Rosja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wyszedł na zewnątrz. Nic. Rozejrzał się w prawo i w lewo. Łaźnie i chaty wyglądały tak samo. Ani śladu niedźwiadka. Twarz mu posmutniała. Nie mógł w to uwierzyć – przecież widział, jak Mal i starzec wymykają się pod osłoną nocy.

Mężczyzna przy wózku, brat jednej z jego przybranych matek, spojrzał na niego.

– Czego szukasz, mały?

– Niczego, wujku. – Wiedział, że nie wolno mu się zdradzić.

Poczuł zimny ucisk w żołądku, poranne letnie niebo nagle poszarzało. Miał ochotę się rozpłakać, ale Mal kazał mu zachować tajemnicę, więc zagryzł usta i ze smutkiem wrócił do chaty.

W środku babka beształa inne kobiety, ale do tego zdążył już przywyknąć. Zauważył wiszący w kącie tamburyn matki. Był pomalowany na czerwono. Uwielbiał czerwień, która wydawała mu się ciepła i przyjazna. I nic dziwnego, bo w słowiańskim języku słowo krasny oznaczało zarówno czerwony, jak i piękny. Zerknął na twarz babki. Jej pucołowate policzki przypominały mu kawałki sadła. Zauważyła jego spojrzenie, popatrzyła groźnie, a potem dała znak jego matce, że chłopiec przeszkadza.

– Idź na dwór, Kijaszku – powiedziała matka posłusznie.

Gdy wyszedł, zobaczył Mala.

To nie była dla Mala dobra noc. Razem ze starym myśliwym zastawił w lesie pułapkę na niedźwiadka i o mało go nie złapał. Miałby go teraz ze sobą, gdyby w ostatniej chwili nie stracił głowy. Wystarczył jeden fałszywy ruch i musiał zmykać przed rozwścieczoną niedźwiedzicą. Czerwienił się na samą myśl o tej ucieczce.

Zamierzał pomóc dziś innym mężczyznom przy zwózce siana – mógłby udobruchać w ten sposób starszego wioski, a przy okazji uniknąć krępującej rozmowy z Kijem.

Chłopcu nie przyszło nawet do głowy, że wuj pospiesznie mija chatę, żeby się z nim nie spotkać. Podbiegł do niego i spojrzał mu wyczekująco w twarz.

Mal rozejrzał się z poczuciem winy. Na szczęście wokół nich nie było nikogo.

– Masz go?! Gdzie on jest?! – zawołał Kij. Widok wuja dał mu nową nadzieję.

Mal zawahał się.

– Jest w lesie – wymyślił na poczekaniu.

– Kiedy go tu przyniesiesz? Dziś? – Oczy chłopca błyszczały z podekscytowania.

– Niedługo. Gdy przyjdzie zima.

Na buzi chłopca pojawiły się zdziwienie i zawód. Zima? Przecież do zimy było jeszcze pół życia.

– Dlaczego?

Mal zastanawiał się przez chwilę.

– Już go miałem. Prowadziłem go na sznurze. Ale potem wiatr go zabrał. Nic nie mogłem poradzić.

– Wiatr?

Chłopiec posmutniał. Wiedział, że wiatr jest najstarszym z bogów. Wuj często mu powtarzał: „Bóg słońce jest wielki, ale wiatr jest starszy i potężniejszy”. Wiatr wiał w dzień, a także w nocy, gdy słońce gdzieś odchodziło. Wiatr wiał, gdzie chciał, po całej bezkresnej równinie.

– A gdzie on teraz jest?

– Daleko, w lesie.

Chłopiec był zrozpaczony.

– Ale śnieżki go oddadzą – pocieszył go wuj. – Zobaczysz.

Dlaczego kłamał? Spojrzał na przepełnionego ufnością chłopca. Kłamał z tego samego powodu, dla którego zamieszkał z dwoma starcami i ignorował zakazy starszyzny. Bo wszyscy nim pogardzali, a co gorsza – on też się siebie wstydził. Dlatego nie mógł wyznać chłopcu prawdy. Jestem beznadziejnym głupcem, myślał. I do tego leniwym. Zamierzał dziś ciężko pracować w polu, ale teraz brała go chęć, żeby uciec do lasu i schronić się tam przed przykrą prawdą o sobie. Czuł, jak jego poranne postanowienie powoli słabnie.

Mimo to został jeszcze cień nadziei.

– Ale wiem, gdzie wiatr go schował – powiedział.

– Naprawdę? Wiesz? – Twarz Kija się rozpromieniła. – Gdzie?

– Daleko, za siedmioma górami, za siedmioma lasami.

– Można tam dojść?

– Tak, ale trzeba znać drogę.

– A ty znasz? – Na pewno taki myśliwy jak jego wuj wie, jak trafić do zaczarowanej krainy. – W którą stronę trzeba iść?

Mal uśmiechnął się.

