Tam, gdzie rodzi się miłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2015


Wszelkie prawa zastrzeżone


Redakcja

Joanna Pawłowska


Projekt okładki

Iza Szewczyk


Zdjęcie na okładce

http://pl.depositphotos.com/ SimpleFoto

http://pl.depositphotos.com/ Kruchenkova


Skład, łamanie, przygotowanie wersji elektronicznej

Maciej Drozdowski


Wydanie I


ISBN 978-83-7674-331-8

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

— Superanda omnis fortuna ferenda est

(Trzeba umieć pogodzić się z losem)

Prolog

Daniel Hajdukiewicz był tak znużony kilkugodzinną podróżą, że marzył tylko o tym, aby wziąć szybki, odprężający prysznic i z kieliszkiem koniaku w dłoni zasiąść przy kominku. Ostatnio jego siostra, Daria, pożyczyła mu niezły thriller. To było tuż przed wyjazdem do Londynu na aukcję w Christie’s, gdzie, jako wielki pasjonat żeglugi dalekomorskiej, licytował dziennik pokładowy „SS Mackay-Bennett” – statku, który został wysłany na ratunek pasażerom Titanica. Nie nabył go, gdyż cena woluminu znacznie przerosła jego możliwości finansowe. Połakomił się jednakże na zdjęcie wydobyte z wraku transatlantyku, przedstawiające niezidentyfikowaną damę w ciemnym kapeluszu.

Wyjeżdżając, miał świadomość, że prawdopodobnie nie zdoła zakupić dziennika. Skusiła go jednak możliwość obejrzenia eksponatu na wystawie oraz wzięcia udziału w aukcji. W pierwszej fazie, gdy cena nie wywoływała zawrotów głowy, odczuwał przyjemny dreszczyk emocji za każdym razem, gdy przebijał kontrlicytatorów. Niestety środki, którymi dysponował, były mizerne w stosunku do dalszego rozwoju sytuacji – musiał zatem odpuścić. Nie uważał wyjazdu za stratę czasu, lubił takie wyprawy. Każda możliwość ucieczki od problemów rodzinnych była na wagę złota.

Drewniane schody zatrzeszczały pod naporem stóp. Daniela zawsze urzekał ten dźwięk, w przeciwieństwie do klekotu leciwej windy z kratowaną klatką kabiny. Mimo zmęczenia, nie korzystał z dźwigu, ponieważ myśl o tym, aby wsiąść do nadgryzionej zębem czasu maszynerii, przyprawiała go o gęsią skórkę. Nawet częste przeglądy techniczne urządzenia nie przekonywały mężczyzny do zmiany zdania. Omijał windę szerokim łukiem – dosłownie, gdyż klatka schodowa wiła się spiralnie wokół szybu.

Wszedł na trzecie piętro kamienicy w Ustrzykach Dolnych, gdzie przed rokiem, ku niezadowoleniu ojca, nabył mieszkanie. Ojciec wyrzucał mu egoizm oraz dezercję w czasie, gdy był potrzebny rodzinie, lecz on czuł, że potrzebuje przestrzeni. Dochodził do swoich drzwi, gdy schody na parterze znowu zatrzeszczały. Widać jeszcze jakiś mieszkaniec kamienicy wracał do domu późną nocą.

Mężczyzna wyjął z kieszeni klucze i zachrobotał mechanizmem zamka. Porzucił w przedpokoju niewielką walizkę i udał się do salonu, gdzie od razu spełnił marzenie o kieliszku koniaku – łyk alkoholu przyjemnie rozgrzał mu wnętrzności. Odstawił opróżnione szkło na stolik. Podszedł do kominka, chwaląc w duchu przezorność, która nakazała mu przygotowanie paleniska przed wyjazdem. W ciszy mieszkania rozległ się trzask zapałki. Kroki na klatce schodowej ucichły, cała kamienica pogrążona była we śnie.

Nie czekając, aż ogień rozpali się na dobre, poszedł do łazienki, aby wziąć prysznic. Patrząc w zaparowane lustro, stwierdził, że odpuści sobie golenie – równie dobrze może to zrobić rano, zanim wyjedzie do „Zacisza”. Wysuszył ręcznikiem rudą czuprynę.

