Dom lalekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książki Edyty Świętek, które ukazały się

w Wydawnictwie Replika

Saga SPACER ALEJĄ RÓŻ

Cień burzowych chmur

Łąki kwitnące purpurą

Drzewa szumiące nadzieją

Szarość miejskich mgieł

Powiew ciepłego wiatru

NOWE CZASY

Nie pora na łzy

Przeminą smutne dni

Tam, gdzie rodzi się miłość

Tam, gdzie rodzi się zazdrość

Cienie przeszłości

Miód na serce

Noc Perseidów

Wszystkie kształty uczuć

Cappuccino z cynamonem

Zanim odszedł

Bańki mydlane


Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-55-3

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Spis treści

Prolog. Lalka

CZĘŚĆ I. ROZKWITAJĄCA RÓŻA

Rozdział 1. Kałuże i strugi deszczu

Rozdział 2. Echo przeszłości

Rozdział 3. Złociste promienie słońca

Rozdział 4. Wieczorny mrok

Rozdział 5. Przytulna ciemność nocna

Rozdział 6. Z głową w chmurach

Rozdział 7. W porywach wiatru

CZĘŚĆ II. DRŻENIE PŁATKÓW

Rozdział 8. Chwile niepokoju

Rozdział 9. Trudne rozmowy

Rozdział 10. Chaos

Rozdział 11. Bliskie osoby

Rozdział 12. Niepewność

Rozdział 13. Zdemaskowany

Rozdział 14. Kojące objęcia

Epilog. Lalki

Wydawnictwo Replika poleca

Prolog

Lalka

Pojedyncze płatki śniegu okrywały miękką pierzynką stojące na parkingu samochody. Zima próbowała nieśmiało przypomnieć o swoim władaniu przyrodą, lecz było zdecydowanie zbyt ciepło, by zdołała na stałe zagościć w Olkuszu.

No i dobrze – westchnęła Anita Daniewska, myśląc o losie swoich czworonożnych podopiecznych.

Odkąd zamieszkała na osiedlu Młodych, usiłowała regularnie dokarmiać bezpańskie kociaki, które przyłaziły pod jej balkon. Żałowała nieboraków, ale nie mogła sobie pozwolić na zabranie zwierzątek do domu, ponieważ umowa najmu mieszkania wykluczała taką możliwość.

Anita szła niespiesznie chodnikiem, zmierzając w stronę parkingu. Już widziała własne auto, z którego często pokpiwała i które zwykle w rozmowach z przyjaciółką określała jako ferrari. Tak naprawdę z ekskluzywną marką łączyła je tylko jedna cecha, a mianowicie piękna, agresywna czerwień, która sprawiała, że stary lanos był doskonale widoczny w niemalże każdych warunkach atmosferycznych.

Do rozpoczęcia dniówki Daniewskiej pozostało jeszcze mnóstwo czasu. Tego popołudnia miała na czternastą. Wolała jednak wyjść z domu nieco wcześniej, zakładała bowiem znaczne korki na ulicach. Ostatnie dość łagodne zimy sprawiły, że kierowcy kiepsko radzili sobie za kierownicą podczas opadów śniegu. Zdążyli odwyknąć od oblodzonych jezdni i innych utrudnień.

Blacharze znowu będą mieli pełne ręce roboty – pomyślała.

Nagle coś przykuło jej uwagę.

– A co to? – wyraziła na głos zdziwienie, widząc na masce wysłużonego samochodu podłużny karton po butach. Albo z butami.

Być może jakaś kobieta wysiadająca z sąsiedniego pojazdu przez gapiostwo zostawiła swoje czółenka. Anita wyciągnęła dłoń i uchyliła wieczko, aby sprawdzić zawartość. Wewnątrz nie znalazła damskich szpilek, co sugerował obrazek umieszczony z boku, lecz wyglądającą na nową lalkę Barbie. Zabawka prezentowała się zupełnie zwyczajnie, a prócz niej wewnątrz opakowania nie było absolutnie nic więcej. Daniewska spojrzała wokół, lecz nie dostrzegła nigdzie potencjalnej właścicielki.

Pewnie zgubiła ją jakaś dziewczynka.

Włożyła zabawkę do pudełka, by nie zniszczył jej śnieg. Odłożyła karton wraz z zawartością na pobliską ławkę, licząc na to, że zguba trafi w odpowiednie ręce. Potem wsiadła do lanosa i nie poświęcając więcej uwagi tej sprawie, opuściła parking.

Dlaczego nie zabrała lalki? Przecież była dla niej – przeszło przez myśl osobie przypatrującej się temu z niewielkiej odległości.

