Noc w Wenecji

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Noc w Wenecji
Noc w Wenecji
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Noc w Wenecji
Noc w Wenecji
Audiobook
Czyta Izabela Perez
21  15,54 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pod­eks­cy­to­wane przy­ja­ciółki cią­gnęły walizki po pięk­nym, lecz nie­wy­god­nym dywa­nie. Kaśka się iry­to­wała, a Ame­lia już myślała, kiedy popłyną gon­dolą. Wypi­sała sobie na kartce miej­sca, które koniecz­nie chciała odwie­dzić. Była tro­chę zasko­czona pogodą. Nie spo­dzie­wała się takiego upału, a let­nich ciu­chów ze sobą nie zabrała. Wie­działa, że w samym sercu Wene­cji jest dziel­nica ze skle­pami, a nawet jakieś olbrzy­mie cen­trum han­dlowe z mar­kami z całego świata.

– Ale ta winda wolno cho­dzi. – Kaśka zaczęła znowu maru­dzić.

– Daj spo­kój. Prze­cież te budynki mają po dwie­ście lat, a może i wię­cej. Cud, że w ogóle tu jest winda i nie musimy dymać scho­dami – stwier­dziła Ame­lia. – Zosta­wiamy bagaże i idziemy na pod­bój Wene­cji. Według nawi­ga­cji mamy trzy­dzie­ści minut pie­szo do cen­trum han­dlo­wego, koło któ­rego wielką willę wyna­jął Geo­rge Clo­oney na swoje wesele. Zoba­czymy i to, i to. A ja kupię jakąś zwiewną kieckę, bo w tych jean­sach dupa mi się poci.

– To dobry pomysł. Też coś sobie kupię. – Na myśl o zaku­pach Kaśce od razu popra­wił się humor.

Kiedy weszły do swo­jego apar­ta­mentu, zamu­ro­wało je. Spo­dzie­wały się, że będzie tu naprawdę luk­su­sowo, a było jak na zapa­dłej pol­skiej pro­win­cji. Pokój był mały jak na dwu­oso­bowy, ściany wyło­żone żół­to­po­ma­rań­czową mozaiką. Nad mał­żeń­skim łóż­kiem wisiał wielki, długi obraz przed­sta­wia­jący pano­ramę Wene­cji. Wła­ści­wie wystar­czyło zro­bić krok, by z łóżka wejść do łazienki pod prysz­nic. Pod oknem stały dwa drew­niane krze­sła i mały wąski sto­lik. W pokoju nie było nawet bute­lek z wodą ani pościeli! Na łóżku leżały jedy­nie dwa prze­ście­ra­dła.

– Ty! Tu nie ma koł­dry? Są poduszki, prze­ście­ra­dła i narzuta…. – Kaśka zaczęła otwie­rać wszyst­kie szafki i szu­kać pościeli. – No patrz! Nie ma! Jest jeden śmier­dzący stę­chli­zną koc.

Ame­lia się roze­śmiała.

– Czy­ta­łam coś o tym, że im tu wiecz­nie gorąco i nawet w zimie nie śpią pod koł­drą. Roz­cza­ro­wana jestem tro­chę wiel­ko­ścią tego „apar­ta­mentu”. Ale ty weź już wylu­zuj, bo nie przy­je­cha­ły­śmy tu leżeć w hotelu, ale zwie­dzać. A ty chyba coś zata­jasz przede mną, bo jesteś nie w sosie, cią­gle nadą­sana.

– Oj, Ame­lia… Mia­łam ci nic nie mówić, ale wykry­łam w lewej piersi guzek. Wczo­raj mia­łam robione USG, no i coś się leka­rzowi nie podoba. Po powro­cie w ponie­dzia­łek mam biop­sję.

– Kaśka!!! Matko Boska! I ty mi mówisz o tym dopiero teraz?! No to już rozu­miem twój brak humoru. Nic się nie martw, musisz się tutaj odstre­so­wać i roze­rwać. To na pewno nie rak! Będzie dobrze! – Ame­lia z całych sił przy­tu­liła przy­ja­ciółkę, a ta roz­pła­kała się jak dziecko. – No już, kocha­nie, nie płacz. Będę cały czas przy tobie. O któ­rej godzi­nie masz biop­sję? Pójdę z tobą.

– Po pracy, o osiem­na­stej.

– Poje­dziemy razem. Będzie dobrze, zoba­czysz. A teraz zabie­ram cię na shop­ping. Wycho­dzimy z tej rudery.

Kiedy dotarły do Canal Grande, nogi im odpa­dały ze zmę­cze­nia. Mimo wygod­nych butów miały już dość masze­ro­wa­nia. Prze­mie­rzały wąskie uliczki pełne tury­stów, kur­czowo trzy­ma­jąc torby, by nikt ich nie okradł. Mia­sto urze­kało kli­ma­tem, ale było nad­zwy­czaj tłoczne. Kiedy dotarły do mostku, za któ­rym znaj­do­wało się cen­trum han­dlowe, ode­tchnęły z ulgą. Nie­malże przy każ­dej kamie­niczce znaj­do­wał się bar, w któ­rym można było wypić Ape­rol Spritz, tutej­szego drinka. Dziew­czyny spoj­rzały na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo i usia­dły przy naj­bliż­szym sto­iku nad samą wodą, po czym zamó­wiły po jed­nym „ape­rolku”.

