Ostatnie dni PompejówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Warszawa 2015

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVIII

Epilog

Rozdział I

Młody patrycjusz, odziany w tunikę, spadającą z ramion doskonale ułożonymi fałdami, zatrzymał na ulicy człowieka średniego wieku:

– Dokąd tak spieszysz, Diomedesie?

– Do kwestora, z ważnym interesem, Klaudiuszu.

– Czy zobaczymy się dziś na wieczerzy u Glaukusa?

– Nie! Nie zaprosił mnie. Żałuję, bo nikt w Pompejach nie wydaje tak dobrych uczt, jak on.

– Zapewne! Szkoda tylko, że nie jest Grekiem w dawnym stylu. W obawie zawrotów głowy oszczędza wina.

Diomedes uśmiechnął się złośliwie:

– Sądzę, że nie tyle mu chodzi o głowę, co o samo wino. Mimo rozrzutności, nie zdaje się być bogatym, jak pysznie się mieni.

– Ba! Kiedy mu zabraknie sestercji, postaramy się o innego Glaukusa – odparł Klaudiusz wesoło.

– Zgrywa się także w kości...

– To nic! Dopóki ma za co nas ugaszczać, kochamy go.

– Świetnieś to rzekł Klaudiuszu. Mam nadzieję, że i mnie pokochasz, kiedy zobaczysz moją piwnicę. Pozwolisz, że cię kiedyś do niej zaproszę.

– Owszem. A nie poszedłbyś ze mną do kąpieli teraz?

– Nie mogę. Śpieszę. Żegnaj. Vale!

Spoglądając za odchodzącym, Klaudiusz mruknął do siebie:

– Jakże źle wychowany jest ten człowiek, udający wiecznie zajętego. Mniema, że jego wina pozwolą nam zapomnieć o tym, że jest synem wyzwoleńca. Jedyną zaletą tych bogatych plebejuszów jest, że poczytują sobie za zaszczyt, gdy są ogrywani przez nas, patrycjuszów.

Skierował się na Via Domitiana. Natłoczona wozami i pieszymi ulica wrzała życiem i gwarem. Dzwonki u mijających się szybko wozów brzęczały wesoło. Klaudiusz skinieniem głowy lub uśmiechem witał ich właścicieli – miał w Pompejach rozległe znajomości.

– Klaudiuszu! – zawołał nań ktoś z wysokości wytwornego wozu, ozdobionego wspaniałymi płaskorzeźbami z brązu, wyobrażającymi olimpijskie igrzyska. Woźnica, siedzący z tyłu, wstrzymał lekkim ruchem dwa rasowe rumaki czystej partyjskiej krwi. Pan wozu wyskoczył ruchem pełnym gracji. Jego kształtna, młodzieńcza postać stanowiła wzór piękna, poszukiwany jeszcze przez ówczesnych rzeźbiarzy ateńskich. Doskonała regularność rysów świadczyła o pochodzeniu greckim. Nie nosił togi, którą modnisie epoki już poczytywali za śmieszność. Jaśniał całym blaskiem tuniki z tyryjskiej purpury, spiętej szmaragdami. Z szyi spływał mu złoty łańcuch w kształcie węża, zakończony na piersi głową misternej roboty. Za haftowanym w arabeski pasem tkwiły worek, styl i tabliczki.

– Jak spałeś po wczorajszej zabawie? – pytał wesoło.

– Nieźle, kochany Glauku! – odparł Klaudiusz. – Ale ty wyglądasz promiennie, jak bóg Apollo. Patrząc na nas, każdy musiałby sądzić, że to ja byłem ograny, ty – szczęśliwym graczem.

– Alboż strata podłego kruszcu może odebrać humor? Na Jowisza! dopóki młoda krew w żyłach, dopóki kwiaty wieńczą nam skronie, dopóki słuch nie stępiał na dźwięku lutni, a uśmiech Lidii lub Chloe przyśpiesza bicie serca – winniśmy zniewalać czas, aby dostarczał nam rozkoszy. A pamiętasz o dzisiejszej wieczerzy?

– Któż mógłby zapomnieć o zaproszeniu Glaukusa.