Daniel nigdy nie miał powodzenia u dziewczyn, gdyż jako jedyny z Hajdukiewiczów nie wyróżniał się atrakcyjną powierzchownością. Był najstarszy z piątki rodzeństwa. Każde z nich − z wyjątkiem Darii, która była łudząco podobna do matki − odziedziczyło po ojcu męskie, klasyczne rysy twarzy. Cała rodzina, pominąwszy tatę, obdarzona została przez naturę rudymi włosami. Młodsi bracia i siostra mieli ciemno-rude, prawie kasztanowe włosy i zielone tęczówki – podobnie jak ich matka, Danuta. Daniel odstawał od reszty: oczy miał bladej, wodnisto-niebieskiej barwy, ponadto był najbardziej piegowaty ze wszystkich. Bracia nosili krótkie, proste fryzury – jego włosy miały najokropniejszy, jasnorudy odcień, do tego kręciły się niesfornie, powodując frustrację mężczyzny. Gdy uczył się w liceum, rówieśnicy wciąż mu dokuczali. Tak działo się do czasu, aż został wysłany przez ojca na treningi sportów walki – wówczas wszystko się zmieniło, prawo pięści zapewniło mu święty spokój. Budowę ciała także miał inną od rodzeństwa – bardziej atletyczną − i przynajmniej to było powodem jego zadowolenia, gdyż na tle wysmukłych braci wyglądał jak prawdziwy osiłek.

Kończył ubierać się w pidżamę i szlafrok, gdy odniósł wrażenie, że słyszy skrzypnięcie podłogi. Zamarł w bezruchu, nasłuchując, ponieważ od lat uczony był czujności. Wytężył słuch, lecz poza trzaskami dochodzącymi z kominka nie dobiegły go żadne odgłosy.

Daniel pokręcił głową.

– Najwyższa pora skończyć z paranoją, która nas dopadła. Ojciec przesadza z tym poczuciem zagrożenia – stwierdził.

Wrócił do salonu. Ogień w kominku buzował aż miło, rozświetlając tonące w półmroku pomieszczenie. Mężczyzna usiadł w fotelu i sięgnął po drugi kieliszek koniaku oraz książkę.

Od lat cierpiał na bezsenność, więc nawet wielogodzinna podróż nie była w stanie zagnać go do łóżka. Wiedział dobrze, że gdyby teraz się położył – pobudzony rześkim prysznicem − to aż do bladego świtu nie mógłby zmrużyć powiek. Lepiej więc było pozwolić, by ciepło ognia i alkohol uśpiły jego zmysły. Zagłębił się w pasjonującej lekturze.

Nagle wydało mu się, że znowu słyszy trzask suchych, podłogowych desek. Kątem oka dostrzegł majaczący za nim cień.

Część 1 Maski

„Zacisze”

Półtora roku później

– Daria, proszę, pomóż dziewczynom przy wydawaniu kolacji. – Darek spojrzał błagalnie na siostrę.

– Co się dzieje?

– Totalna klęska. Wczasowicze dopisali jak mało kiedy, tymczasem Jola nie przyszła do pracy, Majka siedzi w kuchni i beczy, a Renata sama tego nie ogarnie. Pójdziesz? Proszę… Ja wiem, że miałaś zaplanowany na dziś tylko nocny dyżur w recepcji, ale obiecuję, że wkrótce się to zmieni i nie będziesz tak tyrać. Od przyszłego tygodnia przychodzą do pracy dwie nowe osoby, pomożesz do tej pory jeszcze trochę?

– Okej. Wisisz mi dobre wino, rudzielcu.

– Wiewióra! – Odciął się za „rudzielca”.

Daria podeszła do bliźniaczego brata i zmierzwiła jego kasztanową czuprynę. Darek w odwecie pociągnął ją za luźno spleciony warkocz.

– Jak będziesz mi dokuczał, to sam pójdziesz obsługiwać gości – zagroziła.

– Jesteś wielka.

– Dobre wino – przypomniała. – I przysługa – dodała asekuracyjnie, gdyż nigdy nie mogła przewidzieć, kiedy będzie potrzebowała jego pomocy.

– Załatwi się. Dzięki, siostra! – krzyknął w stronę jej pleców, gdy ona pędziła już korytarzem prowadzącym do kuchni, rzucając mu przez ramię żakiet od kostiumu.

Nie mieli szczęścia do personelu – to był początek sezonu, przyjeżdżało wielu wczasowiczów oraz liczne grupy integracyjne, a jak na złość brakowało im kelnerek, pokojówek i recepcjonistki. Być może powodem tego stanu rzeczy był gang, który od lat „opiekował się” hotelem, ściągając haracze i płosząc przy tym pracowników. W ostatnich czasach rotacje personelu były zjawiskiem nagminnym i zazwyczaj pokrywały się z terminami odbioru kolejnych rat. Uzbrojeni w kije do baseballu mężczyźni budzili grozę. Właściciel hotelu niejednokrotnie zgłaszał problem policji, lecz po każdej interwencji sytuacja ulegała pogorszeniu, a brutalność bandytów narastała.

