PokusaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pokusa
Pokusa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Pokusa
Pokusa
Audiobook
Czyta Izabela Perez
21 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Pokusa

2  Podzię­ko­wa­nia

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 by Edyta Fol­war­ska

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Koor­dy­na­cja pro­jektu: Marta Kor­dyl

Redak­cja: Ewa Cha­ri­to­now

Korekta: Beata Tur­ska, Irena Pie­cha/e-dytor.pl

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: iStock by Getty Ima­ges

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-615-8

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Pokusa

– Naj­chęt­niej udu­si­ła­bym tego typa jego wła­snym kra­wa­tem. Co za cham i pro­stak! Czy ty sobie wyobra­żasz, że mnie zwy­zy­wał od głu­pich blon­dy­nek, takich z kawa­łów, co to jeź­dzić nie potra­fią?! A prze­cież mam brą­zowe włosy! Lekka przy­cierka, lekka! Jesz­cze się spóź­nię przez niego na roz­mowę o pracę. – Inez sie­działa w samo­cho­dzie i darła się wnie­bo­głosy do tele­fonu. Roz­ma­wiała ze swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką Sarą.

– Stara, współ­czuję ci, ale czy facet cho­ciaż przy­stojny?

– Taaa… Cze­kaj, bo stoi tutaj… Oddzwo­nię. – Roz­łą­czyła się i przy­stą­piła do odkrę­ca­nia szyby, która powoli sunęła w dół.

Na ten widok męż­czy­zna uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

– Tak? W czym mogę panu pomóc? – zapy­tała Inez, jak gdyby ni­gdy nic.

– Może by pani łaska­wie do mnie wyszła? Prze­pro­siła i wypeł­niła papiery? Roz­ma­wia­łem już z poli­cją, która powie­działa, że przy­je­dzie tutaj naj­wcze­śniej za pół­to­rej godziny. A ja nie mam tyle wol­nego czasu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


I pomy­śleć, że jesz­cze kwa­drans wcze­śniej Inez w cudow­nym nastroju prze­mie­rzała War­szawę swoim pierw­szym autem. Zło­tym mati­zem z sil­ni­kiem 0,9 litra, który przy jej cięż­kiej nodze wycią­gał na Tra­sie Toruń­skiej nawet 140 kilo­me­trów na godzinę. Trzy dni temu ode­brała prawo jazdy i nie zdą­żyła jesz­cze przy­kleić na tyl­nej szy­bie zie­lo­nego liścia sym­bo­li­zu­ją­cego świe­żego kie­rowcę. Za kół­kiem od razu poczuła się jak ryba w wodzie, wręcz jak Kubica. Na poma­rań­czo­wym przy­śpie­szała. Lubiła wyprze­dzać, choć cza­sem mie­wała pro­blemy ze zna­jo­mo­ścią zna­ków dro­go­wych. Czy mogła się spo­dzie­wać, że dzi­siaj, jadąc na naj­waż­niej­szą w swoim życiu roz­mowę, spo­wo­duje kraksę? O dwu­na­stej była umó­wiona w naj­więk­szym pol­skim wydaw­nic­twie zaj­mu­ją­cym się nie tylko publi­ko­wa­niem ksią­żek, ale także cza­so­pism o cele­bry­tach.

Do celu bra­ko­wało jej rap­tem sze­ściu kilo­me­trów, czyli około dwu­na­stu minut. I wszystko byłoby okej, gdyby nie trzy­pa­smowe rondo, na które natra­fiła po dro­dze. Prze­ko­nana, że ze środ­ko­wego pasa bez pro­blemu zje­dzie w prawo, nie zauwa­żyła samo­chodu na zewnętrz­nym i ude­rzyła w jego drzwiczki od strony kie­rowcy.

Roz­legł się huk, a Inez wymam­ro­tała pod nosem: „O kurwa…!”. Na samo­cho­dach spe­cjal­nie się nie znała, zauwa­żyła tylko, że auto jest dłu­gie i lśnią­co­czarne. Zje­chała w naj­bliż­szą zatoczkę, a za nią poszko­do­wany kie­rowca. Zestre­so­wana miała wra­że­nie, że serce zaraz wysko­czy jej z piersi, ręce drżały jej bar­dziej niż na ust­nej matu­rze z angiel­skiego. Ale nie było rady, musiała zmie­rzyć się z pro­ble­mem.

