mówię ci, że u mnie jej nie ma.

– W takim razie, gdzie ona się podziewa?

Zaczął płakać. Nie przeszkadzałam mu w odgrywaniu tej sceny, nie przerywałam szlochów, które najpierw udawane, przerodziły się w prawdziwe. Kiedy się uspokoił, powiedziałam:

– Proszę cię, żebyś przynajmniej raz zrobił to, czego ona by sobie życzyła: nie szukaj jej.

– Co ty mówisz?!

– To, co słyszysz. Nie ma sensu jej szukać. Naucz się żyć samodzielnie. I nie dzwoń więcej do mnie.

Odłożyłam słuchawkę.

2.

Matka Rina nazywa się Raffaella Cerullo, ale dla wszystkich zawsze była Liną. Ja nie nazywałam jej tym zdrobnieniem ani pełnym imieniem. Dla mnie od sześćdziesięciu lat jest Lilą. Gdybym nagle zwróciła się do niej inaczej, pomyślałaby pewnie, że nasza przyjaźń się skończyła.

Przez co najmniej trzydzieści ostatnich lat słyszałam od niej, że pragnie zniknąć bez śladu, i nikt nie wie lepiej ode mnie, co chciała przez to powiedzieć. Nie miała na myśli zwykłej ucieczki czy zmiany tożsamości, nie zamierzała zaczynać życia od nowa w innym miejscu. Nie chciała też popełnić samobójstwa, bo nie wyobrażała sobie, żeby Rino miał dotykać jej ciała i zajmować się nim po jej śmierci. Pragnęła czegoś innego – żeby jej ciało, każda pojedyncza komórka, ulotniło się w powietrzu, żeby nie pozostał po niej żaden ślad. A jako że znam ją dobrze, a przynajmniej tak mi się wydaje, jestem pewna, że znalazła sposób, by nie zostawić na tym świecie nawet jednego swojego włosa.

3.

Mijały dni. Bez większej nadziei sprawdzałam pocztę elektroniczną i zaglądałam do skrzynki na listy. Ja nie pisywałam do niej często, ona na moje rzadkie listy prawie nigdy nie odpowiadała. Tak się między nami ułożyło. Lila wolała telefon albo długie nocne rozmowy, gdy przyjeżdżałam do Neapolu.

Wyjęłam z szuflad metalowe skrzynki, w których przechowuję różne pamiątki. Nie jest ich dużo. Sporo wyrzuciłam, także z tych, które wiązały się z jej osobą, i ona o tym wie. Odkryłam, że nie ma wśród nich ani jednego jej zdjęcia, listu czy prezentu. Byłam zaskoczona. Czy to możliwe, że po tylu latach znajomości nie zostawiła mi nic swojego? Albo – co gorsza – że to ja nie chciałam zachować niczego, co pochodziło od niej? Możliwe.

Choć z ciężkim sercem, tym razem to ja zadzwoniłam do Rina. Nie odebrał telefonu, ani komórkowego, ani stacjonarnego. Oddzwonił wieczorem, bez pośpiechu. Miał taki sam głos jak zawsze, kiedy chciał wywołać we mnie współczucie.

– Widziałem, że dzwoniłaś. Dowiedziałaś się czegoś?

– Nie. A ty?

– Ja też nie.

I zaczął gadać bezładnie, że zamierza zgłosić się do programu telewizyjnego, w którym poszukują osób zaginionych. Zaapelować do matki, przeprosić ją za wszystko i błagać, żeby wróciła.

Wysłuchałam go cierpliwie, po czym zapytałam:

– Zajrzałeś do jej szafy?

– Po co?

Naturalnie, nie przyszło mu do głowy to, co powinno być pierwszym odruchem.

– Idź i zobacz.