Daria coraz częściej musiała porzucać biuro i zamiast organizować promocje, załatwiać rezerwacje, urządzać imprezy oraz myśleć o papierkowej robocie, krzątała się po jadalni, przyjmowała gości przyjeżdżających do hotelu, a nawet pomagała pokojówkom.

Tego wieczoru również nie było jej dane zająć się własnymi obowiązkami.

Wpadła do kantorka przylegającego do stołówki, ściągnęła z haczyka fartuch i ciasno zawiązała go sobie wokół szczupłej talii. Zawinęła włosy w luźnego koka i spięła go klamrą. Uprzytomniła sobie, że wraz z żakietem, rzuconym w stronę Darka, pofrunął również identyfikator, który był jednocześnie kartą otwierającą przejścia służbowe w hotelu. Rozejrzała się bezradnie w poszukiwaniu pomocy i dostrzegła przycupniętą w kącie, zapłakaną dziewczynę.

– Maja, co się dzieje? Dlaczego płaczesz?

Odpowiedziała jej seria pociągnięć nosem i nieartykułowanych szlochów. Daria przykucnęła przed lejącą rzewne łzy przyjaciółką. Chciała ją pocieszyć, gdyż domyślała się, co jest powodem rozpaczy, lecz w tym momencie do kantorka wbiegła zziajana Renata.

– Boże! Za jakie grzechy mnie tak pokarałeś? – jęknęła. Wtedy zauważyła Darię. – Niebo mi cię zsyła! Majka znowu beczy, a Jolka gdzieś zabalowała. Pomożesz mi z kolacją?

– Po to przyszłam. Maja, daj mi identyfikator, bo zapomniałam swojego. Później pogadamy, okej?

Dzięki plastikowej karcie z paskiem magnetycznym na rewersie mogła przedostać się do innych pomieszczeń. System nowych zamków i zabezpieczeń funkcjonował od niedawna – miał służyć ochronie hotelu przed gangsterami, lecz zamiast poprawić bezpieczeństwo, rozjuszył opryszków.

 

Zapłakana dziewczyna odpięła drżącą dłonią plakietkę z logo hotelu oraz napisem:

Witaj!

Mam na imię Maja,

w czym mogę pomóc?

Daria, za nic mając fakt, że to nie jej imię się tam znajduje, przyczepiła identyfikator do fartucha. Było jej obojętne, jak będą zwracali się do niej goście hotelowi, zazwyczaj i tak mówili „proszę pani” lub „panienko”.

Właściciel „Zacisza” był człowiekiem wymagającym. Na jego polecenie każdy członek personelu musiał nosić służbowy uniform oraz identyfikator. Tylko Darii oraz Darkowi pozwalał na większą swobodę, przede wszystkim dlatego, że zajmowali się sprawami zarządczymi, co nie zwalniało ich z konieczności pomagania w sytuacjach awaryjnych. W związku z tym, każde z nich przewinęło się przez niemalże wszystkie stanowiska. Znali hotel od podszewki, więc zarówno budynek, jak i specyfika pracy na poszczególnych etatach nie stanowiły dla nich tajemnicy.

Marek Michał Lesner musiał przyznać, że w „Zaciszu” serwowano niezłe posiłki. Kończył właśnie kolację na ciepło i zastanawiał się nad wypiciem dobrej kawy, lecz nie miał ochoty na oferowane przy szwedzkim stole gatunki rozpuszczalne oraz mielone. Marzył o świeżo zaparzonym espresso albo cappuccino. Wciąż jeszcze odczuwał znużenie po podróży, choć pretensje za ten stan rzeczy mógł mieć wyłącznie do siebie – nikt nie zmuszał go do pracy po godzinach w dniu wyjazdu.

Większość personelu firmy „Naft-Oil” skończyła już kolację. Marek przyjechał do hotelu najpóźniej, zdążył tylko porzucić bagaż w pokoju i od razu przyszedł coś zjeść. Uprzedzono go, że o dziewiętnastej zacznie się pierwszy etap integracyjnej komedii, która została zaplanowana na weekend.

Zerknął na zegarek – miał jeszcze piętnaście minut. Przy odrobinie szczęścia mógłby wypić upragnioną kawę. Obok sąsiedniego stolika krzątała się kelnerka. Zbierała na tacę zbędne nakrycia. Już miał ją zagadnąć, gdy przez okno jadalni wpadł ostatni promień popołudniowego słońca i zatrzymał się na dziewczynie.

Marek zamarł z wrażenia.

