Człowiek tygrysTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Przypisy

Tytuł oryginału: LELAKI HARIMAU

Opieka redakcyjna: PAULINA OHAR-ZIMA

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: BIANKA DZIADKIEWICZ, MARIA WOLAŃCZYK, EWELINA KOROSTYŃSKA

Projekt okładki: ALEX MERTO

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: ROBERT KLEEMANN

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

The English-language edition published by Verso 2015

Translation © Labodalih Sembiring 2015

Originally published in Bahasa Indonesia as Lelaki Harimau

© Gramedia Pustaka Utama, Jakarta 2004

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06631-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Jeden

TEGO WIECZORU, gdy Margio zabił Anwara Sadata, kyai[1] Jahro z lubością zajmował się stawem z rybkami. Między kokosowymi palmami niósł się zapach morskiej wody, ocean zawodził sopranem, a łagodny zefirek rozwiewał glony, koralodrzewy i lantany. Staw leżał pośrodku plantacji kakao, drzewa dziczały z braku nadzoru, rodząc mizerne i pomarszczone jak tajskie chili owoce. Liście nadawały się tylko do przetwórni tempehu i w tym celu zbierano je każdej nocy. Przez plantację płynął rozlewający się na okoliczne bagna strumyk, pełen ryb żmijogłowowatych i węgorzy. Tuż po bankructwie plantacji pojawili się na niej ludzie, którzy wbili graniczne kołki, oczyścili rozlewiska z hiacyntów oraz płożących się pędów wilca i zasadzili na bagnach ryż. Był wśród nich i kyai Jahro, ale uprawiał ryż tylko przez jeden sezon, gdyż wymagało to zbyt wiele uwagi i czasu, a kyai, który nigdy nie słyszał o orionie – szybko rosnącym kultywarze ryżu – zastąpił ryż orzeszkami ziemnymi: bardziej odpornymi i mniej wymagającymi. W porze zbierania plonów pola obrodziły dwoma workami strąków, co kazało mu się zastanowić, czy zdoła ich tyle zjeść. Dlatego zamienił błotną parcelę w staw i od tamtej pory z przyjemnością spędzał czas przed zachodem słońca na karmieniu rybek, mujair i nila, i przyglądaniu się ich stłoczonym na powierzchni wody pyszczkom.

Rzucał na wodę otręby z ryżowej młocarni oraz liście manioku i papai, rybki podskakiwały ożywione, gdy nagle w oddali zaryczał motor. Znał ten warkot tak dobrze, że nawet nie odwrócił głowy. Znał go nawet lepiej od dudniącego pięć razy dziennie bębna w surau[2]. Wyła lśniąca jasnoczerwona honda 70 majora Sadraha, na której ten jeździł do świątyni albo wraz z żoną na rynek, lub też mknął późnym popołudniem bez celu po okolicy i zawracał z poślizgiem na spokojnych rogach ulic, gdy nie miał niczego innego do roboty.

Major Sadrah był już dobrze po osiemdziesiątce, ale wciąż w znakomitej formie. Choć w stan spoczynku przeszedł przed wielu laty, na obchodach Dnia Niepodległości nadal stawał wśród weteranów i towarzyszy broni. Mówiło się, że zarząd miasta przyznał mu w nagrodę za służbę wojskową miejsce na cmentarzu bohaterów, co on sam uznał za życzenie mu nagłej śmierci. Teraz skręcił gwałtownie na motocyklu i przystanął przy grobli. Wyłączył silnik i otarł usta, nad którymi wisiał czarny wąs – bez tego gestu nie czułby się sobą. Jahro spojrzał na niego dopiero wtedy, gdy major stanął u jego boku. Rozpoczęli rozmowę o ulewie z poprzedniej nocy: deszcz na szczęście nie zakłócił seansu filmowego zorganizowanego na boisku piłkarskim przez firmę produkującą balsam ziołowy, niemniej jednak napełnił trwogą serca właścicieli stawów.

Podobna ulewa nawiedziła ich strony przed kilkoma miesiącami i trwała przez cały tydzień. Strumyk, który zazwyczaj niósł raczej błoto niż wodę, wezbrał o półtora metra i pchając przed sobą stada gęsi, zalał okoliczne stawy. Ryby, służące za pokarm wieśniakom i ich potomstwu, zniknęły. Gdy woda opadła, zostawiła po sobie tylko ślimaki i pnie bananowców. Jahro spojrzał na majora Sadraha i pochwalił się, że tym razem przygotował sieci, żeby przykryć stawy i chronić ryby.