Wysko­czyła z auta i spa­ni­ko­wana zaczęła oglą­dać uszko­dze­nia. Fak­tycz­nie, nie wyglą­dały dobrze.

Męż­czy­zna w czar­nym gar­ni­tu­rze i koszuli z cien­kim kra­wa­tem przy­glą­dał się jej w mil­cze­niu. Miał nie­sforne ciem­no­brą­zowe włosy, które zabaw­nie wyglą­dały w zesta­wie­niu z ele­ganc­kim ubio­rem. Chło­pięce dołeczki w policz­kach też nie bar­dzo paso­wały do suro­wej miny i posęp­nego spoj­rze­nia. Na oko zbli­żał się do czter­dziestki; wokół jasno­zie­lo­nych oczu było widać pierw­sze zmarszczki.

Prze­cze­sał dło­nią gęste włosy.

– Jak jeź­dzisz, kurwa?! – ode­zwał się.

A Inez zamu­ro­wało. Ata­ko­wana zawsze czuła bez­rad­ność. Wyba­łu­szyła więc tylko oczy i modliła się, żeby się nie roz­pła­kać.

– Obcas ci się w sprzę­gle zawie­ru­szył, że zamiast zwol­nić, przy­pie­przy­łaś we mnie? – cią­gnął. – Wiesz, ile będzie kosz­to­wać naprawa? No ja pier­dolę, całe drzwi do wymiany! Plus lakie­ro­wa­nie. Kobieto, czy ty wiesz, że felgi do porsche pan­amera kosz­tują kil­ka­dzie­siąt tysięcy? – Męż­czy­zna nie krył zde­ner­wo­wa­nia.

– Ja… Ja…

– Jeste­śmy w Pol­sce, więc mów po pol­sku! – wark­nął. – Dzwo­nię na poli­cję, należy ci się man­dat.

Wie­działa, że facet ma rację. Tak, popeł­niła poważny błąd. Ale man­dat w wyso­ko­ści kil­ku­set zło­tych był ostat­nią rze­czą, jakiej teraz potrze­bo­wała. Dopiero co zre­zy­gno­wała z pracy eks­pe­dientki w skle­pie z oku­la­rami, w nadziei że wresz­cie zosta­nie dzien­ni­karką, a tu nie­pla­no­wany wyda­tek!

Sytu­acja bar­dzo ją zestre­so­wała, ale jesz­cze bar­dziej zestre­so­wał ją facet, tak zabój­czo przy­stojny i tak cho­ler­nie ner­wowy. Inez zro­biło się naprawdę głu­pio. Było widać, że auto jest droż­sze od wynaj­mo­wa­nego przez nią małego miesz­ka­nia w cen­trum War­szawy, a gość wyglą­dał na boga­tego. Wysoki, dobrze zbu­do­wany, ewi­dent­nie cho­dzi na siłow­nię, pomy­ślała. Jed­nak cały urok odbie­rały mu cham­skie zacho­wa­nie i furia, która biła z jego oczu.

Była w takim szoku, że nie potra­fiła wykrztu­sić słowa. Zauwa­żył to nawet w pew­nym momen­cie Pan Porsche.

Ależ ze mnie kre­tyn. Prze­cież to jesz­cze dziecko, i do tego cał­kiem ładne, pomy­ślał Filip.