– Na wschód. Daleko, daleko na wschód. Ale ja dałbym radę dojść w jeden dzień – powiedział chełpliwie. I przez chwilę nawet w to uwierzył.

– Przyprowadzisz go? – spytał błagalnie chłopczyk.

– Może kiedyś. – Mal spoważniał. – Ale to będzie nasza tajemnica. Ani słowa nikomu.

Mały skinął głową.

Mal odszedł, zadowolony, że udało mu się uniknąć wstydu. Może za kilka dni spróbuje zastawić nową pułapkę na niedźwiadka. Siostrzeniec mu ufał, więc Mal nie chciał sprawić mu zawodu. Tak, na pewno znajdzie jakiś sposób.

Poczuł się lepiej. Gotów był nawet przepracować cały dzień na polu.

Kij patrzył za nim ze smutkiem. Zamyślił się. Już kiedyś słyszał, jak kobiety śmiały się z wujka, a mężczyźni na niego klęli. I nazywali go Leniuchem. Może rzeczywiście nie można mu ufać? Spojrzał na rozległe poranne niebo, zastanawiając się, co robić.

Kobiety szły przez złote pole jedna za drugą, ustawione w kształt szerokiej litery V jak klucz jaskółek latem.

Przewodziła im na środku wielka postać teściowej Lebiedź, uchodzącej za najbardziej wiekową kobietę w osadzie, odkąd zimą zmarła żona starszego.

Dzień był upalny. Pracowały już od kilku godzin, zbliżało się południe. Do żniw kobiety ubierały się jedynie w proste, luźne suknie z lnu, na stopach miały bezkształtne buty z brzozowej kory. Każda trzymała w dłoni sierp.

I gdy tak posuwały się powoli wzdłuż długiego pola jęczmienia, cały czas śpiewały. Najpierw najstarsza podawała pierwszy wers, a potem reszta do niej dołączała. Ich wysokie, nosowe głosy dźwięczały raz ostro, a raz żałośnie.

Lebiedź była zlana potem. Mimo to dobrze się czuła, pracując rytmicznie w pełnym słońcu. Kobiety czasem traktowały ją pogardliwie, ale każda z nich – jedna z żon, siostra którejś żony, siostry jej męża i ich córki, ciotki i kuzynki tych córek – była jakoś z nią spokrewniona. Do każdej należało się zwracać, używając odpowiedniego tytułu, który oddawał skomplikowany stopień pokrewieństwa i wyrażał stosowny szacunek. Tytuły miały zazwyczaj zdrobniałą formę, tak lubianą przez Słowian, dzięki czemu okazywano przez nie czułość i sympatię. „Mateczka”, „kuzyneczka” – czy można inaczej mówić o małych człowieczych pyłkach rozsianych po bezkresnej równinie?

To było jej plemię. Nazywali ją Mordwinką, ale była częścią ich wspólnoty: na południu ta wspólnota nazywała się rod, a na północy mir. Ziemia i wioska były wspólną własnością, jedynie dobytek domostwa stanowił własność prywatną. A słowo starszego wioski było prawem.

Teściowa zaczęła nawoływać kobiety po imieniu.

– Dalej, moje córki, moje łabędzice! – wołała śpiewnie. – Żnijmy jęczmień! – Nawet do Lebiedź zwróciła się łagodnie: – Dalej, Łabędziczko.

Synowa kochała ją na swój sposób. „Jedz, co ci dają, słuchaj, co ci mówią” – napominała ją surowo stara kobieta. Ale pomiędzy napadami gniewu bywała też dobra i łagodna.

Lebiedź rozejrzała się dookoła. Na łące, w odległości kilkuset metrów, jej mąż i inni mężczyźni ładowali na wózek siano. Był z nimi jej brat. Trzy stare kobiety odpoczywały na skraju pola. Szukała wzrokiem Kija. Jeszcze niedawno siedział obok kobiet, ale pewnie pobiegł przyglądać się mężczyznom.

Na niebie słońce się złoci,

Nic nie wyczerpie Matki Ziemi wilgoci.

Kobiety śpiewały w rytm zamaszystych ruchów sierpami, pochylając się jakby w modlitwie do największej bogini, która wszystkich żywiła: Wilgotnej Matki Ziemi.

Właśnie w tych okolicach wielka bogini Słowian przejawiała się w najwspanialszej formie. Oto wioska leżała na skraju pasma najlepszej gleby na wielkiej równinie – czarnoziemu.

Na całej równinie eurazjatyckiej nie było lepszej ziemi.