Przekonał się na własne oczy, że szafa jest pusta. Nie było w niej ani jednego ubrania matki, letniego czy zimowego, wisiały tylko puste wieszaki. Poleciłam mu przejrzeć całe mieszkanie. Zniknęły buty i nieliczne książki, zniknęły wszystkie zdjęcia i filmy. Nie było komputera ani dyskietek, jakich używało się kiedyś, nie było niczego, co wiązałoby się z jej bogatym doświadczeniem miłośniczki nowinek technologicznych, którą stała się jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, w epoce kart perforowanych, kiedy nauczyła się posługiwać kalkulatorem. Rino był bezgranicznie zdumiony. Powiedziałam mu:

– Masz tyle czasu, ile będziesz potrzebował, ale potem daj mi znać, czy znalazłeś w domu choćby jedną szpilkę, która należałaby do niej.

Zadzwonił następnego dnia, nie krył wzburzenia.

– Nic nie znalazłem.

– Nic? Zupełnie?

– Nic. Wycięła się nawet ze zdjęć, na których byliśmy razem, tych z mojego dzieciństwa.

 

– Wszędzie szukałeś?

– Wszędzie.

– W piwnicy też?

– Mówię ci, że wszędzie. Zniknęło nawet pudełko ze starymi dokumentami, wiesz: akty urodzenia, umowy, rachunki. Co to może znaczyć? Okradli nas złodzieje? Ale czego szukali? Czego chcą od mamy i ode mnie?

Zapewniłam go, że może być spokojny. Od niego na pewno nikt niczego nie chce.

– Pomieszkam trochę u ciebie, dobrze?

– Nie.

– Proszę cię! Nie umiem w nocy zmrużyć oka.

– Poradzisz sobie, Rino. Nie mogę ci pomóc.

Odłożyłam słuchawkę, a kiedy po chwili znowu zadzwonił, nie odebrałam.

Usiadłam przy biurku. Pomyślałam, że Lila jak zwykle przesadza. W wieku sześćdziesięciu sześciu lat nie tylko postanowiła zniknąć, ale chce zatrzeć wszelkie ślady swojego istnienia.

Ogarnął mnie gniew.

Zobaczymy, kto tym razem wygra. Włączyłam komputer i zaczęłam spisywać naszą historię, wszystko, co mi zostało w pamięci.

DZIECIŃSTWO

Opowieść o don Achillem

1.

N asza przyjaźń zaczęła się, gdy wspinałyśmy się z Lilą po ciemnych schodach, stopień po stopniu, piętro za piętrem, aż do mieszkania don Achillego.

Pamiętam niebieskawą poświatę na podwórku i zapach ciepłego wiosennego wieczoru. Matki przygotowywały kolację, o tej porze powinnyśmy wrócić do domu, ale zamiast tego po raz kolejny wystawiłyśmy na próbę naszą odwagę, nie porozumiawszy się przedtem ani słowem. Od jakiegoś czasu stało się to naszym zwyczajem, w szkole i poza nią. Lila wkładała rękę aż do łokcia, a nawet wyżej, do czarnej dziury ściekowej i zaraz za nią ja robiłam to samo. Biło mi przy tym serce i starałam się nie myśleć o tym, że pewnie za chwilę karaluchy oblezą mi ramię, a szczury odgryzą palce. Lila wspinała się do okna na parterze, łapała rękami żelazny drąg, na którym pani Spagnuolo rozpięła sznury do suszenia bielizny, i huśtała się na nim przez chwilę, po czym zwalniała uchwyt i spadała na chodnik. Wtedy ja natychmiast robiłam to samo, choć strasznie się bałam, że źle zeskoczę i zrobię sobie krzywdę. Lila wkłuwała sobie pod skórę na ręce zardzewiałą agrafkę, którą znalazła kiedyś na ulicy i nosiła zawsze w kieszeni jak talizman. Patrzyłam, jak ostrze igły drąży biały tunel pod skórą, a potem, kiedy już ją stamtąd wyciągała, robiłam to samo.