Inez fak­tycz­nie niczego nie bra­ko­wało, tylko zwy­czaj­nie w sie­bie nie wie­rzyła. Miała metr sześć­dzie­siąt dwa wzro­stu, ciem­no­brą­zowe pro­ste włosy i ala­ba­strową cerę pokrytą pie­gami, szcze­gól­nie licz­nymi na jej kształt­nym nosie. Jako dziecko ich nie zno­siła; nazy­wana przez rówie­śni­ków Pie­gu­skiem począt­kowo się wście­kała, a potem zamy­kała w sobie. Mama pocie­szała ją, że piegi pyłowe to cho­chliki, i zapew­niała, że z cza­sem znikną, jed­nak z wie­kiem tylko ściem­niały. Nato­miast zgrab­nej i szczu­płej syl­wetce trudno było cokol­wiek zarzu­cić. Kiedy prze­ra­żona Inez wysia­dła z auta, Filip omal nie dostał zawału, lecz wcale nie dla­tego, że się zezło­ścił. To prawda, ta dziew­czyna uszko­dziła jego uko­chane auto, na które haro­wał przez cały rok, ale jaka była cza­ru­jąca! A kiedy spoj­rzała na niego lśnią­cymi zie­lo­nymi oczami w opra­wie natu­ral­nie ciem­nych i gęstych rzęs, zakrę­ciło mu się w gło­wie. Nie wie­dział, jak się zacho­wać, więc zaczął krzy­czeć. Potem odszedł, by zadzwo­nić na poli­cję, a ona scho­wała się do samo­chodu, zapewne po to, żeby w ukry­ciu popła­kać. Zro­biło mu się jej żal. Dla­tego gdy dowie­dział się, że poli­cja przy­je­dzie dopiero za pół­to­rej godziny, posta­no­wił po bożemu spi­sać pro­to­kół szkody. Zwłasz­cza że naprawdę nie miał czasu.

– Jasne, prze­pra­szam – powie­działa Inez. – Czy ma pan może taki gotowy dru­czek do wypeł­nie­nia? Jeśli nie, to ja mam. Dosta­łam, jak odbie­ra­łam nie­dawno prawo jazdy.

– A kiedy było to nie­dawno? – zapy­tał zain­try­go­wany.

– Trzy dni temu. To moja pierw­sza tak daleka samotna wyprawa. – Uśmiech­nęła się, chcąc roz­luź­nić atmos­ferę, jed­nak męż­czy­zna nie odwza­jem­nił uśmie­chu.

Stał jak zahip­no­ty­zo­wany. W końcu wziął od niej dru­czek oraz dowód oso­bi­sty i sam wypeł­nił wszyst­kie pola.

– Oddaję. – Wrę­czył jej dowód. – Popro­sił­bym jesz­cze o numer tele­fonu, tak na wszelki wypa­dek. I za dwa dni koń­czy się pani OC, radził­bym opła­cić – dodał.

Kurka wodna, jesz­cze to! Na śmierć zapo­mnia­łam, pomy­ślała Inez, coraz bar­dziej spa­ni­ko­wana, że nie zdąży do wydaw­nic­twa na czas i cały plan legnie w gru­zach. A wtedy pozo­sta­nie jej wró­cić do rodzi­ców. Pocho­dziła z Rumii, małej miej­sco­wo­ści pod Gdy­nią. Do morza w linii pro­stej miała jakieś dzie­sięć kilo­me­trów. Nie lubiła swo­jego rodzin­nego mia­steczka, choć więk­szość osób jej zazdro­ściła. Nie lubiła morza, tłoku, braku moż­li­wo­ści roz­woju; wszystko działo się w War­sza­wie. Odkąd skoń­czyła szes­na­ście lat, marzyła, żeby prze­pro­wa­dzić się do sto­licy. Wtedy oznaj­miła rodzi­com, że będzie stu­dio­wać dzien­ni­kar­stwo. Słowa dotrzy­mała – gdy dwa lata póź­niej została stu­dentką Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, czuła się pra­wie war­sza­wianką.

 

Sarę poznała na pierw­szym roku, jesz­cze w trak­cie rekru­ta­cji. Od razu zna­la­zły wspólny język i posta­no­wiły razem zamiesz­kać. Wyna­jęły miesz­kanko z dwiema małymi sypial­niami i poko­jem połą­czo­nym z anek­sem kuchen­nym. Cen­trum mia­sta, ale metraż kawa­lerki. Nie­stety, minęło dzie­sięć lat, a one wciąż w nim tkwiły. Stu­dia skoń­czyły już dawno, ale żadna z nich nie uło­żyła sobie życia. Obie rand­ko­wały, jed­nak nie tra­fiły na odpo­wied­nich męż­czyzn. Od jakie­goś czasu nawet nie impre­zo­wały.

