Noc w WenecjiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Noc w Wenecji
Noc w Wenecji
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Noc w Wenecji
Noc w Wenecji
Audiobook
Czyta Izabela Perez
21  15,54 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Noc w Wene­cji

2  Pole­camy

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 by Edyta Fol­war­ska

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00–480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Redak­tor kre­atywny ds. pro­jek­tów książ­ko­wych: Anna Kubal­ska

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Koor­dy­na­cja pro­jektu: Marta Kor­dyl

Redak­cja: Irena Kar­ska

Korekta: MODE­STIA Kata­rzyna Sarna, Beata Wój­cik

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: Kise­lev Andrey Vale­re­vich/Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00–17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-661-5

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Noc w Wene­cji

– Wygra­łam!!! Kaśka! Cho­lera! Wygra­łam! – Wysoka szczu­pła blon­dynka nie kryła rado­ści. – Kaśka, jedziemy na week­end do Wene­cji! Za friko!

– Ame­lia! Na litość boską! Jeste­śmy w pracy. Nie prze­kli­naj.


Ame­lia Spen­cer, pół Polka, pół Ame­ry­kanka, była wyzwo­lona i ambitna, a już na pewno nie trzy­mała się zasad savoir-vivre’u. Histo­ria jej poczę­cia była kla­syczna jak kawa ze Star­bucksa. Jej mama Anna wyje­chała na wymianę do Nowego Jorku, a jej ojciec był przy­stoj­nym nowo­jor­czy­kiem. Typo­wym Ame­ry­ka­ni­nem o jasnych wło­sach i błę­kit­nych oczach, z pozy­tyw­nym nasta­wie­niem do świata. Pło­mienny romans tej pary trwał trzy mie­siące. Nie­stety, życie to nie ame­ri­can dream i mama Ame­lii o tym, że jest w ciąży, dowie­działa się po powro­cie do kraju. Pan tata nie poczu­wał się do odpo­wie­dzial­no­ści. Przy­znał się do ojco­stwa, pła­cił ali­menty i na tym poprze­stał. Ame­lia dawno się pogo­dziła z tym fak­tem. Ni­gdy nie chciała go szu­kać, poznać, wie­działa tylko, że jest do niego bar­dzo podobna. Miała wiel­kie nie­bie­skie oczy, blond włosy i jasną kar­na­cję. I jego uspo­so­bie­nie; zawsze pozy­tywna, otwarta i bez­po­śred­nia, nawet za bar­dzo, co wła­śnie dzi­siaj zapre­zen­to­wała w pracy.

– Ame­lio, upo­mi­nam cię! Nasze szkraby mają może po dwa lata, ale bar­dzo dobrze rozu­mieją, co mówisz, i szybko łapią. – Kaśka jak zwy­kle zbesz­tała przy­ja­ciółkę. Wie­działa, że trzeba co rusz sta­wiać Ame­lię do pionu, bo ta czę­sto się zapo­mi­nała. Obie pra­co­wały w pry­wat­nym żłobku, w ich gru­pie było tylko ośmioro dzieci. Poznały się w liceum, przy­pad­kowo wylą­do­wały we wspól­nej ławce i od tam­tego czasu były nie­roz­łączne. Teraz miały po trzy­dzie­ści lat i na­dal razem pra­co­wały.

– Ale, Kaśka, ja wygra­łam! Rozu­miesz? WYGRA­ŁAM! – Ame­lia aż pod­ska­ki­wała z rado­ści, potrzą­sa­jąc przy­ja­ciółką.

– Opa­mię­taj się – popro­siła Kaśka, popra­wia­jąc swój potar­gany już kucyk. – Co takiego wygra­łaś? Milion w totka? Ska­czesz mi tu jak obłą­kana, prze­kli­nasz przy dzie­ciach. O co cho­dzi?

– Nie pamię­tasz?! Mówi­łam ci, że mie­siąc temu zgło­si­łam się do kon­kursu w radiu Holi­day. Trzeba było opi­sać wyma­rzony week­end i kogo bym u swo­jego boku widziała i gdzie, i co chcę zoba­czyć, i dla­czego… – traj­ko­tała Ame­lia. – I wiesz, tak popły­nę­łam, że my dwie samotne, smutne sin­gielki…

Kaśka chrząk­nęła.

– Że co? Jakie sin­gielki? Ty publicz­nie gadasz, że my chło­pów szu­kamy? Czyś ty do reszty zwa­rio­wała?!

– Daj spo­kój, nikt prócz tych dzien­ni­ka­rzy w radiu tego nie czy­tał. Bo ich zasięg w mediach spo­łecz­no­ścio­wych jest mniej­szy niż na Insta­gra­mie mojego psa, któ­rego jesz­cze nie mam. – Wybuch­nęła śmie­chem, jakby jej żart miał roz­luź­nić atmos­ferę. – W każ­dym razie moja opo­wiastka o nas i marze­nie o zwie­dze­niu mia­sta miło­ści, czyli Wene­cji, tak im się spodo­bała, że wygra­łam dla nas week­en­dowy wypad! Za tydzień ja i ty lecimy klasą biz­nes do Wene­cji, dosta­ły­śmy hotel pię­cio­gwiazd­kowy, szo­fera, wyży­wie­nie i bon na tysiąc zło­tych do wyda­nia na miej­scu. Więc, kochana, w pią­tek bie­rzemy wolne! Obie! I lecimy na week­end marzeń. – Ame­lia ska­kała z rado­ści. Liczyła na podobny entu­zjazm przy­ja­ciółki.