– Ależ to dobre. Tego mi było trzeba. – Kaśka wresz­cie się uśmiech­nęła i wypiła nie­mal pół drinka naraz. Kiedy kel­ner przy­niósł im oliwki, domó­wiła kolej­nego.

– To dwa razy – popro­siła Ame­lia, która rów­nież zaczęła szyb­ciej pić. – Zaraz się upi­jemy – zażar­to­wała.

– I dobrze, bo jeśli mam raka, to muszę dziada uto­pić w pro­cen­tach. – Kaśka wresz­cie się wylu­zo­wała.

Sie­działy przy wąziut­kim sto­liku nad samym kana­łem, przy pomo­ście. Patrzyły na spa­ce­ru­ją­cych ludzi. Na zako­chane, foto­gra­fu­jące się pary. Na wycieczki z Chin z apa­ra­tami na szyi, podzi­wia­jące mia­sto. Ludzie tłum­nie wycho­dzili z cen­trum han­dlo­wego i wcho­dzili do niego. Torby z logo­ty­pami robiły wra­że­nie: Cha­nel, Gucci, Yves Saint Lau­rent…

– Ty, Kaśka, chyba mam zwidy. – Ame­lia zakrztu­siła się czwar­tym drin­kiem. – Widzisz tego bru­neta w spodniach w kant i czar­nym baweł­nia­nym T-shir­cie? Wygląda jak ten męż­czy­zna, z któ­rym utknę­łam w win­dzie. Opo­wia­da­łam ci.

– Pamię­tam. Nie­zły. Ale myślisz, że to on?

– Coś ty. Co by robił we Wło­szech. Ale podobny do niego, fajny, szkoda, że nie wiem, jak ma na imię. Może jesz­cze kie­dyś go spo­tkam. Wiesz, jak teraz sobie o tym wszyst­kim myślę, to żałuję, że nie zapro­po­no­wa­łam mu drinka albo kawy, albo cze­go­kol­wiek…

– Wiesz, to face­towi powinno zale­żeć. To facet powi­nien zdo­by­wać kobietę, zabie­gać o nią. Co ma być, to będzie, a jak jeste­ście sobie pisani, to będzie­cie razem.

Kaśka zawsze miała trafne rady. Uwa­żała, że cho­ciaż czasy się zmie­niły, to męż­czy­zna powi­nien uga­niać się za kobietą, a nie na odwrót. Wyzna­wała zasadę, że póki męż­czy­zna uga­nia się za kró­licz­kiem, jest nim zain­te­re­so­wany. A jak go zła­pie, to odpusz­cza. Jakaś prawda w tym była. Ame­lia jed­nak uwa­żała, że męż­czyźni nie mają jaj i trzeba im pomóc. A w Ame­ryce to nie ma róż­nicy, kto kogo pod­rywa, ważny jest rezul­tat.

– Dobra, bie­rzemy rachu­nek, bo nie zro­bimy zaku­pów, a ja nie mam żad­nej kiecki. Docho­dzi osiem­na­sta, a tu na­dal skwar. – Ame­lia wzięła ostatni łyk. – Ja zapłacę, zale­wamy trut­nia. – Mru­gnęła do przy­ja­ciółki i chwiej­nym kro­kiem poszła w kie­runku baru. Zapła­ciła kartą i ruchem ręki przy­wo­łała przy­ja­ciółkę.

Nie wie­działy, czy to spra­wił alko­hol, czy też cen­trum han­dlowe naprawdę robiło takie wra­że­nie. Wyglą­dało cał­kiem nie­re­al­nie i nie paso­wało do Wene­cji. Nowo­cze­sne jak z przy­szło­ści, oszklone, ozło­cone i wszę­dzie czer­wone dywany.

– Chry­ste, tu jest jak w Can­nes. – Ame­lia potknęła się o dywan. – Jakie schody do nieba… Jest i winda, pew­nie podają w niej szam­pana.

Ewi­dent­nie była już wcięta. Rozej­rzała się, zer­k­nęła w prawo, zer­k­nęła w lewo; ani śladu po Kaśce. Nie wie­działa, gdzie jest. Wło­ski był jej obcy, a komórka wła­śnie jej się roz­ła­do­wała. Sytu­acja mocno ją zestre­so­wała. Od razu serce pode­szło jej do gar­dła i ner­wowo zaczęła szu­kać przy­ja­ciółki. Krę­ciła się w kółko jak osza­lała. Kiedy kątem oka zauwa­żyła Kaśkę oglą­da­jącą cia­steczka, od razu do niej pod­bie­gła. Po dro­dze całym cia­łem ude­rzyła w jakie­goś męż­czy­znę.

– Co, do cho­lery… – usły­szała zna­jomy głos. Męż­czy­zna zła­pał ją za ramiona, amor­ty­zu­jąc upa­dek. – Pro­szę, pro­szę, naj­pierw panienka panicz­nie boi się wind, a teraz chyba prze­raża ją wiel­kość tego cen­trum.