Z zapartym tchem patrzył, jak blask rozświetla kasztanowe włosy kelnerki, jak igra w miękkich lokach, wymykających się niesfornie z luźno związanego koka. Zauroczyły go złociste struny światła, w których mieniły się maleńkie, połyskliwe drobinki kurzu, przez co obraz przed jego oczami sprawiał wrażenie mniej ostrego, nieco rozmytego. Czas nagle stanął w miejscu. Marek pomyślał, że to niesamowite i dobrze byłoby w końcu zwolnić chociaż na chwilę.

Żałował, że nie ma pod ręką lustrzanki. Gdyby teraz wcisnął przycisk zwalniający migawkę, to zrobiłby najpiękniejsze zdjęcia w swoim życiu.

Nie widział dokładnie twarzy nieznajomej dziewczyny – była do niego zwrócona lewym półprofilem. Zauważył jedynie zarys policzka, jedwabistą skórę i zgrabne, małe uszko, w którym tkwił opalizujący kolczyk. Musiała być bardzo młoda, miała wyjątkowo smukłą figurę nastolatki. Jej ubranie składało się z prostej, białej bluzki i ciemnej spódnicy, której krawędź wystawała spod ciasno zawiązanego, ciemnozielonego fartucha. Wyglądała na tak nieprawdopodobnie szczupłą i kruchą, że z powodzeniem opasałby jej talię dłońmi.

Zachwycony, nie mógł oderwać od niej wzroku. Czekał, aż kelnerka spojrzy w jego stronę, aby mógł sprawdzić, czy jest tak ładna, jak to sobie wyobrażał.

Dziewczyna pozbierała naczynia z sąsiedniego stolika, odwróciła się w stronę Marka i w końcu zobaczył ją w całej okazałości. Nie zawiodła oczekiwań – była nieziemsko piękna. Lesner omiótł ją uważnym spojrzeniem, począwszy od burzy ciemnorudych, gęstych loków, poprzez niewielki, zgrabny nosek, wysokie kości policzkowe, delikatnie wykrojone usta, subtelne łuki brwi, a skończywszy na niesamowitych, najbardziej zielonych tęczówkach, jakie zdarzyło mu się widzieć.

Nie był w stanie oderwać pełnego podziwu spojrzenia od jej twarzy.

– Mogę panu w czymś pomóc? – zapytała z uśmiechem.

Słońce wyjrzało zza jej pleców, rażąc go w oczy. Nim zamknął na moment powieki, zauważył przyczepiony do fartucha identyfikator i odczytał imię z plastikowej plakietki.

– Maja – powiedział półgłosem, bardziej do siebie, niż do niej. – Śliczne imię.

– Dziękuję – odpowiedziała.

Nie zamierzała prostować nieporozumienia. Jakie to miało znaczenie? Był tylko gościem – jednym z wielu, kolejną twarzą, która zniknie, zapomniana. Zauroczył ją sposób, w jaki wymówił słowo „śliczne” – zabrzmiało mniej więcej jak „slysne”. Mężczyzna nie wyglądał na obcokrajowca, prawdopodobnie miał wadę wymowy.

Obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Był w trudnym do określenia wieku, być może pomiędzy trzydziestką a czterdziestką. Nawet gdy siedział, sprawiał wrażenie wysokiego. Uznała jego twarz za przeciętną, nie był ani przystojny, ani brzydki. Włosy nieznajomego miały bliżej nieokreślony kolor. Jedyny znak szczególny, jaki zauważyła, to niewielka blizna ze śladem po szyciu, znajdująca się po lewej stronie nad ustami. Zapewne była pozostałością po zabiegu zoperowania zajęczej wargi – to tłumaczyłoby poniekąd jego wymowę − ale równie dobrze mogła być pamiątką po jakimś wypadku.

– Czy byłaby pani tak uprzejma i przyniosła mi filiżankę espresso? Nie lubię kawy rozpuszczalnej ani po turecku – wyjaśnił.

Faktycznie miał wadę wymowy. Seplenił, a do tego niepoprawnie artykułował głoskę „l”. Uznała to za rozczulające. Przypuszczała, że z tego powodu nie brylował raczej w towarzystwie i nie należał do gadatliwych osób.

– Oczywiście, zaraz panu podam.

– Dziękuję.

Odeszła, a razem z nią zniknęła cała magia chwili. Marek bezwiednie wyciągnął dłoń w stronę, z której jeszcze przed chwilą raziły go promienie słońca, lecz złapał palcami pustkę.

– Pańska kawa. – Ostrożnie postawiła na stole filiżankę.

Dłoń dziewczyny zadrżała przy tym nieznacznie – Daria nie miała wprawy w serwowaniu posiłków, wolała zbierać zbędne nakrycia. Porcelana brzdęknęła cichutko.