W tej samej chwili Jahro usłyszał, że ktoś go woła. Ujrzeli jadącego na rowerze starca, który uchylał się przed gałęziami kakaowców. Nazywał się Ma Soma i w surau uczył dzieci czytać Koran. Trzymał mocno kierownicę, ale rower stanął dęba jak szarpnięty wodzami rumak i wjechał w groblę. Dysząc ciężko, Ma Soma zeskoczył z siodełka i powiadomił kyaia i majora, że Margio zabił Anwara Sadata. Powiedział to tak, jakby Jahro miał natychmiast popędzić na cmentarz i odmówić modlitwę za zmarłych, co należało zresztą do jego obowiązków przez minione lata.

– Na Boga! – zawołał major Sadrah.

Przez chwilę mężczyźni, którzy otrzymali tę wiadomość, patrzyli na siebie zupełnie zbici z tropu, jakby ktoś opowiedział im dowcip, którego nie zrozumieli.

– Nie dalej jak tego popołudnia – dodał major – widziałem Margio ze starym zardzewiałym samurajskim mieczem z czasów wojny. Szalony dzieciak! Mam nadzieję, że nie wykradł przeklętej broni, którą mu wcześniej skonfiskowałem.

– Nie wykradł – odrzekł Ma Soma. – Przegryzł Sadatowi tętnicę szyjną.

Żaden z nich o czymś takim nie słyszał. Przez minioną dekadę w mieście doszło do dwunastu morderstw, a narzędziami zbrodni zawsze były maczety lub miecze. Przez ten czas nikt nikogo nie zabił z broni palnej ani krisem, malajskim puginałem, a już na pewno nikt nikogo nie zagryzł. Owszem, zdarzały się pogryzienia, szczególnie wśród bijących się między sobą kobiet, ale żadna nigdy nie uśmierciła w ten sposób przeciwniczki. Tożsamość mordercy i ofiary sprawiała, że wieść ta była w dwójnasób wstrząsająca. Wszyscy aż za dobrze znali młodego Margio i starzejącego się Anwara Sadata. Lecz nigdy nikomu nie przyszłoby do głowy, że ci dwaj mogą stać się bohaterami takiej tragedii – bez względu na to, jak bardzo zależało młodemu na pozbawieniu kogoś życia oraz jak godny pogardy wydawał się Anwar Sadat.

Rozważali to wszystko przez długą chwilę, gubiąc się w domysłach i fantazjach o zwarzonej krwi tryskającej z przegryzionej szyi, o słaniającym się na nogach w panice, osłupiałym z powodu własnego okrucieństwa nastolatku z czerwonymi od posoki – zupełnie jak pysk dzikiego psa ajaka po porannym polowaniu – ustami i zębami. Te wyimaginowane obrazy były tak nieprawdopodobne, że żaden z nich nie mógł w nie uwierzyć. Nawet pobożny kyai zapomniał wyszeptać innalillahi[3], a Sadrah bełkotał coś niezrozumiale, nie ocierając otwartych ust. Ma Somie znudziło się stanie przy grobli, więc odwrócił rower w drugą stronę i gestem nakazał im, żeby się pośpieszyli. Wyruszyli spanikowani w drogę, jakby morderstwo jeszcze się nie dokonało, a ich zadaniem było mu zapobiec.

To prawda: gdy Sadrah, jeszcze w sarongu, wracał po południu z modlitwy w surau, zauważył chłopaka wynoszącego samurajski miecz z chaty nocnego stróża. Teraz wszyscy mówili o tym mieczu jako jawnym dowodzie, że Margio dawno temu postanowił kogoś zabić. Chata nocnego stróża stała na środku przedmieścia naprzeciw rozległej nieczynnej cegielni. Miecz wisiał w ręce włóczącego się chłopaka, a on ciągnął go sztychem po ziemi, by w następnej chwili usiąść na ławce i wymachiwać nim, uderzając przy tym w drewniany tam-tam, używany kiedyś do bicia na alarm. Widziało go kilka osób, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Miecz był tak pordzewiały i zniszczony, że nie dałoby się nim obciąć głowy najlichszemu kurczakowi.

Przez dziesiątki lat od zakończenia wojny samurajskie miecze zostawione przez Japończyków stawały się ściennymi dekoracjami albo talizmanami. Większość popadła w zaniedbanie, zżerało je, jak słyszał Sadrah, słone morskie powietrze. Niewykluczone, że Margio znalazł miecz gdzieś na śmietnisku albo w jakimś schowku w cegielni. Sadrah zauważył chłopca i nie mógł udawać, że nic się nie stało, gdyż nawet bardzo zniszczony, miecz nadal pozostawał mieczem, choć po południu major nie mógł przypuszczać, że Margio ma zamiar pozbawić życia nieszczęsnego Anwara Sadata. Z tego, co mówili sąsiedzi, nic nie świadczyło o tym, by doszło między nimi do jakiegokolwiek zatargu.