– A jak ty sobie to wyobra­żasz? Kto przej­mie naszą grupę? Myśla­łaś o tym?

– Tak, dzie­ciaki pójdą do Pau­liny i Marty. Już z nimi roz­ma­wia­łam, zgo­dziły się.

– Jak to z nimi roz­ma­wia­łaś?

– No nor­mal­nie… przed chwilą! Stara, taka oka­zja nie zda­rza się czę­sto. Jedziemy! Jutro tylko muszę jechać do radia ode­brać nagrodę i wystą­pić w audy­cji. Więc paku­jemy manatki i w drogę.

– Hola, hola… A możesz zacząć od początku?

– Był kon­kurs. Jest maj, na wio­snę ludzie się zako­chują. To wycieczka dla osób, które pra­gną miło­ści. Napi­sa­łam, że ja, Ame­lia Spen­cer, i moja przy­ja­ciółka Kasia Kozar jeste­śmy sin­giel­kami, które nie mają szczę­ścia w miło­ści. Napi­sa­łam, że mój poprzedni facet zdra­dził mnie ze swoją kole­żanką z pracy, która z nim wpa­dła, i mają dziecko. A ty wcale nie rand­ku­jesz od roku. Pod­kre­śli­łam, że Wene­cja to nasze marze­nie i że chcemy ją zoba­czyć, póki cał­kiem nie zato­nęła. A że pra­cu­jemy w żłobku, to nie stać nas na takie wojaże. Napi­sa­łam to pod kon­kursem na ich stro­nie, dosta­łam naj­wię­cej laj­ków. Zadzwo­nili do mnie dziś rano, że wygra­łam. Ot, cała histo­ria.

– No dobrze, to jedziemy! – Kaśka zaczęła pisz­czeć jak nasto­latka.

Dzieci z ich grupy nie wie­działy, co się dzieje. Nagle wszyst­kie zaczęły sza­leć i krzy­czeć jak opę­tane.

Dziew­czyny spoj­rzały na sie­bie i się roze­śmiały.

– To czeka nas week­end życia. – Ame­lia aż zacie­rała ręce.


Biuro radia Holi­day nie wyglą­dało zbyt prze­ko­ny­wa­jąco. Mie­ściło się w pod­zie­miach restau­ra­cji przy ron­dzie ONZ w cen­trum zatło­czo­nej War­szawy. Już przy pró­bie zapar­ko­wa­nia Ame­lia czuła poiry­to­wa­nie. Pięt­na­ście minut szu­kała miej­sca dla swo­jego pod­sta­rza­łego samo­chodu. Kiedy w końcu jej się udało, oka­zało się, że w port­felu nie ma drob­nych na par­ko­metr, w któ­rym na doda­tek coś się zepsuło i nie mogła zapła­cić kartą.

– Niech to szlag! – zaklęła pod nosem, licząc, że nie dosta­nie man­datu. W końcu war­szaw­skie stawki mocno poszły do góry, za brak biletu trzeba zapła­cić dwie­ście pięć­dzie­siąt zło­tych. Rozej­rzała się dookoła, straży miej­skiej nie zauwa­żyła, więc poma­sze­ro­wała pod wska­zany adres.

Chciała zro­bić na dzien­ni­ka­rzach wra­że­nie jako sin­gielka do wzię­cia, więc wyjęła z szafy nieco zaku­rzone szpilki, w któ­rych nie bar­dzo potra­fiła cho­dzić. Wkła­dała je od wiel­kiego dzwonu, na takie oka­zje jak wesela, pogrzeby, gale. Posta­no­wiła, że dziś je włoży, do tego dobrała brą­zową sukienkę przed kolano i mary­narkę over­size. Wyglą­dała sek­sow­nie i szy­kow­nie. Z maki­ja­żem nie była za pan brat, więc miała tylko mocno wytu­szo­wane rzęsy i policzki maź­nięte bron­ze­rem. Za to wygła­dziła fry­zurę. Od lat była fanką Spice Girls, a szcze­gól­nie Vic­to­rii Bec­kham, więc posta­no­wiła, że będzie miała dłu­giego blond boba. I był to strzał w dzie­siątkę, bo fry­zura odzwier­cie­dlała jej oso­bo­wość. Ame­lia nie była typem Bar­bie ani chłop­czycy, tylko po pro­stu „kum­pelą z sąsiedz­twa”.

Kiedy weszła do budynku, poczuła roz­cza­ro­wa­nie. Było ponuro, szaro, przy samych drzwiach wej­ścio­wych znaj­do­wała się recep­cja, w któ­rej sie­działa zanie­dbana recep­cjo­nistka. Nie tak Ame­lia wyobra­żała sobie sie­dzibę mass mediów. Rozej­rzała się z nie­sma­kiem i pode­szła do recep­cji.

