Kochanka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kochanka
Kochanka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42  33,60 
Kochanka
Audio
Kochanka
Audiobook
Czyta Izabela Perez
21  14,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Kochanka

2  Pole­camy

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 by Edyta Fol­war­ska

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00–480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Koor­dy­na­cja pro­jektu: Marta Kor­dyl

Redak­cja: Irena Kar­ska-Welt­zien

Korekta: Jolanta Kuchar­ska, Beata Tur­ska

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: con­rado/Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00–17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-639-4

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kochanka

– Co za palant! I on ma czel­ność jesz­cze tu przy­cho­dzić? Tak bez zapo­wie­dzi? – Pola odchy­liła zasłonę w salo­nie i patrzyła przez okno, jak jej mąż powoli zbliża się do drzwi. Już z daleka widać było smu­tek malu­jący się na jego twa­rzy. Nie wie­działa, czy to dla­tego, że za trzy mie­siące mieli pierw­szą sprawę roz­wo­dową, czy może stało się coś złego. Z każ­dym kro­kiem Pawła serce biło jej coraz szyb­ciej. Niby spra­wiała wra­że­nie pogod­nej, jed­nak chciało jej się pła­kać. Wła­ści­wie sama nie rozu­miała, dla­czego. Nie miesz­kała ze swoim mężem już pół roku. Emo­cje roz­sta­nia dawno powinny opaść. Nie­stety, za każ­dym razem gdy widziała Pawła, uczu­cia odży­wały.

Zako­chała się w nim sześć lat temu. Nie tylko z powodu jego walo­rów fizycz­nych. Urzekł ją inte­li­gen­cją, spe­cy­ficz­nym poczu­ciem humoru, kin­dersz­tubą i bły­skiem w nie­bie­skich jak niebo oczach. Jeśli cho­dzi o sek­sa­pil, do dziś nic się nie zmie­niło, samo jego spoj­rze­nie i zawa­diacki uśmiech spra­wiały, że pocią­gał ją tak samo jak wtedy, gdy się poznali. Z wyglądu mógł się koja­rzyć z kry­mi­na­li­stą. Pół­dłu­gie kasz­ta­nowe włosy zacze­sane do tyłu. Tatu­aże na całej klatce pier­sio­wej, nogach i rękach. Miał je nawet na pal­cach dłoni; w dodatku były to tru­pie czaszki. Pola sama się sobie dzi­wiła – jako nie­śmiała dziew­czyna z dobrego kato­lic­kiego domu nie oglą­dała się ni­gdy za tego typu męż­czy­znami. Ale cha­rak­ter Paweł miał zupeł­nie inny. Z pozoru gbur, a tak naprawdę cie­pły, wraż­liwy męż­czy­zna.

– Co ty tutaj robisz? – zapy­tała obu­rzona, otwie­ra­jąc drzwi, zanim zdą­żył zapu­kać.

– Dała­byś już spo­kój. Rozu­miem, że masz do mnie żal, ale minęło tyle mie­sięcy, mogła­byś w końcu zbu­rzyć ten mur nie­na­wi­ści. – Pola tylko pokrę­ciła prze­cząco głową. – Przy­je­cha­łem, bo musimy poroz­ma­wiać. – Paweł spoj­rzał na nią z wycze­ki­wa­niem.

– Poroz­ma­wiać?! – Pola pod­nio­sła głos. – Powi­nie­neś mnie uprze­dzić, że wpad­niesz!

– Tak się składa, że dzwo­ni­łem do cie­bie kilka razy, ale nie odbie­rasz od paru mie­sięcy.

Wzru­szyła ramio­nami. I zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, prze­mknął mię­dzy nimi trzy­letni chłop­czyk o buj­nej blond czu­prynce.

– Kocham cię, tato – powie­dział, obej­mu­jąc nogi Pawła.

– Ja cie­bie też, kru­szynko. – Paweł kuc­nął i przy­tu­lił syna z całych sił.

W oczach Poli zalśniły łzy. Zawsze chciała mieć dużą, kocha­jącą się rodzinę. Słowa przy­sięgi mał­żeń­skiej trak­to­wała bar­dzo poważ­nie. Myślała, że Paweł rów­nież.

– Tatu­siu, a my z mamą i wuj­kiem Micha­łem byli­śmy dzi­siaj w zoo. Pierw­szy raz widzia­łem żyrafę. Była taaaaka duża! – Chło­piec wysoko pod­niósł rękę.

Sły­sząc imię „Michał”, Paweł wykrzy­wił się, jakby zjadł cytrynę. Nie cier­piał tego typa. Był to pierw­szy part­ner Poli, abso­lut­nie bez­na­dziejny, który – choć ją zdra­dzał – do dzi­siaj był przez nią trak­to­wany jak czło­nek rodziny. Zwie­rzała mu się ze wszyst­kiego, radziła się go, a nawet zapra­szała na święta.

Nie był o niego zazdro­sny, bo tam­ten nie dora­stał mu do pięt, ale po pro­stu nie lubił tego faceta. Nie chciał też, by ich syn z nim prze­by­wał. Tole­ro­wał go wyłącz­nie ze względu na Polę, którą kochał nad życie. Nie sko­men­to­wał zatem tej infor­ma­cji, jedy­nie wyraz jego twa­rzy dowo­dził, jak bar­dzo jest nie­za­do­wo­lony.