– A może napije się pani ze mną? – zapytał z nadzieją.

– Przykro mi, ale nie mogę – odparła. – Nie wolno mi – wytłumaczyła krótko.

Okrasiła odmowę uśmiechem. Nieznajomy wyglądał samotnie, nie chciała mu sprawiać przykrości, lecz ten zakaz, podobnie jak wiele innych, wprowadził właściciel hotelu. „Zacisze” miało wysoką renomę, a personel musiał zachowywać klasę.

– Szkoda – westchnął. – Miło byłoby dla odmiany spędzić czas z piękną dziewczyną, a nie z męczącymi współpracownikami.

– Pan jest zapewne z tej grupy integracyjnej, która przyjechała wczesnym popołudniem – stwierdziła, myśląc o kilkunastoosobowej, hałaśliwej zgrai, która schodziła się właśnie do małej salki konferencyjnej.

– Niestety tak – potwierdził.

– Niestety? – powtórzyła. – Nie podoba się panu nasz hotel?

Sprawiała wrażenie zmartwionej. Lesner skarcił samego siebie w duchu za to, że tak nieprecyzyjnie sformułował myśl.

– Ależ nie! – Zaprotestował. – Hotel jest naprawdę piękny, podobnie jak obsługa. – Uśmiechnął się znacząco. – Chodziło mi o to, że nie lubię tego rodzaju imprez. Wystarczy, że na co dzień oglądam te twarze w biurze. Wspólne spędzanie wolnego czasu to przesada. Naprawdę nie może pani wypić ze mną kawy?

– Naprawdę nie mogę.

– Szkoda. Już dawno nie piłem równie dobrej – pochwalił.

– Miło mi to słyszeć. Nie chciałabym pana niepokoić, ale pańska grupa zgromadziła się już w sali konferencyjnej. Spóźni się pan na spotkanie.

– Spotkanie… Och! Nuda, ale niestety będę musiał tam pójść.

– Może nie będzie tak źle? Mimo wszystko, życzę miłego wieczoru – powiedziała, odchodząc.

Pomyślał, że powinien był zapytać Maję, o której kończy pracę, umówić się na wieczór, a później chyłkiem wymknąć się z sali konferencyjnej i pójść z nią na długi spacer wzdłuż cicho pluskającej tafli jeziora.

Skończył pić espresso. Wyjął z portfela dwudziestozłotówkę i podłożył pod filiżankę. Miał nadzieję, że to ona będzie sprzątać ten stolik. Jako kelnerka nie zarabiała zapewne kokosów, przypuszczał, że napiwki od gości stanowią znaczący dodatek do jej pensji. Sprawiała wrażenie bardzo młodziutkiej, wyglądała na maturzystkę lub świeżo upieczoną studentkę, na pewno miała duże wydatki.

Chwilę później naszła go bezduszna myśl, że zapewne nie w głowie jej studia. Być może serwuje kawę na tym zadupiu, marząc, aby pewnego dnia zjawił się książę z bajki i zabrał ją do innego świata.

Marek wstał i bez pośpiechu ruszył w stronę sali konferencyjnej. Wychodząc z jadalni, przystanął na ułamek sekundy i zerknął w kierunku uchylonych drzwi kuchni. Dostrzegł rude włosy odwróconej tyłem dziewczyny. Wzruszył ramionami, jakby chciał utwierdzić się w przekonaniu, że chwila magicznego zaczarowania minęła bezpowrotnie.

Tymczasem Daria, nieświadoma wrażenia, jakie wywołała na Lesnerze, przypomniała sobie o przyjaciółce. Znalazła Majkę dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ją zostawiła. Z oczu dziewczyny wciąż płynął niepohamowany strumień łez.

Pochyliła się nad koleżanką.

– Majeczka, co ci jest, skarbie? To przez Jacka, prawda? – stwierdziła domyślnie.

– Bo on już taki jest… – wyrzuciła z siebie nieskładnie Maja. – Wciąż tylko goni za dziewczynami. A mówił, że jestem jego promyczkiem słońca.

– Głuptasie… – Daria pogładziła ją po ramieniu. – Tyle razy ci mówiłam, że Jacek to drań i wciska ten kit wszystkim laskom. Ostrzegałam cię przed nim, mówiłam, żebyś mu nie wierzyła, bo będziesz płakać. No i widzisz? Miałam rację, niestety. Poszukaj sobie porządniejszego chłopca – poradziła, nienawidząc jednocześnie samej siebie za powtarzanie wyświechtanych banałów.