– Dzień dobry, ja do pana… – Ner­wowo zaczęła szu­kać tele­fonu komór­ko­wego, by zna­leźć wia­do­mość od męż­czy­zny, z któ­rym dzi­siaj była umó­wiona. – A więc ja do pana Rafała Myślic­kiego, prze­pra­szam, Muścil­skiego…

– Myśli­ciel­skiego – popra­wiła ją nie­mi­łym tonem recep­cjo­nistka.

– Tak, zga­dza się.

– A w jakim celu? – Dziew­czyna zaczęła nawi­jać prze­tłusz­czone włosy na palec.

 

– W celu ode­bra­nia nagrody, wycieczki do Wene­cji…

– Aaa, sin­gielka.

– Słu­cham?

– No, pani jest tą sin­gielką, o któ­rej tutaj tyle deba­to­wano. Bar­dzo dobra wypo­wiedź. Dobra pol­sz­czy­zna, nie chcia­łaby być pani dzien­ni­karką?

– Nie. Kocham dzieci. To gdzie mam się kie­ro­wać?

– Jesz­cze jakby pani mogła podać mi swoje nazwi­sko.

– Ame­lia Spen­cer.

– Spen­cer?

– Tak, Spen­cer. A co w tym dziw­nego?

– Wygląda jak nie­po­lskie…

– Bo nie jest. Jest ame­ry­kań­skie, po moim ojcu, Ame­ry­ka­ni­nie z Nowego Jorku…

Recep­cjo­nistka pod­nio­sła słu­chawkę tele­fonu i wybrała trzy­cy­frowy numer wewnętrzny.

– Pani Spen­cer, sin­gielka, jest w dro­dze do was, więc wyjdź­cie pod windę.

– Cho­lera, co za nie­przy­jemna baba – mru­czała pod nosem Ame­lia, zasko­czona zacho­wa­niem kobiety.

– Pro­szę iść do końca kory­ta­rza pro­sto, potem skrę­cić w lewo, po pra­wej stro­nie będą wiel­kie meta­lowe drzwi. Pro­szę zje­chać na minus dwa.

– Minus dwa?

– Tak, radio znaj­duje się w pod­zie­miach.

Strasz­nie nie lubiła wind. Miała klau­stro­fo­bię. Wcho­dząc do windy, całe życie bała się, że w końcu w niej utknie. Pod­cho­dząc do wiel­kich meta­lo­wych drzwi, żało­wała, że nie spy­tała tej baby, gdzie znaj­dzie schody. Ludzie są leniwi, ona w zasa­dzie też, ale na myśl, że zjeż­dża w pod­zie­mia, gdzie nie ma okien i w razie czego nikt jej nie usły­szy, prze­ra­ziła się; wola­łaby pójść scho­dami. Kiedy otwo­rzyły się drzwi windy, szybko weszła, a potem jesz­cze szyb­ciej naci­snęła guzik. Zafa­scy­no­wana patrzyła w pod­świe­tlany panel ste­row­ni­czy, biały i cały doty­kowy. Winda szarp­nęła i roz­po­częła powolny zjazd. Nagle panel zgasł. Winda ponow­nie szarp­nęła, sta­nęła i zga­sły wszyst­kie świa­tła. Ame­lia zaczęła ciężko oddy­chać i wpa­dać w panikę.

– Matko Boska! Umrę – powie­działa gło­śno, pró­bu­jąc łapać oddech.

Była tak zestre­so­wana, że wcho­dząc do windy, nie zauwa­żyła, że w jej rogu stoi męż­czy­zna. Opie­rał się leni­wie o tylną ścianę z zało­żo­nymi rękami. Sły­sząc jęki Ame­lii, uniósł brwi i prze­wró­cił oczami. Był zachwy­cony kobie­cymi kształ­tami, które miał przed sobą. Zamy­ślił się i zamiast wyjść na pozio­mie minus jeden, pozo­stał w win­dzie. Zlu­stro­wał Ame­lię od stóp do głów, zatrzy­mał wzrok na jej jędr­nych, krą­głych poślad­kach. Zwró­cił uwagę na modną fry­zurę. Nie była to rzu­ca­jąca się w oczy uroda. Na jego opa­lo­nej twa­rzy poja­wił się lekki uśmiech; lubił takie ładne, natu­ral­nie wyglą­da­jące kobiety. A taka była Ame­lia, zwłasz­cza że dziś ubrała się jak sekre­tarka w luk­su­so­wym biu­rze nota­rial­nym. Zasta­na­wiał się, czy pra­cuje w tym budynku; na dzie­sią­tym pię­trze była kan­ce­la­ria, na dzie­wią­tym ubez­pie­czal­nia, a na trzy­na­stym naj­droż­sza siłow­nia w War­sza­wie, z base­nem, z któ­rego roz­ta­czał się widok na pano­ramę mia­sta. Nagle zapa­liły się świa­tła, lecz ponow­nie zga­sły, a winda szarp­nęła. Ame­lia krzyk­nęła, jakby był to atak ter­ro­ry­stów.

– Pro­szę wylu­zo­wać, nie ma się czego bać – ode­zwał się koją­cym gło­sem, chcąc uspo­koić towa­rzyszkę nie­doli.

– Co, do cho­lery?! – Ame­lia aż pod­sko­czyła. – A skąd pan się wziął? – spy­tała, zasko­czona wido­kiem pasa­żera.