Ame­lia zamarła. Prze­cież to był nie­zna­jomy z windy. A więc nie miała zwi­dów, naprawdę go widziała w tłu­mie tury­stów. W gło­wie jej zawi­ro­wało i nie potra­fiła wydo­być z sie­bie słowa. Cen­trum han­dlowe jakby się poru­szyło, a wszyst­kie świa­tła zlały się w złoty krąg. Zro­biło jej się słabo… Otwo­rzyła usta niczym ryba, która wypa­dła z akwa­rium. Nie chciała zmar­no­wać szansy, pra­gnęła wie­dzieć, kim jest ten męż­czy­zna, jak się nazywa, gdzie pra­cuje, co tu robi. Nie wie­rzyła w prze­zna­cze­nie, ale prze­cież z jakie­goś powodu wpa­dła na nie­zna­jo­mego we Wło­szech… Takie rze­czy dzieją się tylko w fil­mach. Zdą­żyła się otrzą­snąć i zebrać na odwagę, kiedy koło nich poja­wił się star­szy Włoch z piw­nym brzu­chem.

– Peter! We don’t have time. You will pick-up girls some other time. We are about to check-in2.

„A więc ma na imię Peter, czyli to nie Polak” – pomy­ślała Ame­lia.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej i skie­ro­wał w stronę brzu­cha­tego męż­czy­zny.

– Miło było cię spo­tkać, Ame­lio. – Poca­ło­wał ją w poli­czek. – Fran­ce­sco, I’m coming! – krzyk­nął.

Ame­lia stała jak wryta. Nie wie­działa, czy to jawa, czy sen. Nie­zna­jomy ją poca­ło­wał. Cho­ler­nie przy­stojny i sek­sowny nie­zna­jomy. Znów wró­ciła myślami do sytu­acji w win­dzie. Nie pamię­tała, by kie­dy­kol­wiek męż­czy­zna wzbu­dzał w niej takie emo­cje…

– No to jesteś! Już się mar­twi­łam, że się nie znaj­dziemy. – Kaśka ucie­szyła się na widok przy­ja­ciółki.

– Widzisz tego bru­neta z faj­nym tyłecz­kiem?

– No widzę, i co?

– To ten z windy. Mówi­łam, że go tu widzia­łam, to on…

– Co ty bre­dzisz. Jaki on. Na wła­sne uszy sły­sza­łam, jak typ coś mam­ro­cze tu po angiel­sku. Ame­lia, za dużo wypi­łaś. Tobie się w gło­wie mie­sza.

– Wypić wypi­łam, ale… Kaśka, serio, to był on, Peter, a może Piotr? Cho­lera wie, czy to Polak, czy Włoch.

Kaśka chwy­ciła przy­ja­ciółkę pod rękę i zaczęła ją wypro­wa­dzać ze sklepu. Z zaku­pów nici. Docho­dziła dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści, kiedy wyszły z luk­su­so­wego cen­trum. Z racji tego, że mia­sto znaj­do­wało się na wodzie i skła­dało z małych wąskich uli­czek, nie jeź­dziły tutaj auta. W całej Wene­cji nie było ani jed­nego samo­chodu. Nie było też elek­trycz­nych hulaj­nóg. Dziew­czyny na wła­snych nogach musiały dojść do hotelu. Jedy­nym środ­kiem komu­ni­ka­cji były tak­sówki wodne i gon­dole. Po dzie­się­ciu minu­tach powol­nego spa­ceru obie miały dość. Marzyły o tym, by zna­leźć się w hotelu i poło­żyć.

– Kaśka, ja nie dam rady iść dalej. Bie­rzemy tak­sówkę wodną.

 

– Nie, Ame­lia. Wiesz, ile kosz­tuje tak­sówka? Sto osiem­dzie­siąt euro! Sto osiem­dzie­siąt euro!!! To osiem stów! Zasu­wamy z buta…

– Nie! Cze­kaj. Weźmy gon­dolę. One są po sie­dem­dzie­siąt euro, zło­żymy się na pół, to wyj­dzie po jakieś sto pięć­dzie­siąt zło­tych na głowę, a jesz­cze zali­czymy atrak­cję, którą i tak chcia­łam zoba­czyć.

– Dobra! To szu­kamy wol­nej gon­doli…

Szły i szły, i szły wzdłuż kanału w poszu­ki­wa­niu gon­doli i jak na złość żad­nej wol­nej nie było. Kaśka wpa­dła na pomysł, by zatrzy­mać się w jakimś barze i wziąć po drinku na wynos. Dziew­czyny zapo­mniały, że jak się pije, to się powinno jeść, więc kolejne pro­centy wpły­wały do ich pustych żołąd­ków.

Kiedy doszły do małej wąskiej uliczki peł­nej barów z tapas, dostrze­gły jedną wielką gon­dolę i star­szego siwego pana w koszuli w paski. Wyglą­dał tro­chę jak Święty Miko­łaj, bo miał mały brzu­szek, a na szyi czer­woną apaszkę.

– Praw­dziwy gon­do­lier, a nie jak te pajace w jean­sach i T-shir­tach. Mamy szczę­ście, Kaśka. – Ame­lia upiła łyk ape­rolu. Myślami jed­nak była bar­dzo daleko. Czuła na sobie zapach Petera, była to nuta san­da­łowa z domieszką sło­dy­czy. Dotknęła ręką policzka, przy­po­mi­na­jąc sobie, że ją poca­ło­wał. I wspo­mi­nała moment, kiedy ich usta deli­kat­nie zetknęły się w win­dzie. Było to coś tak nie­oczy­wi­stego, dziw­nego, że nie dawało jej spo­koju.