CZĘŚĆ I

ROZKWITAJĄCA RÓŻA

Rozdział 1

Kałuże i strugi deszczu

Za oknem siąpił deszcz. Niemrawo. Kropla po kropelce. Monotonnie. Był zdecydowanie zbyt drobny, aby bębnić o blaszany parapet, lecz wystarczająco uporczywy, by wywołać stan poirytowania. Albo migrenę, która sygnalizuje nadejście delikatnym ćmieniem w skroniach, a następnie przynosi nieznośny ból i mroczki wirujące przed oczami.

Znowu się ślimaczy – pomyślała Anita, spoglądając przez umieszczone pod sufitem okno na fragment rozmytego, przedwiosennego pejzażu. Nie lubiła tej pory roku, choć nawet paskudna pogoda stanowiła sygnał, że niebawem nadejdą cieplejsze dni, a drzewa przywdzieją miłą dla oczu zieleń. Na razie jednak było zbyt brzydko i ponuro, by z optymizmem wyczekiwać przyjemniejszej aury.

Kobieta z westchnieniem przeniosła wzrok na zegar ścienny. Dochodziła dziewiętnasta. Do zakończenia pracy zostały jeszcze trzy godziny, zapowiadające się dość nudno, mimo że kiepskie warunki atmosferyczne nie zniechęciły stałych bywalców klubu fitness do skorzystania z siłowni. Wyznawcy kultu pięknej sylwetki pracowicie rzeźbili ciała za pomocą bądź to skomplikowanych urządzeń, bądź to zwyczajnych hantli, czajników i innych sprzętów. Dzień jak co dzień, z tą różnicą, że nie było tłoczno. Aura na pewno odstraszyła mniej wytrwałych osobników.

Nie przyszła na przykład długowłosa pannica o pociągłej, końskiej twarzy, zaglądająca zazwyczaj popołudniami. Anita, która zawodowo udzielała instruktażu osobom ćwiczącym oraz odpowiadała za zachowanie bezpieczeństwa i porządku w salach do ćwiczeń, już kilkakrotnie zwracała dziewczątku uwagę, że włosy winny być starannie spięte, a najlepiej zaplecione w warkocz, gdyż mogą zostać wciągnięte przez jakiś przyrząd, a potem będzie płacz. Pustogłowa lala ignorowała napomnienia i zawsze nosiła rozwichrzoną fryzurę, choć zdaniem Anity szału nie było: cienkie, dość rzadkie kosmyki miały nieciekawy mysi kolor zbliżony do blondu. Widać jednak ich właścicielka nad własne bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek przedkładała chęć wywierania wrażenia na ćwiczących wokół mężczyznach. Wdzięczyła się do nich ile wlezie, prezentowała skądinąd niezłą figurę, choć ćwiczyła kiepsko. Postura Vanessy zdecydowanie była zasługą natury, która nadała ciału harmonijne kształty. Daniewska i jej zmiennicy wychodzili z założenia, że w rzeczywistości jedynym celem dziewczyny jest poderwanie jakiegoś muskularnego przystojniaka. Nie przypadkiem wybierała sobie bowiem do ćwiczeń miejsca sąsiadujące z urządzeniami wykorzystywanymi przez atrakcyjnie zbudowanych chłopaków.

– Taa… Jakby to było możliwe na siłowni – pokpiwała często Anita.

Zasadniczo mężczyźni przychodzący w takie miejsca skupieni byli na swoich bicepsach, tricepsach i przyległościach, a nie na podrywie. W pocie czoła pracowali nad poszczególnymi partiami wypielęgnowanych ciał i jedyny widok, jaki wzbudzał ich zainteresowanie, to własne lustrzane odbicie. Gra mięśni pod skórą. Lśniące krople potu. Uwypuklone żyły. To było królestwo testosteronu, lecz w tym przypadku bez korzyści dla kobiet. Rządził narcyzm.

Owszem, podrywacze również tutaj się trafiali, lecz oni nie poszukiwali dziewcząt pokroju Vanessy, zwanej dość dosadnie przez stałych bywalców Pustakiem.

Anita zdusiła ziewnięcie. Brak takiej postaci jak to głupiutkie dziewczątko pogłębiał uczucie nudy. Gdyby przyszła, byłoby przynajmniej na czym zawiesić wzrok. Może podsunęłaby też powód do śmiechu.

 

Rzut oka na zegar utwierdził instruktorkę w przekonaniu, że tego dnia nawet wskazówki są nadzwyczaj opieszałe. Podobnie jak krople deszczu spływające leniwymi zygzakami po szybach.

