Londyn

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– On się nie nadaje – utrzy­my­wał Leofric.

Drugi kan­dy­dat, Harold, nie pocho­dził wpraw­dzie z kró­lew­skiej rodziny, ale był świet­nym dowódcą i cie­szył się popar­ciem innych wiel­mo­żów.

Trze­cim kan­dy­da­tem był Nor­mand­czyk.

Wikin­go­wie sko­lo­ni­zo­wali pół­nocne wybrzeża Fran­cji już wiele poko­leń wstecz. Ich potom­ko­wie sto­pili się z lokalną spo­łecz­no­ścią, mówili po fran­cu­sku, ale na­dal, jak dawni wikin­go­wie, pra­gnęli pod­bo­jów. Ostatni książę Nor­man­dii, nie mając pra­wo­wi­tego dzie­dzica, wyzna­czył na swo­jego następcę nie­ślub­nego syna.

Wil­helm z Nor­man­dii – bez­względny, ambitny, napę­dzany poczu­ciem niż­szo­ści z powodu swo­jego pocho­dze­nia – był groź­nym prze­ciw­ni­kiem. Wże­niw­szy się w rodzinę żony Edwarda Wyznawcy, uznał, że ma szansę wstą­pić na tron po bez­dziet­nym monar­sze. Roz­gła­szał wszem wobec, że król Edward obie­cał mu tron.

– Zna­jąc króla, gotowy jestem w to uwie­rzyć – zauwa­żył Bar­ni­kel ponuro.

Teraz jed­nak obaj męż­czyźni umil­kli. Witan opusz­czał salę narad.

– Wysłu­chaj naszych pokor­nych modlitw i pobło­go­sław sługę swego, któ­rego z uni­żo­nym odda­niem wybra­li­śmy na króla Anglów i Sasów. – Dostoj­nicy wygła­szali modły, trzy­ma­jąc koronę nad głową nowego monar­chy. Potem król zło­żył przy­sięgę, przy­rze­ka­jąc pod­da­nym pokój, porzą­dek i miło­sier­dzie. W końcu biskup, przy­wo­łu­jąc Abra­hama, Moj­że­sza, Jozu­ego i króla Salo­mona, jesz­cze raz popro­sił Boga o bło­go­sła­wień­stwo i nama­ściw­szy władcę, wło­żył mu na głowę koronę i wrę­czył berło będące oznaką wła­dzy oraz laskę jako sym­bol spra­wie­dli­wo­ści.

Tra­dy­cyjna cere­mo­nia koro­na­cji odbyła się zale­d­wie kilka godzin po śmierci króla Edwarda, po raz pierw­szy w West­min­ster Abbey. Leofric i Bar­ni­kel z nadzieją witali błę­kit­no­okiego, potęż­nego monar­chę z ciemną brodą, który śmia­łym wzro­kiem patrzył z wyso­ko­ści tronu.

Tak, Harold będzie dobrym saskim kró­lem.

Gdy po zakoń­cze­niu cere­mo­nii wycho­dzili z opac­twa, Bar­ni­kel z Bil­lings­gate popeł­nił wielki błąd.

Czło­wiek w kap­tu­rze, obser­wu­jący ich przez cały czas, zatrzy­mał się przy wro­tach. Zsu­nął kap­tur na ramiona, odsła­nia­jąc głowę.

Miał dziwny wygląd. Gdy tak stał bli­sko potęż­nej kolumny, można go było wziąć za posąg, ciemną bryłę z kamie­nia. Czarna opoń­cza otu­lała go jak skrzy­dła ptaka. Miał gładko wygo­loną twarz i włosy ostrzy­żone krótko nad uszami zgod­nie z nor­mandzką modą. Ale naj­bar­dziej rzu­cał się w oczy jego nie­zwy­kłych roz­mia­rów nos. Nie tyle sze­roki, ile długi, nie spi­cza­sty, lecz zaokrą­glony na końcu, nie czer­wony, ale dziw­nie błysz­czący. Gdy męż­czy­zna pochy­lał głowę, wyda­wało się, że nos zagłę­bia się w fałdy jego opoń­czy jak dziób zło­wróżb­nego kruka.

Wierni wycho­dzili na zewnątrz, ale on trwał na swoim miej­scu. Dwaj przy­ja­ciele dopiero teraz go zauwa­żyli. Ukło­nił im się.

Leofric odwza­jem­nił pozdro­wie­nie.

Ten Sas umie zacho­wać ostroż­ność, pomy­ślał męż­czy­zna. Tym lepiej. Ale Duń­czyk, zado­wo­lony z wyboru nowego króla, spoj­rzał na niego pogar­dli­wie.

– Dzięki Bogu mamy angiel­skiego króla – wark­nął. – Więc lepiej nie wty­kaj swo­jego wiel­kiego fran­cu­skiego nochala w nasze sprawy.

Dziwny męż­czy­zna nic nie odpo­wie­dział. Nie lubił, gdy ludzie czy­nili przy­tyki do jego wyglądu.

Leofric przy­glą­dał się córce. Skrzy­wił się. Po całym dniu na zim­nym powie­trzu krę­go­słup mocno mu doku­czał. Ale to nie ból wywo­łał gry­mas na jego twa­rzy.

Wyglą­dała tak nie­win­nie. A on zawsze uwa­żał się za przy­zwo­itego czło­wieka, który ni­gdy nie łamie danego słowa. I za dobrego ojca. Wolno mu ją teraz zdra­dzić?