Tak samo było tego dnia – w pewnej chwili spojrzała na mnie, jak to ona, nieruchomymi oczami, przez zwężone powieki i poszła w kierunku domu, w którym mieszkał don Achille. Zmartwiałam z przerażenia. Don Achille był dla mnie jak najstraszniejszy potwór z bajek. Rodzice zabronili mi zbliżać się do niego, rozmawiać z nim, a nawet tylko patrzeć w jego stronę. Kazali mi zachowywać się tak, jakby nie istniał ani on, ani jego rodzina.

Nie miałam pojęcia, dlaczego ten człowiek budził w moich najbliższych, i nie tylko w nich, tak wielki strach i nienawiść.

Ojciec mówił o don Achillem w taki sposób, że wyobrażałam go sobie jako olbrzyma o skórze pokrytej fioletowymi pęcherzami, ziejącego złością, pomimo słowa „don”, jakim wszyscy poprzedzali jego imię, kojarzącego się raczej ze spokojem i autorytetem. Mógł być potworem – nie wiem – z żelaza czy szkła albo porosłym parzącą pokrzywą, ale na pewno był żywy, bo z jego ust i nozdrzy buchał gorący oddech. Wierzyłam, że gdybym spojrzała na niego choćby z daleka, sypnąłby mi w oczy jakąś żrącą substancją, a gdybym przypadkiem zupełnie oszalała i podeszła pod drzwi jego mieszkania, na pewno uśmierciłby mnie na miejscu.

Zatrzymałam się na chwilę z nadzieją, że Lila zrezygnuje i wróci z powrotem. Od dawna wiedziałam, co chce zrobić, ale miałam nadzieję, że o tym zapomni. Stało się inaczej.

Lampy uliczne jeszcze się nie zapaliły, żarówki na schodach też były ciemne. Zza drzwi mieszkań dochodziły podniesione głosy. Żeby nie stracić Lili z oczu, musiałam zanurzyć się w czerń bramy, zostawić za sobą niebieskawą poświatę podwórka. Kiedy wreszcie zebrałam się na odwagę i weszłam do budynku, z początku nic nie widziałam, czułam tylko zapach stęchlizny i azotoksu. Dopiero po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zobaczyłam Lilę siedzącą na pierwszym stopniu schodów. Na mój widok wstała i zaczęłyśmy razem wchodzić do góry. Trzymałyśmy się blisko ściany. Podążałam za nią dwa stopnie niżej, nie mogąc się zdecydować, czy zmniejszyć czy też zwiększyć tę odległość. W pamięci pozostał mi dotyk chropowatego tynku, po którym przesuwałam ręką, i wrażenie, że stopnie w tym budynku są o wiele wyższe niż w moim domu.

Drżałam. Każdy dźwięk kroków, każdy głos za zamkniętymi drzwiami mógł zapowiadać don Achillego zbliżającego się do nas za plecami albo podchodzącego od przodu z długim nożem jak te, którymi ćwiartuje się kury. W powietrzu unosił się zapach smażonego czosnku. Byłam pewna, że Maria, żona don Achillego, tylko czeka, żeby wrzucić mnie do garnka z wrzącym olejem, jego dzieci zjedzą mnie potem na kolację, a on wyssie wszystkie moje kosteczki tak samo jak ojciec wysysał rybie głowy.

Zatrzymywałyśmy się co chwila, za każdym razem miałam nadzieję, że Lila zdecyduje się wrócić. Pociłam się ze strachu. Nie wiem, czy Lila czuła to samo. Co jakiś czas spoglądała w górę, ale nie mogłam odgadnąć na co, widać było tylko szare prostokąty okien między kondygnacjami. Niespodziewanie zapaliło się światło, ale było słabe, pozostawiało rozległe plamy ciemności pełne grozy. Zatrzymałyśmy się na chwilę, by się upewnić, że to nie don Achille nacisnął włącznik. Nie usłyszałyśmy kroków ani odgłosu zamykanych drzwi. Lila ruszyła dalej, a ja za nią.

Lila uważała, że to, co robi, jest słuszne i konieczne, ja zaś zapomniałam o rozsądku i poszłam tam dlatego, że ona tam była. Zbliżałyśmy się krok za krokiem do naszego największego lęku, wspinałyśmy się po schodach, żeby go poznać i żeby się z nim zmierzyć.