– Tak... tak! Wiesz co! Odeślę wóz i przejdziemy się razem...

Gawędząc o różnych przedmiotach, szli lekkim krokiem przez ulice ludnego miasta. Zbliżyli się wreszcie do najbogatszej dzielnicy, w której wnętrza sklepów uderzały świetnością i harmonią barw malowideł al fresco. Wodotryski na skrzyżowaniach ulic odświeżały atmosferę letniego dnia. Przed najparadniejszymi sklepami tłoczyli się ludzie, ubrani przeważnie w purpurę. Przez tłum przeciskali się niewolnicy, niosący na głowach wytwornie rzeźbione naczynia z brązu. Wiejskie dziewczęta nawoływały przechodniów do kupna owoców i kwiatów. Zamiłowani w próżniactwie bogacze cisnęli się przy marmurowych tablicach wewnątrz winiarni, spijając ochoczo trunek. Strudzeni przechodnie obsiedli ławki pod zabezpieczającymi od skwaru zasłonami z purpury. Ateńska dusza Glaukusa poddała się łatwo zachwyceniu wobec świetności i gwaru tego życia, które ich tu otoczyło.

– Nie wspominaj mi o Rzymie! – mówił do Klaudiusza. Jego uciechy są zbyt ciężkie. Złocony dom Nerona przytłacza duszę. Wspaniały pałac Tytusa utrudza wzrok, męczy umysł. Przekładam Pompeje. Ich wytworność nie ma w sobie przesady przepychu, upokarzającego naszą mierność!

– Dziwi mnie, żeś na letni pobyt nie obrał raczej uroczej Bai.

– Ależ tam mieszkają uczeni pedanci i nudni poeci!

– Lecz tam brzmi również miła ci mowa Ajschylosa i Homera.

– Och, proszę, nie mów mi o twoich Rzymianach, którzy uparli się naśladować moich przodków ateńskich. Czynią to okrutnie niezręcznie! Idąc na polowanie, każą niewolnikom nosić za sobą dzieła Platona! Zgubiwszy ślad dzika, studiują papirusy. Śledząc ruchy czarujących tancerek perskich, równocześnie słuchają monotonnych recytacji Cycerona przez wyzwoleńców. Mieszając rozkosz i naukę, dowodzą, że nie znają ceny obojga. Jakże dalecy są od zrozumienia wdzięku Peryklesa, ponęt Aspazji! Odwiedziłem niedawno waszego filozofa Pliniusza. Pisał swoją historię naturalną, podczas gdy nieszczęsny niewolnik przygrywał mu na flecie! A synowiec jego wybijał takt, czytając równocześnie... opis zarazy w „Wojnie” Tucydydesa! Jakżem się uśmiał w duchu z tego starego szarlatana i młodego sofisty. Ten młodzian pozujący na ateńczyka, usłyszawszy o śmierci swojego ulubionego wyzwoleńca, kazał przynieść sobie dla pocieszenia ody Horacego! Czy wierzysz w to, Klaudiuszu, że podobni ludzie mają serca. Wasi Rzymianie są to najwyżej... dowcipnie skonstruowane maszyny.

Mimo tak gorzkich uwag pod adresem jego rodaków, Klaudiusz przytakiwał Glaukusowi, posłuszny tej modzie, która nakazując rzymskiej młodzieży naśladowanie Greków, wyszydzała niezręcznych naśladowców. U zbiegu trzech ulic zatrzymali się wobec natłoku ludzi, otaczających niewidomą dziewczynę, która w cieniu portyku świątyni nawoływała przechodniów miłym śpiewem do kupna kwiatów, akompaniując sobie łagodną grą na instrumencie o trzech strunach. Niejedna sestercja spadła z litościwej dłoni do kosza śpiewaczki.

– Jest to uboga Tesalianka! – ozwał się Glaukus. – Posłuchajmy jej. Ma głos przedziwnie powabny.

 

Śpiewaczka nuciła:

Kupujcie, kupujcie kwiaty!

Ich woń jest słodka – cudne szaty.

Przynosi wam je z daleka

ciemna kaleka!...

