Londyn

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  WSTĘP

5  Rzeka

6  Lon­di­nium

7  Krzyż

8  Zdo­bywca

9  Tower

10  Święty

11  Bur­mistrz

12  Zamtuz

13  Lon­don Bridge

14  Hamp­ton Court

15  Teatr Globe

16  Ogień Boży

17  Pożar Lon­dynu

18  Kate­dra Świę­tego Pawła

19  Gin Lane

20  Lawen­dowe Wzgó­rze

21  Cry­stal Palace

22  „Cutty Sark”

23  Sufra­żystka

24  Nalot

25  Rzeka

26  Podzię­ko­wa­nia

27  Mapy

28  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: LON­DON

Redak­cja: Robert Sudół

Pro­jekt okładki: Iza­bella Mar­cin­kow­ska

Zdję­cia na okładce: mbbirdy © iStock, retro­ima­ges © iStock

Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Igor Mazur

Redak­tor pro­wa­dzący: Anna Brze­ziń­ska

Copy­ri­ght © Edward Ruther­furd 1997

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Elż­bieta Smo­leń­ska, 2016

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie II

ISBN 978-83-8252-170-2


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Książkę dedy­kuję kura­to­rom i pra­cow­ni­kom Museum of Lon­don, w któ­rym ożywa histo­ria.

WSTĘP

Lon­dyn jest powie­ścią. Wszyst­kie opi­sy­wane tu rodziny, od Duc­ke­tów po Pen­nych, oraz ich udział w wyda­rze­niach histo­rycz­nych są wytwo­rami wyobraźni autora.

Sta­ra­łem się osa­dzić losy moich boha­te­rów wśród histo­rycz­nych postaci i wyda­rzeń, które miały albo mogły mieć miej­sce. Bo na przy­kład ni­gdy nie dowiemy się, w któ­rym miej­scu Juliusz Cezar prze­kro­czył Tamizę. Według mojej wie­dzy stało się to praw­do­po­dob­nie w oko­li­cach dzi­siej­szego West­min­steru. Znamy poli­tyczne oko­licz­no­ści, które dopro­wa­dziły do zbu­do­wa­nia kate­dry Świę­tego Pawła przez biskupa Melita w 604 roku, a ja pozwo­li­łem sobie umiej­sco­wić to wyda­rze­nie w ówcze­snym saskim Lun­de­wic. Wymy­śli­łem też okręg wybor­czy St Pan­cras, w któ­rym dużo póź­niej, w roku 1830, moi boha­te­ro­wie rywa­li­zo­wali w wybo­rach.

Jed­nak od cza­sów nor­mandz­kiego pod­boju zacho­wało się tyle infor­ma­cji doty­czą­cych nie tylko histo­rii samego Lon­dynu, ale też losów nie­zli­czo­nych poje­dyn­czych ludzi, że żaden pisarz nie mógłby narze­kać na brak mate­ria­łów. Wystar­czyło jedy­nie w kilku miej­scach doko­nać nie­wiel­kich korekt pozwa­la­ją­cych na pro­wa­dze­nie wart­kiej nar­ra­cji.

Naj­waż­niej­sze lon­dyń­skie budowle i kościoły zacho­wały swoje dawne nazwy do dziś. Wiele ulic nazywa się wciąż tak samo od cza­sów saskich. Gdy docho­dziło do zmian, to albo umiesz­cza­łem sto­sowne wyja­śnie­nie w tek­ście, albo – by nie wpro­wa­dzać nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia – uży­wa­łem nazw, któ­rymi posłu­gu­jemy się współ­cze­śnie.

Dla potrzeb powie­ści wymy­śli­łem poło­że­nie kilku miejsc. Sie­dziba Cer­dica zna­la­zła się tam, gdzie dziś stoi hotel Savoy; dom przy szyl­dzie z bykiem, nie­da­leko kościoła St Mary-le-Bow, mógłby stać tam, gdzie znaj­duje się Wil­liam­son’s Tavern; kościół Świę­tego Waw­rzyńca Silver­sle­evesa nie­opo­dal Watling Street mógłby być jed­nym z wielu kościo­łów w tej oko­licy, które spło­nęły w Wiel­kim Poża­rze; zamtuz Pod Psią Głową mógłby być jed­nym z dwu­dzie­stu domów publicz­nych dzia­ła­ją­cych przy Bank­side.

Dog­get i Duc­ket to dość powszechne nazwi­ska, czę­sto wystę­pu­jące w Lon­dy­nie. Noszące je postaci histo­ryczne – a zwłasz­cza słynny Dog­get, który usta­no­wił wyścig wio­ślar­ski na Tami­zie Dog­get’s Coat and Badge Race – poja­wiają się cza­sem na kar­tach książki i bez trudu można je odróż­nić od postaci fik­cyj­nych. Pocho­dze­nie nazwisk fik­cyj­nych rodów oraz ich dzie­dziczne znaki szcze­gólne zostały wymy­ślone dla potrzeb tej książki.