Sie­dział na moc­nej dębo­wej ławie. Przed sobą, na stole na kozioł­kach, miał dymiącą lampkę oliwną. Pomiesz­cze­nie było obszerne, z drew­nia­nymi ścia­nami pokry­tymi z grub­sza wapienną zaprawą. Na jed­nej z nich wisiała duża hafto­wana makata przed­sta­wia­jąca polo­wa­nie na jele­nia. Trzy małe okna zasła­niała gęsto tkana ole­jo­wana tka­nina. Pod­łogę pokry­wały maty z sito­wia. Ze sto­ją­cego na środku dużego pie­cyka wypeł­nio­nego roz­ża­rzo­nym węglem drzew­nym uno­sił się dym, który ucho­dził przez otwór w dachu. Pod pod­łogą znaj­do­wała się piw­nica, gdzie prze­cho­wy­wano zapasy. Podwó­rze ota­czały zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze, z boku rósł sad. Dwór sta­no­wił nieco wygod­niej­szą wer­sję sta­rej sie­dziby Cer­dica w Aldwych.

Leofric wró­cił myślami do pro­po­zy­cji, którą otrzy­mał poprzed­niego dnia. Nie był pewien, co ona ozna­cza, mógł jedy­nie snuć przy­pusz­cze­nia. A jeśli jego domy­sły są słuszne? Ma jakieś inne wyj­ście? Nie­stety, żadne roz­wią­za­nie nie przy­cho­dziło mu do głowy. Z prze­ra­że­niem myślał o tym, co przyj­dzie mu uczy­nić.

– Hildo! – Przy­wo­łał ją gestem.

Pode­szła posłusz­nie.

Śnieg prze­stał padać. Nad spo­koj­nym Lon­dy­nem wisiał jedy­nie gruby całun chmur.

Wpraw­dzie naj­waż­niej­sza kró­lew­ska sie­dziba znaj­do­wała się w leżą­cym na zacho­dzie Win­che­ste­rze, ale to Lon­dyn był ruchli­wym mia­stem. Miesz­kało tu dzie­sięć tysięcy ludzi – kupcy, rze­mieśl­nicy, duchowni. Pra­stara metro­po­lia powoli wró­ciła do życia jak wielki, zanie­dby­wany przez wieki ogród. Król Alfred odbu­do­wał rzym­skie mury obronne. Wzgó­rza, na któ­rych poja­wiły się dwie saskie wio­ski z pla­cami tar­go­wymi, pokryła sieć wąskich uli­czek. Powstała przy­stań i nowy drew­niany most. Bito też monety. Ale z powodu kry­tych strze­chą domów, stajni, drew­nianych kościo­łów i błot­ni­stych uli­czek Lon­dyn na­dal przy­po­mi­nał duże mia­sto tar­gowe.

Zacho­wały się jed­nak resztki rzym­skiej prze­szło­ści. Wciąż widać było zarys dwóch głów­nych arte­rii prze­ci­na­ją­cych mia­sto. Jedna wkra­czała przez zachod­nią bramę, zwaną teraz Lud­gate, prze­ci­nała zachod­nie wzgó­rze poni­żej kate­dry Świę­tego Pawła i koń­czyła się na nad­brzeż­nym stoku wschod­niego wzgó­rza, na saskim placu tar­go­wym zwa­nym East Cheap. Linia dru­giej arte­rii nie była już tak wyraźna. Jej począ­tek wyzna­czała brama New­gate. Ulica omi­jała od pół­nocy kate­drę Świę­tego Pawła i dalej bie­gła wzdłuż dłu­giego rynku West Cheap, ale dotarł­szy na wschod­nie wzgó­rze, zni­kała wsty­dli­wie pośród stajni i obór. Saski trakt pro­wa­dził stąd na szczyt wznie­sie­nia, które z powodu leżą­cych tam upraw­nych pól zwano Corn­hill, „zbo­żo­wym wzgó­rzem”.

Po wiel­kim forum nie pozo­stał żaden ślad. O ist­nie­niu amfi­te­atru świad­czył jedy­nie zarys niskich, poro­śnię­tych jesio­nami murów, wśród któ­rych wyro­sły saskie zabu­do­wa­nia. Jedy­nie tu i ówdzie poja­wiał się frag­ment zbu­rzo­nego łuku osło­nięty wikli­no­wym pło­tem albo kamienna kolumna przy­tu­lona do sło­mia­nego dachu jakie­goś warsz­tatu.

Naj­więk­szą budowlą w mie­ście był długa, podobna do sto­doły saska kate­dra Świę­tego Pawła z wyso­kim drew­nia­nym dachem. Tuż przy niej zaczy­nał się naj­bar­dziej barwny frag­ment mia­sta – zapeł­niony stra­ga­nami rynek West Cheap.

Od połu­dnio­wej pie­rzei wydłu­żo­nego rynku, obok małego kościółka poświę­co­nego Maryi Pan­nie, bie­gła dróżka pro­wa­dząca do sta­rej studni, przy któ­rej znaj­do­wało się zamożne domo­stwo. Nikt już nie pamię­tał, dla­czego bramę ozda­bia ciężki szyld przed­sta­wia­jący byka. Ale to wła­śnie z powodu owego wize­runku o wła­ści­cielu sie­dziby, boga­tym saskim kupcu Leofricu, mówiono, że mieszka „pod bykiem”.