– Mamo, a czemu ty pła­czesz?

Paweł spoj­rzał na żonę i odru­chowo chciał ją przy­tu­lić. Nie rozu­miała swo­ich emo­cji, już dawno powinna się ich wyzbyć. W końcu ode­szła od męża z powodu jego nie­wier­no­ści.

– Kocha­nie, nie wie­dzia­łam, że tatuś przyj­dzie. Wzru­szyła mnie ta nie­spo­dzianka. – Uśmiech­nęła się. – Teraz idź, słońce, do swo­jego pokoju, a mamu­sia poroz­ma­wia z tatu­siem.

Chło­piec pobiegł po scho­dach na górę. Zapa­no­wała nie­zręczna cisza.

– Zmarł Janek, w czwar­tek o dwu­na­stej jest pogrzeb. Wola­łem ci to powie­dzieć oso­bi­ście, bo wiem, jak bar­dzo byli­ście zżyci. – To zda­nie wymó­wił ze sto­ic­kim spo­ko­jem, patrząc w pod­łogę.

– O matko! – Poli zro­biło się słabo. Łzy ciur­kiem zaczęły lecieć jej po policz­kach. – Tak mi przy­kro. Tak bar­dzo go kocha­łam. Wiem, że od czasu wypro­wadzki rzadko się kon­tak­to­wa­li­śmy, ale zawsze był w moim sercu.

– A ty w jego.

– Paweł, jak mogę ci pomóc? Prze­cież to twój tata…

– On kochał cie­bie bar­dziej niż mnie. Taka jest prawda. Przy­cho­dzę, bo… nie tylko chcia­łem cię poin­for­mo­wać, że pogrzeb jest za dwa dni, ale że tata zosta­wił testa­ment. Zapi­sał Mak­siowi pokaźną sumkę. Oprócz tego napi­sał do nas list z ostat­nim życze­niem. Jan chce, żeby­śmy wró­cili do naszego wspól­nego domu na pół roku. Jeżeli to zro­bimy, cały mają­tek będzie nale­żał legal­nie do Mak­sia. Jeżeli nie, mamy prze­ka­zać trzy czwarte spadku naszego syna na cele cha­ry­ta­tywne.

– Czy ty sobie kpisz ze mnie? Za trzy mie­siące roz­wód, a ja mam się do cie­bie wpro­wa­dzić? – wybu­chła poiry­to­wana. Nie dość, że przed chwilą dowie­działa się o śmierci teścia, to jesz­cze takie ulti­ma­tum!

– Roz­wodu życzysz sobie tylko i wyłącz­nie ty. Dobrze wiesz, że ja go nie chcia­łem i nie chcę.

Nie odpo­wie­działa. W zasa­dzie ona też nie chciała się roz­wo­dzić. Oszu­ki­wała samą sie­bie, że Paweł już nic dla niej nie zna­czy; w głębi serca czuła, że na­dal go kocha. Nie potra­fiła mu jed­nak wyba­czyć, gar­dzi­łaby sobą, gdyby do niego wró­ciła. Cały czas miała przed oczami Pawła, który odkrywa koł­drę, a obok leży naga Kaśka, sekre­tarka jego ojca. Na samą myśl o tym robiło jej się nie­do­brze, a serce zaczy­nało bić jak osza­lałe.

– Ni­gdy nawet nie dałaś mi szansy, bym ci to wytłu­ma­czył!

– Skończ! – unio­sła się. – Nie godzę się na żadne życze­nia, nie prze­pro­wa­dzę się do cie­bie. Nie będę miesz­kać ze zdrajcą pod jed­nym dachem! Wyklu­czone! Niech robią prze­lewy na dom samot­nej matki, i to nawet dzi­siaj…

– Masz sie­dem dni, żeby się okre­ślić. Do zoba­cze­nia na pogrze­bie. Mam nadzieję, że zmie­nisz zda­nie i się zde­cy­du­jesz. Tatko chciałby tego. Uca­łuj Mak­sia…

Wyszedł, nie zamy­ka­jąc drzwi.

Pola jesz­cze przez chwilę patrzyła w mil­cze­niu, jak mąż się oddala. Zamknęła drzwi i osu­nęła się po nich, zano­sząc się pła­czem. Nie mogła prze­stać, łzy same napły­wały jej do oczu.

Miała do sie­bie ogromny żal, że w ostat­nich mie­sią­cach tak mało roz­ma­wiała z teściem. Uwiel­biała go. Był czło­wie­kiem o sta­lo­wych ner­wach i żela­znych zasa­dach. Dosko­nale pamię­tała dzień, gdy poznała go na kola­cji fir­mo­wej. Było to pierw­sze spo­tka­nie dla kon­tra­hen­tów zor­ga­ni­zo­wane przez Pawła. Zazwy­czaj takimi spra­wami Janek zaj­mo­wał się sam, ale tym razem posta­no­wił rzu­cić syna na głę­boką wodę. Zro­bił tak, bo wie­dział, że w sytu­acjach stre­so­wych przy­party do muru Paweł radzi sobie naj­le­piej. Dał więc mu dwa dni na przy­go­to­wa­nie imprezy, na którą zapro­sił gości już tydzień wcze­śniej.