– Tak w ogóle? – spy­tał zło­śli­wie. – Moi rodzice pocho­dzą z Zako­pa­nego, ja uro­dzi­łem się w Gdyni, jed­nak wycho­wa­łem się i po dziś dzień miesz­kam w War­sza­wie. A pani?

– Prze­cież pan dosko­nale wie, że nie o to pytam. Po co ten sar­kazm? – wypa­liła zde­ner­wo­wana, patrząc mu pro­sto w oczy. – Nie pytam pana o pocho­dze­nie, tylko skąd pan się wziął. – Musiała nieco odchy­lać głowę do tyłu, by na niego patrzeć. Na oko miał ze sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi, zawa­diacko się uśmiech­nął.

– Ach, jesz­cze wcze­śniej? Mama mówi, że byłem niczym wię­cej jak bły­skiem w oczach mojego ojca, który raz po raz dopro­wa­dzał ją do orga­zmów.

„Skoń­czony palant!” – pomy­ślała. „Ale za to jaki przy­stojny”. Męż­czy­zna był wysoki, szczu­pły, miał ciemne, lekko falo­wane włosy, jasno­zie­lone oczy i ciemną kar­na­cję, przez co wcale nie wyglą­dał jak Polak. Może Włoch?

– Cho­dzi mi o to, że wsia­da­jąc do windy, nie zauwa­ży­łam pana. Wystra­szy­łam się podwój­nie, z powodu zepsu­tej windy i pana. Długo tu jesz­cze będziemy sie­dzieć?

– Myślę, że czas dłuży się pani przez strach. Wła­ści­wie wszystko trwa może ze dwie minuty, pocze­kamy jesz­cze z pięć i będziemy wolni. – Uśmiech­nął się.

W tym momen­cie zapa­liło się świa­tło, a on mógł się przyj­rzeć Ame­lii. To, co zoba­czył, bar­dzo mu się spodo­bało, szcze­gól­nie jej kształtny nosek. Wystra­szone oczy wyda­wały się jesz­cze więk­sze niż nor­mal­nie, a pełne usta aż pro­siły się o poca­łu­nek. Winda ruszyła i oboje ode­tchnęli z ulgą. Nie­stety, nie nacie­szyli się zbyt długo tą chwilą, bo znów zga­sły wszyst­kie świa­tła, tym razem cał­ko­wi­cie, a winda sta­nęła. Ame­lia zaczęła krzy­czeć, jakby ją obdzie­rano ze skóry.

Męż­czy­zna począt­kowo się zaśmiał, ale potem zacho­wa­nie Ame­lii zaczęło go iry­to­wać.

– Czy może pani się już uspo­koić? – zapy­tał, pod­cho­dząc do panelu. Naci­snął guzik z ikoną dzwonka, cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Sygnał jakby ją uspo­koił i zamil­kła. Nie­stety nikt się nie ode­zwał. Męż­czy­zna naci­snął guzik raz jesz­cze.

– Cisza. No cóż, musi pani znieść jesz­cze przez chwilę moją obec­ność i mam nadzieję, że prze­sta­nie pani wrzesz­czeć. Niczemu to nie służy.

Przy­znała mu rację. Wyszła na pani­karę i idiotkę. Jed­nak lęk był sil­niej­szy; bar­dzo się stre­so­wała. Puls miała przy­spie­szony, z tru­dem oddy­chała. Męż­czy­zna w ciem­no­ści odna­lazł jej drobną, spo­coną dłoń i mocno zła­pał.

– Co pan robi!? – Szarp­nęła ręką, pró­bu­jąc ją uwol­nić z uści­sku męż­czy­zny.

– Pro­szę mi zaufać, ma pani atak paniki. Pro­po­nuję, żeby­śmy razem usie­dli na pod­ło­dze i pocze­kali na pomoc. Nie jest tu pani sama, a nerwy nic nie zmie­nią. Zaraz doj­dzie do hiper­wen­ty­la­cji i będę musiał zasto­so­wać metodę usta-usta. – Uśmiech­nął się. Nie­stety w ciem­no­ściach nie było tego widać.

– Hiper czego?

– Hiper­wen­ty­la­cji, czyli stanu, kiedy zaczy­namy zbyt szybko i głę­boko oddy­chać. Mogą zdrę­twieć pani dło­nie, a nawet twarz… zwy­kły objaw ataku paniki. Więc pro­szę trzy­mać mnie za rękę, oddy­chać powoli i myśleć o czymś przy­jem­nym.

„Przy­jemny to jesteś ty” – pomy­ślała, ści­ska­jąc dłoń przy­stoj­nego męż­czy­zny. Kiedy usiadł obok, poczuła woń jego per­fum; tro­chę piż­mo­wych, słod­kich, ale zara­zem tajem­ni­czych i męskich.

– Pra­cuje pan tutaj? – wypa­liła.

– Kto? Ja?

– Nie. Ten facet co stoi za panem… – wku­rzyła się. – A jest tu ktoś prócz nas?

Męż­czy­zna uwol­nił dłoń z jej uści­sku i prze­cze­sał włosy.