Sta­nęła przed nim potul­nie. Ubrana była w pro­stą weł­nianą sukienkę. Rze­czy­wi­ście, udane z niej dziecko. Uśmiech­nął się. Zaraz, ile to ona ma lat? Trzy­na­ście? Jej piersi dopiero nie­dawno zaczęły nabie­rać kobie­cych kształ­tów. Zgrabne łydki opi­nały skó­rzane noga­wice prze­wią­zane cien­kimi rze­mie­niami. Może kostki są nieco za grube, ale to w końcu nie jest jakaś zna­cząca wada, pomy­ślał Leofric. Dziew­czynka miała sze­ro­kie, pozba­wione wszel­kich trosk czoło i jasne, nie­zbyt gęste włosy, ale jej błę­kitne oczy patrzyły nie­win­nie, co doda­wało jej szcze­gól­nego uroku. Czy w jej ciele pło­nął już żar? Trudno powie­dzieć. Ale to i tak chyba nie ma zna­cze­nia.

O ich pro­ble­mie świad­czył przed­miot leżący obok na stole. Był to nie­wielki, dwu­dzie­sto­cen­ty­me­trowy patyk z nacię­ciami róż­nej głę­bo­ko­ści i sze­ro­ko­ści. Karby ozna­czały długi. Leofric był o krok od ban­kruc­twa.

Jak do tego doszło? Jak więk­szość poważ­nych lon­dyń­skich kup­ców pro­wa­dził han­del w dwóch kie­run­kach. Za pośred­nic­twem pew­nego kupca w Caen w Nor­man­dii spro­wa­dzał fran­cu­skie wino i inne towary. A flan­dryj­skim tka­czom dostar­czał angiel­ską wełnę. Nie­stety, w ostat­nich cza­sach jego trans­ak­cje nad­mier­nie się roz­ro­sły. Nawet nie­wiel­kie waha­nia cen wina lub wełny odbi­jały się na jego kie­szeni. Nie­dawno cały ładu­nek wełny zato­nął na morzu. Led­wie pora­dził sobie z tym pro­ble­mem dzięki pożyczce od Bar­ni­kela. „Ale na­dal jestem winien Bec­ke­towi z Caen za ostat­nią dostawę wina – wyznał żonie. – Trudno, będzie musiał pocze­kać na swoje pie­nią­dze”.

Boc­ton, mają­tek ziem­ski w Ken­cie, pozo­sta­wało w posia­da­niu rodziny. Wielu zamoż­nych lon­dyń­skich kup­ców miało takie posia­dło­ści. Bar­ni­kel też wydzier­ża­wiał duży mają­tek w Esse­xie. Gdyby nie dochody z Boc­ton, Leofric byłby zmu­szony do zamknię­cia inte­re­sów.

A teraz poja­wiło się kolejne zagro­że­nie.

„Jeśli Anglia zosta­nie zaata­ko­wana, a Harold prze­gra – tłu­ma­czył żonie – wiele mająt­ków, w tym także mój, zosta­nie skon­fi­sko­wa­nych przez zwy­cięzcę”. Tak czy ina­czej, plony prze­padną. A przy jego mocno nad­we­rę­żo­nych finan­sach mogłoby to ozna­czać plajtę.

Leofric zamy­ślił się. Spoj­rzał w mroczny kąt izby, gdzie sie­działa jego żona z dzie­się­cio­let­nim synem. Gdyby tylko Edward był o dzie­sięć lat star­szy, mógłby go dobrze oże­nić i w ten spo­sób zadbać o jego przy­szłość. Gdyby tylko nie musiał zapew­nić córce posagu. Gdyby tylko nie naro­bił takich dłu­gów. Jakiż ten chło­piec jest do niego podobny! Musi zabez­pie­czyć mu odpo­wiedni mają­tek.

 

A teraz jesz­cze ta wia­do­mość, dziwna i nie­po­ko­jąca. Ile ten dłu­go­nosy Nor­mand­czyk wie o jego spra­wach? I dla­czego chce mu pomóc? A ta jego pro­po­zy­cja…

Leofric nie przy­wykł do roz­wa­ża­nia moral­nych dyle­ma­tów. Dla niego, tak samo jak dla jego przod­ków, czło­wiek mógł postą­pić albo dobrze, albo źle. Koniec. Ale ta sprawa nie była taka pro­sta. Spoj­rzał na Hildę i wes­tchnął. Powinna mieć pro­ste, spo­kojne życie. Wolno mu poświę­cić córkę, żeby zapew­nić mają­tek synowi? Wielu męż­czyzn byłoby goto­wych roz­wa­żyć taką moż­li­wość. W całej Euro­pie, nie tylko wśród Anglo­sa­sów, kobiety wszyst­kich warstw spo­łecz­nych były wyko­rzy­sty­wane jako karta prze­tar­gowa.

– Będę potrze­bo­wał two­jej pomocy – zaczął.

Mówił cichym gło­sem, a ona słu­chała w mil­cze­niu. Czego się po niej spo­dzie­wał? Liczył, że dziew­czyna zapro­te­stuje? Jej potulna odpo­wiedź wpra­wiła go w przy­gnę­bie­nie.

– Skoro potrze­bu­jesz mojej pomocy, ojcze, to zro­bię wszystko, co zechcesz.

Podzię­ko­wał jej ponuro i odpra­wił ruchem dłoni.