Na czwartym podeście Lila znienacka się zatrzymała, a kiedy do niej dołączyłam, podała mi rękę. Ten gest zmienił między nami wszystko i na zawsze.

2.

To była jej wina. Krótko przedtem – może dziesięć dni, może miesiąc, trudno mi powiedzieć, czas wtedy dla nas nie istniał – wrzuciła moją lalkę do piwnicy. Podobnie jak teraz wspinałyśmy się w górę do naszego lęku, wtedy musiałyśmy zejść w dół, i to szybko, ku nieznanemu. Czy to w górę, czy w dół, zawsze pociągało nas to, co nas przerażało, co wprawdzie istniało przed nami, ale zdawało się czekać od zawsze właśnie na nas. Kiedy jest się na świecie od niedawna, nie można wiedzieć, jakie nieszczęścia leżą u źródeł lęków. Zresztą wtedy nie czuje się nawet takiej potrzeby. Dorośli, w oczekiwaniu na przyszłość, poruszają się w teraźniejszości, przed którą było jakieś wczoraj lub przedwczoraj czy zeszły tydzień. O tym, co było jeszcze wcześniej, często wolą nie myśleć. Dzieci nie wiedzą, czym jest dzień wczorajszy czy przedwczorajszy albo jutrzejszy. Wszystko jest teraz: ulica, brama i schody; matka jest teraz i ojciec; teraz jest dzień i teraz jest noc.

Ja byłam dzieckiem i bardzo możliwe, że moja lalka wiedziała więcej niż ja. Mówiłam do niej i ona do mnie zdawała się mówić. Miała buzię z celuloidu, celuloidowe włosy i oczy. Ubrana w niebieską sukienkę uszytą przez moją mamę w którejś z rzadkich chwil szczęścia, była po prostu piękna. Tymczasem szmaciana lalka Lili, uścibolona z żółtawego kretonu i wypchana trocinami, wydawała mi się brzydka i nędzna. Obydwie obserwowały się podejrzliwie, zawsze gotowe schronić się w naszych ramionach, gdyby rozszalała się burza z piorunami albo gdyby chciał je porwać jakiś olbrzym z ostrymi zębami.

Bawiłyśmy się na podwórku, niby razem ale właściwie osobno. Siadałyśmy zwykle na ziemi po dwóch stronach zakratowanego piwnicznego okienka. Lubiłyśmy to miejsce, bo na cementowym parapecie przed kratą mogłyśmy układać rzeczy naszych lalek, Tiny i Nu. Były wśród nich kamyki, kapsle z butelek po oranżadzie, kwiatki, gwoździe i szkiełka. Podsłuchiwałam, co Lila mówiła do Nu, i szeptem powtarzałam jej słowa Tinie, trochę je tylko zmieniając. Jeżeli Lila kładła swojej lalce kapsel na główce, udając, że to kapelusz, ja mówiłam do Tiny: załóż królewską koronę, będzie ci cieplej. Kiedy Lila grała w klasy, trzymając Nu w objęciach, za chwilę i ja, stojąc na jednej nodze i tuląc do siebie Tinę, podnosiłam kamyk z kwadratów narysowanych na chodniku. Nie zdarzało się jednak, żebyśmy wspólnie decydowały o tym, w co i jak będziemy się bawić. Miejsce zabaw też wybierałyśmy osobno, nie umawiając się wcześniej. Lila siadała przy okienku, a ja krążyłam przez jakiś czas w pobliżu, udawałam, że idę gdzie indziej, ale potem, jakby nigdy nic, też się przy nim rozkładałam, tyle tylko że po drugiej stronie.