– Powiedzmy. Nie chcę na ten temat roz­ma­wiać. Mia­łem stąd wyjść już godzinę temu. Za parę godzin mam samo­lot do Włoch i liczę na to, że na niego zdążę.

– Do Włoch? A dokąd kon­kret­nie? Ja się wybie­ram do Wene­cji.

– Piękne mia­sto. Tro­chę tam śmier­dzi rybą, ale szybko do tego zapa­chu można się przy­zwy­czaić. Pole­cam pani rejs gon­dolą, szcze­gól­nie o zmroku z lampką wina. Będzie pani zado­wo­lona, part­ner też.

– Part­ner?

– No tak, to mia­sto miło­ści, sin­gielki tam raczej nie latają. – Roze­śmiał się.

Nic nie odpo­wie­działa, nie chciała wyjść na zde­spe­ro­waną sin­gielkę; i tak z jakie­goś powodu ostat­nio cał­ko­wi­cie stra­ciła wiarę w sie­bie. Nikt jej nie pod­ry­wał, nikt nie był nią zain­te­re­so­wany. Ni­gdzie nie wycho­dziła. Gdzie miała kogoś poznać? W żłobku? Roz­wie­dzio­nego samot­nego tatu­sia? Za młoda była na adop­cję dziecka. Nie chciała kogoś po przej­ściach. Pra­gnęła praw­dzi­wej książ­ko­wej miło­ści, peł­nej unie­sień.

– Na długo pani jedzie do Wene­cji?

Nagle zapa­liły się świa­tła.

– Ura­to­wani! – ode­tchnęła z ulgą, odwra­ca­jąc się do męż­czy­zny.

Był cho­ler­nie przy­stojny. Kiedy tak sie­dział, kosmyk ciem­nych wło­sów spadł mu na oko. Dopiero teraz zauwa­żyła, że jego dło­nie są duże i zadbane. „No, no, cho­dzimy na mani­cure” – zaśmiała się w duchu.

– Cie­szę się, bo może się pani uspo­koi. – Wstał, pocią­ga­jąc do góry Ame­lię.

Wtedy świa­tła znów zga­sły, a ona znów zaczęła pisz­czeć. Męż­czy­zna już nie wytrzy­mał. Zła­pał ją za pod­bró­dek i odwró­cił jej twarz w swoją stronę. Było ciemno, więc go nie widziała. Tym razem tchu zaczęło jej bra­ko­wać nie z powodu zacię­tej windy, ale dla­tego, że czuła jego bli­skość.

– Dziew­czynko, czy kie­dy­kol­wiek ktoś ci powie­dział, że jesteś histe­ryczką? – szep­nął zdu­szo­nym gło­sem. Ta uwaga nie zabrzmiała jak kry­tyka. Pochy­lił się nieco, a ich usta się spo­tkały.

Był to cień poca­łunku, czego doświad­czyła pierw­szy raz w życiu. Nie wie­działa, czy było to celowe zagra­nie męż­czy­zny, by wresz­cie się uspo­ko­iła, czy przy­pa­dek. Odnio­sła jed­nak wra­że­nie, że jej kom­pan miał ochotę na wię­cej. Pod­łoga pod jej nogami zadrżała, a klatkę pier­siową zalała fala cie­pła.

Naraz drzwi windy się otwo­rzyły i poka­zał się Rafał Myśli­ciel­ski, z któ­rym była umó­wiona. Ame­lia jak opa­rzona odsko­czyła od nie­zna­jo­mego męż­czy­zny, patrząc mu po raz ostatni w oczy.

– W końcu pani doje­chała – ucie­szył się.

Wyszła z windy, a męż­czy­zna wci­snął poziom minus jeden.

– Do widze­nia, pani… – Drzwi zaczęły się zamy­kać.

– Ame­lio. Mam na imię Ame­lia.

– Do widze­nia, pani Ame­lio. Uda­nej wycieczki życzę, pro­szę nie zapo­mnieć o gon­do­lach.

Drzwi się zamknęły, a Ame­lia nawet nie wie­działa, jak męż­czy­zna ma na imię. Była jak zahip­no­ty­zo­wana. Nie­wiele bra­ko­wało, a cało­wa­łaby się z obcym face­tem.

– Czy wie pan, kto to był?

– Nie­stety nie. Cza­sami go tutaj widuję, ale nie mam poję­cia, kim ten pan jest. To co, prze­cho­dzimy do for­mal­no­ści? Przede wszyst­kim pani gra­tu­luję. Świetna odpo­wiedź na nasz kon­kurs. – Pan Rafał był szcze­rze pod­eks­cy­to­wany. – Jedyne, co pani musi zro­bić, to pod­pi­sać umowę. – Wyjął dwie kartki i poło­żył na sto­ją­cym obok biurku. – Tu i tu. – Wska­zał pal­cem. – Mamy jesz­cze prośbę do pani o pode­sła­nie nam ze dwóch zdjęć z krót­kim opi­sem wycieczki. Zga­dza się pani?

– Jasne, czemu nie, i tak pochwalę się wycieczką w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

– Świet­nie. To teraz zapra­szam za mną. Nagramy krótką zapo­wiedź, że odbiera pani nagrodę i się cie­szy, i drugą zapo­wiedź, jak było. Opo­wie pani, że było wspa­niale, pły­wała pani gon­dolą. Żeby­śmy dwa razy nie musieli pani tu ścią­gać.