Zapytał Margio o miecz głównie z obawy, że chłopiec upił się arakiem z białego kleistego ryżu i w upojeniu szuka zwady. Chłopaki takie jak Margio lubią doprowadzać się do podobnego stanu, co jest powodem niezliczonych burd. Margio nie zdołałby nikogo zabić przeżartym rdzą mieczem, najwyżej zdzieliłby nim na płask psa sąsiada, za co sąsiad mógłby całkiem słusznie rzucić w niego kamieniem i chryja gotowa. W dodatku na wczorajszym seansie filmowym, zorganizowanym na boisku piłkarskim przez firmę produkującą balsam ziołowy, zebrał się spory tłumek, a to zawsze sprzyjało uwolnieniu czyhającego wśród chłopców demona walki. Bójki kontynuowano czasem do następnego dnia, a zdarzało się, że trwały jeszcze dłużej. Dlatego, obojętnie z jakiej przyczyny, Sadrah miał prawo zaniepokoić się widokiem obnażonego samurajskiego miecza, z którym chłopak obnosił się przy drodze, choć sama broń wydawała się nieszkodliwa.

 

– Czemu? – zapytał Margio, nie chcąc oddać zabawki. – Niech pan spojrzy, majorze, to stary, nikomu niepotrzebny kawałek żelaza.

– Ale mógłbyś nim kogoś zabić, gdyby przyszła ci na to ochota – odrzekł Sadrah.

– Taki mam zamiar.

Choć chłopak jasno i wyraźnie oznajmił, że chce popełnić morderstwo, Sadrah zbagatelizował to. Namawiał Margio do oddania miecza, a w końcu zagroził, że zaprowadzi go do dowództwa okręgu, po czym zdołał odebrać mu broń, zaniósł ją do domu i rzucił na klatkę z psami, stojącą na tyłach podwórka.

Szybko zapomniał o tym incydencie i nic nie zapowiadało nadciągającej tragedii. Może z wiekiem major Sadrah popadł w zbyt duże zadowolenie z siebie? Teraz trochę żałował, że skonfiskował nieprzydatny do niczego miecz. Niewykluczone, że gdyby sfatygowana broń pozostała w rękach Margio, Anwar Sadat żyłby jeszcze. Nieważne, ile odebrałby razów czy pchnięć, miałby najwyżej parę siniaków albo połamane kości. Major zadrżał, wyobraziwszy sobie, jak Margio ściska Anwara Sadata, wbijając mu zęby w szyję.

Tego popołudnia powiedział chłopcom, żeby wzięli sobie wolne i rozejrzeli się za jakimiś kobietami, jeśli akurat muszą, albo zabawili się z kimkolwiek podczas weekendu. Bo w niedzielę zabierze ich jak zwykle na polowanie na dziki. W sezonie łowieckim nie wolno im się było upijać w sobotnie wieczory, gdyż nie mogliby mu towarzyszyć albo – co gorsza – jeśliby poszli polować pijani, dziki rozniosłyby ich na kłach. Mieli pozwolenie na spacer grupkami nad morze, gdzie zaciągali prostytutki lub umizgiwali się do panien z dobrych domów, częstując je pomarańczami z torby i obdarzając nieśmiałymi uśmiechami. Przed dziesiątą wracali do domów mili i posłuszni ze względu na wspólną wyprawę na dziki, po czym spali jak dzieci aż do świtu i wezwania na poranną modlitwę.

– Cholerne chłopaczysko – zaklął major Sadrah na myśl o Margio, który zamiast wypoczywać i przygotowywać się do zbliżającego się polowania na dziki, wpadł do domu przeklętego wieprza Anwara Sadata i zagryzł go na śmierć!

Polowanie na dzikie świnie było ich ulubionym sportem od wielu lat, od czasu, gdy Sadrah objął urząd wojskowego komendanta miasta. Sam Anwar Sadat był wielkim miłośnikiem tych wypraw po zebraniu plonów, gdy ludzie uwalniali się od ziemi, która przez pewien czas leżała odłogiem. Choć nigdy nie trzymał w ręku dzidy ani nie uganiał się za świniami po pagórkach, zawsze dostarczał na polowania skrzynie z posiłkami z ryżu i smażonych jajek oraz zapewniał ciężarówkę, wiozącą myśliwych na skraj dżungli. Uprawiali ten sport trzy razy do roku, w niezbyt burzliwe niedziele. Wcześniej oswajali ajaki i szkolili je, jak tropić zwierzynę.