Największą atrakcją tego miejsca był powiew piwnicznego powietrza, które przyjemnie nas chłodziło wiosną i latem. Fascynowała nas krata z pajęczynami, nieprzenikniona ciemność za nią i gęsta siatka czerwonawa od rdzy, niedokładnie przytwierdzona do okienka, przez co zwijała się po bokach, zostawiając równoległe szpary. Mogłyśmy wrzucać przez nie kamyki i słuchać głuchego stukotu, gdy uderzały o podłogę. Wszystko to było jednocześnie piękne i przerażające. Ciemność za kratą mogła w każdej chwili wessać nasze lalki, które tylko czasem chroniłyśmy w ramionach, częściej kładłyśmy je specjalnie przy kracie, w zasięgu groźnego oddechu piwnicy, w sąsiedztwie dobiegających z niej tajemniczych odgłosów: skrobania, pisków i szelestów.

Nu i Tina nie były szczęśliwe. Lęki, jakich my doświadczałyśmy każdego dnia, były też ich lękami. Nawet w najjaśniejszym świetle dnia domy, kamienie, puste pola, ludzie w mieszkaniach i na ulicy wzbudzali w nas nieufność. Podejrzewałyśmy ich o ciemne sprawki, ukryte tajemnice, tłumione uczucia, które mogły w każdej chwili eksplodować.

Na przykład don Achille mógł siedzieć sobie w mieszkaniu na najwyższym piętrze i jednocześnie przebywać pod ziemią, w piwnicy, wśród pająków i szczurów; mógł przyjąć jakąkolwiek postać. Wyobrażałam go sobie z kłami jak u dzikiej bestii, przez które nie mógł zamknąć ust, z kamiennym ciałem pokrytym glazurą i porośniętym parzącą pokrzywą, jak wkłada do swojej ogromnej czarnej teczki wszystkie nasze rzeczy, które spadały do piwnicy przez szpary w siatce. Ta teczka była nieodstępnym atrybutem don Achillego, miałam pewność, że nigdy się z nią nie rozstaje, że nawet w domu trzyma ją przy sobie i wkłada do środka przedmioty i żywe stworzenia.

Lila dobrze znała moje lęki, Tina często o nich mówiła w jej obecności. Właśnie dlatego, w dniu, gdy po raz pierwszy, porozumiawszy się jedynie spojrzeniem i gestami, wymieniłyśmy się lalkami, przepchnęła ją przez kratę i zrzuciła w ciemność.

3.

Lila pojawiła się w moim życiu w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Od razu zwróciłam na nią uwagę, bo była wyjątkowo niesforna. Prawdę mówiąc, wszystkie dziewczynki z naszej klasy zachowywały się mało przykładnie, ale pozwalałyśmy sobie na to tylko wtedy, gdy nie widziała nas pani Oliviero. Tymczasem Lila była niegrzeczna zawsze, także w jej obecności. Pewnego dnia podarła bibułę na kawałeczki i wcisnęła do kałamarza. Potem wyławiała ją z atramentu obsadką i rzucała nią w koleżanki. Mnie trafiła dwa razy we włosy i raz w biały kołnierzyk. Nauczycielka zaczęła na nią krzyczeć tym swoim ostrym i przenikliwym głosem, którego tak bardzo się wszystkie bałyśmy, i za karę kazała jej stanąć za tablicą. Lila nie posłuchała, nie wyglądała na wystraszoną, wręcz przeciwnie – dalej rozrzucała po klasie bibułę ociekającą atramentem. Wtedy pani Oliviero, kobieta pokaźnej postury, która wydawała nam się strasznie stara, choć miała wtedy niewiele więcej niż czterdzieści lat, zeszła z podwyższenia, na którym stało jej biurko. Podchodząc do Lili z groźną miną, potknęła się nie wiadomo na czym, straciła równowagę i przewróciła się, uderzając twarzą o róg ławki. Leżała potem na podłodze jak martwa.

Nie przypominam sobie, co się działo później, pamiętam tylko nieruchome ciało nauczycielki przypominające ciemny tobół i Lilę, która wpatrywała się w nią poważnymi oczami.