Na północy podłożem dla tundry był torfiasty glej niezdatny do uprawy. Lasy rosły na piaszczystych glebach nazwanych podzołami – szarymi tam, gdzie dominowały brzozy i osiki, a brązowymi dalej na południe, gdzie rosły też buki, dęby, graby i lipy. Także na tej glebie plony były słabe. Dopiero bliżej stepu pojawiała się zupełnie inna gleba. Czarnoziem – lśniący, miękki, zwarty, pożywny jak miód. Ciągnął się setkami kilometrów na wschód od zachodniego wybrzeża Morza Czarnego aż po Syberię. Słowianie, którzy osiedlali się na krawędzi lasów, musieli jedynie oczyścić pole, by potem przez wiele lat zbierać bogate plony z żyznej czarnej ziemi. Gdy po jakimś czasie gleba jałowiała, zostawiali ją, by zarosła trawą, i przygotowywali nowy kawałek gruntu. Była to dość prymitywna i rabunkowa forma rolnictwa, ale czarnoziem zapewniał wiosce pożywienie na długo, bez konieczności przenoszenia się w inne miejsce. Poza tym ani las, ani równina nie miały kresu.

Gdy kobiety przerwały na chwilę śpiew, Lebiedź zauważyła idącego w ich kierunku Mala. Miał czerwoną, spoconą twarz.

– Proszę, Leniuch szuka sobie pracy! – zawołała żartem jedna z kobiet.

Nawet teściowa się roześmiała. Nieco zawstydzona mina Mala mówiła wyraźnie, że odłączył się od mężczyzn pod jakimś pretekstem. Lebiedź zdziwiła się tylko, że nie było przy nim Kija.

– Gdzie jest Kij? – spytała.

– Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem go od rana.

Zmarszczyła brwi. Gdzież ten chłopak się podziewa? Odwróciła się i zawołała do teściowej:

– Mogę poszukać Kija?! Gdzieś się zawieruszył.

Tęga kobieta nawet się nie zatrzymała, patrząc obojętnie na Lebiedź i jej brata wałkonia. Potrząsnęła przecząco głową. Robota czeka.

– Idź i zapytaj starych kobiet, gdzie poszedł chłopak – powiedziała do Mala.

Posłusznie ruszył wolnym krokiem ku miedzy.

Zawsze bawiło go porównywanie, jak toczą się losy mieszkańców wsi. Na przykład życie mężczyzn było może barwniejsze, ale za to krótsze. Mężczyzna, nieważne, gruby czy chudy, wraz z wiekiem nabierał sił. A gdy te w końcu go opuszczały, nagle umierał. Z kobietami było zupełnie inaczej. Najpierw rozkwitały – z jasną cerą, szczupłe, wdzięczne jak łanie. A potem wszystkie bez wyjątku tyły, najpierw w biodrach tak jak jego siostra, potem w talii i w nogach. Z roku na rok robiły się coraz pełniejsze i okrąglejsze, ogorzałe od słońca niczym jabłka i gruszki, a te wyższe nabierały majestatycznej postury, jak teściowa Lebiedź. Potem powoli, wciąż zachowując swoje krągłości, zaczynały maleć, kurczyły się stopniowo, by wreszcie na starość pomarszczyć się jak ziarno w skorupce. Stare kobiety, babuszki z pociemniałymi, pobrużdżonymi twarzami i błyszczącymi niebieskimi oczami, dożywały powoli swoich dni, aż w końcu, tak naturalnie jak spadający z drzewa orzech, zanurzały się w ziemi. To dotyczyło wszystkich kobiet. Jego siostra Lebiedź też podąży tą drogą. Gdy patrzył na jakąś babuszkę, zawsze ogarniała go czułość.

 

Na skraju pola siedziały właśnie trzy babuszki. Uśmiechając się grzecznie, zamienił z każdą po kolei kilka słów.

Lebiedź obserwowała go, dziwiąc się, że trwa to tak długo.

W końcu Mal wrócił.

– Są już stare i nie bardzo wiedzą, co się dzieje – wyjaśnił. – Jedna mówi, że Kij wrócił do wioski z innymi dziećmi. Druga uważa, że poszedł nad rzekę. A trzecia twierdzi, że do lasu.

Westchnęła. Kij nie miał powodu iść do lasu, nie sądziła też, by oddalił się aż nad rzekę. Pozostałe dzieci wróciły już do chaty, gdzie miały zająć się maluchem. Zapewne jest razem z nimi.

– Sprawdź, czy jest w wiosce – poprosiła.

Mal chętnie się zgodził, zawsze to lepsze niż praca na polu.

A kobiety nadal śpiewały. Lebiedź kochała tę piosenkę – była wolna i smutna, ale miała piękną melodię, która pozwalała jej zapomnieć o troskach.

I na ciebie przyjdzie kres;

Ciągnij pług przez skiby.

Nie pocieszy cię na koniec

Ani woda, ani ogień

I wiatr też nie będzie

Twoim przyjacielem.

W ziemi w końcu spoczniesz,

Ziemia cię przytuli.