Prze­żyła szok, że tak się oszu­kuje słu­cha­czy. Była świę­cie prze­ko­nana, że wszyst­kie roz­mowy w radiu są na żywo.

Weszli do małego pomiesz­cza­nia, które miało może z dzie­sięć metrów kwa­dra­to­wych. Ściany obite były szarą, naje­żoną gąbką. Na ławce, która przy­po­mi­nała te ze szkoły pod­sta­wo­wej, stał sprzęt, obok wisiały dwie słu­chawki i stały dwa mikro­fony.

– Pro­szę zało­żyć słu­chawki i mówić do mikro­fonu.

Pot poja­wił się na jej skroni. Zestre­so­wała się bar­dziej niż w zacię­tej win­dzie.

– Trzy… dwa… jeden… wej­ście! Witamy wszyst­kich słu­cha­czy. Słu­cha­cie radia Holi­day. Czas na ogło­sze­nie wyni­ków naszego kon­kursu. Jest ze mną Ame­lia Spen­cer, która skra­dła wasze serca. Sin­gielka z War­szawki, około trzy­dziestki, na wycieczkę do Wene­cji wybiera się z przy­ja­ciółką.

Ame­lię zatkało. Nie spodo­bało jej się, że przed­sta­wiają ją jako samotną kobietę.

– Tak, dzień dobry.

– Ame­lia jest bar­dzo nie­śmiała. Może to dla­tego wciąż jesteś sama?

Męż­czy­zna się nie patycz­ko­wał i miała wra­że­nie, że chce ją ośmie­szyć.

– Nie wiem, może. W każ­dym razie dzię­kuję za głosy i lajki, bo dzięki wam zre­ali­zuję swoje naj­więk­sze marze­nie.

– Cze­kamy na zdję­cia i rela­cję po powro­cie. Jed­nak może chce pani poje­chać na wycieczkę z męż­czy­zną? Jeste­śmy w sta­nie zro­bić casting na towa­rzy­sza, może ktoś się zgłosi. – Męż­czy­zna chyba szu­kał skan­dalu.

 

– Zabie­ram ze sobą przy­ja­ciółkę, pro­szę się nie tru­dzić – odpo­wie­działa, ledwo powstrzy­mu­jąc się od kąśli­wego komen­ta­rza.

– Wielka szkoda, bo paru chęt­nych na pewno by się zna­la­zło. Liczymy na to, że z Włoch nie wróci pani już jako sin­gielka. Gra­tu­lu­jemy! Prze­ka­zuję nagrodę i cze­kamy na rela­cję.

– Bar­dzo dzię­kuję.

Dzien­ni­karz puścił pio­senkę Harry’ego Sty­lesa Water­me­lon Sugar. Ucie­szyła się, bo bar­dzo lubiła ten utwór. Wrę­czył jej kopertę, w któ­rej były bilety lot­ni­cze, potwier­dze­nie opła­ce­nia hotelu i gotówka.

– A więc uda­nego pobytu. I do usły­sze­nia. Pro­szę nie zapo­mnieć o rela­cji dla nas – powie­dział, odpro­wa­dza­jąc ją do windy.

Spoj­rzała na meta­lowe drzwi i przy­po­mniała sobie dziw­nie zie­lone oczy męż­czy­zny, któ­rego imie­nia nie znała.

– Prze­pra­szam, czy są tutaj schody? Już dzi­siaj utknę­łam w tej win­dzie i wię­cej nie chcę.

– Tak, są za tymi drzwiami z napi­sem „exit”.

Uści­snęli sobie dło­nie i Ame­lia poszła pie­szo. Kiedy prze­cho­dziła koło recep­cji, zacze­piła ją „nie­miła baba”.

– Halo! Halo, czy pani może podejść?

– Tak, czy coś się stało? – Ame­lia aż zamarła, pomy­ślała, że coś jest nie tak i że ma oddać nagrodę.

– Jakiś męż­czy­zna zosta­wił tę kar­teczkę dla pani i pro­sił, bym ją prze­ka­zała.

Ame­lia wzięła bile­cik zło­żony na pół i z zacie­ka­wie­niem go otwo­rzyła.

„Dla Ame­lii. Nie zapo­mnij popły­wać gon­dolą. Pole­cam sieć Pablo Castello przy placu Świę­tego Marka”.

Uśmiech­nęła się. „To miłe ze strony tego męż­czy­zny. Szkoda, że się nie przed­sta­wił. Pew­nie ma żonę. Ach… Chcia­ła­bym mieć takiego męża” – wes­tchnęła. Zło­żyła kar­teczkę ponow­nie na pół i scho­wała do port­fela.

Tydzień minął jak za pstryk­nię­ciem pal­cami. Dziew­czyny były pod wra­że­niem nad­cho­dzą­cej wycieczki. Przy­go­to­wy­wały dokładny jej plan. Co zwie­dzą, co zoba­czą, co kupią. Kaśka naj­bar­dziej prze­ży­wała lot klasą biz­nes. Tak naprawdę samo­lo­tem leciała tylko raz w życiu, do Egiptu, i to jakimś sta­rym, roz­pa­da­ją­cym się gra­tem.