W kole łowieckim, na którego czele stał do niedawna major Sadrah, Margio należał do najlepszych myśliwych. Na plecach miał bliznę od ostrego kła dzika, a wszyscy jego koledzy z zachwytem obserwowali uciekające w popłochu świnie, gdy wymachiwał włócznią, by zagonić je w pułapkę, gdzie zostawiano je żywe. Zabijanie świń nikogo nie bawiło. Unikali mordowania nawet szarżujących osobników. Owszem, kłuli je odrobinę, żeby zmusić dziki do posłuszeństwa. Nie chcieli natomiast ich zabijać, ponieważ wystawiali je potem do walki z ajakami podczas festynu na zakończenie sezonu łowieckiego. W trakcie łowów na bezrozumne wieprze Margio dał się poznać jako wytrawny naganiacz, znakomicie posługujący się dzidą. Niewielu miało odwagę podjąć się tej roli: zamykania dzikom dróg odwrotu i biegania za nimi krok w krok. Umiejętności te zaskarbiły Margio podziw towarzyszy.

Przed kilkoma tygodniami zaniepokojony Sadrah dowiedział się, że Margio zniknął. Przepadł – nikt nie wiedział gdzie. Paru przyjaciół szukało go nad morzem, bo często się tam zapuszczał, żeby wciągać sieci albo łowić z rybakami płaszczki, ale nikt go nie widział. Obok boiska piłkarskiego od dwóch tygodni stał cyrk i wszyscy w końcu doszli do wniosku, że Margio przyłączył się do trupy cyrkowców, żeby jeździć z nimi od miasta do miasta. Myśl o czymś takim doprowadzała Sadraha – gotowego do rozpoczęcia sezonu łowów na dzikie świnie wraz ze sforą wściekłych ajaków – do rozpaczy. Margio był niezastąpiony jako naganiacz. Pierwsze polowanie w poprzednim tygodniu zakończyło się niepowodzeniem. Schwytali w pułapkę zaledwie dwie dzikie świnie, i to tylko dzięki zajadłości ajaków. Tego samego dnia usłyszeli, że zmarł ojciec Margio.

Nazywał się Komar bin Syueb, a jego śmierć sprowadziła marnotrawnego syna do domu. Nikt nie cieszył się bardziej z powrotu chłopaka niż Sadrah, zdruzgotany po nieudanym polowaniu. Ale nawet on nie ośmielił się zaprosić Margio do dżungli w następną niedzielę z powodu żałoby. Gdy myśliwi zeskoczyli z ciężarówki z dwoma kwiczącymi, przywiązanymi do bambusowych tyczek wieprzami i tuzinem psów połączonych ze sobą skórzanymi smyczami, Margio wyszedł im na spotkanie. Pomachał do nich zawadiacko, choć nie pogrzebano jeszcze ciała ojca.

Tuż po pogrzebie z kolei zjawił się w domu Sadraha. Na tyłach podwórka przykucnął i poklepał przyjaźnie psy; tulił każdego kundla, wydłubując mu woskowinę z uszu i pozwalając gryźć się po nogawkach spodni i klapkach. Na jego twarzy nie było widać żalu. Przeciwnie, wydawał się uszczęśliwiony, jakby wygrał los na loterii.

Major Sadrah wiedział od dawna, że chłopcu nie układało się z ojcem, podejrzewał nawet, że Margio życzył staremu śmierci. Znał tę rodzinę, odkąd zjawiła się w mieście – Margio był wtedy zwykłym smarkaczem z woreczkiem kulek, namawiającym inne dzieci do zabawy. Sadrah poznał jego ojca i wiedział, że ten okrutny człowiek bije syna za najmniejsze przewinienie. Ale ojciec umarł i prostoduszny chłopak nawet nie krył radości, a ujrzawszy nadchodzącego majora, zapytał bez wahania, czy w następnym tygodniu odbędzie się polowanie. Chciał wziąć w nim udział, nawet jeśli będzie musiał przynieść własne drugie śniadanie albo oddać komuś innemu tytuł naganiacza.

Ale Sadrah, rzecz jasna, nie odebrał mu stanowiska.