Ale wła­śnie nade­szła wio­sna. Był piękny kwie­cień, co napa­wało je opty­mi­zmem.

– Dobrze, mam wszystko. Życzę pani miłego dnia i pole­cam lek­cje doszka­la­jące.

Znów uśmiech­nął się iro­nicz­nie i wycią­gnął rękę. Uści­snęła ją mocno, by nie poka­zać, że czuje się jak dziew­czynka wezwana do tablicy.

– Jesz­cze raz prze­pra­szam – wyszep­tała.

Wsia­da­jąc do swo­jego grata, czuła na sobie wzrok nie­zna­jo­mego. Ale zanim zdą­żyła odpa­lić sil­nik, nie było już po nim śladu. Zresztą z odpa­le­niem też miała pro­blem, nie wia­domo czy ze stresu, czy przez stłuczkę. Na szczę­ście po paru pró­bach się udało, ale serce miała w prze­łyku. Spoj­rzała na zega­rek. Dobra, dzie­sięć minut do spo­tka­nia, spóź­nię się jakieś pięć. Może dam radę, mach­nęła ręką i ruszyła z impe­tem.

Wkrótce zapar­ko­wała przed budyn­kiem poten­cjal­nego pra­co­dawcy. Sie­dziba wydaw­nic­twa mie­ściła się w sta­rej kamie­nicy z ele­wa­cją w remon­cie. Drzwi wej­ściowe były bar­dzo wąskie, a jedyną rze­czą, jaka urze­kła Inez, był widoczny przez nie bor­dowy dywan w holu. Patrzyła na niego i wyobra­żała sobie przy­szłość. Chciała zostać znaną dzien­ni­karką prze­pro­wa­dza­jącą wywiady z gwiaz­dami. Jak dotąd nie miała w tej dzie­dzi­nie żad­nego doświad­cze­nia, ale szybko się uczyła.

– Dzień dobry. Jestem Marta. A ty zapewne Inez? – Sekre­tarka przy­wi­tała ją uśmie­chem.

Była wysoką i szczu­płą blon­dynką o kobie­cych kształ­tach. Jej biust, choć skryty pod beżo­wym gol­fem, przy­cią­gał wzrok. Miała miłą twarz, śred­niej dłu­go­ści włosy spięte w kucyk i czarne dżinsy. Na jej sto­pach lśniły lakie­ro­wane loubo­utiny. Inez od razu zwró­ciła uwagę na luk­su­sowe buty. Na czym jak na czym, ale na modzie się znała. Nie­źle się tu zara­bia, stwier­dziła.

– A więc, droga Inez, idź do gabi­netu numer trzy – usły­szała. – Tam sze­fowa działu life­style prze­pro­wa­dzi z tobą roz­mowę. A na koniec spo­tkasz się z samym naczel­nym. Jeżeli wypad­niesz dobrze, to decy­zję o przy­ję­ciu do pracy powin­naś dostać od razu. Albo tele­fo­nicz­nie, ale też jesz­cze dzi­siaj. Potrze­bu­jemy na szybko jed­nej osoby do dru­żyny.

– Dzię­kuję. Któ­rędy mam iść?

– Pierw­sze drzwi na lewo. A po wszyst­kim znowu do mnie, bo za mną jest gabi­net naczel­nego.

– Dobrze, dzię­kuję.

Nie za dużo tego dzię­kuję? Inez, weź się w garść, pouczała samą sie­bie. Kiedy miała już zapu­kać do pokoju numer trzy, zadzwo­nił jej tele­fon. Masz ci los, zapo­mnia­łam oddzwo­nić do Sary, uzmy­sło­wiła sobie.

Szybko napi­sała ese­mesa:

Wcho­dzę na roz­mowę, zadzwo­nię potem albo widzimy się w domu.

Odpo­wiedź przy­szła natych­miast:

Trzy­mam kciuki. Kupi­łam wino i to nie naj­tań­sze. He, he.

Inez uśmiech­nęła się, wzięła głę­boki wdech i wkro­czyła do gabi­netu.