Nudę przerwało stukanie drewniaków o posadzkę z gresu. Daniewska nie musiała zerkać w stronę korytarza, by odgadnąć, kto nadchodzi. Kiedy jednak wychyliła się lekko, dostrzegła szatynkę o ładnej twarzy.

– Co tam, Mariolka? – zagadnęła przyjaciółkę. – Nie możesz usiedzieć w recepcji?

– Nuda – westchnęła przeciągle dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu brązowych oczu. – Poprosiłam Czesia, by mnie chwilę zastąpił. Nie dość, że mam parszywe skurcze łydek, to jeszcze łeb mi pęka! Poratujesz cierpiącą jakimś proszkiem? – Łypnęła błagalnie na Anitę.

– Wiesz, że unikam piguł – przypomniała instruktorka. – Ale poczekaj chwilę, zerknę, czy nie mam czegoś w szafce. Mnie też ćmią skronie.

– Błagam, szukaj. Ból głowy to zdecydowanie za dużo jak na dzień, gdy zespół niespokojnych nóg tak bardzo daje mi w kość – jęknęła Mariola, pakując do ust palec wskazujący prawej ręki.

– Nie obgryzaj – skarciła ją koleżanka i naturalnym, wypracowanym przez lata odruchem pacnęła Karolczykową w dłoń. – Masz z tym skończyć, pamiętasz?

Przysadzista recepcjonistka pokazała jej język.

– Myślisz, że to takie proste?

Od dawna wszelkimi sposobami próbowała zapanować nad odruchem obgryzania paznokci. Przetestowała już chyba wszystkie dostępne metody. Smarowała palce gorzkim żelem, nakładała u manikiurzystki tipsy na nędzne resztki tego, co uniknęło kontaktu z zębami, odwracała swoją uwagę pogryzaniem paluszków, paleniem papierosów i dziesiątkami bzdur, pogłębiającymi poczucie bezsilności. Fajki stanowiły bowiem drugi po obgryzaniu nałóg, który przyjaciółka próbowała u niej wyplenić, a zajadanie różnych drobnych przekąsek zaowocowało niemałą nadwagą. Ucieleśnienie fitnessu, mawiała sama o sobie kpiąco.

Anita zostawiła koleżankę i zajrzała na zaplecze. Po chwili wróciła z aspiryną oraz szklanką wody.

– Proszę. To powinno wystarczyć. A co do niespokojnych nóg, to lepiej zrób analizy krwi. Na moje oko możesz mieć niedobory potasu lub magnezu, stąd ta przypadłość.

– Matko-sałatko! Życie mi ratujesz – odetchnęła uszczęśliwiona Mariola i natychmiast łyknęła tabletkę. – Robiłam już badania. Wszystkie wyniki mam w normie. Lekarz powiedział, że muszę jakoś z tym żyć. A ty? Dajesz radę? – zapytała, oddając szkło.

– Ledwo zipię z nudów. Jak nie ma treningów personalnych, to przy takiej pogodzie idzie zwariować.

Aktualnie w siłowni przebywali jedynie ci, którzy świetnie sobie radzili z ćwiczeniami i nie potrzebowali pomocy lub instruktażu. Nie mieli także problemów z odkładaniem na miejsce niepotrzebnych akcesoriów. Rola Anity polegała więc wyłącznie na przyjmowaniu bloczków od osób wchodzących na salę treningową. Kobieta zdecydowanie wolała, gdy panował większy ruch. Przynajmniej wtedy nie było nudno. Owszem, czasami występowały irytujące sytuacje, ponieważ niektórzy użytkownicy zostawiali po sobie bałagan – widać dla tych herosów odłożenie na miejsce sztangi, czajników lub skakanek stanowiło zbyt wielki wysiłek. Ale można też było pokpiwać z Pustaka i jej podobnych idiotek. Albo pomóc komuś, kto dopiero zaczynał przygodę z ćwiczeniami i nie najlepiej dawał sobie radę: tutaj poprawić ułożenie rąk, tam skorygować kąt pochylenia sylwetki, napomnieć, by delikwent nie podnosił ciężarów z maksymalnie wyprostowanymi stawami.

– Jeszcze dwie i pół godziny. Trzeba wytrzymać. A potem wio do domu.

– Jakieś plany na później? – zagadnęła Mariola.

– Ściskanie jaśka – parsknęła instruktorka. – Najpierw lektura do poduchy, a następnie uderzam w kimono.