Cóż, teraz było już oczywiste, że w następną niedzielę Margio nie będzie naganiać dzików. Nieszczęśliwy chłopak, pomyślał Sadrah. Wcześniej, gdy wracał do domu z mieczem na ramieniu i nogami spowitymi sarongiem, jakby przyszło mu żyć w rozdzieranej wojnami erze kalifów, nie wyobrażał sobie, że Margio byłby gotów przyłączyć się do jakiejkolwiek bójki. Chłopacy często tłukli się między sobą po pijanemu i na trzeźwo. Zawsze byli chętni do zwady z powodu najmniejszej ujmy: przypadkowego popchnięcia na koncertach muzyki dangdut, głowy zasłaniającej widok w kinie czy lubianej przez nich dziewczyny, spacerującej z innym. Życie w spokojniejszym okresie dziejów republiki, w którym wojną zajmowali się wyłącznie żołnierze, skłaniało szczeniaków do brawury. Gdy Sadrah dowodził miejskim garnizonem, przeciwdziałanie awanturom zajmowało go bardziej niż cokolwiek innego. Ale z tego, co wiedział, Margio nigdy nie uciekał się do przemocy, choć wszyscy zdawali sobie sprawę z jego siły.

Należał do chłopców, którzy nie lubią siedzieć w domu, ale był dobrze wychowany. I nie na tyle głupi, żeby marnować czas na bijatyki, bo za dnia imał się różnych dorywczych prac, a zarobione pieniądze przeznaczał na papierosy i piwo. Bywał markotny, ale i tak pozostawał miły. Wszyscy wiedzieli, że nienawidzi ojca, i uważali, że byłby w stanie go zamordować, ale nigdy tego nie zrobił. Z całą pewnością nie należał do rozrabiaczy. Dlatego Sadrah, usłyszawszy o śmierci Anwara Sadata z ręki Margio, nie mógł w to uwierzyć.

Był święcie przekonany o jego dobroci i starał się zapomnieć, że chłopak sam powiedział, iż chce kogoś zabić. Przed wieczorem, nakarmiwszy psy smażonymi podrobami z rzeźni, wyprowadził hondę 70. Dostał ten motocykl przed laty od szefa tutejszej policji, bez żadnych dokumentów czy tablicy rejestracyjnej, ale na szczęście nigdy nie otrzymał mandatu. Policja, która zatrzymywała sporo maszyn, musiała skonfiskować motocykl jakiemuś zbirowi i przez wiele miesięcy nikt się nie zgłosił po odbiór, więc honda przeszła w ręce Sadraha. Naczelny komendant proponował Sadrahowi nowsze modele, ale major pozostał wierny hondzie. Może podobał mu się jej staromodny wygląd, choć motocykl często się psuł i wył głośniej od ryżowej młocarni.

Sadrah jeździł bez kasku i w klapkach, pędząc z rykiem przez miasto nad brzeg morza i pola ryżowe, wybierając drogę przez plantacje. Lubił wieczorną bryzę, podziwiał krajobrazy i witał się ze wszystkimi mijanymi przechodniami. Co jakiś czas wpadał do warsztatu, żeby podreperować maszynę, albo przystawał przy straganie, żeby napić się kawy, po czym jechał dalej, wypuszczając z fajki kłęby dymu gęstsze od spalin hondy. Gdy ujrzał Jahro nad stawem, chciał się zatrzymać tylko na chwilę. Ale wieczorny wypad przerwała wiadomość przekazana przez Ma Somę.

Podszedł więc szybkim krokiem do opartego o palmę kokosową motocykla i chciał go odpalić kopnięciem, co zawsze stanowiło problem. Silnik zaczynał pracować, a potem gasł. W końcu, gdy motor dał się uruchomić, podkręcił manetką gaz i maszyna zawyła jak obdzierana ze skóry. Wskazał brodą kyaiowi siodełko za sobą, bojąc się przy tym, że silnik znowu zgaśnie. Kyai Jahro usiadł za majorem, umywszy najpierw w strumieniu dłonie i stopy oraz nakarmiwszy rybki resztką otrębów. Na wyboistej, śliskiej od padającego poprzedniej nocy deszczu drodze motocykl wydawał się wątlejszy od trawionego gorączką osła. Dwaj siedzący na siodełku mężczyźni mocno dawali się we znaki maszynie, której pomagali od czasu do czasu, odpychając się nogami od ziemi. Jednoślad nabrał szybkości, gdy znalazł się na prostym płaskim gościńcu przy boisku piłkarskim. Wyprzedzili Ma Somę, który wlókł się za nimi w sporej odległości na wiekowym rowerze.

– Jedyną złą rzeczą, jakiej kiedykolwiek dopuścił się ten chłopak, była kradzież kur – stwierdził kyai Jahro. – A kury należały do jego ojca.

Nie było w tym żadnej tajemnicy. Wszyscy w wiosce wiedzieli, że Margio często kradnie ojcowskie kury, choć nie dlatego, że ich potrzebował, ale na złość.

– Nie wiem, co mu strzeliło do głowy, żeby przegryzać komuś tętnicę! – odrzekł Sadrah.