Przy­wi­tała ją kobieta około pięć­dzie­siątki, w gar­sonce chyba uszy­tej na miarę i typo­wych pan­to­flach na sze­ścio­cen­ty­me­tro­wym obca­sie. Gestem wska­zała na krze­sło naprze­ciwko.

– A zatem, moja droga, co chcia­ła­byś u nas robić? – zapy­tała bez wstę­pów.

– Prze­pro­wa­dzać wywiady ze zna­nymi ludźmi.

– A czy robi­łaś to kie­dy­kol­wiek?

– Nie, pro­szę pani. Jedy­nie na trzy­mie­sięcz­nym stażu na stu­diach prze­pro­wa­dzi­łam kilka wywia­dów w ramach zali­cze­nia.

– Rozu­miem. Czyli nie masz żad­nej sieci kon­tak­tów? Namia­rów do gwiazd i ich agen­tów?

– Nie.

Kobieta poki­wała głową z nie­za­do­wo­le­niem.

– Czy masz rodzinę, dzieci? Wiesz, że praca w tym wydaw­nic­twie wiąże się z cią­głymi wyjaz­dami, cho­dze­niem na eventy, imprezy, plany zdję­ciowe fil­mów i seriali. Cza­sami trzeba towa­rzy­szyć naczel­nemu w jego wyjaz­dach zagra­nicz­nych, aby stwo­rzyć potem mate­riał spon­so­ro­wany.

– Nie mam ani chło­paka, ani męża, ani dzieci. Ani nawet na to się nie zanosi. – Inez była tro­chę spe­szona tak oso­bi­stym wyzna­niem. A na doda­tek uświa­do­miło jej ono, że jest smutną samotną kobietą miesz­ka­jącą ze współ­lo­ka­torką. – Więc mam i czas, i chęć na wszel­kie wyjazdy i eventy. Nie boję się pracy – oświad­czyła sta­now­czo.

– Czy może mi pani poka­zać wywiad z kucha­rzem Ale­xem Fil­lio­nem, który pani zle­ci­li­śmy?

– Oczy­wi­ście. – Inez wrę­czyła trzy wydru­ko­wane kartki.

Nie­skrom­nie uwa­żała, że była to nad­zwy­czaj cie­kawa i żywa roz­mowa. Do restau­ra­cji La Buche czę­sto cho­dziła razem z Sarą, więc Inez znała Alexa oso­bi­ście. Pozwo­liła więc sobie na kilka pry­wat­nych pytań. Zaś on zre­wan­żo­wał się opo­wie­ścią mię­dzy innymi o tym, że Fran­cuzki są bar­dziej wyzwo­lone niż Polki. I że Polki nie da się wyrwać na mie­lo­nego i renault megane…

„Drogi kolego, żeby zdo­być serce Polki, nie musisz być wysoki. Wystar­czy, że sta­niesz na port­felu. Ją urzek­nie gest w postaci nowej torby od Guc­ciego, a nie pyszne śnia­da­nie podane do łóżka. Fran­cuzka nie zwraca uwagi na auto, jakim jeź­dzi kawa­ler, Polka do byle jakiego nie wsią­dzie. Polki kochają panów z BMW, a jeśli już któ­ryś ma porsche, to seks na pierw­szej randce gwa­ran­to­wany”.

W sło­wach Alexa Fil­liona było sporo prawdy. Nic dziw­nego, że kiedy sze­fowa działu doczy­tała wywiad, aż cmo­kała z zachwytu.

– Bar­dzo dobra robota – pochwa­liła. – Czy ma pani zgodę na publi­ka­cję tego mate­riału?

– Mam.

– Świet­nie. Chęt­nie to pusz­czę do druku.

Nie­wiele bra­ko­wało, żeby Inez posi­kała się z rado­ści. Jej pierw­szy wywiad, i to od razu w tak popu­lar­nym cza­so­pi­śmie, jak „Glam Stars”! To było jak pre­zent od losu, speł­nie­nie marzeń, wyróż­nie­nie. Pró­bo­wała ukryć eks­cy­ta­cję.