Mało brakowało, a parę tygodni temu ona także uległaby magii pięknych oczu przystojnego barmana. Ją też nazwał kiedyś swoim promyczkiem słońca i pocałował na zapleczu pubu, lecz na szczęście zachowała rozsądek i nie dała się zbałamucić. Tato zaszczepił w niej nieufność do mężczyzn.

– Nie mogę o nim zapomnieć. To nie takie proste. Ja go kocham!

– Wiem, skarbie.

– Co ty tam możesz wiedzieć? Byłaś kiedyś zakochana?

– Nie – przyznała Daria.

Przez ułamek sekundy przemknęła przed jej oczami twarz obcego mężczyzny z dziwną wadą wymowy. Uśmiechnęła się nieznacznie. Dlaczego pomyślała akurat o nim? Nawet nie wiedziała, jak ma na imię. Zamieniła z nim ledwo parę słów, nie więcej niż z przeciętnym gościem hotelu.

Czy mogłaby zakochać się w kimś tak pospolitym?

Tato pragnął, żeby poślubiła księcia z bajki, miał już nawet swojego faworyta. Nie mogła zarzucić Łukaszowi absolutnie nic: był wykształcony, elokwentny, przystojny, zamożny. Był także zaradny – wychowywał się bez ojca, a mimo to odniósł w życiu sukces. Być może z przekory – dlatego, że Hajdukiewicz tak bardzo go cenił – Daria nie potrafiła wskrzesać w sobie żadnych żywszych uczuć. Nie odczuwała zazdrości, kiedy inne dziewczyny próbowały z nim flirtować. Niejedna wczasowiczka wzdychała na widok przystojnego finansisty, który pojawiał się czasami w hotelowym lobby lub pubie. Daria zaś, gdy już musiała pracować w recepcji, wybierała dyżury nocne, bo to oznaczało, że nie będzie go miała w zasięgu wzroku – on bywał w „Zaciszu” wyłącznie za dnia, współpracując głównie z Darkiem.

Prawdopodobnie to właśnie kobieca przewrotność i bunt przeciw twardym regułom narzucanym przez tatę sprawiły, że wyobraźnia podsunęła jej obraz przeciętnego mężczyzny w miejsce boga seksu, za którego uchodził Łukasz, i który tylko Jackowi mógł ustąpić pola, jeśli chodziło o powodzenie wśród dziewcząt. Zapewne za ten stan rzeczy odpowiadało to, że Łukasz, w przeciwieństwie do Jacka, nie zabiegał o uwagę ze strony kobiet – to one do niego lgnęły, z wyjątkiem zupełnie niezainteresowanej Darii.

– No, to co ty możesz wiedzieć? – zgasiła ją Majka. – Nie można tak po prostu o kimś zapomnieć. Miłość przychodzi niespodziewanie: po prostu pewnego dnia spoglądasz komuś w oczy i już wiesz, że twój świat przewrócił się do góry nogami. Zrobisz dla niego wszystko, przezwyciężysz każdą trudność, przeczekasz… A kiedyś może on pokocha, może oprzytomnieje – dodała ciszej, bez większego przekonania. Widać było, że nie wierzy we własne słowa.

– Maja, dobrze wiesz, że nie ma się co łudzić. – Najchętniej opowiedziałaby przyjaciółce o epizodzie sprzed kilku tygodni, lecz nie chciała wzbudzać zazdrości. Nie miała wątpliwości, że w jej przypadku poczynania Jacka były wyrachowane. Co innego z Majką – ta rzeczywiście mogła wpaść mu w oko.

Daria nigdy nie uważała się za ucieleśnienie piękna. Twierdziła, że szpeciły ją rude włosy, była za chuda i miała zbyt bladą karnację, aby wzbudzać namiętność w mężczyznach.

 

W rzeczywistości niejeden plótł komplementy i próbował u niej coś wskórać, lecz nauki ojca nie poszły w las. Poza tym, armia braci, złożona niegdyś z czterech, a teraz już tylko z dwóch chłopaków, starannie strzegła Darii, więc dziewczyna musiała dobrze kombinować, żeby umknąć choć na chwilę spod tej surowej kurateli, co również zniechęcało adoratorów.

– A co ja mam zrobić? – załkała znowu nieboraczka. – Jak się tato dowie, to mnie stłucze.

– Oj, nie płacz! Nikt cię nie stłucze. Pomyśl tylko: to niedorzeczne, jesteś przecież dorosła!

Odpowiedział jej jeszcze żałośniejszy szloch. Ojciec Majki znany był z żelaznej ręki i szeptano pokątnie o tym, że nie żałuje pasa na swoje dzieci, a i nawet żonie nie raz i nie dwa musiało się przy tej okazji dostać.