Anwar Sadat leżał nieruchomo przykryty batikiem na podłodze jasnego zazwyczaj salonu, sposępniałego od bolesnej żałoby, wypełnionego szlochami kobiet. Całun nasiąkał czerwienią, a pod nim uwypuklał się obrys trupa; po podłodze ciągle płynęła krew, ciemna i zastygająca. Nikt nie ośmielił się podnieść zasłony oddzielającej świat żywych od świata zmarłych, gdyż pod nią ziała bardziej przerażająca od jakiegokolwiek ducha rana. Na samą myśl o tej wygryzionej jamie obecnym robiło się niedobrze i cofali się jak najdalej od ciała.

Nadjechał wóz patrolowy z dwoma policjantami. Obracały się czerwone światła, choć syrena ucichła. Obaj funkcjonariusze stali nieruchomo pod drzwiami. Wcześniej podnieśli na sekundę całun, po czym przykryli nim na powrót trupa. Poczuli się jak zaproszeni na ceremonię czuwania przy zwłokach goście, choć dawno powinni odejść. Żona Anwara Sadata nie pozwoliła im, co zrozumiałe, zabrać ciała na sekcję. Przyczyna śmierci i tożsamość mordercy nie budziły najmniejszej wątpliwości. Nikt nie musiał kroić Anwara Sadata, a jedyne, co można było dla niego zrobić, to obmyć rytualnie ciało, przykryć rany watą, pomodlić się i natychmiast pochować.

Ale wyglądało na to, że pogrzeb odbędzie się nie wcześniej niż następnego ranka. Maharani, najmłodsza córka Sadata, studiowała w innym mieście i nie zdołałaby wrócić do domu przed świtem. Wyjechała rano, co dodatkowo komplikowało sprawę. Spędziła w domu cały tydzień z długiej wakacyjnej przerwy w nauce, po czym nagle uciekła. Wszyscy wyobrażali sobie, jak ta nowa tragedia dogania Maharani w jej studenckiej kwaterze, gdzie stoi wyczerpana po podróży i rozpakowuje rzeczy. Będzie musiała znów je spakować do plecaka albo zostawić na miejscu, po czym wybiegnie na zewnątrz we łzach, z tysiącami pytań cisnącymi się na usta, gdyż dopiero co zostawiła ojca w dobrym zdrowiu. Nikt jej nie powiedział, że doszło do morderstwa. Odebrała tylko krótką wiadomość, że ojciec umarł, i teraz prawdopodobnie śpieszy się na następny autobus do domu.

 

Na tarasie i podwórku roiło się od kobiet, poszeptujących między sobą i uzgadniających własną wersję ostatnich wydarzeń. Na obszernym dziedzińcu rosło pięć palm olejowych oraz drzewo karamboli, na którym wisiała opona – ulubiona huśtawka dzieci. Przy drodze stało majestatyczne drzewo ogniste, gubiące płatki ścielące się na dywanie z trawy, na którym baraszkowała dzieciarnia i po którym spacerowało stado indyków. W każdym z dwóch narożników dziedzińca znajdowała się sadzawka ze złotymi rybkami, lotosami i małą bijącą fontanną. Na brzegach i na środku sadzawek stały kamienne rzeźby: półnagie praczki, pływające bobasy – a wszystko to wykonane własnoręcznie przez uzdolnionego Anwara Sadata.

Innym dziełem sztuki artysty, znanym jego sąsiadom, był drewniany, wiszący przed domem tam-tam w kształcie fallusa. Służył jako dzwonek dla gości. Anwar Sadat przybył do miasta przed wieloma laty po studiach w instytucie sztuk pięknych, sprzedawał obrazy przy plaży, a potem się ożenił i osiadł na przedmieściu. Zawsze twierdził, że podziwia płótna Radena Saleha, i rozwieszał w domu własne reprodukcje dzieł wielkiego artysty, w tym słynny obraz przedstawiający walkę tygrysa z bawołem: malując go, bezwstydnie imitował technikę mistrza. I nigdy mu nie przeszkadzało, że artystyczną sławę zyskał wyłącznie wśród sąsiadów.

Ożenił się z praktykantką położnictwa, która kiedyś zjawiła się u niego i poprosiła o namalowanie portretu. Anwar Sadat uczynił ją znacznie piękniejszą niż w rzeczywistości, za co go pokochała. Nie chcąc złamać jej serca, natychmiast się z nią ożenił, po czym przekonał się niespodziewanie, że stał się bardzo bogaty, gdyż dziewczyna dziedziczyła połowę gruntów na przedmieściu. Po tym odkryciu nie chciało mu się już zabiegać o artystyczną sławę, miał posag, a oprócz tego żona, ukończywszy praktykę, pracowała jako położna w szpitalu. Mimo to nadal malował i rzeźbił, głównie ludzi, których znał; wykonywał też wierne kopie arcydzieł Radena Saleha. Jeśli nie liczyć portretu majora Sadraha na tle jego własnego domu, malował przede wszystkim tysiące pięknych kobiet.