Nie, nie wolno mi tego zro­bić, pomy­ślał. Musi być jakieś inne wyj­ście. Ale jed­no­cze­śnie jakiś prze­klęty głos w umy­śle szep­nął ostrze­gaw­czo: ni­gdy nie wia­domo, co się wyda­rzy.

Z zadumy wyrwał go głos sąsiada:

– Leofricu! Wyjdź szybko i spójrz na niebo!

Wpa­try­wał się w sza­chowe figury, jakby mogły się poru­szyć z wła­snej woli. W świe­tle świecy jego długi nos rzu­cał cień na sza­chow­nicę.

Wró­cił myślami do wyda­rzeń z dzi­siej­szego popo­łu­dnia. Już dawno zapla­no­wał kolejne kroki, prze­wi­dział wszyst­kie moż­li­wo­ści. Musiał tylko pocze­kać na odpo­wiedni moment. Ale skoro cze­kał od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, to mógł sobie pozwo­lić na cier­pli­wość.

– Twój ruch – przy­po­mniał. Sie­dzący naprze­ciwko mło­dzie­niec wycią­gnął rękę.

Obaj syno­wie byli do niego podobni. Obaj mieli ponure uspo­so­bie­nie i zma­gali się z prze­kleń­stwem rodzin­nego nosa. Ale Henri, w odróż­nie­niu od swo­jego grub­szego, bar­dziej przy­sa­dzi­stego brata, odzie­dzi­czył po ojcu bystry umysł. Ralph nie wró­cił jesz­cze do domu. Pew­nie pił w jakiejś karcz­mie. Henri wyko­nał ruch na sza­chow­nicy.

Nie wia­domo, kiedy sza­chy przy­wę­dro­wały do Anglii, wia­domo, że grał już w nie król Kanut. Wywo­dziły się z kra­jów Orientu, a w Euro­pie zostały pod­dane drob­nym zmia­nom. Wschodni wezyr stał się kró­lową, a para wspa­nia­łych słoni z palan­ki­nami na grzbie­tach – czyli figury dziwne dla Euro­pej­czy­ków – ustą­piła miej­sca dwóm goń­com.

Dom, w któ­rym roz­gry­wano par­tię sza­chów, wyróż­niał się w saskim Lon­dy­nie, albo­wiem był jed­nym z nie­licz­nych kamien­nych budyn­ków. Stał tuż poni­żej kate­dry Świę­tego Pawła, na szczy­cie stro­mego zbo­cza opa­da­ją­cego ku Tami­zie. Oko­lica ucho­dziła za zamożną, miesz­kali tutaj kościelni dostoj­nicy i wielu miej­skich nota­bli. Wła­ści­ciel domu też musiał być ważną oso­bi­sto­ścią.

Przy­był do Lon­dynu ćwierć wieku wcze­śniej z nor­mandz­kiego mia­sta Caen, gdzie jego przod­ko­wie byli kup­cami. Takich imi­gran­tów jak on było wię­cej. Nie­da­leko ujścia stru­mie­nia pły­ną­cego pomię­dzy wzgó­rzami znaj­do­wały się dwie ogro­dzone przy­sta­nie. Ta leżąca od wschodu nale­żała do kup­ców nie­miec­kich. Po zachod­niej stro­nie miesz­kali kupcy fran­cu­sko­ję­zyczni, przy­byli z nor­mandz­kich miast, z Rouen i Caen. Zaj­mo­wali się lukra­tyw­nym impor­tem wina, otrzy­mali sporo han­dlo­wych przy­wi­le­jów, a wielu z nich osia­dło w Lon­dy­nie na stałe.

Czy on też zostałby tu na zawsze, gdyby w Caen nie odtrą­ciła go dziew­czyna? Był pewien, że są sobie prze­zna­czeni; poko­chał ją, gdy była jesz­cze dziec­kiem. Co go tak w niej zachwy­ciło? Mały zadarty nosek, tak różny od jego wiel­kiej naro­śli? Po tylu latach tylko ten szcze­gół pamię­tał wyraź­nie, ale ostre wspo­mnie­nie zada­nego bólu pozo­stało i jak gwiazda prze­wod­nia kie­ro­wało jego wszyst­kimi poczy­na­niami.

A naj­gor­sze było to, że utra­cił ją przez Bec­keta. Jego rodzina już od wielu poko­leń żywiła nie­na­wiść do kon­ku­ru­ją­cych z nią kup­ców. I nie cho­dziło tylko o han­del. Bec­ke­to­wie umieli dzia­łać szybko i spraw­nie, mieli bystre umy­sły i wiele oso­bi­stego uroku. I jakby tego było mało, postę­po­wali bez­względ­nie, co w połą­cze­niu z głę­boko zako­rze­nio­nym ego­ty­zmem budziło powszechną iry­ta­cję, a u rodziny wiel­ko­no­sego Nor­mand­czyka wręcz odrazę.

Uwa­żał dziew­czynę za swoją. Ale pew­nego dnia usły­szał przy­pad­kiem, jak za rogiem roz­ma­wia z mło­dym Bec­ke­tem. Śmiali się.

„I jak ty będziesz się z nim cało­wać? Z takim nosem to nie­moż­liwe. Jest jak prze­szkoda nie do poko­na­nia, jak nie­zdo­byta for­teca. Ow­szem, mógłby budzić podziw jako góra. Ale mówią, że od cza­sów potopu Noego żaden męż­czy­zna z ich rodziny nie cało­wał się z kobietą”.