– Co do pracy, to na począ­tek mogę zaofe­ro­wać trzy­mie­sięczny płatny staż – usły­szała. – Nie będą to duże pie­nią­dze, zwłasz­cza w porów­na­niu z poświę­co­nym cza­sem. Ale można się dużo nauczyć, zła­pać kon­takty. A jak się pani spodoba mnie i naczel­nemu, to może będzie stała umowa. Jedna z naszych dzien­ni­ka­rek jest w ciąży i za trzy mie­siące idzie na zwol­nie­nie. Do pracy wróci nie wcze­śniej niż za pół­tora roku.

Inez poczuła dreszcz emo­cji. Czyżby mnie przy­jęto? Tylko… Jakie to pie­nią­dze? Bo jeśli kil­ka­set zło­tych, to będzie musiała zre­zy­gno­wać. Na samo miesz­ka­nie zrzu­cały się z Sarą po tysiąc dwie­ście. Już miała zapy­tać, gdy poten­cjalna sze­fowa dodała:

– Dwa tysiące sie­dem­set zło­tych na rękę. Potem ewen­tu­al­nie pięć i pół netto. Jeżeli zosta­nie pani na stałe.

Ile? Pięć i pół tysiąca? Takie pie­nią­dze w życiu się Inez nie śniły! To jakiś kosmos, myślała. To tyle zara­biają dzien­ni­ka­rze?

Od razu chciała napi­sać ese­mesa do Sary. Dwa sie­dem­set na stażu? Mniej zara­biała, sprze­da­jąc oku­lary dwa­na­ście godzin dzien­nie.

Wyglą­dało na to, że wresz­cie uśmiech­nęło się do niej szczę­ście.

– Wiem, że dziś mamy czwar­tek, ale czy byłaby pani w sta­nie zacząć pracę od jutra? – zapy­tała kobieta. – Oczy­wi­ście po zaak­cep­to­wa­niu pani kan­dy­da­tury przez szefa.

– Jasne, że tak – odparła Inez pośpiesz­nie. – To dla mnie ogromne wyróż­nie­nie.

– W takim razie bar­dzo mi miło. Nazy­wam się Mał­go­rzata Rosiń­ska. Jak na razie wszystko wska­zuje na to, że będę pani prze­ło­żoną.

Uści­snęły sobie dło­nie.

– Inez Tara­sie­wicz. Bar­dzo mi miło.

– Przejdźmy od razu na ty. U nas sobie nie paniu­jemy, wszy­scy trak­tu­jemy się po part­ner­sku. Idź teraz do naczel­nego, urzę­duje w gabi­ne­cie tuż za biur­kiem Marty. To nasza sekre­tarka. Zaj­muje się i książ­kami, i gaze­tami, wła­ści­wie wszyst­kim. Jest prawą ręką szefa, więc ostrze­gam: jeśli pod­pad­niesz jej, pod­pad­niesz i jemu. Nie wiem czemu, ale on bar­dzo liczy się z jej zda­niem.

Pew­nie mu daje dupy, pomy­ślała Inez, ale posłusz­nie ponow­nie zamel­do­wała się w recep­cji.

– Witaj, to znowu ja – oznaj­miła. – Mał­go­rzata powie­działa, że mam pójść do naczel­nego.

Marta spoj­rzała zdzi­wiona.

– O, czyli się udało? – mruk­nęła. – Bar­dzo się cie­szę i witam na pokła­dzie – powie­działa, choć wcale nie wyglą­dała na zado­wo­loną.

– Jesz­cze nie wiem, jak to będzie – odparła Inez. – Wszystko zależy od naczel­nego…

– Pro­szę, wejdź. Czeka na cie­bie. Gośka już zdą­żyła prze­ka­zać mu infor­ma­cje. Dla­tego cię witam.

Inez była szczę­śliwa, choć pod­de­ner­wo­wana. Mimo to posta­no­wiła zro­bić wra­że­nie prze­bo­jo­wej.