– Ame­lia, zała­twione! Wcho­dzimy na pokład. – Z zamy­śle­nia wyrwał ją okrzyk przy­ja­ciółki. – Chodź, zapła­ci­łam, już pły­niemy do hotelu. Facet powie­dział, że obok naszego hotelu jest sieć Pablo Castello, czyli tych gon­doli, któ­rymi on pływa. Ma tam swoją bazę, więc już tam przy­cu­muje i zapła­cimy tylko pięć­dzie­siąt euro! Dawaj, dawaj!

– Cze­kaj, Kaśka, cze­kaj. – Upiła ostatni łyk drinka. – Coś mi ta nazwa mówi. Jak­bym to już gdzieś sły­szała. Wiem! Wiem! Ten facet z windy napi­sał mi na kar­teczce, by pły­wać tą sie­cią. – Wyjęła z port­fela zgnie­cioną kartkę i dum­nie nią wyma­chi­wała. – Widzisz?!

– Widzę. Wsia­daj.

Rejs był naprawdę przy­jemny. Zaczęło się ściem­niać, w domach zapa­liły się świa­tła i zro­biło się naprawdę roman­tycz­nie. Woda była ide­al­nie gładka, spo­kojna. Gon­do­lier pogwiz­dy­wał jakieś pio­senki. Dziew­czyny się odprę­żyły, Kaśka „na hej­nał” dopiła drinka, a Ame­lia zamknęła oczy i przy­po­mi­nała sobie, jak dzi­siaj wpa­dła na Petera. Jak trzy­mał ją w ramio­nach, by nie upa­dła.

Gon­do­lie­rzy mijali się w wąskich kana­łach, przy­bi­ja­jąc sobie piątki lub stu­ka­jąc kijami. Ame­lia patrzyła na nich z zachwy­tem, a Kaśka w mil­cze­niu gapiła się na gon­do­liera. Dopiero kiedy mocne ude­rze­nie potrzą­snęło gon­dolą, coś wymam­ro­tała.

Finish, girls – powie­dział star­szy pan, uśmie­cha­jąc się do nich sze­roko. Zacu­mo­wał gon­dolę w por­cie, który wcale na port nie wyglą­dał. W wodę było wbi­tych dzie­sięć gru­bych pro­sto­kąt­nych bali, poma­lo­wa­nych farbą na zie­lono. Przy nich znaj­do­wał się wąski pomost z zada­sze­niem, na lądzie zaś stała zie­lona oszklona budka z mate­ria­ło­wym dasz­kiem i napi­sem „Pablo Castello”, w któ­rej sie­dzieli gon­do­lie­rzy. Ich gon­do­lier pomógł im wyjść, mocno trzy­ma­jąc za ręce. Ame­lia żwawo wysko­czyła, a Kaśka tro­chę pobla­dła i wyszła, nic nie mówiąc. Kiedy zeszła z mostu, zła­pała za pierw­szy śmiet­nik i zaczęła wymio­to­wać. Ledwo trzy­mała się na nogach.

– Serio, Kacha? – Ame­lia patrzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem, wsty­dząc się przed zebra­nymi wokół gon­do­lie­rami.

Pano­wie oto­czyli wymio­tu­jącą Kaśkę. Nagle prze­go­nił ich męż­czy­zna, który krzy­czał:

Lavo­rare perché stato licen­ziato! 3

Pano­wie w ciągu kilku sekund się roz­pro­szyli, a Ame­lia marzyła o tym, by się zapaść pod zie­mię. To był Peter! Ubrany w jeansy i białą koszulę, na którą wło­żył kami­zelkę jean­sową. Włosy miał roz­wiane i widać, że przed chwilą prze­cze­sane wil­gotną dło­nią, bo kro­pla wody spa­dła mu na czoło. Był tak ponętny, że nogi się pod nią ugięły. A ona za każ­dym razem wypa­dała przed nim żenu­jąco. Albo miała przy nim atak paniki, albo była pijana, albo jej przy­ja­ciółka obrzy­gi­wała na jego oczach śmiet­nik.

– Oj, dziew­czyny, dziew­czyny. Prze­cież wy tu zgi­nie­cie przez week­end. – Zaczął się śmiać. – Daleko macie hotel? – zapy­tał z tro­ską.

– Nie… jakieś dwie­ście metrów stąd. Taki budy­nek w kolo­rze bordo z zie­lo­nymi okien­ni­cami.

– Aha, Pablo Castello Venice Hotel.

– O tak. To ten. Czy hotel jest jakoś powią­zany z gon­do­lami, bo nazwa podobna.

– W zasa­dzie tak, to jeden wła­ści­ciel. Pomogę zapro­wa­dzić twoją kole­żankę do hotelu. Zamó­wimy jej gorzką her­batę, to jej pomoże.

Przej­ście dwu­stu metrów z pijaną i rzy­ga­jącą Kaśką było nie lada wyzwa­niem. Peter dziel­nie ją pod­trzy­my­wał, jed­nak w pew­nym momen­cie sam wymiękł. Prze­rzu­cił dziew­czynę przez ramię i zaniósł ją do hotelu. Kiedy prze­kro­czył próg pen­sjo­natu, recep­cjo­nistka aż pod­sko­czyła.

– Dzień dobry, panie Pio­trze – krzyk­nęła, sta­jąc na bacz­ność. – Czy mogę w czymś pomóc?