Wyco­fał się nie­po­strze­że­nie. Miał wtedy pięt­na­ście lat. Następ­nego dnia dziew­czyna potrak­to­wała go lodo­wato. A rok póź­niej wyszła za Bec­keta za mąż. Od tam­tej chwili życie w rodzin­nym mie­ście stało się dla niego nie do znie­sie­nia.

Lata pano­wa­nia Edwarda Wyznawcy mógł uznać za udane. W Lon­dy­nie oże­nił się, wzbo­ga­cił, na kosmo­po­li­tycz­nym dwo­rze Edwarda nawią­zał poży­teczne zna­jo­mo­ści, został nie­oce­nio­nym dar­czyńcą kate­dry Świę­tego Pawła i ucho­dził w mie­ście za ważną oso­bi­stość.

Zyskał też nowe nazwi­sko.

Wyda­rzyło się to pew­nego ranka, nie­długo po ślu­bie. Cho­dząc pomię­dzy stra­ga­nami na West Cheap, przy­sta­nął przy dłu­gim stole, przy któ­rym pra­co­wali złot­nicy. Przez dłuż­szą chwilę z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się ich pracy. A kiedy zamie­rzał już odejść, jakiś głos zawo­łał: „Patrz­cie, ten to jest bogaty. Ma srebrne rękawy”.

Srebrne rękawy. Te słowa dźwię­czały mu w myślach. Dobre na nazwi­sko dla zamoż­nego czło­wieka, do tego bez naj­mniej­szego związku z jego wiel­kim nosem. Srebrne rękawy – Silver­sle­eves. Tak, to jest nazwi­sko boga­cza.

„I nie­długo będzie jak naj­bar­dziej uza­sad­nione”, oświad­czył żonie.

Patrząc na sza­chow­nicę, Silver­sle­eves pozwo­lił sobie na słaby uśmiech. Kochał sza­chy za ich walkę o wła­dzę i tajem­ni­czą har­mo­nię. A lata han­dlu nauczyły go wyszu­ki­wa­nia podob­nych wzo­rów i kom­bi­na­cji w inte­re­sach. Odnaj­dy­wał je i umiał się nimi posłu­gi­wać. Patrzył na ludz­kie rela­cje – te deli­katne i te pełne okru­cień­stwa – jak na skom­pli­ko­waną roz­grywkę.

Lubił grać z synem. Henri nie posiadł jesz­cze umie­jęt­no­ści stra­te­gicz­nego myśle­nia, ale był dosko­na­łym tak­ty­kiem, umie­ją­cym dostrze­gać nie­spo­dzie­wane roz­wią­za­nia. Silver­sle­eves pró­bo­wał nauczyć tego swo­jego młod­szego syna, ale Ralph z tru­dem nadą­żał za prze­bie­giem par­tii, a gdy Henri spo­glą­dał na niego z lek­ce­wa­że­niem, wda­wał się z nim w żało­sne kłót­nie.

Ralph nie speł­niał ocze­ki­wań, ale Silver­sle­eves ni­gdy nie oka­zy­wał mu swo­jego zawodu. I jak wielu ojców trak­to­wał głup­szego syna z opie­kuń­czą czu­ło­ścią, sta­ra­jąc się, by bra­cia pozo­sta­wali w przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach.

„Mają­tek podzielę mię­dzy nich po równo”, zapew­niał żonę.

Ale to Henri miał prze­jąć po nim inte­resy. Już dziś mło­dzie­niec dosko­nale się orien­to­wał w spra­wach pro­duk­cji wina, jego trans­por­to­wa­nia i prze­cho­wy­wa­nia. Znał też wszyst­kich klien­tów ojca. W wol­nym cza­sie, jak choćby pod­czas gry w sza­chy, Silver­sle­eves dzie­lił się z nim głęb­szymi prze­my­śle­niami. A że tego dnia miał głowę pełną obli­czeń z ostat­nich dni, posta­no­wił poru­szyć naj­waż­niej­szy temat.

– Zasta­na­wiam się nad pewną inte­re­su­jącą kwe­stią – zaczął. – Cho­dzi o dłuż­nika. – Spoj­rzał uważ­nie na syna. – Jak myślisz, Henri, kto jest sil­niej­szy, czło­wiek z pie­niędzmi czy czło­wiek z dłu­gami?

– Ten z pie­niędzmi.

– Załóżmy w takim razie, że ktoś ma u cie­bie dług, ale nie może go spła­cić.

– W takim razie jest ban­kru­tem – oświad­czył Henri chłodno.

– Ale jed­no­cze­śnie ty stra­cisz to, co mu poży­czy­łeś.

– Chyba że przejmę płat­no­ści, które należą się jemu. Ale jeśli tego będzie nie­wiele, to rze­czy­wi­ście stracę.

– A więc dopóki on jest tobie winny pie­nią­dze, to ty masz się czego oba­wiać, prawda? – Widząc, że Henri kiwa głową, cią­gnął: – Załóżmy, że ten czło­wiek tak naprawdę może ci zapła­cić, ale nie chce. Teraz ty się boisz jego, bo skoro on może zapła­cić, a tego nie robi, to zna­czy, że on nie boi się cie­bie.

– Zgoda.

– Świet­nie. Powiedzmy, że bar­dzo potrze­bu­jesz tych pie­nię­dzy. On pro­po­nuje umowę: zwróci ci mniej, niż poży­czył. Zgo­dzisz się?