– Tylko, synu… nie daj ciała, bo ścią­gną­łem tu ludzi ze Szwe­cji! Jeśli spo­tka­nie się uda, to zro­bimy inte­res życia. A nasza firma wresz­cie zyska szansę stać się naj­po­pu­lar­niej­szą w swo­jej branży nie tylko w Trój­mie­ście, ale i na świe­cie.

– Dobrze, tato, posta­ram się.

Dwa dni na orga­ni­za­cję przy­ję­cia to było dla Pawła sta­now­czo za mało. Zapo­wia­dała się praw­dziwa klapa. Po pierw­sze, Paweł uwa­żał, że naj­waż­niej­sze, to zna­leźć miej­sce z tanim alko­ho­lem i zamó­wić jego dużą ilość. Według Poli był to pod­sta­wowy błąd, jaki popeł­niały firmy even­towe, orga­ni­zu­jąc imprezy. Jej zda­niem powinno to być przede wszyst­kim miej­sce z klasą. Paweł wie­dział, że gdyby nie pomoc Poli, zawiódłby ojca na całej linii.

 

– Kocha­nie, skoro mają przy­je­chać goście z zagra­nicy, to impreza musi być z wido­kiem na morze. Oni powinni zoba­czyć to, co mamy tu naj­pięk­niej­szego. Nie sta­wiaj na tanią wódkę i piwo! Fil­mów nie oglą­dasz? Biz­nes­meni kochają whi­sky lub brandy z lodem. I tylko to powinno u nas być.

– Pola, daję ci wolną rękę. Po pro­stu mi pomóż. – Już wtedy ufał jej bez­gra­nicz­nie, cho­ciaż znali się nie­spełna pół­tora mie­siąca.

Pola uwiel­biała orga­ni­zo­wać domowe przy­ję­cia, uro­dziny kole­ża­nek, więc poczuła się w swoim żywiole. Impreza nie była duża, bo dla trzy­dzie­stu dwóch osób. Pola wybrała piękną, mało znaną, ale kli­ma­tyczną, prze­szkloną restau­ra­cję na gdyń­skiej plaży. Widok, który się z niej roz­ta­czał, wpra­wiał w zachwyt. Było stam­tąd widać morze i piękną piasz­czy­stą plażę. Bez pro­blemu usta­liła z wła­ści­cie­lem, by w czwar­tek mię­dzy dwu­dzie­stą a dwu­dzie­stą czwartą lokal był wyłącz­nie do ich dys­po­zy­cji. Ponie­waż nie było to miej­sce, gdzie trzeba cze­kać w kolejce na wej­ście, wła­ści­ciel zgo­dził się od razu. Dzięki temu miał tygo­dniowy zaro­bek w jedną noc.

Żeby skło­nić ludzi do nawią­zy­wa­nia kon­tak­tów, zmie­niła aran­ża­cję wnę­trza. Kazała usu­nąć więk­szość sto­li­ków, a pod oknami z wido­kiem na morze urzą­dziła szwedzki stół z prze­ką­skami: śle­dzie, tatar, koreczki. Na środku pomiesz­cze­nia sta­nęły trzy ogromne kanapy umiesz­czone przo­dem do sie­bie, a pomię­dzy nimi sto­lik. W barze goście mogli zamó­wić kawę, her­batę i alko­hol. Na głów­nej ścia­nie zawisł tele­bim do wyświe­tla­nia pre­zen­ta­cji. Kiedy nad­szedł dzień eventu, Paweł był chyba naj­bar­dziej zestre­so­wany ze wszyst­kich gości. Nie przy­znał się nawet ojcu, że całą pracę zrzu­cił na Polę.

Impreza oka­zała się suk­ce­sem. Kon­tra­henci byli zachwy­ceni, po raz pierw­szy tego typu spo­tka­nie wyglą­dało ina­czej niż zwy­kle. Przede wszyst­kim ludzie nie sie­dzieli przy oddziel­nych sto­li­kach, co z góry ogra­ni­cza­łoby kon­takty z innymi biz­nes­me­nami. Gwoź­dziem pro­gramu było pię­cio­mi­nu­towe wystą­pie­nie Janka. Ser­decz­nie przy­wi­tał wszyst­kich gości i życzył im, żeby inte­resy szły tak gładko, jak wcho­dzi dzi­siej­szy bour­bon. Cała sala zaczęła się śmiać, a Janek pod­szedł do Pawła i Poli, któ­rzy stali z boku przy barze, przy­glą­da­jąc się impre­zie.

– Ty zapewne jesteś Pola, o któ­rej tak dużo sły­sza­łem. – Wycią­gnął rękę do dziew­czyny, wów­czas jesz­cze bar­dzo nie­śmia­łej.

– Tak. Bar­dzo mi miło pana poznać.

– Pro­szę, przejdźmy od razu na ty. – Uśmiech­nął się przy­jaź­nie. – Muszę przy­znać, droga Polu, że wyko­na­łaś kawał świet­nej roboty. Ten mój Pawe­łek zgi­nąłby bez cie­bie.