Bull jest czę­stym angiel­skim nazwi­skiem. Car­pen­ter to typowe nazwi­sko wywo­dzące się od fachu – podob­nie jak Baker, Pain­ter, Tailor i dzie­siątki innych1. Czy­tel­nicy Sarum łatwo zauważą, że poja­wia­jący się w tam­tej powie­ści Maso­no­wie są krew­nymi Car­pen­te­rów. Innym czę­stym nazwi­skiem jest Fle­ming – zapewne wska­zuje ono na fla­mandz­kie pocho­dze­nie jego wła­ści­cieli. Mere­dith to nazwi­sko walij­skie, a Penny zapewne huge­noc­kie. Nieco rzad­sze Bar­ni­kel, które też poja­wia się na kar­tach Sarum, wywo­dzi się od wikin­gów i bar­dzo pięk­nej legendy. Wyko­rzy­stał je Dic­kens (Bar­nacle), ale raczej w nie­ko­rzyst­nym kon­tek­ście. Mam nadzieję, że choć tro­chę odda­łem mu spra­wie­dli­wość.

Nato­miast nazwi­sko Silver­sle­eves i jego dłu­go­nosi wła­ści­ciele zostali wymy­śleni przeze mnie. W śre­dnio­wie­czu ist­niało znacz­nie wię­cej takich pięk­nych, opi­so­wych nazwisk, które nie­stety zani­kły. Silver­sle­eves miało być powro­tem do tej daw­nej tra­dy­cji.

Każdy autor piszący o Lon­dy­nie staje wobec pro­blemu, jakim jest bogac­two mate­ria­łów. Każdy lon­dyń­czyk ma w mie­ście swój ulu­biony zaką­tek. I czę­sto aż kusi, żeby zagłę­bić się w jakieś fascy­nu­jące histo­ryczne zaułki. Nie­mal każda lon­dyń­ska para­fia mogłaby dostar­czyć wystar­cza­ją­cych infor­ma­cji do napi­sa­nia książki takiej jak ta. Ale ponie­waż Lon­dyn opo­wiada także – do pew­nego stop­nia – o histo­rii Anglii, pozwo­li­łem sobie nie­które miej­sca pomi­nąć. Mam jedy­nie nadzieję, że mój wybór nie roz­cza­ruje tych, któ­rzy znają i kochają to wspa­niałe mia­sto.

Rzeka

Kiedy jesz­cze Zie­mia była młoda, tę kra­inę wiele razy zale­wały wody mórz.

Czte­ry­sta milio­nów lat temu, gdy kon­ty­nenty miały zupeł­nie inny układ, wyspa była czę­ścią nie­wiel­kiego przy­lądka na pół­nocno-zachod­nim skraju roz­le­głego, bez­kształt­nego lądu. Przy­lą­dek wci­nał się samot­nie w bez­kres oce­anu. Był kom­plet­nie pusty. Widziały go jedy­nie oczy Boga. Nie wędro­wały po nim zwie­rzęta, ptaki nie uno­siły się na nie­bo­skło­nie, nie było ryb w morzu.

W tych odle­głych cza­sach cofa­jące się morze pozo­sta­wiło za sobą w połu­dniowo-wschod­nim rogu przy­lądka nagi obszar gru­bej war­stwy ciem­nych łup­ków. Szare skały, mil­czące i wymarłe jak powierzch­nia nie­od­kry­tej pla­nety, tu i ówdzie zna­czyły płyt­kie sadzawki. Jesz­cze star­sze siły, ukryte głę­boko pod war­stwą łup­ków, wypię­trzyły gór­ski łań­cuch, łagod­nie wzno­szący się na wyso­kość sied­miu­set metrów i prze­ci­na­jący pej­zaż niczym ogromny falo­chron.

 

Przez długi czas miej­sce to pozo­sta­wało szare, nagie i mil­czące, nie­znane jak wieczna pustka przed naro­dzi­nami.

W ciągu kolej­nych ośmiu epok geo­lo­gicz­nych, kiedy kon­ty­nenty prze­su­wały się, wyra­stały na nich gór­skie łań­cu­chy i stop­niowo poja­wiało się życie, żadne ruchy Ziemi nie zakłó­cały spo­koju pasma łup­ko­wych wzgórz. Ale morze wiele razy zale­wało je i odsła­niało. Cza­sem wody były zimne, a cza­sem cie­płe. Utrzy­my­wały się tam przez miliony lat. I za każ­dym razem pozo­sta­wiały po sobie osad o gru­bo­ści kil­ku­set metrów, aż w końcu łup­kowe skały, cho­ciaż prze­cież nie takie niskie, zostały przy­kryte, wygła­dzone i tak głę­boko zagrze­bane, że nie pozo­stał po nich ślad.

Gdy życie na Ziemi się roz­wi­jało, gdy rośliny pokryły lądy, a w wodach zamiesz­kały zwie­rzęta, pla­neta doda­wała kolejne war­stwy, tym razem z orga­ni­zmów, które sama powo­łała do życia. Wiel­kie morze, które ustą­piło mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy wygi­nęły dino­zaury, pozo­sta­wiło tak nie­wia­ry­god­nie wielką ilość mar­twych resz­tek ryb i plank­tonu, że dzi­siej­szą połu­dniową Anglię i pół­nocną Fran­cję pokryły pokłady kredy o gru­bo­ści stu metrów.

I tak ponad pra­daw­nym, pogrze­ba­nym już łań­cu­chem gór wyło­nił się nowy kra­jo­braz.