– Pew­nie będę musiał.

– Rze­czy­wi­ście. Ale czy nie jest tak, że w ten spo­sób on by na tobie zaro­bił? Można więc powie­dzieć, że dzięki temu dłu­gowi zyskał nad tobą prze­wagę.

– To zależy od tego, czy na­dal zamie­rza pro­wa­dzić ze mną han­del – oświad­czył Henri.

Silver­sle­eves pokrę­cił głową.

– To zależy od wielu rze­czy. Od ter­minu, od tego, na ile jeste­ście sobie nawza­jem potrzebni, czy macie inne moż­li­wo­ści i kto ma potęż­niej­szych przy­ja­ciół. To kwe­stia ukry­tych zabez­pie­czeń. Jak przy par­tii sza­chów. – Umilkł na dłuż­szą chwilę. – Zapa­mię­taj sobie, Henri. Ludzie han­dlują dla zysku. Napę­dza ich chci­wość. Ale gdy w grę wcho­dzą długi, poja­wia się lęk. A lęk jest sil­niej­szy niż chci­wość. Praw­dziwą siłą, bro­nią, która pokona każ­dego, jest dług. Głupcy szu­kają złota. Mądrzy ludzie patrzą na długi i zobo­wią­za­nia. To jest klucz do wszyst­kich inte­re­sów. – Uśmiech­nął się, wycią­ga­jąc rękę. – Szach-mat.

Silver­sle­eves miał na myśli dużo więk­szą par­tię. Roz­grywkę, w któ­rej naj­po­tęż­niej­szą bro­nią miał być dług i którą pota­jem­nie pro­wa­dził od dwu­dzie­stu pię­ciu lat prze­ciwko Bec­ke­towi z Caen. A teraz goto­wał się do zada­nia miaż­dżą­cego ciosu. I zamie­rzał posłu­żyć się przy tym osobą Leofrica. Musi jedy­nie jesz­cze tro­chę pocze­kać. No i ten Duń­czyk. Potężny, rudo­brody gbur, który obra­ził go poprzed­niego dnia. Bar­ni­kel miał w tej roz­grywce dru­go­rzędne zna­cze­nie, był zwy­kłym pion­kiem, ale mógł się przy­dać. Ukryta syme­tria całego planu była tak dosko­nała, że i dla Bar­ni­kela znaj­dzie się miej­sce.

Nagle Henri pode­rwał się z miej­sca, pod­biegł do okna i zawo­łał:

– Ojcze, spójrz! Coś świeci na nie­bie!

W ciągu kilku ostat­nich godzin chmury roz­wiały się, odsła­nia­jąc zimowe niebo usiane gwiaz­dami, wśród któ­rych jedna sta­no­wiła nie­zwy­kły widok.

Zawi­sła na nie­bie z dłu­gim ogo­nem roz­ło­żo­nym jak sze­roki wachlarz. Miesz­kańcy całej Europy, od Irlan­dii po Rosję, od szkoc­kich wysp po ska­li­ste wybrzeża Gre­cji, patrzyli z prze­ra­że­niem na bro­datą gwiazdę, zasta­na­wia­jąc się, co zapo­wiada taki znak.

Poja­wie­nie się komety Hal­leya w stycz­niu 1066 roku zostało zano­to­wane w wielu kro­ni­kach tam­tych cza­sów. Powszech­nie wie­rzono, że to zła wróżba, zwia­stu­jąca jakiś kata­klizm. A miesz­kańcy Anglii, zagro­żo­nej z wielu stron, mieli poważne powody do obaw.

Chło­piec z pasmem bia­łych wło­sów nad czo­łem jak zafa­scy­no­wany patrzył na wielką kometę. Nosił imię Alfred, po wiel­kim królu. Miał czter­na­ście lat i wła­śnie pod­jął decy­zję, która roz­zło­ściła jego ojca, a matkę napeł­niła wiel­kim smut­kiem.

Teraz matka trą­ciła go łok­ciem.

– Nie powi­nie­neś wyjeż­dżać. Ta gwiazda to znak, Alfre­dzie. Lepiej zostań w domu.

Par­sk­nął śmie­chem, a jego błę­kitne oczy roz­bły­sły.

– Mamo, naprawdę myślisz, że Bóg Wszech­mo­gący zesłał tę gwiazdę, żeby mnie ostrzec? Że cały świat spo­gląda teraz w niebo i mówi: „O, Bóg prze­strzega Alfreda, żeby nie wyru­szał do Lon­dynu”?

– A jeśli tak wła­śnie jest?

Poca­ło­wał ją. Była pro­stą, pełną czu­ło­ści kobietą. Bar­dzo ją kochał. Ale już pod­jął decy­zję.

– Pora­dzi­cie sobie z ojcem. Jeden syn wystar­czy do pomocy w kuźni. Ja nie mam tu nic do roboty.

Oko­licę oświe­tlał jasny blask komety. Trzy­dzie­ści kilo­me­trów na zachód od Lon­dynu teren był pła­ski i nizinny. Tamiza wiła się wśród żyznych pól i łąk, które zimą lśniły sre­brzy­ście w świe­tle gwiazd. Leżała tu wio­ska Wind­sor, będąca czę­ścią kró­lew­skich posia­dło­ści. W tym jed­no­staj­nym kra­jo­bra­zie wyróż­niało się jedy­nie pobli­skie wzgó­rze, które wzno­siło się nad brze­giem niczym wieża straż­ni­cza. Ich rodzina osia­dła tu za pano­wa­nia króla Alfreda. Wcze­śniej miesz­kali w lasach rosną­cych na pół­noc od Lon­dynu, ale ucie­kli stam­tąd przed wikin­gami, któ­rzy plą­dro­wali oko­licę. Ni­gdy nie żało­wali tej decy­zji, bo zie­mia, na którą przy­byli, była żyzna i mogli zaro­bić na swoje utrzy­ma­nie.