Paweł zro­bił nie­tęgą minę. Jakim cudem ojciec się dowie­dział, że ta impreza to nie jego zasługa?

– Tato, a skąd…

– Skąd wie­dzia­łem, że to nie ty zor­ga­ni­zo­wa­łeś? Znam cię na tyle dobrze, by się domy­ślić, że zapewne czę­sto­wał­byś gości tanim piwem i żeber­kami. Mimo to chcia­łem, żebyś dostał lek­cję: dał plamę i na przy­szłość wie­dział, czego nie należy robić. Ty nato­miast wyka­za­łeś się inte­li­gen­cją, spry­tem i odwagą. Tylko męż­czy­zna mający zaufa­nie do kobiety jest w sta­nie powie­rzyć jej swoje naj­waż­niej­sze przed­się­wzię­cia. Ty to zro­bi­łeś. Pola, jesz­cze raz wiel­kie ukłony dla cie­bie.

Pola uśmiech­nęła się skrom­nie. Od tej pory Janek ją poko­chał jak wła­sną córkę, a ona jego jak ojca. Czę­sto ze sobą współ­pra­co­wali, a orga­ni­za­cję każ­dej imprezy powie­rzał wła­śnie jej.

Ojciec Pawła twardo stą­pał po ziemi. Wyzna­wał zasadę, że na pierw­szym miej­scu są rodzina, żona, dzieci. Był czło­wie­kiem honoru, który nie akcep­to­wał zdrad. To on pierw­szy wziął stronę Poli po tym, jak po całym Trój­mie­ście roze­szła się infor­ma­cja o wybryku Pawła. Dzi­wił ją tylko spo­kój teścia, który jesz­cze tydzień temu mówił, że jest prze­ko­nany, że wszystko się ułoży. Za każ­dym razem, gdy roz­ma­wiała z nim o sytu­acji z Paw­łem, miała wra­że­nie, że Jan wie­rzy w nie­win­ność syna lub po pro­stu myśli, że Pola mu wyba­czy i zapo­mni. Nie­stety, nie umiała. Tego dnia, kiedy dowie­działa się o zdra­dzie, spa­ko­wała wszyst­kie rze­czy swoje i Maxa. Porzu­ciła życie w luk­su­so­wej willi i prze­pro­wa­dziła się do małej wio­ski rybac­kiej o wdzięcz­nej nazwie Rewa.

Odkąd na świe­cie poja­wił się ich syn, nie musiała pra­co­wać. Paweł co mie­siąc prze­le­wał pokaźną kwotę na jego utrzy­ma­nie. Dzięki temu mogła spo­koj­nie zaj­mo­wać się domem i wycho­wy­wa­niem syna. Cza­sami poma­gała teściowi i uma­wiała go na spo­tka­nia z klien­tami. Co jak co, ale orga­ni­zo­wa­nie spo­tkań, wyjść, even­tów wycho­dziło jej nad­zwy­czaj dobrze. Wie­działa, gdzie się bywa, znała wszyst­kie modne miej­sca, a w branży budow­la­nej każdy kon­tra­hent czy poten­cjalny klient lubił blichtr. Dro­gie restau­ra­cje, szyb­kie samo­chody i piękne kobiety.

Janek odzie­dzi­czył firmę budow­laną po ojcu, była prze­ka­zy­wana z poko­le­nia na poko­le­nie. Jesz­cze przed pierw­szą wojną świa­tową dzia­dek jej teścia wła­snymi rękami zbu­do­wał w Gdań­sku dom dla swo­jej rodziny. Poszło mu to na tyle spraw­nie, że posta­no­wił pomóc w posta­wie­niu domu jed­nemu z kole­gów. W tam­tych cza­sach wie­ści szybko się roz­cho­dziły. Wie­sław – bo tak miał na imię prapradzia­dek Pawła – nie tylko poma­gał w ukła­da­niu cegieł, ale także w ich orga­ni­zo­wa­niu. Sąsiedzka pomoc szybko prze­ro­dziła się w dobrze pro­spe­ru­jący inte­res. Nic dziw­nego, że Janek całe życie powta­rzał, że biz­ne­sem czę­sto rzą­dzi przy­pa­dek. Mówił też, że skoro suk­ces nie wyma­gał wysiłku, to był mu dany. Sza­no­wał firmę, którą prze­ka­zał mu ojciec. Nie wyobra­żał sobie prze­rwa­nia dobrej passy wraz ze swoją śmier­cią, dla­tego teraz cały doro­bek Jana miał prze­jąć Paweł.

Pro­wa­dze­nie firmy nie było łatwe; pochła­niało mnó­stwo czasu i wyma­gało ogrom­nych poświę­ceń. Ale Jan­kowi to odpo­wia­dało. Po śmierci żony Marii, która zmarła na raka, kiedy Paweł miał szes­na­ście lat, Janek nie szu­kał szczę­ścia u boku innej kobiety. Z Marią poznali się na wiej­skiej impre­zie. Był rok 1958, może 1957. Janek jak co pią­tek wybrał się z kole­gami na potań­cówkę. Wcale nie po to, żeby tań­czyć, ale żeby popa­trzeć na piękne kobiety. Marii przy­glą­dał się już od kilku mie­sięcy, jed­nak ni­gdy nie zdo­był się na odwagę, by się do niej ode­zwać. Tego wie­czora wszystko poto­czyło się ina­czej. Kole­dzy nie dotarli na czas. Janek niczym zagu­biony w lesie wędro­wiec krą­żył po sali z oran­żadą w dłoni, szu­ka­jąc roz­mówcy. Zauwa­żyła go Maria i pode­szła do niego.