– W piątkowy wieczór? Babo! – Przyjaciółka skarciła ją z żartobliwym oburzeniem. – A gdzie imprezy, faceci i wszystkie atrakcje, na jakie mogą sobie pozwolić wyłącznie singielki?

Anita spojrzała na nią z politowaniem.

– Daj spokój. Już z tego wyrosłam.

– Ha, ha, ha! Gdybym wzięła rozwód, używałabym ile wlezie. Marzę o tym, żeby na jedną noc posłać moją zgraję na księżyc i balować do rana jak za starych, dobrych czasów.

– A ja myślałam, że mamuśki marzą o tym, żeby posłać rodzinę na księżyc, a pod nieobecność bliskich zatonąć w błogim lenistwie – skwitowała rozwódka.

– Dobre sobie! Dzięki za ratunek! – Mariola kiwnęła głową w stronę przyjaciółki. – Mogę ci dać w rewanżu pączka. Zostały mi dwa, chcesz? – zaproponowała, lecz Anita od razu wzdrygnęła się z wyrazem takiego obrzydzenia, że koleżanka parsknęła śmiechem. – Nie wiesz, co tracisz!

– Ależ oczywiście, że wiem – odparła instruktorka. – Ciasto z milionem kalorii usmażone w smalcu. Brr! – Skrzywiła się wymownie.

– Dobra, spadam do siebie. Oczywiście wracamy razem do domu? Narka!

Nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, odeszła w stronę recepcji. Instruktorka z przyzwyczajenia obrzuciła jej sylwetkę uważnym spojrzeniem.

Taa… tutaj potrzeba trochę ćwiczeń i diety zamiast pączków – przemknęło jej przez myśl. Nie do końca złośliwie, gdyż Mariola Karolczyk bezsprzecznie była jej bratnią duszą – bliższą niż rodzona siostra. Bliższą nawet niż Filip w czasie narzeczeństwa, a później niezbyt udanego związku małżeńskiego.

– Narka – bąknęła, choć koleżanka już dawno zniknęła za zakrętem korytarza.

Zlustrowała salę ćwiczeń, w której wyraźnie się przerzedziło. Z zadowoleniem odnotowała panujący tam nienaganny porządek. Rutynowo przeszła pomiędzy trenującymi, lecz jej pomoc była tego dnia zbyteczna. Wróciła więc na fotel, zasiadła wygodnie i sięgnęła po lekturę.

Lubiła czytać. Nie ograniczała się wyłącznie do periodyków związanych z dietą czy ćwiczeniami. Uważała, że o zwoje mózgowe należy dbać z nie mniejszą starannością niż o ciało. Z przyjemnością pochłaniała beletrystykę. Kochała zwłaszcza rodzimych autorów – zarówno współczesnych, jak i klasyków. Taki Dołęga-Mostowicz przykładowo. Niby żył i tworzył przed niemalże stuleciem, a jego dzieła uważała za aktualne do dzisiaj. Pochłaniała jego powieści w każdej wolnej chwili. Uwielbiała także Reymonta. Oczywiście sięgała też po młodych polskich pisarzy, z zadowoleniem przebierając w bogatej i różnorodnej ofercie wydawniczej.

Mariola niejeden raz pokpiwała z Anity, twierdząc, że minęła się z powołaniem i zamiast wskazywać kierunek osobom rzeźbiącym ciała, powinna raczej zabiegać o rozwój intelektualny ludzkości, pracując w bibliotece. Rzeczywiście byłoby to dużo stosowniejsze zajęcie dla tak wyciszonej kobiety.

Upodobanie do literatury pomagało Daniewskiej przetrwać w najtrudniejszych chwilach życia, a tych, niestety, nie brakowało.

Przyszła na świat w na pozór zwyczajnej olkuskiej rodzinie: ojciec, matka i dodatkowo jedna starsza siostra. Ratajowie mieszkali w maleńkim, dwupokojowym domku z cegły zlokalizowanym na obrzeżach miasteczka, czyli w Starym Olkuszu, przy ulicy Pomorskiej. Wiedli cichy i skromny żywot, z trudem dopinając domowy budżet.

Pan domu, Michał, przez wiele lat zatrudniony był w fabryce naczyń emaliowanych, a gdy dopadła go fala zwolnień grupowych, znalazł pracę w charakterze stróża. W czasach fabrycznych tyrał w czterobrygadowym systemie zmian i w związku z tym niewiele czasu spędzał z żoną i córkami.