Póki dla was dłoń miłości

z krzewu życia rozkosz zrywa

wierni czciciele piękności,

kupujcie, kupujcie kwiaty!...

Glaukus przecisnął się przez tłum i rzucił do koszyka garść miedzianych monet.

– Biorę ten pęczek fiołków – rzekł. – Głos twój dźwięczy dziś milej, niż kiedykolwiek. Twarzyczka niewidomej spłonęła rumieńcem, który sięgnął aż na obnażoną szyję.

– Ach wróciłeś? – zawołała radośnie, zwracając niewidzące oczy w jego stronę.

– Tak jest, dziecię. Od kilku dni jestem w Pompejach. Mój ogród czeka znów twojej pieczy. Niczyja ręka prócz ręki Nidii nie będzie splatała moich kwiatów w girlandy. Czekam cię jutro. Uśmiechnęła się, milcząc. On wycofał się z tłumu, kryjąc fiołki za tuniką.

– Opiekujesz się tym dzieckiem? – spytał Klaudiusz.

– Tak, bo pochodzi z kraju góry bogów. Olimp pochylał się nad kolebką tej niewolnicy.

– Ależ Tesalia jest krajem czarownic.

– Tak mówią! Lecz czyż wszystkie piękne kobiety nie są... czarownicami? Na Wenerę! powietrze waszych Pompejów jest przesycone napojem miłości.

– Spójrz, nadchodzi właśnie jedna z największych czarodziejek Pompejów – córka starego bogacza Diomedesa, Julia.

– Witaj, piękna Julio! – zwrócił się do młodej kobiety, która uniosła kokieteryjnie zasłonę ukazując piękny profil rzymski, wielkie czarne oczy i smagłą cerę, zabarwioną nieco różem.

– O, Glaukus już powrócił? – spojrzała znacząco na ateńczyka. – Sądziłam, że już zapomniał zeszłorocznych przyjaciół.

– Prześliczna Julio! – odparł Grek. – Jowisz czasami użycza nam zapomnienia. Nieubłagana Wenus nigdy.

– A Glaukus... nie myśli, kiedy chce powiedzieć grzeczność.

– Głupieje wobec piękności! – odrzekł.

– Mam nadzieję, że ujrzymy was obu wkrótce w wiejskiej willi mego ojca? – rzekła, zwracając się tylko do Klaudiusza.

– Ten dzień naznaczymy białym kamieniem! – skłonił się gracz.

Spuściła z wolna zasłonę. Odchodząc, zatrzymała spojrzenie przez moment na Glauku. Wyrażało ono zarazem czułość i wyrzut. Młodzi ludzie poszli dalej.

– Jest prawdziwie piękna! – rzekł Glaukus po chwili.

– W zeszłym roku mówiłeś to z większym zapałem.

– Bo wówczas mamiłem się, że kamień sztuczny jest naturalny, nie zaś udatnym naśladownictwem... Zresztą wszystkie kobiety są do siebie podobne! – dodał z westchnieniem.

Weszli w ulicę mniej ludną, na końcu której jaśniało łagodnie marszczące się morze. Grek zaproponował towarzyszowi przejście się nad zatoką.

– Z całego serca! – rzekł Klaudiusz. – Przypatrzmy się, jak promienie zachodzącego słońca biegną po falach.

Pompeje były miastem-cackiem, które swymi pałacami, łaźniami, swym forum, cyrkiem i teatrem odbijało w miniaturze potęgę i bogactwo zepsucia olbrzymiej monarchii rzymskiej. Na zwierciadlanych wodach zatoki znajdowało się u brzegu mnóstwo statków handlowych i złoconych galer dla przejażdżek bogaczy, ówdzie krzyżowały się łodzie rybackie, a w dali widniały wyniosłe maszty floty Pliniusza. Dalej na skale gromadka wieśniaków stłoczyła się wokół rybaka, opowiadającego o delfinach, które ratowały tonących – powieść, którą dziś jeszcze słyszy się z ust Neapolitańczyków. Dwaj przyjaciele minęli tę grupę i po błyszczącym piasku szli na dalekie wybrzeże, gdzie cisza i samotność usposabiały do marzeń. Wiatr z morza niósł Glaukusowi tchnienie dalekiej, ukochanej przezeń Grecji.