Wyglą­dał zupeł­nie ina­czej. W miarę jak kolejne morza przy­cho­dziły i odcho­dziły, z wnę­trza przy­lądka uto­ro­wały sobie drogę ogromne rzeki, kre­dowa pokrywa przy­brała kształt płyt­kiej doliny, sze­ro­kiej na trzy­dzie­ści dwa kilo­me­try, któ­rej kra­wę­dzie cią­gnęły się z pół­nocy na połu­dnie i która otwie­rała się na wschód jak wielka litera V. Roz­ma­ite zalewy i powo­dzie nano­siły nowe war­stwy żwiru i pia­sku, a morze tro­pi­kalne pozo­sta­wiło w środku doliny grubą pokrywę mięk­kiego osadu, który został póź­niej nazwany „lon­dyń­ską gliną”.

W tym wła­śnie miej­scu za milion lat miał powstać Lon­dyn.

Ale na­dal nie było tu śladu czło­wieka. Bo wpraw­dzie milion lat temu ludzie cho­dzili na dwóch nogach, ale na­dal mieli mał­pie czaszki. Potrzebny był jesz­cze jeden pro­ces.

Epoki lodow­cowe.

To nie for­mo­wa­nie się lodo­wych warstw na powierzchni Ziemi odmie­niło lądy, ale ich zani­ka­nie. Za każ­dym razem gdy lód zaczy­nał top­nieć, rzeki wzbie­rały, a ogromne lodowce, niczym powolne, geo­lo­giczne bul­do­żery, żło­biły doliny, wyrów­ny­wały wzgó­rza i wypłu­ki­wały żwir, który wypeł­niał utwo­rzone przez nie koryta rzek.

W cza­sie zlo­do­wa­ceń mały pół­nocno-zachodni cypel wiel­kiego lądu Eura­zji był jedy­nie czę­ściowo pokryty lodem. Lodowa ściana koń­czyła się tuż za pół­nocną kra­wę­dzią wydłu­żo­nego kre­do­wego V. Gdy jed­nak tam dotarła, a miało to miej­sce pół miliona lat temu, przy­nio­sła jeden ważny sku­tek.

W owych cza­sach wielka rzeka pły­nęła ze środka przy­lądka na wschód, omi­ja­jąc od pół­nocy kre­dowe V. Kiedy jed­nak nasu­wa­jący się lód zagro­dził jej drogę, skłę­biony zimny nurt musiał sobie szu­kać innego szlaku; sześć­dzie­siąt pięć kilo­me­trów na zachód od miej­sca, gdzie kie­dyś wzno­sił się łań­cuch łup­ko­wych skał, woda prze­rwała w naj­słab­szym punk­cie kre­dową grań, two­rząc wąski wąwóz znany dziś jako Goring Gap, i podą­żyła na wschód ku kre­dowemu V, dosko­nale ukształ­to­wa­nemu na jej przy­ję­cie.

Tak naro­dziła się rzeka.

A pomię­dzy jed­nym a dru­gim zlo­do­wa­ce­niem poja­wił się czło­wiek. Nie da się dokład­nie usta­lić, kiedy się to wyda­rzyło. Gdy rzeka prze­dzie­rała się przez Goring Gap, nean­der­tal­czyk jesz­cze nie ist­niał. Czło­wiek, jakiego znamy, wyewo­lu­ował dopiero po ostat­niej epoce lodow­co­wej, nie­wiele ponad sto tysięcy lat temu. I gdy lodowa ściana cofała się, wkro­czył do doliny.

Aż wresz­cie, nie­całe dzie­sięć tysięcy lat temu, wody z top­nie­ją­cej ark­tycz­nej czapy lodu spły­nęły na połu­dnie, zale­wa­jąc rów­ninę we wschod­niej czę­ści przy­lądka. Prze­cięły kre­dowe wzgó­rza wielką literą J, two­rząc u pod­stawy przy­lądka wąski kanał, który biegł na zachód w kie­runku Atlan­tyku.

W ten spo­sób mały przy­lą­dek stał się wyspą, pół­nocną arką Noego, wolną, ale na zawsze zako­twi­czoną przy wiel­kim kon­ty­nen­cie, któ­rego kie­dyś była czę­ścią. Na zacho­dzie roz­po­ście­rał się Atlan­tyk, na wscho­dzie zimne Morze Pół­nocne, a wzdłuż połu­dnio­wego brzegu, skąd wyso­kie kre­dowe klify spo­glą­dały na nie­da­leki kon­ty­nent, leżał Kanał Angiel­ski2. I tak w oto­cze­niu pół­noc­nych mórz powstała wyspa Bry­ta­nia.

Wiel­kie kre­dowe V nie otwie­rało się już na wschod­nią rów­ninę, lecz na otwarte morze. Jego wąski lej stał się ujściem rzeki. Po wschod­niej stro­nie ujścia kre­dowe wznie­sie­nia skrę­cały na pół­noc, mając na swo­jej wschod­niej flance sze­roki pas nizin­nych lasów i mocza­rów. Od połu­dnia na jakieś sto kil­ka­na­ście kilo­me­trów wysta­wał długi pół­wy­sep z wyso­kimi kre­do­wymi wzgó­rzami i żyznymi doli­nami, two­rząc połu­dniowo-wschodni skraj wyspy.