Aldona była recepcjonistką w biurze. Wprawdzie chodziła tam na jedną zmianę, ale zarabiała marne grosze. Brakowało jej przebojowości i ambicji, by poszukać czegoś atrakcyjniejszego. Reprezentowała klasyczny typ nieśmiałej, cichej myszki, która zawsze pozostaje w cieniu. Będąc młodą kobietą, rzadko dokądkolwiek wychodziła. Nad imprezy w gronie przyjaciół przedkładała spokojne wieczory w domu. W takiej sytuacji trudno o poznawanie potencjalnych kandydatów na męża. Choć marzyła o posiadaniu dzieci, nie robiła nic w tym kierunku. Zadowalała się zabawianiem siostrzeńców i była dla nich najlepszą ciocią na świecie.

Lata mijały, a Aldona – ku rozpaczy rodziców – pozostawała w stanie panieńskim. Z godnością znosiła wszystkie uwagi, jakie robili na ten temat bliscy, przekonani, że założenie rodziny jest jedynym sposobem na szczęśliwe życie. Zapewne spędziłaby resztę swoich dni jako stara panna, gdyby kuzynka Maria nie umówiła jej któregoś dnia na randkę ze starszym o dziesięć lat bezdzietnym rozwodnikiem.

Aldona i Michał nie potrzebowali zbyt dużo czasu, by stwierdzić, że właściwie mogliby resztę życia spędzić razem. To uwolniłoby ich od konieczności wysłuchiwania komentarzy na temat stanu bezżennego, który jakoś tak wszystkich dokoła kłuł w oczy. Nie najmłodsi małżonkowie szybko postarali się o powiększenie rodziny – nie było na co czekać, gdyż przyszły ojciec był już dobrze po czterdziestce. Aldona z ekscytacją oczekiwała na maleństwo, bowiem uwielbiała dzieci.

O ile stan błogosławiony przebiegał prawidłowo, to w czasie porodu, który nastąpił nieco ponad dwa tygodnie po wyznaczonym terminie, nastąpiły poważne komplikacje. Niewiele brakowało, a Aldona i jej córka nie przeżyłyby rozwiązania. Lekarze zaciekle o nie walczyli. Ostatecznie noworodek otrzymał zaledwie trzy punkty w skali Apgar. Był tak bardzo niedotleniony, że aż posiniał i potrzebował specjalistycznej pomocy.

Tamten czas powracał w późniejszych wspomnieniach Aldony niczym koszmarny sen. Godziny, dni i tygodnie odmierzane były kolejnymi wizytami w szpitalach i ośrodkach zdrowia oraz rozpaczliwą walką o zdrowie niemowlęcia. Dopiero po upływie kilku miesięcy stan małej został ustabilizowany na tyle, by lekarze orzekli, że największe zagrożenie minęło. Córka będzie żyć, lecz problemy okołoporodowe pozostawiły trwałe zmiany w jej mózgu.

Pani Ratajowa odetchnęła wtedy z nieznaczną ulgą. Jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę, jak wiele zmartwień przysporzy jej ta wiadomość. I że tak naprawdę jedni specjaliści zostaną zastąpieni innymi. Już nie neonatolodzy czy pulmonolodzy, lecz logopedzi, psycholodzy i neurolodzy będą sprawowali pieczę nad dzieckiem. W tamtej chwili przeważała radość. Ze wszystkich wypowiedzi doktorów docierały do niej wyłącznie słowa o tym, że minęło ryzyko utraty dziecka. Zresztą początkowo nikt nie potrafił precyzyjnie określić, na ile komplikacje porodowe wpłyną na przyszłość jej ukochanej córki.

Pewne pocieszenie dla strapionej matki stanowiło to, że Urszulka była śliczna niczym lalka. Miała uroczą buzię o wielkich niebieskich oczach. Natura obdarzyła ją pięknymi włosami w kolorze jasnego blondu oraz godną pozazdroszczenia nieskazitelną cerą pozbawioną piegów czy jakichkolwiek znamion lub krost. Och! Jakże tu nie kochać takiego rozkosznego skarbu? Jak nie walczyć o to, by życie nie zgasło w tym maleńkim cudzie natury? Córcia tak bardzo zachwycała urodą, że pracownicy szpitala często podchodzili do inkubatora, aby zobaczyć maleńką. Dziewczynkę porównywano do rozkosznego aniołka. Na pierwszy rzut oka nie można było z jej twarzy wyczytać niedostatków intelektualnych, które wychodziły na jaw dopiero z upływem czasu. Nawet w kolejnych latach życia nierozgarniętą i ociężałą Ulę cechowała wyjątkowa uroda, i trochę czasu upływało, nim przebywająca z nią osoba odkrywała te wszystkie braki. Prawda wychodziła na jaw podczas rozmowy. Z pustego, tępego spojrzenia. Albo z ust, zastygających w wiecznie zdziwionym wyrazie. Ewentualnie z całej postaci – jakiejś takiej niezgrabnej, topornej, pozbawionej choćby krzty wdzięku.