– Czy kochałeś kiedyś, Klaudiuszu? – zapytał nagle.

– O, często!

– Toś nigdy nie kochał. Eros jest jedyny.

– A ty, czyś zakochany w istocie?

– Jeszcze nie, ale mógłbym się rozkochać...

– Zapewne w pięknej i bogatej Julii, która przecież ciebie uwielbia.

– Nie! Nie zamierzam się sprzedać nikomu, a tym bardziej tej źle wychowanej wnuczce... wyzwoleńca.

– Któż więc jest twoją szczęśliwą wybranką?

– Posłuchaj, Klaudiuszu, dziwnej historii. Przed paru miesiącami zwiedzałem Neapolis, którego piękne pomniki przechowują pamięć kolonizacji greckiej. Zaszedłem pewnego dnia do świątyni Minerwy Pallady. Była pusta. Do mej pamięci cisnęły się wspomnienia Aten i wśród pobożnych rozmyślań mimo woli się rozpłakałem. Jednak czyjeś głośne westchnienie zniewoliło mnie do odwrócenia głowy. I moje oczy spotkały się z parą oczu kobiecych – gwiazd czarnych, których jasny promień wniknął mi w serce. Nigdy, Klaudiuszu, nie widziałem doskonalszej symetrii rysów. Rzekłbyś, że to melancholijna Psyche. Boska jej twarz zroszona była łzami. Wzruszony spytałem, czy nie jest przypadkiem atenką. Spłoniła się i odparła: „Popioły mych przodków spoczęły na brzegach Illiosu. Urodziłam się w Neapolis. Lecz w moim łonie dziedzictwem krwi bije serce ateńskie”.

– Czyńmy więc razem ofiary! – rzekłem. W tej chwili wszedł kapłan. Podczas gdy się modlił, razem dotknęliśmy kolan posągu bogini, razem złożyliśmy na ołtarzu girlandy z liści oliwnych. Nieznani sobie, czuliśmy się zbratani wobec bóstwa naszej ziemi rodzinnej, zbliżeni cudem jednakich modłów i obrzędów. Wyszliśmy ze świątyni w milczeniu. Chciałem zapytać, kim jest, kiedy naraz jej rękę ujął młodzian podobny do niej, zapewne brat. Rozdzieliła nas ciżba i więcej jej już nie widziałem. Daremnie po powrocie z Aten, gdzie wygrałem proces spadkowy, powróciłem znów do Neapolis i przebiegałem ulice, poszukując pięknej rodaczki. Urocze widmo zniknęło. Przybyłem do Pompejów w nadziei, że zapomnę o nim. Nie kocham – lecz... pamiętam i czuję żal. Oto wszystko!

Klaudiusz miał odpowiedzieć, gdy miarowy odgłos kroków skłonił ich do odwrócenia się. Zbliżał się ku nim człowiek lat czterdziestu, muskularny, z twarzą ciemnej barwy, zdradzającą wschodnie pochodzenie, z orlim nosem, i czarnymi oczyma, których melancholijny wyraz ustępował chwilami złośliwym przebłyskom. Szlachetności postawy i powadze rysów odpowiadała długa cudzoziemska suknia o posępnych kolorach. Dwaj młodzi ludzie poznali Arbacesa z Egiptu i skrycie uczynili znak palcami, odżegnujący uroki złego oka.

– Oho, świetny Klaudiusz i uwielbiany Glaukus, przesycili się, widzę, gwarem miasta, skoro szukają samotności na pięknym łonie natury! – Ozwał się nowo przybyły głosem, w którym brzmiała nuta ironii.

– Szukamy zmiany – odparł żywo Grek – ale nie jest to dowodem przesytu, gdyż nie doznałem jeszcze ani na chwilę uczucia sytości.

Arbaces uśmiechnął się chłodno. Po chwili milczenia odparł, kładąc tym razem w słowa ton melancholijnie łagodny:

– Ba! masz słuszność, Glauku, że korzystasz z życia, póki ono ci się tak uśmiecha. Wdychaj zapach, nim róża zwiędnie, Glauku. Nam cudzoziemcom, żyjącym z dala od miejsc, gdzie spoczywają prochy ojców naszych, cóż pozostaje prócz rozkoszy i żałości? Tamta – dla ciebie... ta – może dla mnie!