Ujście rzeki miało szcze­gólną cechę. Każdy przy­pływ nie tylko powstrzy­my­wał nurt rzeki, ale wręcz go cofał. Morze wdzie­rało się w zwę­ża­jące się ujście na znaczną odle­głość, przy­no­sząc ogromne masy wody. Gdy przy­cho­dził odpływ, woda znów opa­dała. W rezul­ta­cie w dol­nym biegu rzeki powsta­wały silne prądy pły­wowe, a róż­nica pozio­mów wody wyno­siła ponad trzy metry. Skutki tych wahań były odczu­walne na wiele kilo­me­trów w głąb lądu.

Odizo­lo­waną wyspę zamiesz­ki­wali już ludzie. A przez kolejne tysiąc­le­cia docie­rali tu inni, poko­nu­jąc wąskie, ale nie­bez­pieczne morze. Wtedy tak naprawdę zaczyna się nasza histo­ria.

Rok 54 przed naszą erą

Pięć­dzie­siąt cztery lata przed naro­dze­niem Chry­stusa, pod koniec zim­nej gwiaź­dzi­stej nocy, nad brze­giem rzeki stało pół­ko­lem dwu­stu ludzi, cze­ka­jąc na świt.

Minęło dzie­sięć dni od nadej­ścia zło­wro­gich wie­ści.

Z przodu, tuż na skraju wody, stało pięć postaci. Mil­czące i nie­ru­chome, wyglą­dały w sza­rych sza­tach jak kamie­nie. Byli to dru­idzi, gotowi do odpra­wie­nia cere­mo­nii z nadzieją, że ocali ona wyspę i ich świat.

Wśród tłumu zgro­ma­dzo­nego na brzegu znaj­do­wały się trzy osoby, które oprócz nadziei i lęków zwią­za­nych z nad­cho­dzą­cym zagro­że­niem skry­wały w sobie straszną tajem­nicę.

Chło­piec, kobieta i sta­rzec.

Nad rzeką leżało wiele świę­tych miejsc. Ale ni­gdzie indziej duch wiel­kiej rzeki nie był tak sil­nie obecny jak tutaj.

Tu rzeka spo­ty­kała się z morzem. W dol­nym biegu coraz szer­szy nurt kolej­nymi zakrę­tami prze­pły­wał przez otwarte mokra­dła, żeby pięt­na­ście kilo­me­trów dalej dotrzeć do bie­gną­cego na wschód dłu­giego ujścia i w końcu do Morza Pół­noc­nego. W gór­nym biegu rzeka wiła się uro­czo wśród pięk­nych lasów i gład­kich, buj­nych łąk. Ale tu, pomię­dzy dwoma wiel­kimi zakrę­tami, roz­cią­gał się naj­wspa­nial­szy odci­nek, długi na cztery kilo­me­try, gdzie rzeka maje­sta­tycz­nie pły­nęła pro­sto na wschód.

Tu też odczu­wało się pływy. Gdy wdzie­ra­jące się do ujścia morze zmie­niało kie­ru­nek nurtu, tor wodny miał sze­ro­kość ponad dzie­wię­ciu­set metrów, a gdy woda opa­dała – zale­d­wie dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu. Pośrodku, w poło­wie drogi do połu­dnio­wego brzegu, gdzie z mokra­deł wysta­wały małe wysepki, w rzeczny nurt wci­nała się żwi­rowa mie­rzeja, przy niskiej wodzie two­rząc cypel, a przy wyso­kiej sta­jąc się wyspą. Tłum zebrał się wła­śnie u szczytu tej mie­rzei. Naprze­ciwko nich, na pół­noc­nym brzegu, leżała osada, teraz opusz­czona, nosząca nazwę Lon­di­nos.

Nawet o tej porze, wcze­snym świ­tem, pra­stara osada była dobrze widoczna: dwa niskie żwi­rowe wzgó­rza o pła­skich szczy­tach wzno­siły się obok sie­bie na wyso­kość dwu­dzie­stu pię­ciu metrów. Pomię­dzy nimi pły­nął stru­myk. Po lewej stro­nie, na zacho­dzie, więk­szy stru­mień wpa­dał do sze­ro­kiego dopływu prze­ci­na­ją­cego pół­nocny brzeg.

Po wschod­niej stro­nie wzgórz znaj­do­wało się kie­dyś małe gro­dzi­sko – jego niskie szańce mogły słu­żyć jako war­tow­nie, z któ­rych wypa­try­wano zbli­ża­ją­cych się od ujścia łodzi. Na zachod­nim wzgó­rzu dru­idzi cza­sem skła­dali ofiary z wołów.

Nie było tu nic wię­cej. Porzu­cona osada. Święte miej­sce. Ple­mienne sie­dziby leżały dalej na pół­noc i na połu­dnie. Ludy, któ­rymi wła­dał wielki wódz Cas­si­ve­lau­nus3, zamiesz­ki­wały roz­le­głe obszary powy­żej ujścia. Ple­miona Kan­tiów z dłu­giego pół­wy­spu na połu­dnie od ujścia nadały tam­tym tere­nom nazwę Kent. Rzeka wyty­czała mię­dzy nimi gra­nicę, a Lon­di­nos było zie­mią niczyją.