Rok po Urszuli przyszła na świat Anita. Aldona, która już zdążyła zaznać problemów związanych z macierzyństwem, odczuwała paniczny strach na myśl, że następny potomek także przysporzy jej utrapień. Bardzo kochała pierworodne maleństwo, przelała na nie całą miłość, jaką nosiła w sercu, ale nie wyobrażała sobie kolejnych trudów rodzicielskich. Nie chciała i nie planowała drugiej ciąży – po prostu doszło do niej przez chwilę nieostrożności. Od samego początku kobieta uważała, że wzrastające w niej nowe życie jest intruzem i zbędnym ciężarem.

Jakież było przygnębienie Ratajowej, gdy po raz pierwszy zobaczyła drugą córkę! Bo nie dość, że wolałaby chłopca, a los obdarował ją dziewczynką, to jeszcze młodsze dziecko było wyjątkowo pokraczne i brzydkie! Tuż po porodzie włożono jej w ramiona chudzielca o pomarszczonej buzi i garbatym nosku. Z biegiem lat wygląd Anity nie uległ poprawie. Rysy twarzy dziewczynki nabrały jeszcze większej ostrości. Pozostała chuda, drobna i jakaś taka mysia. Jej włosy, usta i oczy miały bliżej nieokreśloną barwę. Ni szarą, ni beżową. Na garbatym nosie wyskoczyły piegi. Przez cienką, pergaminową skórę prześwitywały żyłki i wyraźnie rysowały się kosteczki. Coś okropnego!

 

Choć lekarze tuż po porodzie zapewniali Aldonę, że wszystko jest w najlepszym porządku, ponieważ ma zupełnie zdrowego potomka, ona żywiła do tego maleństwa jakąś wewnętrzną niechęć i nie potrafiła pokochać go równie mocno, co pierworodną córkę.

Tak więc Anita od pierwszych chwil życia była w rodzinie kimś gorszym i nie do końca chcianym. Egzystowała z tym piętnem przez całe dzieciństwo i późniejsze lata nastoletnie. Świadomość, że jest dla rodziców dodatkowym ciężarem, była jeszcze jedną kroplą w potężnej czarze goryczy, jaką uzbierała z wylanych łez. To wszystko rzutowało na decyzje dorosłej kobiety, która w gębi duszy nadal pozostawała odtrąconym brzdącem.

Wskazówki zegara dobrnęły do godziny dwudziestej drugiej. Daniewska z ulgą pomaszerowała do szatni. Zrezygnowała z prysznica – tego dnia w ogóle nie prowadziła treningów personalnych, więc nie miała kiedy się zgrzać. Zdążyła raczej przemarznąć do szpiku kości i jedyne, o czym marzyła, to powrót w domowe pielesze oraz długa kąpiel rozgrzewająca.

Kiedy tylko było to możliwe, jeździły do pracy razem z Mariolą. Tego dnia dyżur za kółkiem przypadł Anicie, więc trenerka z góry wiedziała, że zanim zanurzy się w wannie z wodą, minie dobre dziesięć minut więcej niż zazwyczaj.

– Ależ parszywie! – jęknęła Karolczykowa, gdy na moment przystanęły pod zadaszeniem osłaniającym wejście do klubu.

Porywisty wiatr chlasnął ich twarze zimnymi kroplami.

– Poczekaj tutaj, lecę po auto! – rzuciła Daniewska.

Dygocąc z zimna, pobiegła w strugach ulewnego deszczu do zaparkowanego kilkadziesiąt kroków dalej samochodu. Dość przemoczona wsiadła za kółko. Była tak roztrzęsiona, że przez chwilę miała problem z trafieniem kluczykiem do stacyjki.

Obym nie złapała przeziębienia – przemknęło jej przez myśl.

Zanotowała w pamięci, że dobrze byłoby wypić na noc gorącą wodę z miodem i cytryną. Może też powinna zjeść kilka ząbków czosnku. Lepsze to niż wszystkie aspiryny świata i na pewno zdrowsze. Unikała zażywania pigułek. Drażniła ją polityka koncernów farmaceutycznych, które wszelkimi sposobami usiłowały zrobić z Polaków naród lekomanów. Gdy rozgłośnie radiowe zaczynały nadawanie pasma reklamowego, natychmiast zmieniała kanał, by nie wysłuchiwać zachwytów nad wszelkiego rodzaju medykamentami, mającymi zapewnić ludziom zdrowie, urodę, potencję czy spokojny sen. Czasami pokpiwała sobie, że tak właściwie żadna funkcja życiowa nie może teraz istnieć bez udziału odpowiednich tabletek, które rzekomo wspomagały człowieka, począwszy od życia prenatalnego, aż do śmierci. Bo nawet tę ostatnią można odpowiednio stymulować.