Owinął się w swoją szatę i oddalił wolnym krokiem.

– To nadzwyczajny człowiek! – rzekł Glaukus. Wydaje się umarłym dla rozkoszy świata, ale wieść publiczna niesie, że jego serce i dom są w sprzeczności z jego mową.

– Gdybyż ten szkielet ludzki udało się nam wyciągnąć na nasze uczty wzorem Egipcjan ucztujących w obliczu umarłych! Jest podobno bogaty. Można by dać mu poznać powaby najwspanialszej rozkoszy – gry, tej cudownie okropnej gorączki obawy i nadziei, niewyczerpanej krynicy namiętności!

– Jesteś natchniony, jak wyrocznia! – zażartował Grek, spoglądając na rozpłomienione oblicze Rzymianina-gracza.

Rozdział II

Urodzonego w Atenach, podwładnych Rzymowi, Glaukusa bogowie obdarzyli szczodrze, dając mu piękność, zdrowie, talent, pochodzenie szlachetne, serce ogniste, duszę poetyczną i na domiar majątek, pozwalający mu szukać wrażeń w umiłowanych podróżach i pić obficie z czary uciech życia. Dom jego w Pompejach był miejscem schadzek hulaszczej młodzieży, lecz zarazem i miłośników sztuki i utalentowanych artystów. Snycerze i malarze Grecji poczytywali sobie za zaszczyt zdobienie portyków i wnętrz domu szlachetnego ateńczyka.

Jakkolwiek dom ten dzisiaj znajduje się w ruinach i malowidła jego poblakły, to kiedy po raz pierwszy ruiny te wyjrzały spod popiołów na świat, jeszcze szczątki mozaik, ozdób, obrazów wywołały zachwyt badaczy, a znalezione tu posągi Ajschylosa i Homera sprawiły, że nosi on miano domu poety dramatycznego.

Rozkładem wewnętrznym zbliżony jest on do typu domów pompejańskich, wznoszonych w Pompejach na ogół według planów architekta Witruwiusza, w których dziwactwo kaprysu łączy się z ogromnym smakiem. Do tych domów wchodzi się przez małe wejście, westybul, połączone z większą salą, często ozdobioną kolumnami, mającą po środku basen dla spadającej przez otwór w dachu wody deszczowej i mieszczącą święte popiersia domowych bożków – lares. Drzwi boczne prowadzą do pokoików odźwiernego i służby domowej. W kącie kufer drewniany, okuty spiżem, przytwierdzony ćwiekami do ściany, stanowi imitację dawnych skarbców domowych, służącą ku ozdobie. Ta sala, atrium, służyła do przyjmowania klientów i gości pośledniejszych. Naprzeciw wejścia w drugim końcu sali wchodziło się do właściwego domu mieszkalnego (tablinum) po posadzce, krytej zwykle bogatą mozaiką; ściany tego przejścia były zdobione w pyszne malowidła, do salonu, stanowiącego skład archiwów rodzinnych.

Stąd prowadziły drzwi z jednej strony do sali jadalnej (triclinium), z drugiej do gabinetu, pełnego nieraz cennych i rzadkich przedmiotów, nad którymi czuwali będący w pobliżu niewolnicy. Wszystkie te pokoje wychodziły na podłużną czworoboczną kolumnadę, zwaną perystylem, mieszczącą po środku bądź wielki, bądź choćby najszczuplejszy ogród z wazonami kwiatów. Dalej były jeszcze sale sypialne – cubicula, w domach bogatszych drugie triclinium – salon jadalny, bądź na inną porę roku, bądź na dni uroczystych uczt. Miłośnicy literatury posiadali jeszcze gabinecik biblioteczny, będący składem zwijanych papirusowych rękopisów.