– Tak, pani Iwono. Popro­simy gorzką her­batę do pokoju dziew­czyn i aspi­rynę – odpo­wie­dział, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Pew­nym ruchem wci­snął guzik windy. Na jego twa­rzy zaczął się malo­wać gry­mas, który wska­zy­wał na to, że nie ma już siły trzy­mać na ramie­niu sie­dem­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wej dziew­czyny.

– A czy mógł­byś popro­sić też o jakąś koł­drę dla nas? Cho­ciaż jedną? – cicho wyszep­tała Ame­lia.

Męż­czy­zna zaśmiał się iro­nicz­nie.

– Nie wiem, co Polacy mają w gło­wie, ale każdy tu o to prosi. Prze­cież jest cie­pło…

– No tak, ale… pod samym prze­ście­ra­dłem jest nie­przy­jem­nie…

– Pani Iwono, jesz­cze zestaw Polaka pani dorzuci do pokoju dziew­czyn.

Recep­cjo­nistka się uśmiech­nęła.

– Zestaw Polaka? Co to jest? – Ame­lia nie kryła zdzi­wie­nia.

– Koł­dra, koc, dwie mini­wódki. Dodat­kowe mydełka, żeby­ście mogły zabrać do domu.

Roz­mowę prze­rwał im dźwięk zatrzy­mu­ją­cej się windy. Ame­lia wymow­nie spoj­rzała na Petera, Pio­tra… nie wie­działa, jak na niego mówić.

– Ty tu zostań. Nie potrze­buję kolej­nego ataku paniki, jesz­cze z pija­nymi zwło­kami na ramie­niu. Daj mi tylko klucz do pokoju.

Nie dys­ku­to­wała. Oddała mu klucz i roz­sia­dła się wygod­nie na kana­pie w lobby. Prócz niej i recep­cjo­nistki nie było nikogo. Zasta­na­wiała się, skąd męż­czy­zna zna tu pra­cow­ni­ków i to jesz­cze po imie­niu, dla­czego się go słu­chają. W grun­cie rze­czy cie­szyła się, że go spo­tkała. Miała do niego masę pytań. Była też ogrom­nie wdzięczna, że jej pomógł z Kaśką, sama na pewno by jej nie przy­tar­gała.

– Czy mogę w czymś pani pomóc? Może też przy­nieść czarną her­batę? – Z zamy­śle­nia wyrwała ją recep­cjo­nistka, która niczym zjawa wyło­niła się przed nią.

– Nie, dzię­kuję. Tylko może powie mi pani, skąd zna Petera?

– Pana Pio­tra? To mój szef.

– Jak to szef? – Ame­lia aż się wzdry­gnęła.

– Pan Piotr jest wła­ści­cie­lem sieci Pablo Castello. Czyli tego hotelu i gon­doli. Ma też jesz­cze jakąś małą restau­ra­cję czy bar z tapas. Odzie­dzi­czył to po swoim ojcu, który nazy­wał się Pablo Castello, stąd też nazwa sieci. Pan Castello zmarł w stycz­niu tego roku na zawał. Wła­ści­wie do dziś losy pra­cow­ni­ków nie są pewne…

– Dla­czego? – Ame­lia była wyraź­nie zdzi­wiona, a cała histo­ria wyda­wała jej się mocno nie­praw­do­po­dobna.

– Dla­tego, że pan Piotr roz­waża sprze­da­nie wszyst­kiego. Chyba nie chce się tym zaj­mo­wać. Rzadko odwie­dzał ojca, raczej nie mieli dobrych rela­cji. A kiedy dowie­dział się o jego śmierci, od razu zapy­tał: „Komu ojciec prze­pi­sał ten cały bur­del?”.

Ame­lia zacmo­kała zasko­czona. Zasta­na­wiała się, z czego mogła wyni­kać ta nie­chęć. Histo­ria brzmiała jak z filmu. Chyba każdy marzy o wiel­kim spadku, prze­ję­ciu for­tuny czy świet­nie pro­spe­ru­ją­cej firmy, i to jesz­cze war­tej miliony euro. Peter od samego początku wyda­wał jej się dziwny. Z pew­no­ścią miał dwie twa­rze; raz był zimny i zdy­stan­so­wany, innym razem cie­pły i pomocny.

– Ponoć ma pod­jąć decy­zję do końca waka­cji. Zatem na pewno przez trzy mie­siące mamy pracę, a póź­niej? Kto wie… W każ­dym razie do sierp­nia ma tu zostać i nas bacz­nie obser­wo­wać. Liczy zyski, straty…

– To by tłu­ma­czyło jego ner­wo­wość i nie­za­do­wo­le­nie.

– To aku­rat spo­wo­do­wane jest dłu­gami, jakie zosta­wił jego ojciec. Nie pil­no­wał gon­do­lie­rów i zro­bili mu manko na pięć­dzie­siąt tysięcy euro. Wszy­scy o tym plot­kują.

– Ekhm! – Nagle obie usły­szały gło­śne, zna­czące chrząk­nię­cie. – O mnie plot­ku­je­cie? – zapy­tał Piotr. Jego mina mówiła sama za sie­bie. Widać było, że jest wście­kły. Nie lubił być w cen­trum uwagi, nie lubił, kiedy się o nim roz­ma­wiało, a już na pewno nie lubił, gdy mówiło się o jego ojcu.