Kiedy spo­tkały się na lot­ni­sku w dniu wylotu, czuły ogromne pod­eks­cy­to­wa­nie, ale i lęk. Żadna z nich nie była ni­gdy sama za gra­nicą. Zawsze z biu­rem podróży. Oka­zało się, że odna­le­zie­nie odpo­wied­nich wejść na lot­ni­sku jest banal­nie pro­ste. Szybko tra­fiły i posta­no­wiły nagro­dzić się naj­droż­szą kawą.

– Mam nadzieję, że cho­ciaż będzie dobra – sko­men­to­wała ze śmie­chem Ame­lia. – Za dwa­dzie­ścia zło­tych to ja mam słoik roz­pusz­czal­nej, który star­cza mi na pół­tora mie­siąca, a nie kawkę na raz. – Upiła łyk i się uśmiech­nęła.

– Prze­li­cza­jąc naszą pen­sję na takie kawy, to wypi­ły­by­śmy ich tylko sto dwa­dzie­ścia pięć, nie robiąc zaku­pów i nie opła­ca­jąc rachun­ków – dodała Kaśka.

Obie wybuch­nęły śmie­chem.

– Dla­tego przy­da­łoby się zna­leźć jakie­goś przy­stoj­nego, boga­tego męża. – Ame­lia aż wes­tchnęła.

– Nie liczy­ła­bym na to. – Kaśka puściła oko do przy­ja­ciółki.


Trzy­dzie­ści minut póź­niej wygod­nie sie­działy w samo­lo­cie pol­skich linii lot­ni­czych.

– Ale tu wypas. Dużo miej­sca, można roz­ło­żyć fotel, wypro­sto­wać nogi. Rewe­la­cja. W dodatku czę­stują orzesz­kami, napo­jami, nawet obiad jest, a leci się tyle co do pracy i z powro­tem. – Trzeba przy­znać, że Kaśka wie­działa co dobre.

– Mam nadzieję, że nie żału­jesz, że cię wycią­gnę­łam na wycieczkę dla sin­gie­lek? – Ame­lia ni­gdy do końca nie wie­działa, co Kaśka naprawdę myśli.

– Jesz­cze nie. – Kaśka się uśmiech­nęła, jed­nak nie był to do końca szczery uśmiech.


– Jezu, Kaśka, jak tu pięk­nie!!! Tylko czemu nie śmier­dzi?! Wszy­scy mówili, że tu będzie śmier­dzieć, stę­chli­zną, zgni­li­zną, glo­nami… – Ame­lia krę­ciła się w kółko przy placu Świę­tego Marka i podzi­wiała Wene­cję. – Bar­dzo mi się tu podoba i faj­nie, że jest gorąco. Tylko myśla­łam, że będzie wię­cej wody. A jest dużo lądu i tro­chę tych jakby rzek mię­dzy budyn­kami. Ale nie mam wra­że­nia, że to mia­sto zato­nie…

Ame­lia nie posia­dała się z rado­ści. Jak nasto­latka roz­glą­dała się na wszyst­kie strony. Rzu­ciła obok bagaże. Jej przy­ja­ciółka nie była tak entu­zja­stycz­nie nasta­wiona.

– Tak, ład­nie tu. Ale ja się naba­wię cho­roby mor­skiej. Czemu nikt nie powie­dział, że tutaj nie ma zwy­kłych tak­só­wek? Tylko jakieś wodne sta­teczki, moto­ró­weczki, prze­cież ja się w końcu porzy­gam, jeśli mamy w ten spo­sób zwie­dzać całą Wene­cję.

Kaśka lubiła gry­ma­sić. Już taką miała naturę. Naj­le­piej odnaj­dy­wała się wśród dzieci, w zna­nej sobie stre­fie kom­fortu. Nie lubiła nowo­ści. Wszystko co nie­znane napa­wało ją stra­chem. Sama sie­bie nie rozu­miała. Z jed­nej strony chciała żyć jak gwiazdy w fil­mach i prze­ży­wać unie­sie­nia, z dru­giej zaś była zamknięta w sobie i spło­szona.

– Co robimy? Idziemy się naj­pierw zamel­do­wać, zosta­wić bagaże, a potem co? Zwie­dzamy?

Ame­lia mimo skrzy­wio­nej miny przy­ja­ciółki nie tra­ciła entu­zja­zmu.

– Jeste­śmy już na placu Świę­tego Marka, wiesz, że to jeden z naj­pięk­niej­szych pla­ców na świe­cie? Wszyst­kie naj­więk­sze atrak­cje znaj­dują się wła­śnie tutaj. Podobno ta bazy­lika aż onie­śmiela prze­py­chem. Zapeł­nię chyba sobie tele­fon zdję­ciami z tego miej­sca. A póź­niej możemy wejść na dzwon­nicę. Ach, będziemy podzi­wiały Pałac Dożów. Wiesz, że to tam urzę­do­wali nie­gdyś władcy? A w ogóle to wiesz, dla­czego Wene­cja nazy­wana jest mia­stem miło­ści? – Ame­lia na bez­de­chu wygła­szała mono­log.