Samo słowo Lon­di­nos było nie­ja­sne. Nie­któ­rzy mówili, że miesz­kał tu czło­wiek o takim nazwi­sku. Inni twier­dzili, że Lon­di­nos odnosi się do nie­wiel­kich umoc­nień na wschod­nim wzgó­rzu. Ale prawdy nie znał nikt. W każ­dym razie nazwa poja­wiła się w ciągu ostat­niego tysiąc­le­cia.

Znad ujścia rzeki wiał zimny wiatr. Roz­cho­dził się słaby, ostry zapach błota i wodo­ro­stów. Gwiazda Poranna bla­dła, w miarę jak niebo nabie­rało nie­bie­skiej barwy.

Chło­piec zadrżał. Stał tu już od godziny i zmarzł. Jak więk­szość ludzi miał na sobie pro­stą weł­nianą tunikę do kolan zwią­zaną w talii skó­rza­nym paskiem. Za nim stała jego matka z nie­mow­lę­ciem w ramio­nach. Chło­piec trzy­mał za rękę swoją młod­szą sio­strę Bran­wen. Przy takich oka­zjach to on miał jej pil­no­wać.

Był bystrym, dziel­nym dziec­kiem i jak więk­szość Cel­tów miał ciemne włosy i nie­bie­skie oczy. Nazy­wał się Sego­vax, miał dzie­więć lat. Jed­nak przy bliż­szym spoj­rze­niu w jego wyglą­dzie dało się zauwa­żyć dwie nie­zwy­kłe cechy. Nad czo­łem wyra­stało mu pasmo jasnych wło­sów, jakby ktoś poma­lo­wał je białą farbą. To dzie­dziczne zna­mię poja­wiało się w kilku rodzi­nach zamiesz­ku­ją­cych wio­ski roz­rzu­cone wzdłuż rzeki. „Nie martw się – mówiła mu matka. – Wiele kobiet uważa, że to ozna­cza szczę­ście”.

Druga wła­ści­wość była jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kła. Gdy chło­piec roz­kła­dał palce, pomię­dzy nimi, aż do pierw­szego stawu, widać było cienką war­stwę skóry przy­po­mi­na­jącą błonę pławną kaczek. To też była cecha dzie­dziczna, cho­ciaż nie prze­ja­wiała się w każ­dym poko­le­niu. Jakby któ­ryś z pra­daw­nych genów rybiego pro­to­pla­sty czło­wieka posta­no­wił prze­trwać, prze­ka­zu­jąc ślad swo­jego wod­nego pocho­dze­nia. Rze­czy­wi­ście, chło­piec, z dużymi oczami i drob­nym, żyla­stym cia­łem, przy­wo­dził na myśl kijankę albo inne zwie­rzę zamiesz­ku­jące wody, ostat­niego nie­do­bitka sprzed nie­skoń­czo­nych eonów czasu.

Jego dzia­dek też miał ten szcze­gólny znak. „Ale prze­cięli mu skórę, gdy był mały”, wyja­śnił ojciec Sego­vaxa żonie. Ona jed­nak wzdra­gała się na myśl o uży­ciu noża, więc chło­piec nie musiał się niczego oba­wiać.

Sego­vax spoj­rzał na swoją rodzinę. Mała Bran­wen była miłym dzie­cię­ciem, ale nad jej napa­dami zło­ści nikt nie umiał zapa­no­wać. Chłop­czyk w ramio­nach matki dopiero nauczył się cho­dzić i wyma­wiać pierw­sze słowa. Matka, ostat­nio czymś mocno przy­gnę­biona, była blada. Jakże on ich kochał. Ale gdy patrzył teraz w dal, na jego twa­rzy poja­wił się nie­śmiały uśmiech. Na brzegu cze­kała pro­sta tra­twa, a obok niej stało dwóch męż­czyzn. Jeden z nich był jego ojcem.

Ojciec i syn, tak bar­dzo do sie­bie podobni. Ten sam kosmyk jasnych wło­sów, te same wiel­kie oczy. Twarz ojca, pokryta zmarszcz­kami przy­po­mi­na­ją­cymi łuski, przy­wo­dziła na myśl jakąś poważną, podobną do ryby istotę. Tyle wie­dział o rzece, był takim mistrzem w zasta­wia­niu sieci, że miej­scowi nazy­wali go po pro­stu Ryba­kiem. Sego­vax zauwa­żył, że inni męż­czyźni w wio­sce byli sil­niejsi od tego czło­wieka o zaokrą­glo­nych ple­cach i dłu­gich rękach, jed­nak w nikim nie było takiej dobroci i cichej deter­mi­na­cji. „Wyglądu to on nie ma – mówili wie­śniacy – ale ni­gdy się nie pod­daje”. Sego­vax wie­dział, że matka uwiel­bia ojca. Tak jak on.

Wła­śnie dla­tego poprzed­niego dnia powziął śmiały plan, który – jeśli uda mu się go prze­pro­wa­dzić – może go kosz­to­wać życie.