Kobiety posuwały się powoli w swoim szyku i pochylone ścinały jęczmień z ciężkimi kłosami. Nad polem słychać było cichy szelest sierpów przecinających brązowiejące łodygi. Kurz z padającego zboża unosił się nisko nad ziemią, wydzielając słodki zapach. A Lebiedź nie po raz pierwszy doświadczyła dziwnego uczucia, miłego i smutnego jednocześnie – jakby utraciła jakąś część samej siebie, nie mogąc uciec od tego powolnego, ciężkiego życia w ciszy bezkresnej równiny. Smutnego, bo czuła się jak w pułapce, a miłego, bo przecież była wśród swoich. Czyż nie tak właśnie powinno wyglądać życie?

Minęło trochę czasu, zanim Mal wrócił. Na twarzy miał swój zwykły bezmyślny uśmiech, ale Lebiedź zauważyła w nim ślad niepokoju.

– Nie ma go?

– Nie, dzieciaki go nie widziały.

Dziwne. Była przekonana, że jest z nimi. Poczuła lęk. Znów zawołała do teściowej:

– Kija nie ma w domu! Mogę go poszukać?

Ale stara kobieta spojrzała na nią z lekceważeniem.

– Dzieciaki zawsze gdzieś znikają. Niedługo wróci. Niech twój brat go poszuka. I tak nie ma nic do roboty – dodała złośliwie.

Lebiedź ze smutkiem spuściła głowę.

– Idź nad rzekę, Mal. Sprawdź, czy go tam nie ma – powiedziała. I zauważyła, że tym razem jej brat oddalił się znacznie szybszym krokiem.

Praca posuwała się do przodu. Zaraz przyjdzie czas na odpoczynek. Lebiedź przypuszczała, że teściowa specjalnie wydłuża pracę. Spojrzała na rozległy horyzont. Wydawało jej się, że teraz widnokrąg kpi z niej okrutnie i przypomina tak jak teściowa: „Nic na to nie poradzisz, bogowie zapisali już wszystko w przeznaczeniu”. Pochyliła się nad zbożem.

Tym razem Mal wrócił po kilku minutach. Wyglądał na zatroskanego.

– Nad rzeką go nie ma.

– Skąd wiesz?

Wyjaśnił, że spotkał starca, z którym polował, a on spędził nad rzeką całe przedpołudnie. I na pewno zauważyłby chłopca, gdyby się tam pojawił.

Dźgnął ją lęk.

– Według mnie poszedł do lasu – stwierdził Mal.

Do lasu? Wcześniej chodził tam tylko z nią. Spojrzała na brata z uwagą.

– Dlaczego tak myślisz?

Mal był wyraźnie speszony.

– Nie mam pojęcia.

Kłamie, to widać. Wiedziała jednak, że lepiej nie przyciskać go do muru.

– W którą stronę miałby pójść? – spytała.

Mal zamyślił się. Przypomniał sobie słowa rzucone lekkomyślnie w rozmowie z chłopcem.

– Chyba na wschód. – Zaczerwienił się. – Zresztą nie wiem.

Popatrzyła na niego pogardliwie.

– Bierz! – Wcisnęła mu w rękę sierp. – I do roboty – rozkazała.

– Ale to praca kobiet – zaprotestował.

– Do roboty, głupcze! – krzyknęła i podeszła do teściowej. Pozostałe kobiety wybuchnęły śmiechem. – Pozwólcie mi poszukać Kija – poprosiła raz jeszcze. – Mój brat wysłał go do lasu.

Teściowa spojrzała na łąkę. Mężczyźni zakończyli już pracę, kilku z nich, w tym mąż Lebiedź i starszy wioski, szło w ich kierunku.

– Odpoczynek! – zawołała do kobiet. – A ty możesz iść – zgodziła się.

Mężczyźni byli już przy nich, więc w kilku słowach wyjaśniła, co się stało. Starszy wioski był potężnym człowiekiem z siwą brodą i małymi, niespokojnymi oczami. Sprawa mało go obeszła. Ale twarz męża nieco się zafrasowała.

– Też mam pójść? – spytał starszego.

– Chłopak się znajdzie. Nie mógł daleko odejść. Niech ona go poszuka – powiedział tamten znudzonym tonem.

Zauważyła, że mąż odetchnął z ulgą. Rozumiała to. Przecież miał też inne żony i inne dzieci pod opieką.

– Pójdę już – powiedziała cicho.

– Jeśli cię długo nie będzie, ruszę za tobą – oznajmił mąż z uśmiechem.

Skinęła zgodnie głową.

Las był miły i przyjazny. Wysoko na błękitnym niebie płynęły rzadkie kłębiaste obłoki, błyszcząc w świetle przedpołudniowego słońca. Ciągnęły ze wschodu, znad bezkresnych suchych stepów. Chłopiec szedł skrajem lasu, wysokie trawy szeptały coś, poruszane lekkim wiatrem. W cętkowanej plamie cienia pasło się kilka krów.

Minęło już trochę czasu, odkąd Kij oddalił się od trzech starych kobiet. Szedł wesoło znajomą ścieżką prowadzącą do lasu. Nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa.