– No dla­czego? – spy­tała Kaśka.

– Wyobraź sobie, że w daw­nych cza­sach to rodzice wybie­rali dzie­ciom part­ne­rów. Taka nasto­latka miała już z góry wybra­nego męża, który zazwy­czaj ani jej się nie podo­bał, ani go nie kochała. Więc docho­dziło tutaj do wielu zdrad, roman­sów i pota­jem­nych scha­dzek. Dla­tego mówi się, że to mia­sto miło­ści, tu się wszy­scy zdra­dzali! – Zachi­cho­tała. – I pew­nie bzy­kali.

– A ty tylko o jed­nym… Słu­chaj, według nawi­ga­cji zaraz za Mostem Wes­tchnień jest nasz hotel. Idziemy? I powiem, że tro­chę chce mi się jeść…

– Tak, idziemy, chodź za mną…

Dziew­czyny powoli podą­żały do swo­jego hotelu, który znaj­do­wał się nad samą wodą. Budy­nek był w kolo­rze brud­nego bordo, okien­nice miał świeżo wyma­lo­wane na zie­lono i fak­tycz­nie mie­ścił się może ze sto metrów od Mostu Wes­tchnień. Kiedy na niego weszły, od razu się zorien­to­wały, że to ważny punkt na mapie Wene­cji. Roiło się na nim od ludzi robią­cych sobie zdję­cia.

– Zrób i mnie! – Ame­lia wło­żyła w dłoń Kaśki swój tele­fon komór­kowy i dum­nie uśmie­chała się na tle szma­rag­do­wej wody.

– Nie wiem, z czego ty się tak śmie­jesz. Ten most ma smutną histo­rię. – Kaśka znów zaczęła smę­cić. – Przed przy­jaz­dem wyczy­ta­łam, że most prze­mie­rzali więź­nio­wie ska­zani na śmierć lub doży­wo­cie. Prze­cho­dząc, przez nie­wiel­kie otwory w oknach mogli po raz ostatni spoj­rzeć na swoje mia­sto. Nie­trudno się domy­ślić, że towa­rzy­szyły im wtedy liczne wes­tchnie­nia, jęki, lamenty i pła­cze…

– Lamen­tu­jesz to ty mi dziś cały dzień. Daj ten tele­fon. – Ame­lia wyrwała jej komórkę i bez słowa szła dalej do hotelu. Był naprawdę uro­kliwy. Od frontu stały liczne małe sto­liki nakryte obru­sami w czer­wono-zie­lone paski.

Na każ­dym sto­liku stały świeże kwiaty. Mnó­stwo zako­cha­nych par popi­jało popo­łu­dniową kawę lub białe wino.

Buon­giorno signore – powi­tał ich przy wej­ściu przy­stojny Włoch. Krępy, ale o jakże męskich rysach twa­rzy, czar­nych oczach i krę­co­nych czar­nych wło­sach. Śnież­no­biały uśmiech powa­lił je na kolana.

Buon­giorno – odpo­wie­działy chó­rem.

Wnę­trze hotelu robiło wra­że­nie. Pełne prze­py­chu, kolo­rów, mate­ria­łów wykoń­cze­nio­wych, ozdob­nych tka­nin, wszystko w sta­rym wenec­kim stylu. Nawet meble były deko­ra­cyjne, rzeź­bione, onie­śmie­la­jące zło­ce­niami oraz kunsz­tem. Kró­lo­wały tu złoto, drewno i brązy. Dziew­czyny były tylko zdzi­wione lustrami, w żad­nym nie mogły się przej­rzeć, bo były jakby brudne, posta­rzane. Drew­niana pod­łoga, wyło­żona bor­do­wym dywa­nem, strasz­nie skrzy­piała.

Good mor­ning. I am Ame­lia Spen­cer, I have a rese­rva­tion1

– Dzień dobry. Tak, wiem, już daję paniom klucz do pokoju.

Ame­lia i Kaśka omal nie zemdlały. Recep­cjo­nistka odpo­wie­działa im po pol­sku!

– Widzę, że panie są zdzi­wione jak każdy tury­sta z Pol­ski. Wbrew pozo­rom mieszka tutaj wielu Pola­ków i wielu tu pra­cuje. Mamy słyn­nego gon­do­liera Jakuba Rekwi­ro­wi­cza, który ma swoją bazę w dziel­nicy Can­na­re­gio, przy placu Nowego Getta, gdy­by­ście chciały panie sko­rzy­stać. Mamy też wielu prze­wod­ni­ków, restau­ra­to­rów, a nawet wła­ści­cieli firm. Tak naprawdę rdzen­nych wene­cjan jest tu tylu co kot napła­kał. – Recep­cjo­nistka dała im klucz do pokoju. Wielki, mosiężny, z drew­nianą kulką i wyry­tym nume­rem 414. – Na wprost macie panie windę. Pokój jest na czwar­tym pię­trze, z wido­kiem na wodę. Gdy­by­ście cze­goś potrze­bo­wały, daj­cie znać. Hotel jest zamy­kany na noc o dwu­dzie­stej trze­ciej i otwie­rany ponow­nie o szó­stej rano. Jakby co, pro­szę dzwo­nić. – Uśmiech­nęła się.