– Cześć. Widzę, że dzi­siaj jesteś sam. Gdzie twoi kole­dzy? – Maria zagad­nęła go tylko dla­tego, że chciała dodać mu otu­chy. Zauwa­żyła też, że od kilku mie­sięcy bacz­nie się jej przy­gląda. Janek z początku zanie­mó­wił, jed­nak prze­łknął ślinę i zaczął się jąkać.

– Jaaa, to, ja niee…

– Nie jesteś sam, tak? – zapy­tała.

– Cze­kam na kole­gów – wydu­sił z sie­bie wresz­cie. Zaczer­wie­nił się, a butelka oran­żady wyśli­zgi­wała mu się z dłoni, tak mu się pociły ze zde­ner­wo­wa­nia.

– Chyba cię stre­suję.

– Nie, gdzie tam…

– Widzę, że na każ­dej potań­cówce mnie obser­wu­jesz, jed­nak ni­gdy nie pod­sze­dłeś. Uzna­łam, że skoro dzi­siaj jesteś sam, to może wresz­cie uda nam się poznać. Mam na imię Mary­sia. – Podała mu rękę.

– Janek. – Jak na dżen­tel­mena przy­stało, poca­ło­wał ją w dłoń. Zwró­cił uwagę na jej paznok­cie sta­ran­nie poma­lo­wane prze­zro­czy­stym lakie­rem. Była kobietą z klasą. Miała na sobie dobrze skro­joną gar­sonkę za kolana, w kolo­rze bordo. Była ciemną blon­dynką o błę­kit­nych oczach. To po niej Paweł odzie­dzi­czył ten kolor. Trzeba przy­znać, że bar­dzo przy­po­mi­nał matkę. Nie tylko wyglą­dem, ale także cha­rak­te­rem.

Już od chwili, gdy się poznali, Mary­sia robiła wszystko, by Janek ni­gdy nie czuł się samotny. Poma­gała mu także, czę­sto nawet o tym nie wspo­mi­na­jąc. Kiedy nie mógł się doga­dać z kon­tra­hen­tami, trza­skał drzwiami i wycho­dził z domu, a ona czę­stowała ich kawą i cia­stem i wyja­śniała dzia­ła­nia firmy. Byli nie­roz­łączni. Janek dużo pra­co­wał, ale czas wolny zawsze spę­dzał w jej towa­rzy­stwie. Tak naprawdę przez całe życie nie wziął bez niej udziału w żad­nym męskim wypa­dzie. Ufał jej bez­gra­nicz­nie, trak­to­wał jak przy­ja­ciółkę, zwie­rzał się z trosk. Kiedy Paweł miał pięt­na­ście lat, dowie­dzieli się, że Mary­sia ma raka piersi. Zaczęło się od tego, że lekarz gine­ko­log wyczuł jakiś guzek pod­czas wizyty kon­tro­l­nej. Na początku nikt się tym nie przej­mo­wał.

– Janeczku, wytną guza i po spra­wie – pocie­szała go Maria.

W dniu ope­ra­cji Janek tylko się modlił, żeby nowo­twór nie oka­zał się zło­śliwy. Bada­nia na to nie wska­zy­wały, jed­nak leka­rze powie­dzieli, że dopiero pod­czas wyci­na­nia guza stwier­dzą, jak bar­dzo się roz­rósł i czy to rak. Nie­stety, konieczna była mastek­to­mia. Po ope­ra­cji Janek poin­for­mo­wał żonę o naj­gor­szym sce­na­riu­szu. Teraz cze­kała ją che­mio­te­ra­pia. Przez cały czas Janek pod­kre­ślał, że kocha ją nad życie. Nawet przez chwilę nie dał Marysi odczuć, że stra­ciła na kobie­co­ści, brak piersi nie miał dla niego żad­nego zna­cze­nia. Po ope­ra­cji wziął tydzień wol­nego i zaj­mo­wał się żoną w domu. Poma­gał ćwi­czyć rękę, goto­wał obiady, robił her­batki. Zaba­wiał aneg­do­tami, by odcią­gnąć ją od złych myśli. Co dwa tygo­dnie woził Mary­się na che­mio­te­ra­pię, a po niej przez kolejne dwa dni nie spusz­czał żony z oczu.

Mary­sia bar­dzo źle zno­siła poda­waną dożyl­nie che­mię. Miała uczu­cie, że całe ciało ją pali, nie­raz pro­siła Janka, by nalał lodo­wa­tej wody do wanny i trzy­mał ją za rękę, pod­czas gdy ona pró­bo­wała się ochło­dzić. Po mie­siącu stra­ciła włosy i prak­tycz­nie wszyst­kie siły. Paweł nie mógł patrzeć na cier­pie­nie matki i – jak to nasto­la­tek – ucie­kał z domu do kole­gów. Któ­re­goś dnia Janek wziął go na męską roz­mowę.