Skonsternowana Daria objęła przyjaciółkę.

– Nie płacz, Majeczka. O co miałby być zły? Żeś się zakochała? Przecież to nic złego.

– Ty nic nie rozumiesz, Daruśka. Ja… – zaszlochała i pociągnęła nosem, aż zabulgotało.

Zaczęła gorączkowo przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu chusteczki, lecz nie miała przy sobie, więc Daria podała jej swoją. Dziewczyna doprowadziła się do porządku.

– Już lepiej?

– Nie. Już nic nie będzie lepiej, bo ja jestem w ciąży!

– O cholera! – Wyrwało się Darii i bardzo szybko pożałowała, że nie udało jej się opanować reakcji na tę nowinę, gdyż wywołała ona kolejną falę szlochów.

Z uwagi na temperament starego Biernata, najlepiej byłoby, gdyby Jacek ożenił się z Majką. Niestety, chłopak nie należał do ludzi, którzy biorą odpowiedzialność za swoje postępowanie.

– Majeczko, nie płacz. Uspokój się, trzeba zachować rozsądek. To pewne?

Odpowiedziało jej energiczne bulgotanie w chusteczkę i skinienie głową.

– Byłaś u lekarza czy tylko zrobiłaś test?

– By… łam… u… le… karza…

– Jacek już wie?

– Nieee… Chciałam mu powiedzieć, ale on nie chce ze mną gadać. Wymyśla mi, że jestem beksa.

– Musisz z nim porozmawiać. Powinien zatroszczyć się o dziecko. Żeby przynajmniej alimenty płacił…

– A co mi z alimentów, jak mnie tatko zatłucze?

– No masz ci los. A może się ożeni? – Tym razem to Daria nie wierzyła we własne słowa.

– Nieee… On woli Jolkę!

– Nie rycz – napomniała ją surowo Daria. – Musisz z nim pogadać. A jak będzie robił uniki, to Darek albo Damian do niego przemówią. Przed moimi braćmi ma respekt. Jeśli zajdzie potrzeba, to mu nakładą do głowy… Eee… Pięściami.

– Łatwo ci mówić. Ciebie takie rzeczy nie spotykają. Nie masz żadnych problemów.

– Co ty tam wiesz – stwierdziła wymijająco. O jej problemach nie wiedział nikt poza najbliższą rodziną. Nie opowiadała o nich nawet przyjaciółce. – Mnie też nie jest łatwo.

– Bo tatuś cię krótko trzyma? – zakpiła Majka. – Wiesz co? Ciesz się, bo dzięki temu nie wpadniesz w kłopoty. A mój to się nami w ogóle nie przejmuje, tylko do bicia wyrywny.

Może i miała rację, Daria nie zamierzała wchodzić głębiej w temat. Spróbowała natomiast wyobrazić sobie, co by było, gdyby to ona wyskoczyła w domu z taką rewelacją. Ojciec na pewno nie byłby zachwycony, że wymknęła się spod kontroli, choć wiedziała, że powód, dla którego wszyscy jej tak pilnie strzegli, nie wynikał z fałszywej moralności.

Tato dawał przyzwolenie na seks przedmałżeński, zarówno jej, jak i swoim synom. U Darka przemieszkiwała jego dziewczyna – Grażyna Suska. Ponadto jakiś czas temu ojciec zaproponował Łukaszowi, aby nocował w ich domu, jeśli zasiedzi się w pracy do późna. I zapewne nie bez powodu oddał mu do dyspozycji sypialnię przylegającą do pokoju Darii. Ona zdecydowanie wolała pozostawać z nim w koleżeńskich relacjach, więc gdy Łukasz nocował w ich domu, brała nocne dyżury.

Jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali[1] – przemknęło przez myśl Marka. Ten cytat towarzyszył mu przez całe życie, był jego życiowym mottem.

Jeśli miało się mało interesującą fizjonomię, a na domiar złego wadę wymowy, którą ktoś postronny mógł uważać za zabawną, nie można było sobie pozwolić na to, aby się ośmieszać – przeklęte seplenienie musiało schodzić na dalszy plan. Ludzie czuli do niego respekt i szacunek. Poprzez wzbudzanie strachu mogli rządzić jedynie głupcy, a on zdecydowanie do głupców nie należał. Wychowany w surowości, najmłodszy z czwórki rodzeństwa, jedyny syn – musiał dostosować się do zasad rządzących w jego świecie.

Na widok Marka kilka osób wstało, lecz pokazał niedbałym ruchem dłoni, że zebranie ma być kontynuowane bez zakłóceń. Przycupnął z tyłu na jednym ze składanych krzeseł, skąd spokojnie wysłuchał referatu o nowych metodach pozyskiwania klientów.