W końcu perystylu mieściła się kuchnia. W wielkich domach środek perystylu zajmowała fontanna lub sadzawka dla ryb, często połączona z ogrodem pełnym żywych kwiatów i posągów (viridarium); z jednej strony kolumnady znajdowała się galeria obrazów – pinakoteka. To był parter. Pierwsze i drugie piętro, wznoszące się tylko nad częścią budynku mieściło zazwyczaj izby dla niewolników.

Dom Glaukusa, jeden z mniejszych, wyróżniał się wykwintem i kosztowniejszym wykończeniem. Nie było tu tej pstrokacizny jaskrawych barw w malowidłach al fresco, miłej dla niewybrednego smaku przeciętnych mieszkańców Pompejów. Przeniesione stąd do muzeum neapolitańskiego obrazy dziś jeszcze budzą podziw znawców i co do wyrazu przyniosłyby zaszczyt nawet pędzlowi Rafaela.

W salonie jadalnym, z którego otwierał się widok na dalsze apartamenty, zebrało się na wieczerzy dziesięć osób – dbało się bowiem u starożytnych nie tyle o liczbę, co o dobór gości. Wysoki urzędnik porządku publicznego, edyl Pansa, zwrócił się do gospodarza:

– Przyznać należy, Glauku, że dom twój, chociaż nie jest większy od igielnika, stanowi klejnot w swoim rodzaju. Co za poezja, jaki wyraz w tych głowach! – dodał wpatrując się w obraz, przedstawiający pożegnanie Achillesa z Bryzeidą.

– Pochwała Pansy jest tym bardziej cenną, że on sam posiada obrazy godne pędzla Zeukisa! – rzekł Klaudiusz mrugnąwszy w stronę Greka. Obaj wiedzieli dobrze o złym smaku edyla, który w umiłowaniu talentów rodzinnego miasta powoływał pacykarzy do upstrzenia wszystkich ścian swego domu.

– A tak, tak! – nadął się dumnie. – Musicie zobaczyć w kuchni mojej obraz z natury: kucharza smażącego murenę. To podnieca natchnienie mojego kucharza do przygotowywania mi smakołyków.

W tej chwili niewolnicy wnieśli pierwsze dania: sałaty, sardele, jaja. Rozlano w małe srebrne czary wino z domieszką rozpuszczonej odrobiny miodu i rozdano gościom serwety, obszyte frędzlami z purpury. Ale edyl wyjął zza tuniki własną serwetę, obszytą frędzlą podwójną, pragnąc ściągnąć na to „nowomodne otocze w stylu rzymskim” podziw współbiesiadników.

„Bądź nam przychylny, o Bachusie!” – zawołał Glaukus, zginając z poszanowaniem kolano przed umieszczonym pośrodku stołu posągiem bożka. Goście powtórzyli modlitwy, a po ceremonii rozlania wina na stół – zwanej libacją, zajęli kołem leżnice i biesiada się rozpoczęła.

 

Jedząc i pijąc, rozprawiano nieustannie, Sallustiusz sławił w poetycznych wyrazach znakomite wino Cyathus. Glaukus rozkazał niewolnikowi przynieść jeszcze doskonalsze wino z Chios, o którym napis na amforze świadczył, że liczyło 150 lat. Klaudiusz rozpytywał edyla o szczegóły wyznaczonej na drugą połowę sierpnia, po uroczystościach Wulkana, walkę dzikich zwierząt. Okazało się, że nie ma w więzieniu wielkiego zbrodniarza, który służył zwykle za pastwę dla nowo sprowadzonego z Libii młodego lwa. Czy nie należało starym zwyczajem poświęcić niewinnego dla rozrywki tłumów? Pansa żalił się z powagą:

– Sromotne prawo wzbroniło nam dzisiaj dawać na pożarcie naszych własnych niewolników!

– Przeszkadza się szlachetnej zabawie ludu! – zawtórował mu Klaudiusz.

Przy dźwięku fletni niewolników wniesiono pieczone ambracyjskie koźlę, co wywołało ogólny zapał. Glaukus zauważył smętnie, że drugą imponującą potrawą nie uraczy dziś biesiadników.

– Nieprzyjazne wiatry przeszkodziły wbrew mojej nadziei przywozowi ostryg z Brytanii, przechodzących stokroć smakiem bryndyzyjskie!