Po rzuceniu malarstwa zarobkowego nie znalazł żadnej przyzwoitej pracy. Miał mnóstwo wolnego czasu, który poświęcał na grę w szachy z Sadrahem, sponsorowanie miejscowej drużyny piłkarskiej i zdobywanie kobiet. To ostatnie – uwodzenie dziewcząt, czasem wdów albo chętnych mężatek – robił z niesłabnącym zapałem, większym nawet od ochoty do malowania obrazów. Dla nikogo nie było to tajemnicą, bo w sąsiedztwie nie dało się utrzymać zbyt długo żadnych sekretów. Ale rozwiązłość nigdy nie odebrała Sadatowi szacunku mieszkańców okolicy, którzy na każdym zebraniu pozwalali mu wygłaszać długie mowy, a był on elokwentnym mówcą. Był także przeuroczy, przez co niemal wszystko mu wybaczano. A poza tym niewielu z tych, którzy go znali, mogłoby stwierdzić z ręką na sercu, że postępuje lepiej od niego.

Tego dnia nikt nie zauważył czyhającej nań kostuchy. Anwar Sadat, ciągle wesół, nigdy nie spuszczał nosa na kwintę, jakby śmierć go nie dotyczyła. Rano jak zwykle ruszył na śniadanie w stronę straganu z naleśnikami, przy którym przepychał się między uczniami czekającymi na szkolny autobus. Każdy z nich mógł usłyszeć dowcipy, którymi rzucał z ustami pełnymi smażonego tempehu i naleśników. Anwar Sadat siadywał zwykle na wąskiej ławeczce przed rozżarzonym piecykiem, a sprzedawca lał rzadkie ciasto na blachę i obracał nadzienie w jedną i drugą stronę w wypełnionym wrzącą oliwą woku. Malarz szczypał w podbródki dziewczynki w szkolnych mundurkach, póki nie wykrzyczały mu, że jest zboczony, i nie uciekły na drugą stronę, żeby uniknąć jego obrzydliwych całusów w policzek.

Dobrze go zapamiętały tego ranka: przyszedł w zwykłych białych szortach i podkoszulku z reklamą jubilera ABC. Był nalany i dosyć niemrawy ze względu na wiek i brak ruchu, ale i tak przechwalał się, że ma kutasa twardego jak róg bawołu – nigdy nie ukrywał niepohamowanej chuci. Tego ranka gadał jak najęty, opowiadając o najmłodszej córce, która bez podania przyczyny wyjechała z domu, choć wciąż trwały wakacje. Sama zaniosła torbę na przystanek, nie chcąc, by ktokolwiek ją odprowadzał.

Poprzedniego wieczoru po seansie filmowym na boisku piłkarskim nie chciała z nikim rozmawiać. Nie tknęła obiadu ani nie oglądała jak zwykle telewizji, a jej radio, na ogół ciągle włączone, nawet nie pisnęło. Nie wychodziła z sypialni, a Anwar Sadat stwierdził z zaskoczeniem, że nie uczestniczyła w porannej modlitwie, co mogło dziwić, gdyż była dosyć pobożna. Anwar Sadat nie miał pojęcia, co zaszło poprzedniego dnia, i bał się, że gdyby zapytał, odburknęłaby niegrzecznie. Zastanawiał się, w czym zawinił, bo rano dziewczyna wyminęła go w korytarzu bez słowa, ze łzami w oczach, i weszła z ręcznikiem do łazienki... ale tylko na chwilę. Wróciła do pokoju i zrobiła sobie dyskretny makijaż, jakby uważała, że jest wystarczająco piękna i nie musi podkreślać urody. A potem wyszła z torbą w ręce i nie zatrzymując się na śniadanie, rzuciła opryskliwie:

– Muszę jechać.

Z perspektywy późniejszych wydarzeń jej zbolałe spojrzenie i smętne oblicze mogły wskazywać, że przeczuwała, iż ojciec umrze tego popołudnia. Ale opuściła Anwara Sadata w pośpiechu, upierając się, że pójdzie sama na przystanek autobusowy, jakby wciąż czekało ich oboje długie i radosne życie. Przy straganie z naleśnikami Anwar Sadat bez przerwy skarżył się na Maharani, choć bez specjalnego żalu, bo przede wszystkim chciał się nią pochwalić.