Obie kobiety spoj­rzały na sie­bie i nic nie powie­działy.

– Przy­niosę pani tę her­batę. Z cukrem i cytryną?

– Z mio­dem i z cytryną, jeśli macie.

– Mamy, za pięć minut do pani wrócę.

Piotr zajął miej­sce koło Ame­lii. Wygod­nie roz­siadł się na kana­pie. Widać było, że tro­chę się zmę­czył, wno­sząc Kaśkę. Zapa­dła nie­zręczna cisza.

– Prze­pra­szam, masz na imię Piotr czy Peter? Jak mam do cie­bie mówić? – wypa­liła Ame­lia.

– A jak myślisz?

– Gdy­bym wie­działa, tobym nie pytała.

– Piotr Castello. Mój ojciec, jak już wiesz, był Wło­chem, mama Polką.

– Dla­czego tak się dener­wu­jesz, kiedy mówi się o twoim ojcu?

Iwona posta­wiła na stole dwie takie same her­baty, do tego słoik miodu, talerz z cytry­nami i drugi z małymi ciem­nymi cia­stecz­kami. Piotr od razu zajął się przy­go­to­wa­niem naparu, dał po łyżce miodu do każ­dej ze szkla­nek i po pla­sterku cytryny. Na każ­dym kroku zacho­wy­wał się jak dżen­tel­men. Prze­cze­sał ręką swoje bujne ciemne włosy i wrę­czył Ame­lii her­batę.

– Masz siłę na małe zwie­dza­nie? Twoja przy­ja­ciółka będzie spać do rana. – Szybko zmie­nił temat.

Ame­lii aż zaświe­ciły się oczy. Zwie­dza­nie Wene­cji z takim cia­chem, w dodatku miej­sco­wym. Oczy­wi­ście, że była na tak. Alko­hol już cał­kiem z niej wypa­ro­wał. Wzięła łyk her­baty, która, o dziwo, wcale nie była gorąca.

– Byłoby cudow­nie, gdy­byś mi poka­zał Wene­cję nocą.

Spoj­rzał na nią tajem­ni­czo.

– Świet­nie. Zatem dopi­jaj i idziemy. – Zlu­stro­wał ją od stóp do głów. – Jeśli chcesz, możesz iść się prze­brać w coś bar­dziej wie­czo­ro­wego.

– Nie mam żad­nej sukienki. Poszły­śmy po nią do cen­trum han­dlo­wego, ale zamiast wyjść z ciu­chami, wyszły­śmy narą­bane – wyja­śniła ze śmie­chem Ame­lia.

Spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem. Był bar­dzo poważny. Cza­sami nawet zda­wało jej się, że był dla niej uprzejmy na siłę.

Godzinę póź­niej sie­dzieli w wykwint­nej restau­ra­cji, popi­ja­jąc białe wino. Piotr zdą­żył się prze­brać i wło­żył czarną lnianą koszulę, a Ame­lia jedy­nie zmie­niła bluzkę na czarną koszulę ze zło­tymi guzi­kami. Wło­żyła też szpilki, które wzięła ze sobą awa­ryj­nie, by poro­bić w nich ładne zdję­cia. Koszuli ni­gdy nie zapi­nała pod szyję, naj­wy­żej do wyso­ko­ści piersi, więc kusiła Pio­tra wysta­ją­cym spod niej koron­ko­wym sta­ni­kiem. Restau­ra­cja znaj­do­wała się nie­opo­dal cen­trum han­dlo­wego, w któ­rym się spo­tkali. Była bar­dzo mała i cia­sna, mie­ściło się w niej około dzie­się­ciu sto­li­ków dwu­oso­bo­wych. Przed wej­ściem stały dłu­gie kolejki.

– To miej­sce sły­nie z naj­lep­szych owo­ców morza, świe­żych lan­gu­sty­nek, małży, ostryg – zaczął roz­mowę Piotr. – Ponoć tutaj mój tata oświad­czył się mojej mamie.

– Jest tu roman­tycz­nie. Sam wystrój robi wra­że­nie – przy­tak­nęła Ame­lia.

Restau­ra­cja naprawdę miała kli­mat rodem z kome­dii roman­tycz­nych. Ściany wewnątrz były z czer­wo­nej cegły, zawie­szono na nich stare czarno-białe zdję­cia i mnó­stwo małych ledo­wych lam­pek. W powie­trzu uno­sił się zapach pie­czo­nego czosnku. Wokół sie­działy zako­chane pary. Świa­tło wewnątrz było żółte i przy­ga­szone.

– Pozwo­lisz, że zamó­wię za cie­bie? Wiem, czego tu warto spró­bo­wać.

– Dobrze.

Przy­tak­nęła, choć ta jego wład­czość nie do końca jej się podo­bała. Kiedy zja­wił się kel­ner, Piotr od razu zaga­dał do niego po wło­sku, zło­żył zamó­wie­nie, które w jego ustach brzmiało jak roman­tyczny wiersz recy­to­wany dla uko­cha­nej. Ten język dzia­łał na nią nie­zwy­kle pobu­dza­jąco. Patrzyła na Pio­tra i wyobra­żała sobie, jak by to było się z nim kochać.

 

– Też bym się z tobą z przy­jem­no­ścią bzy­kał – powie­dział nagle Piotr bez mru­gnię­cia okiem.