Poświata nad czę­ścią hory­zontu zaczęła drgać. Lada moment wzej­dzie słońce, na rzece zatań­czą dłu­gie, migo­tliwe pro­mie­nie ze wschodu. Pię­ciu dru­idów, sto­ją­cych twa­rzą do tłumu, zain­to­no­wało pieśń. Ludzie słu­chali.

Na sygnał wystą­piła do przodu jakaś postać. Był to potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna; jego kosz­towna, zie­lona opoń­cza, pokryta zło­tymi ozdo­bami i noszona z wielką dumą, świad­czyła, że jest kimś waż­nym. W dło­niach trzy­mał pła­ski, pro­sto­kątny meta­lowy przed­miot, któ­rego wypo­le­ro­wana powierzch­nia lśniła we wzbie­ra­ją­cym świe­tle. Wrę­czył przed­miot sto­ją­cemu w środku wyso­kiemu dru­idowi z białą brodą.

 

Dru­ido­wie odwró­cili się w stronę jaśnie­ją­cego hory­zontu, a naj­star­szy zro­bił kilka kro­ków i wszedł na tra­twę. W tej samej chwili cze­ka­jący męż­czyźni – ojciec Sego­vaxa i ten drugi – sta­nęli za nim i dłu­gimi drą­gami zaczęli wypy­chać tra­twę na śro­dek nurtu.

Pozo­stali czte­rej dru­idzi śpie­wali pieśń, mono­tonny dźwięk tajem­ni­czo się nasi­lał, nio­sąc się nad wodami za odda­la­jącą się tra­twą. Sto metrów. Dwie­ście.

Ponad wodą uka­zał się ogromny czer­wony łuk. Sło­neczna tar­cza rosła, zale­wa­jąc rzekę zło­tym bla­skiem. Wyda­wało się, że sto­jące na jej tle posta­cie czte­rech dru­idów stały się nagle olbrzy­mie, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie na tłum.

Tra­twa była już na środku rzeki, dwaj męż­czyźni za pomocą dłu­gich drą­gów utrzy­my­wali ją nie­ru­chomo w nur­cie. Dwa niskie wzgó­rza na pół­noc­nym brzegu zalane były czer­wo­na­wym świa­tłem. Wysoki druid, niczym wyła­nia­jący się z wód pra­stary siwo­brody bóg morza, uniósł w górę meta­lowy przed­miot, który roz­bły­snął w pro­mie­niach słońca.

Była to tar­cza wyko­nana z brązu. Więk­szość broni na wyspie wyku­wano z żelaza, jed­nak star­szy i łatwiej pod­da­jący się obróbce brąz wyko­rzy­sty­wano do wyrobu broni cere­mo­nial­nej, wyma­ga­ją­cej wiel­kich umie­jęt­no­ści. A ta była praw­dzi­wym dzie­łem sztuki, przy­sła­nym za pośred­nic­twem naj­bar­dziej zaufa­nych dostoj­ni­ków przez samego wiel­kiego wodza Cas­si­ve­lau­nusa. Tar­cza, pokryta wzo­rem wiją­cych się linii i wykła­dana szla­chet­nymi kamie­niami, była przy­kła­dem naj­lep­szego kowal­skiego rze­mio­sła Cel­tów, z któ­rego wyspa sły­nęła. I sta­no­wiła naj­cen­niej­szy dar, jaki wyspia­rze mogli ofia­ro­wać bogom.

Potęż­nym zama­chem druid rzu­cił tar­czę na wodę. Roz­bły­sku­jąc w świe­tle, zato­czyła w powie­trzu łuk i spa­dła na świe­tli­stą drogę roz­ło­żoną przez słońce na rzece. Mały tłum wydał z sie­bie wes­tchnie­nie, gdy rzeka w mil­cze­niu przy­jęła ofiarę.

Jed­nak stary druid zauwa­żył, że dzieje się coś dziw­nego. Zamiast zato­nąć i znik­nąć z oczu, brą­zowa tar­cza zawi­sła tuż pod powierzch­nią przej­rzy­stej wody, migo­cząc w świe­tle. W pierw­szej chwili sta­rzec się zdzi­wił, jed­nak po chwili pojął, że przy­czyna jest bar­dzo pro­sta. Metal ukuto bar­dzo cienko i uło­żono na lek­kim drew­nie. Dopóki drewno nie nasiąk­nie, cere­mo­nialna tar­cza pozo­sta­nie tam, gdzie jest, pokryta jedy­nie cienką war­stwą wody.

I jesz­cze coś. Wraz ze wsta­ją­cym świ­tem odwró­cił się też prąd rzeki. Nurt nie pły­nął już w dół, do ujścia, ale w górę, do miej­sca poło­żo­nego o kilka kilo­me­trów od Lon­di­nos. Tar­cza powoli prze­su­wała się pod zim­nymi, kla­row­nymi falami, jakby przy­cią­gana jakąś nie­wi­dzialną dło­nią w kie­runku wnę­trza wyspy.

Sta­rzec patrzył, zasta­na­wia­jąc się, co to może ozna­czać. Zwia­sto­wało zło czy dobro, zwłasz­cza w obli­czu potwor­nego zagro­że­nia?