 

Mieli też inny powód do rado­ści, o któ­rym ojciec chłopca czę­sto przy­po­mi­nał: „Jeśli będziemy szu­kali spra­wie­dli­wo­ści, możemy udać się do samego króla. Zapa­mię­taj to sobie na zawsze, Alfre­dzie, jeste­śmy wol­nymi ludźmi”.

To miało ogromne zna­cze­nie. W owych cza­sach Anglia pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nała inne pań­stwa pół­nocno-zachod­niej Europy. Kraj był podzie­lony na hrab­stwa, w któ­rych wła­dzę spra­wo­wał sze­ryf, kró­lew­ski urzęd­nik zaj­mu­jący się pobo­rem podat­ków i nad­zo­ru­jący wymiar spra­wie­dli­wo­ści. Z kolei każde hrab­stwo było podzie­lone na tak zwane setki9, w któ­rych skład wcho­dziły liczne majątki. Nale­żały one do kró­lew­skich len­ni­ków i drob­niej­szych posia­da­czy ziem­skich, któ­rzy podob­nie jak euro­pej­scy pano­wie spra­wo­wali nad chło­pami wła­dzę sądow­ni­czą.

Jed­nak o ile w Euro­pie wie­śniacy byli albo nie­wol­ni­kami, albo ludźmi wol­nymi, to w Anglii ich sta­tus prawny był zaska­ku­jąco skom­pli­ko­wany. Znaj­do­wali się wśród nich nie­wol­nicy trak­to­wani jak zwy­kły mają­tek ruchomy oraz chłopi pańsz­czyź­niani przy­wią­zani do ziemi i pod­dani swo­jemu panu. Byli ludzie wolni, pła­cący jedy­nie czynsz dzier­żawny lub zobo­wią­zani do kon­kret­nych świad­czeń, oraz pół­wolni, rów­nież pła­cący dzier­żawę. Pomię­dzy nimi ist­niało wiele kate­go­rii pośred­nich. Nikt nie mógł powie­dzieć, że jego poło­że­nie jest stałe i nie­zmienne. Chłop pańsz­czyź­niany cza­sem uzy­ski­wał wol­ność, a czło­wiek wolny, gdy nie star­czało mu na opła­ce­nie czyn­szu i podatku, popa­dał nie­kiedy w nie­wolę. Zacho­wane zapi­ski sądowe poka­zują, że podobne zmiany spo­łeczne zacho­dziły czę­sto w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie.

Jed­nak rodzina Alfreda miała jasno okre­śloną pozy­cję. Poza krót­kim i dawno zapo­mnia­nym okre­sem, kiedy ich przo­dek Offa tra­fił do nie­woli u Cer­dica, szczy­cili się sta­tu­sem ludzi wol­nych. Ow­szem, byli pro­stymi kmie­ciami i mieli jedy­nie nie­wielki skra­wek ziemi. „Ale pła­cimy za czynsz pie­niędzmi, srebr­nymi pen­sami – przy­po­mi­nał ojciec Alfreda. – Nie pra­cu­jemy dla naszego pana jak pańsz­czyź­niani”.

Dla­tego Alfred, jak każdy wolny czło­wiek w kraju, z dumą nosił sym­bol swo­jej pozy­cji: przy­pięty do pasa piękny, nowy szty­let.

Jego dzia­dek i ojciec byli wio­sko­wymi kowa­lami. W wieku sied­miu lat Alfred umiał pod­ku­wać konie. A jako dwu­na­sto­la­tek wyma­chi­wał mło­tem rów­nie dobrze jak jego star­szy o dwa lata brat. „Wcale nie trzeba być dużym i sil­nym – powta­rzał im ojciec. – Liczą się umie­jęt­no­ści. To narzę­dzia mają wyko­ny­wać pracę za was”. Alfred był pojęt­nym uczniem. A błona mię­dzy pal­cami dłoni – cechę tę odzie­dzi­czył po dziadku – wcale mu w tym nie prze­szka­dzała. Gdy skoń­czył czter­na­ście lat, mógł się chwa­lić, że w kowal­stwie jest rów­nie dobry jak jego brat.

– W naszej wio­sce nie ma pracy dla dwóch kowali – zauwa­żył trzeźwo. – Roz­glą­da­łem się też po oko­licy. Byłem w Wind­so­rze, w Eton, a nawet w Hamp­ton. I nic. Dla­tego – wypiął dum­nie pierś – wyru­szam do Lon­dynu.

Prawdę powie­dziaw­szy, nie­wiele wie­dział o Lon­dy­nie. W końcu ni­gdy tam nie był. Ale już od dzie­ciń­stwa sły­szał powta­rzane w rodzi­nie słowa: „W Lon­dy­nie leży zako­pane złoto”. Dla­tego w jego wyobraźni mia­sto nabrało nie­zwy­kłych, wręcz magicz­nych cech. „Naprawdę jest tam złoto?”, pytał czę­sto rodzi­ców.