Przez cały ranek rozmyślał o niedźwiadku. Wujek Mal powiedział, że trzeba go szukać w czarodziejskiej krainie daleko na wschodzie. I że można tam dojść w jeden dzień. Tylko że Kij, choć mały, wiedział doskonale, że wujek tam nie pójdzie. I im dłużej się nad tym zastanawiał, tym większą miał pewność, co powinien zrobić.

Poranny upał się wzmagał, powietrze nad polem jęczmienia, gdzie pracowały kobiety, zaczęło błyszczeć. Chłopiec chodził w tę i z powrotem, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, aż w końcu, jakby prowadzony jakąś niewidzialną dłonią, ruszył w kierunku lasu.

Znał drogę. Na wschód oznaczało z dala od rzeki, wzdłuż ścieżki, przy której jego matka i inne kobiety zbierały grzyby. Późnym latem przychodzili tu na jagody. Na wschód, czyli tam, skąd płynęły chmury.

Nie wiedział, jak daleko będzie musiał iść, ale skoro wujek dotarłby tam w ciągu jednego dnia, to on też.

No, najwyżej w ciągu dwóch dni, pomyślał odważnie.

Z dziwną determinacją szedł ścieżką wśród sosen. Był pulchny, jak wiele dzieci w jego wieku. Miał na sobie białą koszulkę z paskiem, kapcie z łyka, w dłoni ściskał pęk zerwanego na polu jęczmienia.

Po pięciuset metrach dotarł do polanek, na których kobiety zazwyczaj zbierały grzyby. Uśmiechnął się z zadowoleniem, rozpoznając okolicę. Nigdy jeszcze nie był sam tak daleko w lesie, mimo to ani na chwilę się nie zatrzymywał.

Wąska dróżka schodziła zboczem w dół – w jednych miejscach była pokryta sosnowymi igłami, gdzie indziej biegła wśród poskręcanych korzeni – aż docierała do młodniaka. Kij zauważył, że wśród dębów i buków jest coraz mniej sosen, za to coraz więcej jesionów. Z wysokich gałęzi obserwowały go z uwagą wiewiórki. Jedna, ta najbliżej ścieżki, w pierwszej chwili chciała uciec, ale zmieniła zdanie i przysiadła czujnie, chrupiąc jakąś łuskę. Po pewnym czasie młodniak się przerzedził, na ścieżce pojawiła się trawa. Po kolejnych kilkuset metrach ścieżka zakręcała w prawo, a potem w lewo. Kij zauważył następną kępę sosen.

Był szczęśliwy. I podekscytowany wyprawą w nieznane.

Wędrował tak prawie kilometr, zanim w końcu ścieżka dotarła do gęstszej ściany lasu i znacznie się zwęziła. Kij szedł jednak dalej, aż korony drzew zamknęły się nad jego głową. Poczuł słodki, błotnisty zapach.

Po prawej stronie zobaczył ciemny staw.

Staw nie był duży – miał dziesięć metrów długości i trzydzieści szerokości. Otoczona drzewami tafla wody stała nieruchomo. Ale w pewnej chwili zmarszczył ją słaby podmuch wiatru. Fala uderzyła z lekkim pluskiem o brzeg porośnięty kępami paproci.

Kij wiedział, co to oznacza. Rozejrzał się bojaźliwie.

„W spokojnym stawie diabeł mieszka”.

Tak mawiali mieszkańcy wioski. I na pewno mieszkały tu też panny wodne, rusałki. Gdy ktoś nie był wystarczająco ostrożny, mogły go dopaść i załaskotać na śmierć. „Nie daj się złapać jakiejś rusałce – przestrzegała go ze śmiechem matka. – Masz takie łaskotki, że poradzą sobie z tobą w jednej chwili”.

Nie spuszczając wzroku z powierzchni wody, chłopiec obszedł dookoła groźną sadzawkę. Na szczęście ścieżka zaczęła się od niej oddalać. Wkrótce las zamienił się w dąbrowę, a za nią pojawiła się otwarta polana. Wysokie trawy kołysały się łagodnie. Na prawo rosła kępa brzóz.

Kij przystanął.

Wokół panowała cisza. Nad sobą miał puste, milczące niebo. W którą stronę pójść?

Odczekał kilka minut, aż na niebie pojawił się obłok. Obserwował go uważnie, żeby wyznaczyć kierunek.

Wschód miał na wprost przed sobą. Ruszył dalej.

Po raz pierwszy pożałował, że jest sam. Rozejrzał się kilkakrotnie po polanie. Może zobaczy gdzieś mamę? Wydawało mu się naturalne, że powinna być tam gdzie on.