Zagro­że­nie przy­szło z Rzymu. Nazy­wało się Juliusz Cezar. W ciągu tysięcy lat, od czasu ustą­pie­nia lodowca, Bry­ta­nia stała się domem dla wielu ludów. Myśli­wych, pro­stych rol­ni­ków, budow­ni­czych kamien­nych świą­tyń takich jak Sto­ne­henge, a w ostat­nich stu­le­ciach dla ple­mion nale­żą­cych do wiel­kiej cel­tyc­kiej kul­tury pół­nocno-zachod­niej Europy. Wyspia­rze pro­wa­dzili dostat­nie życie, mieli poezję i pie­śni bar­dów, bogac­two legend i opo­wie­ści, rze­mio­sło kowal­skie na naj­wyż­szym pozio­mie. Miesz­kali w solid­nych okrą­głych domach z drewna kry­tych cie­płą sło­mianą strze­chą. Więk­sze osady ota­czały ostro­koły albo pier­ście­nie wyso­kich wałów ziem­nych. Upra­wiano jęcz­mień i owies, hodo­wano bydło, pito piwo i mocny miód pitny. Prze­sło­nięta pół­noc­nymi mgłami wyspa pozo­sta­wała odle­głym miej­scem.

A jed­no­cze­śnie od wielu poko­leń znad sło­necz­nego Morza Śród­ziem­nego przy­by­wali tu kupcy, przy­wo­zili z połu­dnia luk­su­sowe dobra i wymie­niali je na futra, nie­wol­ni­ków i słynne psy myśliw­skie. Oży­wiony han­del roz­wi­jał się też w por­cie na połu­dnio­wym wybrzeżu, gdzie miała ujście rzeka pły­nąca od strony sta­rej, opusz­czo­nej świą­tyni Sto­ne­henge. Ale cho­ciaż bry­tyj­scy wodzo­wie lubili wino, jedwa­bie i rzym­skie złoto, to zupeł­nie nie rozu­mieli świata, z któ­rego pocho­dziły te zbyt­kowne towary i który leżał daleko za hory­zon­tem.

A potem świat antyczny wydał z sie­bie naj­więk­szego awan­tur­nika, jakiego znała histo­ria.

Juliusz Cezar zapra­gnął prze­jąć wła­dzę w Rzy­mie. Ażeby to zro­bić, potrze­bo­wał pod­bo­jów. Nie­dawno dotarł na pół­nocy aż do Kanału Angiel­skiego i usta­no­wił nową rzym­ską pro­win­cję Galię. A teraz skie­ro­wał swój wzrok jesz­cze dalej na pół­noc, na zamgloną wyspę.

Przy­był tu w zeszłym roku. Z nie­wiel­kimi siłami, głów­nie oddzia­łami pie­choty, dobił stat­kami do wyso­kich kli­fów na połu­dniowo-wschod­nim wybrzeżu. Bry­tyj­scy wodzo­wie już wcze­śniej zostali ostrze­żeni, mimo to widok zdy­scy­pli­no­wa­nych rzym­skich oddzia­łów był wspa­niały. Cel­to­wie mieli dziel­nych wojow­ni­ków. Ata­ku­jąc bły­ska­wicz­nie na koniach i rydwa­nach, kilka razy zasko­czyli Rzy­mian. Sztorm uszko­dził flotę Cezara. Po serii poty­czek i manew­rów w rejo­nie nad­mor­skim Cezar musiał się wyco­fać. Wodzo­wie trium­fo­wali. Bogo­wie zesłali im zwy­cię­stwo. Wygnańcy ostrze­gali: „To był jedy­nie reko­ne­sans”, ale więk­szość Bry­tyj­czy­ków nie chciała im wie­rzyć.

Potem jed­nak zaczęły nad­cho­dzić kolejne wie­ści. Budo­wano nową flotę. W stan goto­wo­ści posta­wiono pięć legio­nów pie­choty i dwa tysiące kon­nych. A dzie­sięć dni temu w Lon­di­nos zatrzy­mał się posła­niec z wia­do­mo­ścią dla wodzów. Krótką i kon­kretną: Cezar nad­cho­dzi.

Ofiara została zło­żona. Tłum się roz­pro­szył. Dru­idzi wra­cali do sie­bie, dwóch na połu­dnie, dwóch na pół­noc. Ojciec Sego­vaxa miał zawieźć łodzią naj­star­szego z nich do sie­dziby leżą­cej pięć kilo­me­trów w górę rzeki.

Poże­gnaw­szy zebra­nych, sta­rzec już zamie­rzał wsiąść do łodzi, ale odwró­cił się i popa­trzył na kobietę. Trwało to krótką chwilę. Potem dał znak ryba­kowi. Ruszyli w drogę.

Trwało to krótką chwilę, ale wystar­czyło. Car­ti­man­duę prze­biegł dreszcz. Ludzie mówili, że stary druid wie wszystko. A jeśli to prawda? Oparł­szy nie­mowlę na bio­drze, popchnęła przed sobą Sego­vaxa i Bran­wen, kie­ru­jąc ich ku spę­ta­nym koniom. Postę­puje słusz­nie? Prze­ko­ny­wała sie­bie w duchu, że tak. Tylko w ten spo­sób może ich wszyst­kich oca­lić. Robi to, co musi. Ale roz­pacz i nie­wy­obra­żalne wyrzuty sumie­nia nie opusz­czały jej. Czy to moż­liwe, że stary druid, któ­rego jej mąż wiózł na łodzi, domy­ślił się wszyst­kiego o dostoj­niku?