– Ci biedni Brytanie mają ten jedyny produkt, którym poszczycić się mogą! – zauważył ktoś z gości.

– Chciałbym, aby nam dostarczyli gladiatora na potrzeby cyrku – rzekł edyl.

Glaukus, któremu skronie wieńczył niewolnik świeżą girlandą, zaprotestował:

– Rozumiem widowisko walki dzikich zwierząt. Ale to obojętne rzucanie człowieka pod kły silniejszego zwierza jest ohydne. Wrzeszczące radośnie na ten widok pospólstwo wydaje mi się zbiorowiskiem furii. Rad byłbym śpieszyć nieszczęsnemu na pomoc.

Edyl wzruszył ramionami. Obecni spoglądali na gospodarza ze zdziwieniem. Rozległy się okrzyki: „Na Herkulesa, co on mówi!”.

– Alboż wy mieszkańcy Italii, możecie rozumieć nasze dawne igrzyska olimpijskie, na których człowiek szlachetnie mierzył się z człowiekiem, a triumfator łączył radość ze wspaniałomyślnym żalem nad pokonanym, który godnie stawał do walki z równym sobie! O, cienie Pindara, przyświadczcie mi, że Grecy mieli serca litościwsze od rzymskich!

Rozmowa przeskoczyła na temat zręczności kucharza, krającego koźlę, którego ktoś z gości chciał zaraz wziąć w zamian za tancerkę Filidę, lecz gospodarz chłodno oświadczył, że nigdy kobiet nie kupuje. Przy krajaniu koźlęcia, muzycy, umieszczeni w portyku, zaintonowali odę Horacego: „Persicon Odi!” Obecna młodzież, mimo uznania dla dawnego piewcy wyraziła jednak zdanie, że przewyższyli go nowi „nieśmiertelni twórcy poematów bohaterskich: Fulwiusz, Gajusz, Mucjusz i Sparaena”. Zwłaszcza wywoływał zachwyty ten ostatni, który stworzył pieśń na cześć bogini egipskiej Izydy. Młody Lepidus gwałtownie dowodził, że świątynia Jowisza domaga się reformy w myśl natchnień Sparaeny.

– Arbaces z Egiptu, pochodzący z pokolenia Ramzesa, udzielał mu wskazówek z wielkich tajemnic swego kultu! – opowiadał Salustiusz.

– Ale on ma dar złego oka! – zauważył Klaudiusz.

– Gdyby obowiązkiem edyla nie było protegowanie ludzi bogatych, wypędziłbym tego cudzoziemca, jak to uczynił z innymi mój poprzednik Agrypa! – mruknął Pansa.

– A co myślicie o nowej sekcie, która zdobyła podobno w Pompejach kilku wyznawców dla hebrajskiego boga, Chrystusa? – rzucił ktoś z gości pytanie.

Przez chwilę panowało milczenie.

– Ależ to są nędzarze, ludzie ciemni i mierni, którymi nie warto się zajmować! – machnął wzgardliwie ręką Klaudiusz.

– A ja sądzę – huknął gwałtownie Pansa – że należałoby ich krzyżować za bluźnierstwo. Nie wierzą w Jowisza i Wenerę, Nazarejczyk to jedno, co ateusz! Niech no tylko dostaną się kiedy w moje ręce!...

Nastąpiły nowe dania. Biesiadnicy, wciśnięci w poduszki przy stole z cytrynowego drzewa, jedli teraz w milczeniu, przysłuchując się łagodnym śpiewom południowym i dźwiękom arkadyjskiej trzciny; a potem wychwalano desery – wyborne owoce, wymyślne konfitury, nowe gatunki lesbijskiego wina.

Klaudiusz zwrócił uwagę gości na wspaniałą robotę kryształowej czary, oplecionej wężami. Gospodarz natychmiast oddał mu ją w darze, przydając zdjęty z palca kosztowny pierścień.

– Glauku! – zawołał obdarowany – przyjaźń twoja podwaja cenność daru.