– Pew­nie wydaje ci się, że znaj­dziesz skarby – rzu­cił ojciec lek­ce­wa­żąco.

Może i znajdę, pomy­ślał Alfred z iry­ta­cją. A gdy matka zapy­tała nie­śmiało, kiedy chce wyru­szyć, poczuł nagły przy­pływ natchnie­nia:

– Jutro z samego rana.

Może rze­czy­wi­ście ta gwiazda prze­ma­wiała do niego?

Przed Wiel­ka­nocą 1066 roku kró­le­stwo Anglii ogar­nął nie­po­kój. Saska flota pospiesz­nie przy­go­to­wy­wała się do patro­lo­wa­nia wybrzeży. Sam król prze­jął nad nią dowódz­two.

Co dzień napły­wały nowe wie­ści. Bękart Wil­helm, książę Nor­man­dii, szy­ko­wał się do inwa­zji. Wokół niego gro­ma­dzili się ryce­rze z całej Nor­man­dii i kra­jów ościen­nych.

– A naj­gor­sze jest to – obwie­ścił Leofric Bar­ni­ke­lowi – że jak powia­dają ludzie, Wil­helm ma bło­go­sła­wień­stwo papieża.

Coraz więk­szym zagro­że­niem byli też skan­dy­naw­scy piraci i roz­bój­nicy. Jedyne pyta­nie brzmiało: kiedy i gdzie nastąpi pierw­szy atak?

Czasy były nie­pewne. Wcze­snym ran­kiem, gdy po mroź­nej nocy na uli­cach z głę­bo­kimi kole­inami leżał jesz­cze szron, Bar­ni­kel wra­cał do domu od Leofrica.

Minął wła­śnie nie­wielki stru­mień mię­dzy bliź­nia­czymi wzgó­rzami – który nazy­wano teraz Wal­brook, jako że wpły­wał do mia­sta przez pół­nocne mury – gdy nagle jego wzrok napo­tkał żało­sny widok.

Uliczka, którą szedł, cią­gnęła się rów­no­le­gle do jed­nej z daw­nych rzym­skich arte­rii. Na prawo, na wschod­nim brzegu Wal­brook, stał kie­dyś pałac guber­na­tora. Miej­sce wspa­nia­łych dzie­dziń­ców, po któ­rych wszelki ślad zagi­nął, zajęła przy­stań nie­miec­kich kup­ców. Przy ulicy patro­lo­wa­nej przed wie­kami przez straż­ni­ków stały stra­gany i warsz­taty rze­mieśl­ni­ków wytwa­rza­ją­cych świece. Jedyną pamiątką cesar­skiej świet­no­ści był zagad­kowy obiekt.

Stary słup wyzna­cza­jący odle­gło­ści do róż­nych miast rzym­skiego cesar­stwa jakimś cudem prze­trwał. Ster­czał upar­cie na skraju ulicy jak pień pra­sta­rego dębu, który zapu­ścił tu korze­nie ponad dzie­więć wie­ków wcze­śniej. Miesz­kańcy, nie mając poję­cia, że ten znany im, a jed­nak dziwny kamień pocho­dzi z cza­sów antycz­nych, nazy­wali go – nie bez sza­cunku – „Kamie­niem Lon­dyń­skim”.

I wła­śnie przy Kamie­niu Lon­dyń­skim Bar­ni­kel zauwa­żył małą, żało­sną postać.

Alfred nie jadł już od trzech dni. Przy­cup­nął przy kamie­niu, otu­la­jąc się brudną weł­nianą opoń­czą. Miał bladą twarz, palce stóp zdrę­twiały mu z zimna. Gdyby mógł się gdzieś ogrzać, na przy­kład przy jakimś piecu, na pewno zaczę­łyby go boleć.

Przez pierw­szy mie­siąc upo­rczy­wie szu­kał pracy w Lon­dy­nie. Tylko że niczego nie zna­lazł i nie miał żad­nych przy­ja­ciół, któ­rzy mogliby go wes­przeć. Nim skoń­czył się drugi mie­siąc, żebrał o jedze­nie. Potem był już bez­dom­nym włó­częgą. Lon­dyń­czycy nie byli złymi ludźmi, ale włó­czę­dzy sta­no­wili zagro­że­nie dla spo­łecz­no­ści. Alfred oba­wiał się, że wkrótce ktoś donie­sie na niego wła­dzom. Zacią­gną go przed sąd Hustings i co potem? Nie umiał sobie tego wyobra­zić. Dla­tego sły­sząc zbli­ża­jące się cięż­kie kroki, sku­lił się jesz­cze bar­dziej. Dopiero gdy jakiś głos zwró­cił się do niego, pod­niósł głowę i zoba­czył nad sobą naj­więk­szego męż­czy­znę, jakiego w życiu spo­tkał.

– Jak się nazy­wasz?

Wymó­wił cicho swoje imię.

– Skąd jesteś?

– Z Wind­soru.

– Czym się zaj­mu­jesz?

Udzie­lił kolej­nej odpo­wie­dzi, po któ­rej padły następne pyta­nia. Czy jest wolny? Kiedy ostat­nio jadł? Czy dopu­ścił się już kra­dzieży? Nie. Wziął tylko jeden pla­cek owsiany, który upadł na zie­mię. Pyta­nia cią­gnęły się niczym kate­chizm, aż w końcu rudo­brody olbrzym prych­nął. Alfred nie miał poję­cia, co to może ozna­czać.