Miał trzy córki, wszystkie przyszły na świat w pierwszych latach małżeństwa, gdy wraz z żoną mieli w sobie dosyć ognia, żeby nawzajem rozpalać się w łóżku. Później, gdy ich miłość przygasła, ludzie zaczęli zapominać, że jego żona ma na imię Kasia, i nazywali ją zwyczajnie panią położną. Na szczęście Anwar Sadat nie miał dzieci nieślubnych. Bękarty są zawsze większym utrapieniem dla rodziny ojca niż matki. Jeśli chodzi o jego prawowite córki, to odziedziczyły one po nim zarówno rozwiązłość, jak i wdzięk.

Anwar Sadat potrafił oczarować dziewczęta i robił to latami. Choć się zestarzał, przytył i wyłysiał, umiał zaskarbić sobie łaski żądnych przygód kochanek. Jego urok zdumiewająco kontrastował z brakiem urody żony. Kasia miała nos jak papuzi dziób, mocną szczękę i emanowała arystokratycznym chłodem – przypominała bardziej wiedźmę niż księżniczkę. Nie była wyjątkowo brzydka, ale z pewnością nie wydałaby się atrakcyjna w oczach większości mężczyzn. W mieście panowało powszechne przekonanie, że niespełniony artysta ożenił się z nią dla pieniędzy, a majątek pozwalał mu na sypianie z wieloma kobietami, o których żona wiedziała, lecz nie zajmowała się nimi, bo żadna z nich nie zaszła w ciążę.

Najstarsza córka, Laila, odziedziczyła po ojcu seksapil i nienasyconą lubieżność. Była piękna, o pełnych kształtach i pozbawionej skaz, przejrzystej jak rosa karnacji. Jej oblicze zdradzało więcej niż tylko arogancję. Któregoś dnia Anwar Sadat przekonał się, że ta szesnastoletnia dziewczyna o niezwykle apetycznym, jędrnym ciele, która stała się celem umizgów zarówno uczniów, jak i nauczycieli, jest w ciąży. Rozpoczął wówczas gorączkowe poszukiwania szamana, który zdołałby usunąć to, co zalęgło się w jej brzuchu. Żona nie chciała mu pomóc, a szkoła wydalała ciężarne uczennice. Laila jednak skończyła naukę, a wtedy ojciec zaciągnął ją wraz z kolegą z klasy, domniemanym ojcem dziecka, do penghulu[4], który mógł udzielić im ślubu. Po upływie dwóch dni młody małżonek zastał żonę w łóżku z innym mężczyzną.

Wywołało to wielki skandal w mieście. Krew zalewała Anwara Sadata przy najmniejszej aluzji do tego, co zaszło, a Kasia schroniła się na wiele dni w domu krewnych. Obaj mężczyźni – mąż i cudzołożnik – wyrzekli się Laili. Zaczęto nazywać ją „Wdówką”, a za jej plecami dodawano „łatwą”.

Maesa Dewi, druga i najpiękniejsza z sióstr, była zupełnie inna. Nie miała apetycznie zaokrąglonych kształtów, emanowała natomiast tajemniczą łagodnością. Zachowywała – jak później się okazało, pozorny – szacunek dla stosowności. Taka właśnie była. W szkolnych cenzurkach chwalono ją za inteligencję, czego siostry mogły jej tylko pozazdrościć. Maesa Dewi skończyła szkołę bez najmniejszej ujmy na honorze. Resztki zmysłu moralnego Anwara Sadata pozwalały mu – dosyć wnikliwie – kochać i podziwiać tę dziewczynę, która w przeciwieństwie do starszej siostry nie odziedziczyła po nim rozpustnej natury. Mając pewność, że wciąż jest dziewicą, zgodził się posłać ją na uniwersytet. Następnie zdołał przekonać żonę, żeby sprzedała parcelę i przeznaczyła uzyskane ze sprzedaży pieniądze na wykształcenie dziecka, choć Kasia nie wierzyła już, że którakolwiek z jej trzech córek jest zdrowa na umyśle. Po upływie roku najsłodsza z nich wróciła niespodziewanie do domu bez dyplomu, ale z noworodkiem i bezrobotnym chłopcem, którego później poślubiła. Nikt nie szeptał za jej plecami, że jest łatwa. Sprawiała wrażenie wiernej. Jednak przypadki najstarszej i średniej siostry dały asumpt tym, którzy uważali się za strażników moralności, do rozpowszechniania pogłosek, że wszystkie trzy córki Anwara Sadata są niegodziwe i łatwe. Zakładano się, czy Maharani, najmłodsza z sióstr, wróci któregoś dnia do domu z bachorem, choć nic tego nie zapowiadało.

Inne książki tego autora