Znów zagłębił się w las, a po dziesięciu minutach zorientował się, że ścieżka znikła. Niskiej trawy rosnącej pod wiązami nie przecinały żadne ślady, ani zwierząt, ani ludzi. Było tu dziwnie pusto. Zatrzymał się zaniepokojony. Może powinien zawrócić? Znajome pola i rzeka wydawały się tak daleko. Nagle zapragnął być znowu u siebie. Przypomniał sobie jednak, że jeszcze raz musiałby minąć mroczny staw z rusałkami.

Drzewa rosły tu blisko siebie, ogromne i groźne. Sięgały wysoko i tłumiły światło, przez zasłonę liści widać było jedynie małe skrawki nieba, jakby ktoś roztrzaskał błękitną czarę firmamentu na tysiąc kawałków. Chłopiec spojrzał w górę i znów się zawahał. Ale co z niedźwiadkiem? Nie, nie zrezygnuje. Zacisnął zęby i ruszył dalej.

I nagle mu się wydało, że słyszy głos.

– Kij! – Wołanie matki odbijało się wśród drzew łagodnym echem. – Kij, mój ptaszku!

A więc jest tutaj. Buzia mu pojaśniała. Odwrócił się. Nikogo. Teraz on zawołał, a potem wsłuchiwał się przez chwilę, czekając na odpowiedź.

Cisza. Jedynie lekki wiatr zaszeleścił liśćmi i poruszył mniejsze gałązki. Może to wołanie było tylko zawodzeniem wiatru? A może to rusałki ze stawu robią sobie z niego żarty?

Ze smutkiem ruszył dalej.

Szedł w cieniu koron wysokich drzew, jedynie od czasu do czasu wąski promień słońca muskał jego włosy. Chwilami zdawało mu się, że obserwują go czyjeś oczy, jakby milczące istoty, szare i brązowe, przemykały w cieniu. Ale choć rozglądał się nieustannie, niczego nie zauważył.

Po pięciu minutach zatrzymał się, wypatrując jakiegoś poruszenia wśród drzew, gdy nagle nad jego głową rozległ się głośny skrzek. Przerażony uniósł wzrok i zobaczył wśród liści wzbijający się w górę dziwny kształt.

– Baba-Jaga! – wrzasnął.

Każde dziecko bało się Baby-Jagi. Wiedźma latała w wielkim moździerzu, miała ogromne stopy i rozczapierzone szponiaste dłonie, którymi łapała dzieci, zabierała je ze sobą, a potem gotowała w wielkim kotle. Kij patrzył w górę z przerażeniem.

Na szczęście to był tylko ptak, który wznosił się wśród gałęzi, głośno uderzając skrzydłami. Mimo to chłopiec trząsł się na całym ciele. Płacząc, usiadł na ziemi i zaczął wołać matkę. Ale gdy kolejne minuty mijały bez odpowiedzi, jakoś zapanował nad łzami i powoli się uspokoił.

Przecież to tylko ptak. Co mówił wujek? „Myśliwy, jeśli tylko jest ostrożny, nie ma się czego w lesie bać. Tylko kobiety i dzieci lękają się lasu”.

Kij stanął powoli na nogi. Z wahaniem ruszył dalej.

Niedługo potem zauważył, że okolica po lewej stronie jakby się zmieniła. Las stał się rzadszy, przez gałęzie przedostawało się więcej światła. A jeszcze dalej wydawało się, że drzewa błyszczą złotym światłem. Skierował się w tamtą stronę.

Było tu znacznie cieplej. Drzewa nie rosły tak wysoko. Pod stopami zieleniła się bujna trawa, pojawiały się krzewy. Na ziemi widać też było kępy mchu. Kij poczuł na twarzy słońce, usłyszał bzyczenie much, nawet ugryzł go jakiś komar. Chłopcu wrócił dobry humor. Spod stóp uciekła mu mała zielona jaszczurka.

Tak się ucieszył, że tu dotarł, iż nawet nie zauważył, w którą idzie stronę.

Nie mógł tego wiedzieć, ale wędrował już ponad godzinę. Było południe. Nie czuł pragnienia ani głodu, a radość z wydostania się z ciemnego lasu stłumiła zmęczenie. Zerknął za siebie, ale lasu już nie było widać. Zatoczył wzrokiem półkole. Zalany słońcem krajobraz wydał mu się obcy. Nieopodal lśniła biała kora brzóz. Niewielki ptak na gałęzi patrzył na niego tak, jakby nie chciało mu się ruszać w tym upale. I nagle, może też z powodu gorąca, Kij poczuł, że cały ten dzień staje się nierzeczywisty. Gdzieś przed nim, w gęstniejącym poszyciu, pojawiła się linia niskich trzcin.

 

I wtedy zobaczył błysk światła.

Wydobywało się z ziemi, spod splątanych korzeni. Było tak jaskrawe, że aż zmrużył oczy. Zrobił krok do przodu. Światło nadal migotało. Światło w ziemi. Przysunął się jeszcze bliżej, a wtedy przyszła mu do głowy pewna myśl.