Mam w pamięci wiele podobnych zdarzeń. W tamtych czasach zarówno dzieci, jak i dorośli często chorowali i ulegali różnym wypadkom, rany krwawiły i ropiały, niektórzy od tego umierali. Jedna z córek pani Assunty, tej, która sprzedawała owoce, skaleczyła się zardzewiałym gwoździem i zmarła na tężec. Najmłodszy synek pani Spagnuolo udusił się, gdy chorował na krup. Jeden z moich kuzynów, dwudziestolatek, wyszedł rano do pracy przy usuwaniu gruzu, a wieczorem leżał martwy, przygnieciony kawałkiem muru, krwawiąc z ust i uszu. Mój dziadek zabił się, bo spadł z dachu, gdy pracował przy budowie domu, a ojciec pana Pelusa nie miał ręki, bo obcięła mu ją tokarka. Z kolei siostra Giuseppiny, żony pana Pelusa, zmarła na gruźlicę, nie skończywszy dwudziestu dwóch lat. Najstarszego syna don Achillego nigdy nie widziałam na oczy, ale dużo o nim słyszałam i wydaje mi się, jakbym go znała, bo to był ten, co poszedł na wojnę i zmarł dwa razy – najpierw, kiedy utopił się w Oceanie Spokojnym, a potem, kiedy pożarły go rekiny. Cała rodzina Melchiorre zginęła, krzycząc ze strachu, podczas bombardowania; kiedy ich odkopali, leżeli razem i obejmowali się. Panna Clorinda wolała oddychać gazem zamiast powietrzem, żeby się nim zatruć na śmierć. Giannino, który uczył się w czwartej klasie, kiedy my byłyśmy w pierwszej, zginął przy wybuchu niewypału; Luigina, koleżanka z podwórka, a może nie – może zostało mi w pamięci tylko jej imię – zmarła na dur plamisty.

 

Żyłyśmy w świecie pełnym słów-morderców: krup, tężec, tyfus, gaz, wojna, tokarka, gruzy, praca, bombardowanie, gruźlica, ropienie, bomby. Rozliczne lęki, jakie towarzyszyły mi przez całe życie, wywodzą się z tych słów, z tamtych czasów.

Umierało się wtedy także z przyczyn z pozoru niewinnych. Mógł umrzeć na przykład ten, kto spocony pił zimną wodę, nie schłodziwszy sobie przedtem nadgarstków albo ten, kto jadł czereśnie i nie wypluwał pestek czy też połknął gumę do żucia. Można było stracić życie od banalnej wysypki, udusić się przy kaszlu, a już na pewno od uderzenia w skroń. Wiedziałyśmy, że skroń to bardzo delikatne miejsce, więc starałyśmy się chronić je szczególnie. Przed uderzeniem kamienia na przykład, co groziło nam na każdym kroku. Pod szkołą czekała na nas często banda chłopaków z przedmieścia dowodzona przez Enza, zwanego Enzucciem, jednego z synów Assunty, tej, która sprzedawała owoce. Chłopcy rzucali w nas kamieniami, bo czuli się od nas gorsi. Na ich widok uciekałyśmy co sił w nogach. Wszystkie, za wyjątkiem Lili. Lila nie zmieniała rytmu kroków pod gradem kamieni, czasem zatrzymywała się nawet na chwilę. Potrafiła przewidzieć tor lotu kamieni i uniknąć uderzenia, wykonując nieznaczne ruchy, o których dzisiaj powiedziałabym, że były pełne elegancji. Miała starszego brata, być może on ją tego nauczył, nie wiem. Moi bracia byli młodsi ode mnie i niczego mnie nie nauczyli. W każdym razie, kiedy widziałam, że zostaje z tyłu, zatrzymywałam się, pokonując strach, żeby na nią poczekać, choć bardzo dużo mnie to kosztowało.

Już wtedy z jakiejś przyczyny nie byłam w stanie zostawić jej samej. Nie znałam jej właściwie, nigdy jeszcze z sobą nie rozmawiałyśmy, choć przez cały czas rywalizowałyśmy, w szkole i poza nią. Czułam, że gdybym ją zostawiła i uciekła z innymi dziewczynkami, zyskałaby nade mną przewagę, której już nigdy nie udałoby mi się nadrobić.