– Dzień dob… – zaczęła w progu, ale nie dokoń­czyła, bo pra­wie zemdlała. Przy wiel­kim oknie cze­kał na nią ten sam męż­czy­zna, przez któ­rego się dzi­siaj spóź­niła. Był ubrany w ide­al­nie skro­jony gar­ni­tur i kra­wat typu slim.

Wes­tchnął, wydy­cha­jąc powie­trze nosem.

– Kogo moje oczy widzą? – roze­śmiał się. – I co ja mam teraz z tobą, dziecko, zro­bić? Naj­pierw roz­bi­jasz mi samo­chód, a teraz chcesz się u mnie zatrud­nić. Cie­kawe.

No to poza­mia­tane, pomy­ślała Inez. Na bank mnie nie przyj­mie.

Mina jej zrze­dła, ale do samego końca posta­no­wiła odgry­wać pewną sie­bie. W końcu stawką były jej marze­nia.

– A więc… Panie…

– Filip Wolny – przed­sta­wił się.

– Inez Tara­sie­wicz. Miło mi w końcu poznać. A zatem, panie Fili­pie, przed­po­łu­dniowe zda­rze­nie nie było celowe. Nikt przy zdro­wych zmy­słach nie roz­bija cudzego porsche i nie naraża się na straty zni­żek ubez­pie­cze­nia. Zwłasz­cza że jesz­cze ich nie ma – roze­śmiała się Inez, ale szybko przy­wo­łała się do porządku. – Rozu­miem, że uważa mnie pan za blon­dynkę, ale zależy mi, by tamto zda­rze­nie poszło w nie­pa­mięć. I zamiast oce­niać moje umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia auta, chcia­ła­bym, żeby oce­nił pan moje umie­jęt­no­ści dzien­ni­kar­skie.

– Po pierw­sze fak­tycz­nie prze­pra­szam za blon­dynkę, choć pod­trzy­muję, że baba za kół­kiem równa się kło­pot. Po dru­gie Mał­go­sia popro­siła mnie, żebym panią przy­jął. Szcze­rze? Wcale nie mam na to ochoty. Jest pani pyskata, zadziorna, a nie takich pra­cow­ni­ków szu­kam.

– Domy­ślam się – odparła Inez z prze­ką­sem, zasko­czona, że wymknęły się jej z ust takie słowa. Myślała oczy­wi­ście o sek­sow­nej sekre­tarce, którą podej­rze­wała o romans z przy­stoj­nym sze­fem.

– Słu­cham? Czy chce mi pani coś powie­dzieć? I czy zawsze bywa pani taka bez­czelna?

– Nie, nie, prze­pra­szam! To nie tak.

– Nie będę pani prze­trzy­my­wał ani prze­py­ty­wał. Pro­szę trzy­mać się usta­leń z Mał­go­sią. To wszystko – oznaj­mił Filip.

Tyle że wcale nie chciał wyrzu­cać tej dziew­czyny z gabi­netu. Miał szczę­ście, że nie zauwa­żyła, z jakim zachwy­tem patrzy na jej nogi. Że na jego spodniach poja­wiła się wypu­kłość. Już dawno żadna kobieta tak na niego nie podzia­łała. Ta tutaj była zadziorna, sek­sowna i sądząc po oce­nie Mał­gosi, także uzdol­niona. Szu­kał takiej od dawna, jed­nak nie wie­dzieć czemu był wobec niej cham­ski. Tak naprawdę wcale nie wście­kał się o samo­chód, o uszko­dze­nie; w końcu auto to tylko auto. Można napra­wić, zmie­nić. Stać go na każdą opcję… Chyba był zły na samego sie­bie, że zamiast z nią spo­koj­nie poroz­ma­wiać po stłuczce, zacho­wał się jak dupek i na nią nasko­czył.

Nie­stety, wła­śnie taką opi­nię miał w branży. Nie był lubiany. Chłodny, kon­kretny, stro­nił od towa­rzy­stwa i imprez. Nie było szans na zała­twie­nie z nim cze­go­kol­wiek po zna­jo­mo­ści. Widy­wano go z róż­nymi kobie­tami, ale z żadną nie był długo. Wzbu­dzał strach i podziw zara­zem. Był przy­stojny, ale bar­dzo zdy­stan­so­wany. A jego cięte zło­śliwe ripo­sty spra­wiały, że więk­szość zain­te­re­so­wa­nych szybko się wyco­fy­wała.