Stłumił ziewanie – prelegent był wyjątkowym nudziarzem, przemawiał monotonnie, a na dodatek każde zdanie okraszał niezwykle irytującymi wstawkami typu: „yyy”. Marek zdawał sobie sprawę z tego, że swoboda wypowiedzi nie jest cechą, która została dana każdemu tak po prostu. Nim osiągnął obecny poziom wysławiania, przez wiele lat uczestniczył w zajęciach z logopedą. Nadal nieco seplenił, lecz przynajmniej nie miał tej denerwującej maniery. Pomyślał ponadto, że gdy następnym razem zdecyduje się na udział w imprezie integracyjnej, zadba, aby część merytoryczna była urozmaicona chociaż odrobiną humoru.

Referat dobiegł końca, Marek został poproszony o wygłoszenie opinii. Ponieważ już wcześniej zapoznał się z tekstem przedmówcy, wskazał kilka słabych punktów. Następnie polecił współpracownikom, aby podzielili się na małe grupki i przedstawił im zadania do wykonania. Mieli na nie czterdzieści osiem godzin. Zostawił ich w samym środku burzy mózgów i chyłkiem opuścił salę konferencyjną.

Za drzwiami przystanął na chwilę, zastanawiając się, co robić dalej. Zgodnie z planem pierwotnym miał brać czynny udział w „zabawie”, lecz w drodze do hotelu zmienił zamiar. Wolał jak zwykle pozostać na uboczu. Misja, którą miał do wykonania, i tak zostanie doprowadzona do finału.

I jak teraz zagospodarować wolny czas?

Remigiusz Więcek, jego najbliższy współpracownik, miał dojechać rano – w Krakowie zatrzymały go ważne sprawy. Marek żałował, że nie ma przy sobie przyjaciela. Mogliby razem wypić piwo, choć bardziej prawdopodobnym było, że zostawiłby Remka w sali konferencyjnej, aby ten na gorąco notował obserwacje z poczynań uczestników imprezy, a on i tak spędziłby ten wieczór samotnie.

Zapadła noc. Przez okno zobaczył olbrzymią, srebrną tarczę księżyca, zawieszoną bardzo nisko nad drzewami okalającymi jezioro. Mężczyzna uznał, że ten widok wart jest uwiecznienia. Wbiegł po schodach na piętro, do przydzielonego mu pokoju. Wyłuskał z torby lustrzankę Canona. Wyszedł na korytarz, a następnie w pośpiechu zbiegł na dół, do hallu, i ruszył w stronę wyjścia. Miał nadzieję na zrobienie ciekawych zdjęć – fotografowanie było jego życiową pasją.

Wychodząc, spojrzał w stronę recepcji, aby sprawdzić, czy w malowniczo położonym hotelu czuwa w godzinach wieczornych ktoś, kto w razie czego mógłby otworzyć drzwi, gdyby zbyt długo zabawił na robieniu zdjęć. W tej krótkiej chwili ponownie zobaczył kelnerkę, a raczej mignął mu przed oczami płomień rudych włosów oswobodzonych z koka i puszczonych na ramię luźno splecionym warkoczem.

Zamiast ruszyć w stronę wyjścia, podszedł do recepcji. Coś znacznie silniejszego od podszeptów zdrowego rozsądku pchało go ku dziewczynie.

– Dobry wieczór. Znowu się spotykamy – zagadnął.

Nieznajoma podniosła znad książki wielkie zielone oczy.

Uśmiechnęła się do niego.

– Witam ponownie. Nie powinien pan być na prelekcji? – wyraziła zdziwienie. Wiedziała, że salę zarezerwowano do dwudziestej drugiej, później dla uczestników imprezy zaplanowano zabawę w pubie.

– Powinienem, lecz dałem nogę. – Jego słowa zabrzmiały niemalże jak wypowiedź chłopca, który nabroił, ale ma nadzieję, że kara go ominie. – To było koszmarnie nudne. Zjazd integracyjny to prawdziwy cyrk, wszyscy prześcigają się w podlizywaniu, każdy tylko patrzy, aby wykopać dołek pod innymi i osiągnąć maksimum korzyści. Nie znoszę tego – stwierdził oględnie. Nie widział powodu, aby opowiadać jej o swojej roli w tym wszystkim.

– Miło słyszeć, że pan nie planuje kopania dołków. Ja także tego nie lubię, irytuje mnie wazeliniarstwo. Proszę mi uwierzyć, że nawet w tak małym światku jak ten hotel, nie brak intryg i mataczenia.