– Piję za zdrowie Greków! – krzyknął Pansa, wychylając trzykroć czarę. Inni poszli za jego przykładem, Glaukus powstał:

– Mili goście, raczcie teraz wysłuchać bachicznego hymnu, który ułożyłem ostatniej nocy.

Śród ciszy, która nastąpiła, ozwały się tony muzyki jońskiej, którym chór towarzyszył słowami greckiej pieśni. Dostojnym rytmem płynęły natchnione strofy, opiewające rozkosz bytu pod niebem i pieczą bogów Grecji. Ostatnia strofa brzmiała:

...Szczęśliw, kto z dala

rozkoszą krótkiego życia napoić godziny...

Śpieszcie się!... Noc już woła

i mrokiem kryje różane krzewiny...

Lecz zanim nocne spadną rosy

i w mrocznej matni

ukryje się Feb złotowłosy,

spełnijmy ten kielich ostatni!

Posypały się huczne oklaski pod adresem Amfitriona.

– Przyznajmy, że energii języka greckiego łacina nie potrafi naśladować! – zawołał Lepidus. – A jaki czar tkwi w tej melodii jońskiej!...

– Ten wyraz przypomina mi jedno imię – rzekł Klaudiusz, podnosząc się na swoim łożu. – Przyjaciele, pijmy zdrowie pięknej Jony!

– Jony? To imię greckie. Spełniam chętnie to zdrowie! – rzekł Glaukus. – Ale któż to jest ta Jona?

– Zasługiwałbyś na wygnanie za nieświadomość, gdyby nie to, żeś dopiero przybył do Pompejów! – krzyknął Lepidus.

– Najrzadsza piękność! – westchnął Pansa.

– A co za głos! – rzekł Salustiusz.

– Ona karmi się chyba językami słowików! – wtórował zachwytem Klaudiusz.

– Zlitujcie się! Nie dręczcie mojej ciekawości – błagał żarliwie Glaukus.

– Dowiedz się więc, drogi Glauku, rzekł Klaudiusz, że Jona jest cudzoziemką, niedawno przybyłą do Pompejów. Śpiewa, jak Safo, swoje własne pieśni. Gra na flecie, cytrze i lirze doskonalej od muz. Jest bosko piękna. Prowadzi dom nieporównany. Jest bogata i wspaniałomyślna nad wszelki opis.

– Trwoni pewnie majątki kochanków.

– Omyliłeś się! Ma właściwie tę jedną wadę, że nie ma kochanków. Jest wcieleniem cnoty. Pompeje całe leżą u jej stóp, a ona... gardzi miłością. Nie chce nawet iść za mąż. Ciało Wenery z duszą Westy!

– Ależ to cud prawdziwy!

– Przedstawię ci ją dziś jeszcze, ale... naprzód zagramy! – potrząsnął kośćmi.

– Zgoda!

– Kto gra ze szczęsnym Klaudiuszem, rychło poniesie torby! – rzekł cicho Lepidus do Salustiusza.

– Biedny Glaukus jest ślepy, jak Fortuna! – odparł podobnież tamten.

Po wyrzuceniu kilkakrotnym punktów, Glaukus powstał:

– Przegrałem zwykłą stawkę do ciebie – trzydzieści sestercji. Nie chcę grać więcej. Teraz ty dopełnij swej obietnicy. Idźmy odwiedzić waszą piękność... A kto woli zostać, niechaj mu wina moje służą dalej.

Edyl i kilku gości zostało przy stole. Glaukus i kilku innych, uczyniwszy ostatnie libacje, wyszli z domu. Po przejściu paru ulic znaleźli się przed drzwiami mieszkania Jony. W oświeconym długimi rzędami lamp westybulu Glaukus zatrzymał Klaudiusza.

– Wszakże ona jest atenką? – zapytał cicho.

– Nie! Pochodzi z Neapolis.

– Z Neapolis?!...

W tej chwili weszli do napełnionego wonią kwiatów viridarium. Ciżba wielbicieli, otaczających siedzącą pod portykiem panią domu, rozstąpiła się i Glaukus poznał tę, którą próżno poszukiwał od wielu miesięcy, tę piękną kobietę, co żyła w jego pamięci utrzymując w niej żar cichej tęsknoty.