A może to światło wskazuje drogę do innego świata?

Tak, to możliwe. W języku Słowian słowa „świat” i „światło” brzmiały bardzo podobnie. I Kij wiedział doskonale, że domowoj i inni przodkowie mieszkają pod ziemią. A tu rozbłyskiwało światło, w czarodziejskim miejscu, w środku ziemi. Więc może tam naprawdę jest wejście!

Dopiero gdy chłopiec podszedł bliżej, okazało się, że światło pochodzi z gładkiej powierzchni ukrytego w zaroślach strumyka, w którym odbija się południowe słońce. Strużka wiła się w leśnym podszyciu, czasem znikała w jakimś zagłębieniu, by pojawić się w wysokiej trawie kilka metrów dalej. Jednak dla chłopca było to tak samo magiczne. Gdy patrzył na mknącą wodę, na brzozy dookoła, na bujną trawę, w jego główce pojawiła się jeszcze bardziej ekscytująca myśl. Jestem na miejscu! Tak, dotarł do granicy magicznego królestwa za siedmioma lasami. Na całym świecie nie ma bardziej czarodziejskiego miejsca niż to.

Z zachwytem podążył za strumykiem, który poprowadził go do stojących pięćdziesiąt metrów dalej dwóch głazów. W rozpadlinie między nimi rosła leszczyna. Kij zatrzymał się i dotknął skały: była ciepła, niemal gorąca. Zachciało mu się pić. Zawahał się, bo nie wiedział, czy wolno mu pić z magicznego źródełka, ale pragnienie zwyciężyło, ukląkł na trawie i nabrał w dłonie krystalicznie czystej wody. Była orzeźwiająca i miała niemal słodki smak.

A potem, żeby lepiej rozejrzeć się po okolicy, zaczął się wspinać na jeden z głazów. Tuż nad nim była szeroka skalna półka. Podniósł rękę, starając się czegoś chwycić.

Poczuł pod palcami ciało węża.

Nie wiedział, jak to się stało, ale w ułamku sekundy znalazł się trzy metry od skały, drżąc na całym ciele jak osika. Poruszał konwulsyjnie głową, wypatrując na drzewach, w strumieniu i na głazach gotowych do ataku węży. Gdy źdźbło trawy musnęło mu nogę, podskoczył jak oparzony.

Jednak wąż na skale leżał nieruchomo. Kij widział jego ogon przewieszony przez krawędź. Trzęsąc się, odczekał jeszcze dwie minuty. Na ziemi nic się nie poruszyło, jedynie gdzieś w koronach drzew bezszelestnie przemknął myszołów.

Gdy w końcu ciekawość przeważyła nad strachem, chłopiec podkradł się ostrożnie do skały.

Wąż był martwy. Leżał zwinięty na półce. Gdyby go rozciągnąć, byłby dwa albo nawet trzy razy większy. W jednym miejscu był przecięty na pół – zapewne przez orła. Kij od razu rozpoznał żmiję – w tych okolicach żyło kilka gatunków żmij – i aż zadrżał, choć gad był martwy.

Nagle coś sobie uświadomił. Niemal się uśmiechnął. Tak, to jest magiczna kraina. Wąż leży w cieniu krzewu rosnącego w rozpadlinie pomiędzy dwiema skałami. Leży w cieniu leszczyny.

– Teraz na pewno znajdę niedźwiadka – powiedział na głos.

Bo martwy wąż mógł mu zdradzić jedną z największych tajemnic: tajemnicę czarodziejskiego języka.

Magicznego języka nie dało się słyszeć. Mówiły nim wszystkie drzewa i rośliny, kamienie i strumyki, a czasem też zwierzęta. Tę tajemnicę można było posiąść na kilka sposobów – powiedziała mu to sama babka. „Pierwszy sposób polega na tym, że musisz uratować węża z pożaru albo ocalić złowioną rybę, wtedy one mogą ci ten język przekazać. Drugi sposób to znaleźć nasienie paproci w najkrótszą noc w roku. Trzeci to złapać żabę podczas orki i włożyć ją sobie do ust. Poznasz także ten język, jeśli pod krzakiem leszczyny znajdziesz martwego węża, upieczesz go i zjesz jego serce”.

Gdybym mógł rozmawiać z drzewami i zwierzętami, od razu by mi powiedziały, gdzie jest mój niedźwiadek, pomyślał. I popatrzył z zadowoleniem na węża. Ale miał jeden problem: jak go upiec? Nie umiał rozniecić ognia. Przyszło mu do głowy, że może zabrać węża do wioski.

Nie spuszczał gada z oczu. Wąż leżał zaledwie dwa metry od niego i był martwy od niedawna. Gdyby nie oderwana głowa, można by sądzić, że za chwilę się poruszy. Kij poczuł przez łykowe buty ciepło skały i zadrżał, uświadomiwszy sobie, że to samo ciepło ogrzewa też węża.