– Synu, matka gaśnie nam w oczach. Leka­rze powie­dzieli, że che­mia może ją wykoń­czyć, dla­tego posta­no­wili zaprze­stać che­mio­te­ra­pii. Chciał­bym, abyś poświę­cił jej teraz wię­cej czasu. Pomógł nieco się wzmoc­nić i codzien­nie cho­dził z nią na krótki spa­cer nad morze.

– Dobrze, tato, ale czy myślisz, że mama umiera?

– Mam nadzieję, że nie, synu.

Janek jed­nak nie miał złu­dzeń, widział, że jego uko­chana żona powoli odcho­dzi. Cier­piał razem z nią. Prze­ży­wał każdą che­mio­te­ra­pię, utratę wło­sów, urody. Mimo że jesz­cze nie miała czter­dziestki, zamie­niła się w sta­ro­winkę. Na jej twa­rzy poja­wiło się wiele zmarsz­czek, a ciało odma­wiało posłu­szeń­stwa. Za wszelką cenę sta­rała się nie oka­zy­wać, że nie ma już sił. Wsta­wa­nie z fotela wyma­gało od niej tak wiele wysiłku, że cała była zlana potem. Widział, że ta cudowna kobieta, która stała za każ­dym jego suk­ce­sem, nie była już w sta­nie dłu­żej wal­czyć. Dała za wygraną, a on nie potra­fił się z tym pogo­dzić.

Maria miała lep­sze i gor­sze dni. Dwa tygo­dnie po prze­rwa­niu che­mio­te­ra­pii czuła się na tyle dobrze, że znów pie­kła cia­sta, robiła obiady i zapra­szała do domu kon­tra­hen­tów. Żar­to­wała jak daw­niej. Czę­sto wspo­mi­nała potań­cówkę, pod­czas któ­rej się poznali. A synowi przy­ka­zała dobrze się oże­nić. Była kocha­jącą matką i żoną. Pew­nego wie­czoru przy­go­to­wała wykwintną kola­cję. Przy­rzą­dziła kaczkę w poma­rań­czach, którą zwy­kle robiła na święta, sałatkę jarzy­nową, kom­pot i szar­lotkę.

– Paweł, jutro są twoje uro­dziny, więc pew­nie będziesz latał z kole­gami. Dla­tego poświę­tujmy sobie dziś – powie­działa i zapro­siła swo­ich męż­czyzn do stołu.

To był naprawdę miły wie­czór. Zaja­dali się kaczką. We trójkę grali w pań­stwa-mia­sta, jak zwy­kle wygrał Janek. Cały czas trzy­mał Mary­się za rękę i ją cało­wał.

– Kocham cię, mój skar­bie. – Te słowa Maria sły­szała kilka razy dzien­nie. Sły­szała, ale i czuła.

Paweł był szczę­śliwy, że ma tak cudow­nych rodzi­ców, któ­rzy dbają o niego i o sie­bie nawza­jem. Byli dla niego wzo­rem do naśla­do­wa­nia.

Mary­sia zmarła jesz­cze tej samej nocy we śnie, jakby wyczuła, że nie dożyje uro­dzin syna.

 

Paweł na zawsze zapa­mię­tał ostat­nie słowa matki. Były to życze­nia uro­dzi­nowe.

– Synku, pamię­taj, że w życiu naj­waż­niej­sza jest miłość i wspar­cie dru­giego czło­wieka. Jeśli spo­tkasz kobietę swo­jego życia, dbaj o nią tak, jak twój ojciec dbał o mnie. Kochaj i nie bój się tego uczu­cia. Wspie­raj ojca, bo rodzina to naj­pięk­niej­szy dar od Boga. Sza­nuj zdro­wie i przy­ja­ciół. I ni­gdy nie rób niczego wbrew sobie. Kocham cię, pamię­taj o tym. Na twoje szes­na­ste uro­dziny życzę ci wszyst­kiego naj­lep­szego, synku. – Maria przy­tu­liła go, poca­ło­wała w poli­czek i ukrad­kiem wytarła spły­wa­jącą po policzku łzę.

„Gdy­bym tylko wie­dział! Gdy­bym tylko wie­dział, że to ostat­nie spo­tka­nie z mamą, powie­działbym jej, że ją kocham”. – Paweł wciąż nie mógł sobie daro­wać, że ni­gdy tego nie zro­bił. Nawet kiedy widział, że gaśnie, nie dopusz­czał do sie­bie myśli, że to już koniec. Słowa matki brzmiały w jego gło­wie, jakby usły­szał je przed chwilą.

Maria prze­czu­wała, że tego dnia odej­dzie. Poże­gnała się też z Jan­kiem. Całą noc leżała w niego wtu­lona, a tuż przed zaśnię­ciem jak zawsze powie­działa, że go kocha.

– Janku, ty masz być szczę­śliwy, nawet gdy już mnie nie będzie. Pamię­taj, że sza­nuję każdą twoją decy­zję, i wiem, że mnie kochasz.