 

Ucho­dził za łama­cza serc i rekina biz­nesu.

*

Sara: Ty, lalka, co się z tobą dzieje, nie­cier­pli­wię się. Mamy co świę­to­wać???

Inez: Stara, nie uwie­rzysz. Ten gościu z pan­amery, któ­remu roz­wa­li­łam bok, jest moim nowym sze­fem. Naczel­nym gazety i całego wydaw­nic­twa, do któ­rego mnie przy­jęli. Jest cha­mem. Zabój­czo przy­stoj­nym cha­mem.

Sara: Co ty gadasz?! Ja cię sunę! Musisz mi wszystko opo­wie­dzieć!

Inez: Widzia­łam, jak gapił się na moje nogi, kiedy weszłam do jego gabi­netu. Chyba twoja mini zro­biła robotę. Mimo to i tak był dla mnie dup­kiem.

W dro­dze do miesz­ka­nia Inez zadzwo­niła do ojca, który kibi­co­wał jej od początku. Pochwa­liła się nową pracą, a on jak zawsze stwier­dził, że „nie miało prawa być ina­czej”. Nie mogła się docze­kać swo­jego pierw­szego wywiadu w druku. Cała Rumia będzie huczeć, że Inez stała się wielką dzien­ni­karką, a może nawet cele­brytką. Po dzie­się­ciu latach miesz­ka­nia i stu­dio­wa­nia w War­sza­wie w końcu jakiś suk­ces, uśmiech­nęła się. Pędziła mati­zem, chcąc jak naj­szyb­ciej zdać Sarze rela­cję z dzi­siej­szego dnia.

Pod blo­kiem jak zwy­kle nie miała gdzie zapar­ko­wać. Cho­lerne cen­trum, zaklęła w myśli, jak zawsze przy poszu­ki­wa­niu miej­sca. W week­endy, kiedy poru­szała się Ube­rem za dzie­sięć zło­tych lub tram­wa­jem, mówiła: „Kocham tu żyć”.

Sara już w progu wrę­czyła jej kie­li­szek wina i talerz z cie­płą jesz­cze pizzą.

– To jaki on jest? Mów! Opo­wia­daj! Może cyk­nę­łaś mu fotkę? – Aż pod­ska­ki­wała z pod­nie­ce­nia.

– Jasne, popatrz! Musia­łam robić tak, żeby się nie kap­nął, więc, kurde, wszyst­kie wyszły nie­ostre.

Roze­śmiały się jak nasto­latki. Sara znała Inez lepiej niż rodzoną sio­strę.

– No, no, kochana, i tak widać, że to nie­złe cia­cho – powie­działa. – Ile on ma? Z metr dzie­więć­dzie­siąt?

– Coś koło tego. Wysoki jest. I wiesz co? Pach­niał moimi ulu­bio­nymi Cha­nel Bleu.

– Bra­ła­bym go…

– Oj, ja też!

– Ale serio aż taki buc?

– Nie­stety.

Inez zaja­dała się pizzą, popi­jała wino i ze szcze­gó­łami opi­sy­wała dzień. Nie omiesz­kała wspo­mnieć o sek­sow­nej Mar­cie, która wygląda jak sekre­tarki z fil­mów porno. A bra­kuje jej tylko oku­la­rów korek­cyj­nych i dwóch kucy­ków.

– A to sucz! Pew­nie była dla cie­bie nie­miła? – dopy­ty­wała Sara.

– Wła­śnie, o dziwo, miła. Tylko jakoś dziw­nie na mnie patrzyła. A w ogóle to mię­dzy wier­szami wyczy­ta­łam, że ona i Filip chyba ze sobą kręcą. Nawet Mał­go­sia powie­działa, że on się jej strasz­nie słu­cha. A ona jest mniej wię­cej w naszym wieku.

– No a on ile ma?

– Nie wiem. Ale wygląda na jakieś trzy­dzie­ści osiem, może trzy­dzie­ści dzie­więć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?