Przez kilka minut cze­kała przy koniach, dopóki nie poja­wili się ludzie wiel­kiego wodza. On był wśród nich. Widząc ją, odszedł na bok.

Mały Sego­vax przy­pa­try­wał mu się z zain­te­re­so­wa­niem. To wła­śnie ten czło­wiek podał dru­idowi tar­czę. Był krzep­kim męż­czy­zną z czarną brodą, jego błę­kitne oczy patrzyły bystro i prze­bie­gle. Wokół niego uno­siła się aura wła­dzy. Pod opoń­czą nosił tunikę obra­mo­waną lisim futrem. Ciężki torque – cel­tycki naszyj­nik ze złota – był oznaką wyso­kiej rangi.

Chło­piec widział go już wcze­śniej. W ciągu ostat­niego mie­siąca ten potężny wojow­nik dwu­krot­nie odwie­dzał oko­licę, za każ­dym razem zatrzy­mu­jąc się w wio­sce naprze­ciwko Lon­di­nos.

– Musi­cie być gotowi – przy­ka­zał męż­czy­znom, obej­rzaw­szy ich broń. – Wielki wódz Cas­si­ve­lau­nus ocze­kuje, że nasze siły zbiorą się w tym miej­scu. Ja mam przy­go­to­wać obronę.

A teraz matka Sego­vaxa, zosta­wiw­szy Bran­wen i nie­mowlę pod opieką syna, pode­szła do dostoj­nika, żeby z nim poroz­ma­wiać.

Męż­czy­zna przy­glą­dał się jej uważ­nie. I jak to miał w zwy­czaju, oce­niał jej urodę. Już przy pierw­szym spo­tka­niu zauwa­żył, że jest nie­zwy­kłym stwo­rze­niem. Gęste kru­czo­czarne włosy opa­dały jej na ramiona. Była szczu­pła, dość wysoka, ale miała dorodne piersi. O takich pier­siach marzą męż­czyźni. Widział jej miękki, koły­szący się chód. To też zauwa­żył przy pierw­szym spo­tka­niu. Zawsze poru­szała się w ten spo­sób czy tylko w jego obec­no­ści?

– Czego? – ode­zwał się gbu­ro­wato.

– Nasza umowa na­dal obo­wią­zuje?

Zer­k­nął w kie­runku dzieci, a potem skie­ro­wał spoj­rze­nie na czółno, któ­rym jej mąż wiózł dru­ida. Zdą­żyli odpły­nąć daleko. Mąż o niczym nie wie­dział. Dostoj­nik znów zaczął poże­rać ją wzro­kiem.

– Prze­cież już ci to mówi­łem.

Wyobra­ził ją sobie za kilka lat. Blada twarz z wąskimi kośćmi policz­ko­wymi zmi­zer­nieje, zmy­słowe oczy się zapadną. Jej namięt­ność zamieni się w obse­sję, a może w gorycz. Roz­ko­ły­sane nastroje. Ale na naj­bliż­sze lata nada się dosko­nale.

– Kiedy? – spy­tała z ulgą, ale ner­wowo.

Wzru­szył ramio­nami.

– Nie wiem. Nie­długo.

– On nie może się o tym dowie­dzieć.

– Moim roz­ka­zom trzeba się pod­po­rząd­ko­wać.

– Oczy­wi­ście. – Ski­nęła głową, ale na­dal stała nie­pew­nie. Jest jak dzi­kie zwie­rzątko, pomy­ślał. Nie do końca oswo­jone. Dał znak, że roz­mowa dobie­gła końca. Po chwili odje­chał.

Car­ti­man­dua odwró­ciła się do swo­ich nie­win­nych dzieci, które nie miały poję­cia o jej strasz­nej tajem­nicy. Ale nie­długo się dowie­dzą. A potem przy­szła jej do głowy jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca myśl. Czy wtedy na­dal będą ją kochać?

Druid prze­cze­sy­wał wzro­kiem wodę, gdy czółno pły­nęło w górę nurtu. Czy tar­cza wciąż unosi się na falach, czy też rzeka już ją przy­jęła? Spoj­rzał też na skrom­nego czło­wieka przy wio­słach. Pamię­tał jego ojca, miał zro­śnięte błoną palce jak jego syn. A przed­tem jego ojciec. Druid wes­tchnął. Nie bez powodu ludzie z tych oko­lic nazy­wali go ojcem rzeki.

Był już bar­dzo stary, miał pra­wie sie­dem­dzie­siąt lat. Ale wciąż był silny, wciąż jego postać robiła wiel­kie wra­że­nie. Miał pra­wie sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­tów wzro­stu – w porów­na­niu z więk­szo­ścią męż­czyzn był olbrzy­mem. Gęsta, siwa broda się­gała mu do pasa, na gło­wie z siwymi wło­sami nosił złotą opa­skę. Jego szare oczy patrzyły czuj­nie. To on raz w roku skła­dał ofiarę z wołu po zachod­niej stro­nie bliź­nia­czych wzgórz Lon­di­nos; to on wzno­sił modły w świę­tych dąbro­wach.