– Ty jesteś miło­ścią mojego życia – wyszep­tał, tuląc się do żony.

Rano, gdy się obu­dził, poczuł prze­szy­wa­jące zimno. W pierw­szej chwili przy­szło mu na myśl, że pew­nie gdzieś jest prze­ciąg. Ale chło­dem cią­gnęło z jego lewej strony, cho­ciaż nie było tam okna. Tam leżała jego uko­chana Mary­sia. Zimna i blada, ze spo­koj­nym wyra­zem twa­rzy…

Minęło już dwa­dzie­ścia lat, a on na­dal był sam. Poświę­cił się pracy, roz­wo­jowi firmy i dba­niu o zabez­pie­cze­nie finan­sowe syna i wnuka.

Pola wciąż nie mogła uwie­rzyć, że już go wię­cej nie zoba­czy. Wie­działa, że był na nią zły za nie­zwy­kle emo­cjo­nalne podej­ście do sprawy z Kaśką; nawet nie dała Paw­łowi moż­li­wo­ści, by się wytłu­ma­czył. Odcięła się od całej jego rodziny. Zre­zy­gno­wała z wygód, pie­nię­dzy i zaczęła wieść życie odludka. Żyła z oszczęd­no­ści, które latami zbie­rała na czarną godzinę. Wyna­jęła pięć­dzie­się­cio­me­trowe miesz­kanko nad cukier­nią w Rewie. Był to wła­ści­wie pokój z anek­sem kuchen­nym, malutką toa­letą i antre­solą, ale miał wyjąt­kowy kli­mat. Z okien roz­ta­czał się widok na morze, a do plaży miała zale­d­wie kilka metrów. Lubiła wycho­dzić na bal­kon i pić białą kawę, słu­cha­jąc krzyku mew i szumu fal. To napeł­niało ją spo­ko­jem i rado­ścią.

Wła­ści­cielka miesz­ka­nia pro­wa­dziła na dole małą kawiar­nię. Codzien­nie sama wypie­kała cia­sta i babeczki. Cza­sami odby­wały się tam imprezy oko­licz­no­ściowe i rodzinne. Przy orga­ni­za­cji małych imprez czę­sto poma­gała jej Pola. Przy­stra­jała wnę­trza, wybie­rała menu, a nie­raz sama przy­go­to­wy­wała pie­czeń czy sałatkę dla gości. Pola szybko się zaprzy­jaź­niła z panią Jasią. Zwie­rzała się ze swo­ich trosk, a nie­kiedy wie­czo­rem przy butelce wina wyle­wała swoje żale.

Kawiar­nia cie­szyła się ogrom­nym powo­dze­niem, przy­jeż­dżali do niej goście nie tylko z oko­licz­nych wio­sek, ale także z cen­trum Trój­mia­sta. Spe­cjal­no­ścią firmy było cia­sto o nazwie „Leśny mech” i mocno spie­niona latte. Kiedy zda­rzały się sytu­acje, że kel­nerki spóź­niały się do pracy lub w ogóle nie przy­cho­dziły, Pola brała Mak­sia pod pachę i szła poma­gać Jasi.

Teraz też miała ochotę zejść do star­szej pani i opo­wie­dzieć, co się wyda­rzyło. Posta­no­wiła jed­nak, że naj­pierw ochło­nie.

– Mamu­siu, powiedz, co się stało, dla­czego pła­czesz? – zanie­po­koił się Max. Wpa­try­wał się w mamę i przy­tu­lał do jej kolan.

– Kocha­nie, to sprawy doro­słych. Będziemy musieli poże­gnać dziadka Janka, bo zabrały go anioły.

– Ale jakie anioły? Czy mnie anioły też zabiorą? Czy ja już dziadka wię­cej nie zoba­czę?

– Nie­stety, kocha­nie, nie zoba­czysz. – Pola roz­sz­lo­chała się, a synek wtu­lił się w nią naj­moc­niej, jak tylko potra­fił.

– Kocham cię, mamu­siu.

– Ja cie­bie też kocham, skar­bie.

Kiedy tak stali wtu­leni w sie­bie, Pola usły­szała puka­nie do drzwi. „Kto to może być?” – zasta­na­wiała się. Nie zapra­szała żad­nych gości.

– Pro­szę.

W drzwiach stała pani Janina. W ręku trzy­mała talerz, a na nim leżały trzy kawałki droż­dżo­wego placka.

– Pani Janeczko, jak dobrze, że pani przy­szła! Chcia­łam…

– Skar­bie, sto­jąc za ladą, widzia­łam, jak twój mąż wsiada do auta, ocie­ra­jąc łzy. Nie przy­jeż­dża tu zbyt czę­sto, więc coś musiało się stać. Potrze­bu­jesz wspar­cia?