Ame­lię zamu­ro­wało. Skąd wie­dział, że myślała wła­śnie o sek­sie?!

– Jesteś jak otwarta księga. Z two­jej twa­rzy można wyczy­tać dosłow­nie wszystko. – Uśmiech­nął się. – Naj­pierw poca­ło­wał­bym cię w nosek, potem w kąciki ust, a potem… – Zawa­hał się. – Wiem już, jak mięk­kie masz usta, skosz­to­wa­łem ich w win­dzie i muszę przy­znać, że czu­łem nie­do­syt. – Upił łyk wina.

Zro­biło jej się gorąco. Czuła pod­nie­ce­nie, a jej kobie­cość zaczęła pul­so­wać. Ten męż­czy­zna dzia­łał na nią jak żaden inny. Już same jego słowa spra­wiły, że miała ogromną ochotę na igraszki. Nie wie­działa, co bar­dziej ją kręci; jego ozię­błość, pew­ność sie­bie czy to, że potra­fił być naprawdę miły.

Na stole poja­wił się trzy­po­zio­mowy pół­mi­sek, na dole na kru­szo­nym lodzie leżały otwarte ostrygi. Na samym środku były lan­gu­stynki z kre­wet­kami. A na czubku dwie usma­żone małże świę­tego Jakuba, które jesz­cze syczały.

Buon appe­tito! – Kel­ner uśmiech­nął się zna­cząco.

Ame­lia od razu się zorien­to­wała, że coś jest na rze­czy.

– Czemu on puścił do cie­bie oko?

– Bo ni­gdy nie przy­pro­wa­dzi­łem tutaj żad­nej kobiety. A Michael pra­cuje tu od dwu­dzie­stu lat.

– Czy to twoja restau­ra­cja?

– Mojego świę­tej pamięci ojca. Tak, teraz moja.

– Ludzie zabi­jają się, żeby tu wejść. Widzia­łeś tę kolejkę? I ty chcesz to wszystko sprze­dać? Cały rodzinny biz­nes? Bo jest pięć­dzie­siąt tysięcy euro długu? Prze­cież to samo się spłaci…

– Ty nic nie rozu­miesz i to moja decy­zja, co z tym zro­bię, nie twoja. Nie mie­szaj się do spraw, o któ­rych nie masz poję­cia.

W sekundę atmos­fera się zepsuła.

Nało­żył jej na talerz cie­płą małżę.

– Jedz – powie­dział roz­ka­zu­ją­cym tonem.

– Dla­czego ty się tak dener­wu­jesz? Nie lepiej cza­sami poga­dać z kimś obcym? Zwie­rzyć się, pora­dzić?

– Możesz skoń­czyć przy­nu­dzać i zacząć jeść? Nie twoja sprawa, co zro­bię. – Przy­mru­żył oczy.

– Ale…

– Ale jak ty mnie wku­rzasz. Mam ochotę robić z tobą takie rze­czy, że nie wypada mi powie­dzieć tego na głos.

– Jesteś nie­nor­malny.

– Karał­bym cię za każde takie pano­sze­nie się. Za włosy, na kolana i do… – Mówił to z taką powagą, ozię­bło­ścią, że aż zadrżała. – Bzy­kał­bym cię tak, że mia­ła­byś mnie dość.

– A ty co, w Greya się bawisz? Nagra­dza­nie i kara­nie sek­sem? No kom­pletny zbok. Halo, tu Zie­mia. – Ame­lii udało się roz­śmie­szyć Pio­tra. – Opo­wiedz mi lepiej o swoim ojcu. Czemu tak go nie­na­wi­dzisz?

– Jesteś już nudna z tym tema­tem. Nie mam ochoty na zwie­rze­nia.

– A na co masz ochotę? Na bzy­kanko z obcą babą?

– Ty nie jesteś już obcą babą.

– Palant!

– Nie wiem, co ty masz w sobie, dziew­czyno, ale strasz­nie na mnie dzia­łasz.

Wło­żyła do ust ostrygę naj­sek­sow­niej, jak umiała. Wcią­gnęła ją całą, wypi­ja­jąc soki. Obli­zała usta osten­ta­cyj­nie i uśmiech­nęła się pro­wo­ka­cyj­nie.

– Nie rób tak! Bo cię wezmę na tym stole!

– Będę tak robić, póki mi nie opo­wiesz histo­rii z ojcem.

Zaczęła go draż­nić, widząc, jak to na niego działa. Im bar­dziej mu się sta­wiała, tym bar­dziej był nakrę­cony.

– Dobrze, ale naj­pierw ty mi odpo­wiesz na jedno pyta­nie. Dobrze?

Przy­tak­nęła od razu.

– Myśla­łaś o mnie po tym, jak się uwol­ni­łaś z windy?

– Tak. Nie będę ukry­wać. Zasta­wia­łam się, kim jesteś, jak się nazy­wasz…

– I jak całuję?

Na to już nie odpo­wie­działa, tylko dopiła wino, patrząc Pio­trowi pro­sto w oczy.

– Dole­jesz? – Wycią­gnęła do niego rękę z kie­lisz­kiem.