Z początku chowałam się za najbliższym budynkiem i wyglądałam co chwilę zza węgła, by sprawdzić, czy Lila się zbliża. Kiedy widziałam, że nie rusza się z miejsca, zmuszałam się, by do niej dołączyć, podawałam jej kamienie i sama rzucałam nimi w chłopaków. Robiłam to jednak bez przekonania. Wiele rzeczy robiłam w życiu bez przekonania, najczęściej czułam się, jakbym własnym działaniom przyglądała się z boku. W odróżnieniu od Lili, która już we wczesnym dzieciństwie, może jako sześcio- lub siedmiolatka, a z całą pewnością w epoce, gdy jako dziewięciolatki wspinałyśmy się po schodach do mieszkania don Achillego, robiła wszystko z determinacją i zdecydowaniem. Kiedy łapała za trójkolorową obsadkę, za kamień lub za poręcz na ciemnych schodach, było jasne, że nie zawaha się ani przez chwilę przed następnym krokiem: przed wbiciem stalówki w drewno szkolnej ławki, uderzeniem chłopaka z przedmieścia czy dojściem do drzwi don Achillego.

Banda dzikusów podchodziła pod szkołę od strony nasypu kolejowego, chłopcy byli zaopatrzeni w kamienie, którymi wysypano torowisko. Enzo, ich prowodyr, blondyn o jasnych oczach i krótko obciętych włosach, był prawdziwym chuliganem. Wybierał kamienie o ostrych brzegach i często trafiał do celu. Lila czekała na jego rzuty, by pokazać mu, jak łatwo ich unika, i jeszcze bardziej go rozzłościć, po czym natychmiast odpowiadała na nie równie skutecznie. Pewnego razu trafiłyśmy go w łydkę. Piszę w liczbie mnogiej, bo to ja podałam Lili wyszczerbiony płaski kamień, który jak brzytwa przeciął skórę na nodze Enza, zostawiając ranę – zaraz zaczęła z niej płynąć krew. Chłopiec zatrzymał się z ręką podniesioną już do następnego rzutu. Mam go wyraźnie przed oczami, jak trzyma między kciukiem a palcem wskazującym kamień przygotowany dla którejś z nas, a na jego twarzy maluje się zdumienie. Inni chłopcy też zamarli i wpatrywali się z niedowierzaniem w krew spływającą po łydce Enza. Tymczasem Lila nie okazała nawet cienia satysfakcji z rezultatu swego rzutu i schyliła się po następny kamień. Złapałam ją za ramię. To był nasz pierwszy fizyczny kontakt, gwałtowny, spowodowany strachem. Czułam, że po tym, co się stało, banda zareaguje agresją, i chciałam stamtąd jak najszybciej zniknąć. Ale już było za późno. Enzo, pomimo krwawiącej rany, otrząsnął się zaraz z osłupienia i rzucił kamieniem, który miał w ręce. Kiedy trzymałam Lilę za ramię, kamień uderzył ją w czoło i oderwał ode mnie. Chwilę później Lila leżała na chodniku z rozbitą głową.

4.

W naszym świecie krew zwykle lała się dopiero po tym, jak ludzie obrzucili się obelgami i plugawymi wyzwiskami. To była zwykła kolej rzeczy. Mój ojciec, którego uważałam za dobrego człowieka, wciąż wysyłał groźby i przekleństwa pod adresem tych, o których zwykł mówić, że nie są godni chodzić po ziemi. Szczególnie źle usposobiony był do don Achillego. Zawsze miał mu coś do wyrzucenia i często zasłaniałam sobie uszy rękami, żeby nie słyszeć jego bluzgów. Kiedy rozmawiał z mamą, mówił o nim: „twój kuzyn”, ale mama protestowała (w istocie ich pokrewieństwo było bardzo dalekie) i dokładała obraźliwych epitetów. Przerażała mnie ich złość, zwłaszcza kiedy przychodziło mi do głowy, że don Achille może mieć wyostrzony słuch i dotrą do niego ich inwektywy z dużej odległości. Bałam się, że przyjdzie i pozabija rodziców.