– Paweł przy­je­chał, bo zmarł jego tata. Za dwa dni pogrzeb, a ja… ja mam pod­jąć trudną decy­zję. Teść zosta­wił list z ostat­nim życze­niem, zgod­nie z któ­rym na pół roku musia­ła­bym ponow­nie zamiesz­kać z Paw­łem. Nie wiem, co robić…

– Dziecko, widzę, że kochasz tego czło­wieka. Będzie ci ciężko. Ale pomyśl o Mak­siu, zrób to dla niego. Nie pra­cu­jesz, żyjesz z oszczęd­no­ści, a w ten spo­sób zabez­pie­czy­ła­byś syna na przy­szłość. Nie będę cię nama­wiać, musisz sama się zasta­no­wić, czego chcesz. To nie­ła­twa decy­zja, ale musisz ją pod­jąć.

Ta roz­mowa była jej bar­dzo potrzebna. Pani Janina od kilku mie­sięcy była dla niej jak matka. Rodzi­cie Poli zgi­nęli w wypadku samo­cho­do­wym, gdy była jesz­cze dziec­kiem. Wycho­wy­wała ją bab­cia, która rów­nież opu­ściła ten świat dosyć wcze­śnie. Gdy Pola miała dzie­więt­na­ście lat, została cał­kiem sama.

Ubo­le­wała nad tym, że jest jedy­naczką. Jej rodzice byli wzię­tymi leka­rzami. Tata – kar­dio­chi­rur­giem, mama – orto­pedą. Razem pra­co­wali w szpi­talu w Gdyni, tam też się poznali.

Tam­tej nocy on miał dyżur, a ona dopiero zaczy­nała swoją przy­godę z medy­cyną. Kasia zatrud­niła się jako rezy­dentka; była to jej pierw­sza nocna zmiana. Zostali wezwani do cięż­kiego wypadku samo­cho­do­wego. Kie­rowca miał liczne obra­że­nia wewnętrzne i zła­ma­nia. Konieczna była ope­ra­cja klatki pier­sio­wej i nogi. Kasia i Adam ope­ro­wali przy jed­nym stole. Z początku Kaśkę para­li­żo­wał strach, ale Adam bar­dzo jej poma­gał. Gdy poczuła się bez­piecz­nie, zapo­mniała o stre­sie i ura­to­wała nogę pacjenta. Po wyczer­pu­ją­cej pię­cio­go­dzin­nej ope­ra­cji poszli razem na kawę. Chyba naj­gor­szą, jaką w życiu pili. Gorzką, gry­zącą lurę. Naj­pierw oboje się uśmie­chali, jakby im sma­ko­wała, a potem wybuch­nęli śmie­chem, plu­jąc fusami. Od tam­tej pory byli nie­roz­łączni. Gra­fik usta­wili tak, żeby zawsze mieć wspólne dyżury. Szybko wzięli ślub i nie­ba­wem uro­dziła im się córka.

Kiedy Pola miała pięć lat, dostali nocne wezwa­nie. Ciężki wypa­dek, cztery osoby wal­czące o życie. Wszyst­kie ręce na pokład. Był gru­dzień, mróz, silny wiatr. Tego dnia ostry dyżur pękał w szwach. Ordy­na­tor ścią­gnął chyba wszyst­kich leka­rzy. Koło pół­nocy zadzwo­nił do Adama, by jak naj­szyb­ciej przy­je­chał z Kaśką. Miesz­kała z nimi wtedy Basia, mama Adama, która czę­sto zaj­mo­wała się Polą. Nie­raz dosta­wali takie nocne wezwa­nie, więc dla Basi było to nor­malne. Tej nocy Adam pędził jak zawsze. Nie­stety, na dro­gach było bar­dzo śli­sko. W pew­nym momen­cie stra­cił pano­wa­nie nad kie­row­nicą, wypadł z drogi i naj­pierw czo­łowo ude­rzył w drzewo, a potem auto odbiło się i wpa­dło na tira. Zgi­nęli na miej­scu. Pola w wieku pię­ciu lat została sie­rotą i znie­na­wi­dziła święta Bożego Naro­dze­nia, które miały nadejść już za kilka dni. Zamiast ocze­ki­wać Świę­tego Miko­łaja, żegnała rodzi­ców. Cho­ciaż była dziec­kiem, wiele rozu­miała. Od śmierci rodzi­ców wycho­wy­wała ją bab­cia, poświę­ca­jąc jej całe swoje życie. Nie­stety zmarła, gdy Pola miała dzie­więt­na­ście lat.

Pola długo nie mogła sobie pora­dzić ze stratą babci. Opła­ki­wała ją kilka lat. Sku­piła się na stu­diach. Zapi­sała się na dzien­ni­kar­stwo i komu­ni­ka­cję spo­łeczną, bo marzyła o tym, żeby być panią z Wia­do­mo­ści. Nie rand­ko­wała i nie szu­kała miło­ści. Dopiero na trze­cim roku stu­diów poznała Michała, sprze­dawcę nie­ru­cho­mo­ści. Poznali się na dodat­ko­wych zali­cze­niach z języka angiel­skiego. Michał był od niej dwa lata star­szy i przy­go­to­wy­wał się do obrony pracy magi­ster­skiej. Pola nato­miast popra­wiała przed­miot przed pracą licen­cjacką. Oboje bar­dzo się stre­so­wali, a Pola dla roz­luź­nie­nia atmos­fery zaga­dy­wała wszyst­kich. Pierw­szy do egza­minu pod­szedł Michał, a tuż po nim w kolejce była ona.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?