Pastylki na seks, na nerwy, na wszelakie bóle, na sranie i na kichanie – zżymała się w duchu.

Nareszcie przekręciła kluczyk. Pod maską wysłużonego lanosa zamruczał przyjemnie silnik. Włączyła światła, uruchomiła wycieraczki. W myślach pogratulowała sobie przezorności. Kiedy jeszcze była żoną Filipa, kategorycznie zaprotestowała przeciwko jego pomysłowi kupna nowego samochodu na kredyt. Gdyby zrealizował swoje pragnienie, zostałaby bez środka transportu, ponieważ eksmąż na pewno zechciałby zabrać nabytek. A na utrzymanie dwóch pojazdów nigdy nie wyraziłby zgody, ponieważ był nieprawdopodobnym dusigroszem.

Bezzwłocznie ruszyła w stronę wejścia, aby zgarnąć przyjaciółkę.

Reflektory skręcającego samochodu omiotły drzewa rosnące obok parkingu. Nagle wzrok Anity zarejestrował postać ukrytą pod rozłożystym, lecz wciąż pozbawionym liści klonem. Wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy, ale zdążył ogarnąć ją strach, gdyż wyglądało to dość upiornie. Mimo mroku zauważyła kaptur i wynurzającą się spod niego bladą twarz. Rysy zostały rozmyte przez strugi deszczu, spływające po szybie, co sprawiło, że człowiek ten ją przeraził. Kimkolwiek był, miał na sobie jakąś pelerynę przeciwdeszczową, która odbijała słabe światło rzucane przez pobliską latarnię. Porywisty wicher targał kapotą na wszystkie strony. Daniewską zdumiewało, że ktoś ma ochotę tkwić podczas ulewy w takim miejscu. Wszak niedaleko znajdowało się zadaszone wejście do klubu fitness. Tam spokojnie można byłoby znaleźć schronienie.

Wycieraczka zagarnęła wodę z szyby samochodu, dekoncentrując na moment Anitę. Kiedy kobieta ponownie spojrzała pod drzewo, nikogo tam nie dostrzegła. Przez jej plecy przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Odetchnęła nerwowo.

Przywidziało mi się – stwierdziła, gdy po chwili odzyskała jasność myśli. Pewnie to była jakaś nisko zwisająca gałąź, która chybotała na wietrze.

Przestała zaprzątać sobie głowę tym drobiazgiem. Wróciło pragnienie ciepłej kąpieli i małej lampki wina. Podjechała w miejsce, gdzie stała przyjaciółka, i poczekała, aż ta wsiądzie do samochodu.

– Co tak długo? Myślałam już, że uświerknę, stojąc pod tą cholerną wiatą. Zacina z każdej strony – narzekała Mariola, zapinając pasy.

– Widziałaś człowieka pod drzewem? – zapytała Anita.

– No co ty? Jakiego człowieka? – wyraziła zdziwienie. – Nikt normalny nie tkwiłby na skwerze, gdy z nieba pizga złem.

Faktycznie uległam jakiejś iluzji. Pewnie ze zmęczenia. Późno już, jestem śpiąca, a na domiar złego znowu zaczynają mnie ćmić skronie.

Zanim po powrocie do domu Daniewska spełniła marzenie o wannie z gorącą wodą i innych przyjemnościach, wyszła jeszcze na balkon, by napełnić miseczki dla bezdomnych kotów. Ledwo zaczęła szeleścić opakowaniem z suchą oraz saszetkami z mokrą karmą, na podest wskoczył pierwszy, najodważniejszy rudy kocur, który zwykł nocować w piwnicy. Po chwili dwa mniejsze kociaki wychyliły łebki z budki stojącej w kącie.

– Zgłodniałyście, biedactwa, co? – zagadnęła do podopiecznych.

Rudzielec otarł się o jej łydki, a potem przystąpił do pałaszowania posiłku.

Anita wyciągnęła dłoń i ostrożnie pogładziła go po grzbiecie. Nie uciekł, choć czasami bywał płochy. Widać głód wziął górę nad strachem.