Najbardziej zapamiętałym wrogiem don Achillego nie był jednak mój ojciec, ale pan Peluso, świetny stolarz, który klepał biedę, bo przegrywał wszystkie pieniądze na zapleczu baru „Solara”. Peluso był ojcem naszej szkolnej koleżanki, Carmeli, a także starszego chłopca o imieniu Pasquale i dwojga innych dzieci. Wszyscy oni byli prawdziwymi nędzarzami, przy zabawach, w szkole i poza nią, próbowali kraść różne przedmioty – ołówki, gumki i kawałki twardej marmolady z pigwy – i do domu wracali posiniaczeni od razów, jakie obrywali, gdy ktoś ich na tym przyłapał.

Pan Peluso był najnieszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Z jednej strony nie mógł wyzwolić się ze szponów hazardu i przegrywał wszystkie pieniądze, z drugiej zaś oskarżał się przed ludźmi, że nie potrafi utrzymać rodziny. Z jakiejś tajemniczej przyczyny winą za swoją klęskę życiową obarczał don Achillego. Nienawidził go, bo do niego należały teraz wszystkie jego narzędzia stolarskie, jakby ciało don Achillego było magnesem i przyciągnęło je do siebie. Nie mógł ścierpieć, że także jego warsztat, bezużyteczny bez narzędzi, przeszedł na własność don Achillego, a ten zamienił go w sklep z wędlinami i serami. Przez lata wyobrażałam sobie, że don Achille wessał przez pory swego straszliwego ciała obcęgi, piły i gwoździe zredukowane do metalicznej chmury, a potem wydalał je z siebie stopniowo w postaci mortadeli, słoniny, sera i szynki.

Działo się to w odległych, mrocznych czasach. Bo don Achille ujawnił swoją potworną naturę zanim się urodziłyśmy. Kiedyś. Lila często używała tego słowa w szkole i poza nią, ale miałam wrażenie, że tak naprawdę nie interesowało jej to, co było kiedyś, zanim sama pojawiła się na świecie. Nie interesowały jej zdarzenia, o których dorośli mówili półsłówkami albo wręcz milczeli. Ważny był dla niej sam fakt, że istniało owo kiedyś, coś przed nami. Nie dawało jej to spokoju, chwilami wręcz irytowało ją. Kiedy już się zaprzyjaźniłyśmy, tak często mówiła o tym nierealnym kiedyś, że udzielił mi się jej gniew. I to właśnie w owym niewyobrażalnie długim czasie, który istniał, pomimo że nas jeszcze nie było, don Achille ukazał wszystkim swoje potworne oblicze istoty odzwierzęcej, a może kamiennej, która, jak sobie wyobrażałam, wysysała krew z ludzi, a jednocześnie sama krwi nigdy nie traciła. Prawdopodobnie nie dałoby się go nawet zadrapać.

Myślę, że byłyśmy wtedy w drugiej klasie szkoły podstawowej i jeszcze z sobą nie rozmawiałyśmy, gdy rozeszły się głosy, że w niedzielę po mszy przed kościołem pod wezwaniem Świętej Rodziny pan Peluso nie wytrzymał i zaczął krzyczeć na don Achillego, któremu towarzyszył najstarszy syn Stefano, młodsza Pinuccia i Alfonso, nasz równolatek, oraz żona. Don Achille odstąpił od nich i rzucił się na pana Pelusa, co przejęło grozą świadków tej sceny. Podniósł go i rzucił nim o pień drzewa na skwerze, po czym oddalił się z tego miejsca spokojnie, podczas gdy pan Peluso leżał nieprzytomny, krwawiąc z ran na głowie i wszędzie indziej, i nie był w stanie, biedaczysko, nawet wyszeptać: pomocy!