– Mój ojciec był dobrym czło­wie­kiem – zaczął opo­wieść. – Poznał moją mamę pod­czas waka­cji. Przy­je­chała do Wene­cji na tydzień i zako­chali się w sobie na zabój. Po mie­siącu roz­łąki ojciec przy­je­chał do Pol­ski, odna­lazł ją i się oświad­czył. Mieli wtedy po osiem­na­ście lat, szybko wzięli ślub. Mama prze­pro­wa­dziła się do Włoch i nie­mal od razu zaszła w ciążę. Razem otwo­rzyli sieć gon­doli, potem hotel. Pil­no­wali biz­nesu, tata dużo wyjeż­dżał, ale nie wiem gdzie. Gdy mia­łem dzie­sięć lat, ciężko zacho­ro­wała bab­cia, mama mojej mamy. Na trzy mie­siące poje­cha­li­śmy z mamą do Pol­ski. Bab­cia zmarła, a tatuś w tym cza­sie wdał się w romans z recep­cjo­nistką, która zaszła z nim w ciążę. Mama nie potra­fiła się pogo­dzić ze zdradą. Roz­wio­dła się z nim i wró­ciła ze mną do Pol­ski. Ojciec długo pro­sił o prze­ba­cze­nie, widzia­łem, że żałuje. Co mie­siąc prze­sy­łał mamie olbrzy­mie pie­nią­dze. Przy­jeż­dżał, bła­gał. Ta kobieta poro­niła albo wymy­śliła ciążę… Po roku zabie­gów mama posta­no­wiła, że da mu szansę. Dla mnie – żeby jej jedyny syn miał pełną rodzinę, kocha­ją­cego ojca. Wyba­czyła mu i posta­no­wiła zro­bić nie­spo­dziankę. Ten dzień zapa­mię­tam do końca życia. Mia­łem zale­d­wie jede­na­ście lat. Mama zapa­ko­wała nasze rze­czy w jedną walizkę. W Pol­sce padał śnieg, nawet w Wene­cji nie było za gorąco. Kiedy weszli­śmy do hotelu, w któ­rym wcze­śniej miesz­ka­li­śmy, poin­for­mo­wano nas, że tata jest u sie­bie. Apar­ta­ment sześć­set szes­na­ście należy do nas, zaj­muje całe pię­tro. Mama weszła bez puka­nia i to, co tam zasta­li­śmy, odci­snęło na mnie piętno na zawsze. Widok matki i wypa­da­ją­cej z jej rąk torebki mam cią­gle przed oczami. Sta­li­śmy w drzwiach, a mój ojciec posu­wał dwie Włoszki rów­no­cze­śnie. Zanim nas zauwa­żył, rżnął je na zmianę. Prze­stał, gdy usły­szał moje słowa: „Mamo, co tata robi?”. Wpadł w szał, zaczął krzy­czeć coś po wło­sku. Pamię­tam tylko, że beł­ko­tał, że „mogła go uprze­dzić”. W każ­dym razie póź­niej wyszło na jaw, że czę­sto ją zdra­dzał. Znie­na­wi­dzi­łem go całym ser­cem. Razem z mamą zupeł­nie się od niego odcię­li­śmy. Przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat nie mia­łem z nim żad­nego kon­taktu. Aż do momentu, kiedy zmarł. Na początku roku jego nota­riusz przy­słał mi pismo, jako że byłem jego jedy­nym dziec­kiem. Może jedy­nym, do któ­rego się przy­znał? Nie wiem. I tak odzie­dzi­czy­łem cały mają­tek: gon­dole, hotel i tę restau­ra­cję, Rosa d’Amore. Nazwaną na cześć matki, która miała na imię Róża. Miała, bo zmarła, gdy skoń­czy­łem osiem­na­ście lat. Ni­gdy nie uło­żyła sobie życia, nie miała żad­nego męż­czy­zny, poświę­ciła mi się cał­ko­wi­cie. Wie­dzia­łem, że cierpi. Wie­lo­krot­nie mówiła, że nie ma nic prze­ciwko temu, bym utrzy­my­wał kon­takt z ojcem. Nie chcia­łem. Nie chcia­łem, bo ją skrzyw­dził i mnie też. Do dziś rzy­gać mi się chce, jak przy­po­mnę sobie ten widok. Gdy­bym był wtedy star­szy, tobym mu wpie­przył. A tak w Wigi­lię wra­ca­li­śmy z matką naj­szyb­szym lotem do Pol­ski, a potem w zaspach i śniegu na stopa do domu, bo pociągi z lot­ni­ska nie cho­dziły. To moja histo­ria, tak w skró­cie. Mam nadzieję, że to zaspo­ko­iło twoją cie­ka­wość. Co zro­bię z tym dobyt­kiem? Nie wiem.

Zabra­kło jej tchu. Łzy napły­wały do oczu. Było jej żal Pio­tra, zro­biło się jej przy­kro. Miał cięż­kie dzie­ciń­stwo. Jego ozię­błość była zro­zu­miała.

– Prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łam. Ja… nie chcia­łam…

– Wiem, nie chcia­łaś, żeby było mi przy­kro. Skąd mogłaś wie­dzieć? Czy możemy już o tym nie roz­ma­wiać, tylko cie­szyć się piękną, cie­płą nocą? Chcę ci jesz­cze poka­zać jeden nocny klub.

Ski­nęła głową. A jedyne, na co miała ochotę, to wstać i go przy­tu­lić. Ten poważny męż­czy­zna wyglą­dał teraz jak mały chłop­czyk, który wła­śnie prze­grał bitwę o cukierki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?