Zwierzaki nie należały do Anity, mimo że niektóre z nich nocowały czasami na jej balkonie. Odkąd odszedł Filip, stanowiły dla niej jedyne towarzystwo. Czasami do Anity zaglądała Mariola, lecz robiła to nader rzadko, gdyż była pochłonięta rodziną i związanymi z nią problemami. Jeszcze rzadziej odwiedzali Daniewską krewni.

Samotność jest stanem, do którego łatwo przywyknąć. Czasami bywa tak naturalna, że wręcz przestaje się ją dostrzegać. Jeżeli ktoś całe życie spędza sam, bardziej dziwi go nagła obecność drugiej istoty obok niż permanentny spokój i pustka.

Jeśli nie liczyć Marioli, Anita należała właśnie do takich osób. Nawet małżeństwo z Filipem nie naruszyło w znaczący sposób jej małej stabilizacji. To był krótkotrwały incydent. Chwilowe zamieszanie, które w jej życiu zmieniło tylko tyle, że zaczęła używać innego nazwiska. Nie wróciła po rozwodzie do panieńskiego, gdyż nie miało ono dla niej większego znaczenia. Równie dobrze mogła nazywać się Daniewska, Rataj, Kowalska czy Nowak.

Nie chowała urazy do eksmęża. Pozostawał w sferze obojętności.

Anita dawno temu oswoiła samotność. W czasach małżeńskich wracała z pracy do pustego mieszkania. W czterech ścianach wynajętej kawalerki witała ją zwykle cisza. Niczym niezmącony spokój towarzyszył kobiecie przez resztę dnia, a czasami również nocą.

Filip, jako ratownik medyczny, pracował na zmiany. Często brał dodatkowe dyżury. Daniewscy nie należeli do zamożnych – żadne z nich nie miało kokosów ze swojej pracy, choć gdyby tylko Anita trochę się wysiliła, zapewne mogłaby znacznie więcej zarabiać.

Mąż wciąż marzył o posiadaniu rzeczy, które ona uważała za zbyteczne.

Po co im telewizor na pół ściany i różne cuda elektroniczne? Czy warto brać nadgodziny albo dodatkowe pół etatu w innej firmie i harować tylko po to, by mieć? By pochwalić się różnymi dobrami materialnymi przed najbliższą rodziną, kuzynem, kumplami męża… Filip często miał pretensje do żony, że nie chce dorabiać do pensji. A ona nie widziała w tym sensu. Czasami dochodziło do sprzeczek na tym tle, ponieważ Anita zdecydowanie wolała wydawać swoje zarobki na powieści lub poradniki niż na upragnione przez niego gadżety.

– Nie ma już ich gdzie trzymać! – utyskiwał, gdy przynosiła do domu kolejne tomiszcze.

Faktycznie, na trzydziestu metrach kwadratowych niewielkiego mieszkanka książki zajmowały sporo przestrzeni. Wypełniały szczelnie wszystkie półki, leżały na parapecie, można było znaleźć je nawet w kuchni. Kiedy Filip odszedł i zabrał ze sobą swój ukochany telewizor, Anita zamówiła dodatkowy regał. Mebel stanął w miejscu zwolnionym przez komodę, nad którą wcześniej wisiał odbiornik LCD. Od tamtej pory wieczornej lekturze, zamiast hałasu płynącego z głośników, towarzyszyła błoga cisza.

Nawet jeśli przez krótki moment rozwód zabolał – wszak Daniewska nie była do cna pozbawiona uczuć – szybko przeszła nad nim do porządku dziennego. Wychodząc za mąż, miała zupełnie inną wizję wspólnego życia, nie było więc nad czym lać łez.

Po jazgocie siłowni, gdzie ćwiczeniom towarzyszył ryk głośnej muzyki, gwarze miasta i hałasie ulicznym, spokój kawalerki był zbawienny. Anita z lubością wracała do domu. Zjadała lekką kolację, brała relaksującą kąpiel lub energetyzujący zimny prysznic – stosownie do potrzeb, a potem siadała w fotelu „uszaku” – jeszcze jednym meblu, który sprawiła sobie po rozwodzie – podwijała nogi pod siebie i potrafiła tak przesiedzieć długie godziny, czytając ulubione powieści. Nikt, kto znał ją wyłącznie z klubu fitness, nie uwierzyłby, że w ten sposób spędza każdą chwilę, gdy nie ćwiczy lub nie gotuje.

Gotować także lubiła, lecz i to stanowiło kość niezgody pomiędzy nią a ślubnym. Ona stawiała na zbilansowaną, zdrową i pożywną dietę, on wielbił bigos, krokiety i schabowego z kapustą.