Nie, nie da rady zaciągnąć go do wioski.

Jednak po chwili wpadł na wspaniały w swojej prostocie pomysł. Miał wrażenie, że pojawiła się przed nim szeroka ścieżka przez pusty las. Przyprowadzi tu wujka Mala, a on upiecze węża!

Przecież to takie proste! Czuł się tak, jakby jego podróż dobiegła końca, a on szczęśliwie dotarł do domu. Zsunął się z ulgą ze skały i zaczął szukać swoich śladów nad strumykiem. Okolica nie wydawała się już taka magiczna, za to bardziej znajoma.

Dopiero po paru minutach pojął, że się zgubił.

Od strumienia skręcił do lasu, ustalając kierunek według płynących na niebie chmur. Tylko dlaczego to miejsce wyglądało tak obco? Drzewa były wyższe, rosły coraz gęściej. Tu i ówdzie pojawiały się krzewy, leżały porozrzucane głazy. Nie, wcześniej był w zupełnie innym lesie. A teraz ucieszyłby się na widok groźnego stawu zamieszkanego przez rusałki. Znów spojrzał na chmury. Nie wiedział jednak, że po południu wiatr zaczął zmieniać kierunek.

Dopiero teraz ogarnęła go panika. Mijały minuty, a on miał coraz większą pewność, że się zgubił. Zrobiło mu się zimno. Zatrzymał się i rozglądał na wszystkie strony, ale wszędzie widział jedynie niezliczone pnie drzew.

Nie wiedział, dokąd iść. Pięć razy zawołał matkę po imieniu, ale jego głos zginął wśród drzew. Tak jakby ten dzień postanowił schwytać go w pułapkę, uwięzić w lesie pod bezkresnym błękitnym niebem, a teraz przyglądał mu się drwiąco z wysoka. A jeśli nigdy nie wróci do domu? Kij przysiadł przy zwalonym drzewie. Zalewały go fale rozpaczy, siedział nieruchomo, zbyt zmęczony i zniechęcony, by iść dalej. Zaczął płakać.

Zawołał jeszcze dwa razy, ale nie usłyszał odpowiedzi. Obok niego rósł duży grzyb. Pogłaskał jego miękki kapelusz, szukając jakiegoś ukojenia. Płacz rozgrzał go, powieki zaczęły mu ciążyć. Głowa opadła na pierś.

Gdy zobaczył niedźwiadka, w pierwszej chwili wydawało mu się, że śni.

Miś musiał się oddalić od matki, bo biegł teraz w długich susach, próbując ją dogonić. Minął Kija w odległości piętnastu metrów.

Chłopiec wstał, przecierając oczy, i uszczypnął się, żeby się upewnić, że nie śni. Czyżby rzeczywiście znalazł niedźwiadka? Aż nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Zwierzę wciąż było na horyzoncie, biegło za jakimś brązowym kształtem widocznym sto metrów dalej, pewnie za matką. Brązowy kształt zniknął za drzewem.

Chłopiec ruszył za nimi bez wahania. Miał tylko jedną myśl: zobaczyć, dokąd one idą. Biegł ile sił w nogach.

Dotarli do polany, minęli ją i zagłębili się w następny las. Kij nawet się nie zastanawiał, dokąd idą. Gdy widział niedźwiedzie, zamierał w bezruchu, żeby go nie zauważyły. Głównie jednak kierował się odgłosami łamanych gałązek i szuraniem łap. Nie wiedział, jak daleko jest od domu ani jak znajdzie powrotną drogę. Był zbyt blisko celu swoich poszukiwań, by się nad tym zastanawiać. Szedł wytrwale przed siebie.

Kilka razy o mało nie stracił ich z oczu. Nagle w środku bezkresnego, jak mu się wydawało, zagajnika dębów czy jesionów otaczała go martwa cisza. Wszystkie drzewa wyglądały jednakowo. Zatrzymywał się wtedy, robił kilka kroków, znów się zatrzymywał, aż w końcu znów dobiegał go głośny szelest.

Nie czuł żadnego zagrożenia. Po otrzymaniu tylu magicznych znaków – ukryty staw, światło z innego świata wychodzące ze strumyka, wąż pod leszczyną – uwierzył, że to czarodziejski dzień i że duchy lasu prowadzą go do celu.

Właśnie w jednej z tych chwil ciszy zauważył po prawej stronie, za ścianą brzóz, plamę światła, która mogła oznaczać polanę. Może niedźwiadek tam właśnie poszedł? Kij ruszył w tamtym kierunku.

I wtedy na skraju polany zobaczył wśród drzew błysk światła. Niezbyt wysoko. Coś migotało na niższych gałęziach. Nie widział dokładnie przez rząd brzóz, ale promienie słońca tańczyły na czymś, wystrzeliwując we wszystkie strony czerwone, złote i srebrne błyski. Co to takiego?