MałaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

LITTLE

Copyright © 2018 by Edward Carey

Illustrations © 2018 by Edward Carey

All rights reserved

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadząca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-509-4

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

NIEZWYKŁY ŻYWOT I HISTORYCZNE PRZYPADKI SŁUŻKI PRZEZWANEJ MAŁĄ,

obejmujące podróże po trzech krajach, utracone dzieci, utraconych rodziców, duchy małp, manekiny krawieckie, lalki drewniane, lud sztuczny, króla, księżniczkę i księżną, siedmiu doktorów, człowieka, który cały Paryż schodził, człowieka, który był manekinami sklepowymi, jego możną matkę, człowieka, który kolekcjonował morderców, sławnych filozofów, herosów i monstra, każdego, kto coś znaczył, kilka domów, z których każdy był większy od poprzedniego, wzlot, upadek, liczną rodzinę, sceny wagi historycznej, ludzi sławnych, ludzi zwyczajnych, miłość, nienawiść, rzezie niewinnych, morderstwa widziane na własne oczy, ciała rozkawałkowane, krew na ulicach, nędzę, więzienie, utratę wszystkiego, małżeństwo, wspomnienia uchwycone i uwiecznione, nieszczęścia codziennie ukazywane, historię własną. Spisane przez nią samą.

JAK RÓWNIEŻ:

Ilustrowane przez nią samą.

Grafitem, węglem, czarną kredą.


{Ołówek jej ukazany powyżej.}

Dla Elizabeth

PRZEDTEM. 1761–1767

***

MAŁA WIOSKA

Od mych narodzin do szóstego roku życia.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

***

W którym przychodzę na świat i w którym opisuję matkę moją i ojca mego.

W tym samym roku, gdy pięcioletni Wolfgang Amadeusz Mozart skomponował swój menuet na klawesyn, a Brytyjczycy odbili indyjskie Pondicherry z rąk Francuzów, dokładnie wtedy, kiedy po raz pierwszy opublikowano melodię Trzy kurki, a więc w 1761 roku, podczas gdy w salonach miasta Paryża snuto opowieści o bestiach w zamkach, mężczyznach z sinymi brodami, królewnach, które nie chciały się obudzić, kotach buty noszących, trzewikach ze szkła, najmłodszych dzieciach z czubkiem włosów na głowie i córkach przyobleczonych w oślą skórę, a w londyńskich klubach rozprawiano o koronacji króla Jerzego III i królowej Charlotty – wiele mil od wszystkich tych wydarzeń, w małej alzackiej wiosce, w przytomności rumianej akuszerki, dwu miejscowych dziewcząt i przerażonej matki narodziło się pewne wątłe dziecko.

Anne Marie Grosholtz, tak ową pospiesznie ochrzczoną dziecinę nazwano, choć później wołano na mnie po prostu Marie. Zrazu niewiele byłam większa od splecionych małych dłoni mej matki i nie wróżono mi długiego żywota. A jednak, gdym już przetrwała pierwszą noc, żyłam dalej, po tygodniu wciąż brałam oddech za oddechem. Potem serce moje nieprzerwanie utrzymywało swój rytm przez pierwszy miesiąc życia. Uparta jak osioł mikra istota.

Moja samotna matka powiła mnie w wieku osiemnastu lat. Była drobną kobietą, wzrostu nieco poniżej pięciu stóp, spośród ogółu wyróżniającą się tym, że ojcem jej był duchowny. Kapłan ów, mój dziadek, owdowiały za sprawą ospy, człowiekiem był nader surowym, istną furią w czarnej sutannie, i nie spuszczał córki z oka. Po jego śmierci życie mej matki się odmieniło. Poczęła poznawać nowych ludzi – wieśniaków, którzy przybywali do niej w odwiedziny – a w gronie tym znalazł się pewien żołnierz. Wojak ów, kawaler w wieku, w którym niespecjalnie już być kawalerem wypada, posiadający ponure usposobienie wywołane oglądaniem na własne oczy jakże wielu okropności i utratą jakże wielu towarzyszy broni, upodobał sobie moją matkę; sądził, iż mogliby być szczęśliwi, że tak powiem, smucąc się pospołu. Ona nazywała się Anna-Maria Waltner, on Joseph Georg Grosholtz. Pobrali się. Matka moja, ojciec mój. W domu zagościła miłość, zagościła radość.

Moja matka miała duży nos w rzymskim stylu, a ojciec, jak sądzę – mocno zarysowany podbródek, zadarty nieco ku górze. Wydaje się, że ten podbródek i ten nos do siebie pasowały. Wkrótce jednak ojcu skończyła się przepustka i wrócił na wojnę. Nos matki i podbródek ojca znały się przez trzy tygodnie.


Początkiem wszystkiego i tym, co zostało po sam kres, była miłość. Miłość, którą rodzice moi darzyli się wzajem, uwieczniła się na mej twarzy. Urodziłam się z nosem Waltnerów i podbródkiem Grosholtzów. Każdy z tych atrybutów osobno był godzien uwagi i przydawał charakteru obliczom członków obu rodzin. Razem wyglądały cokolwiek niezgrabnie, jakbym miała więcej ciała do pokazania, niżby wypadało. Dzieci rosną, jak im się żywnie podoba. Niektóre odznaczają się wybitnie szybkim wzrostem włosów bądź ząbkują w nadspodziewanie wczesnym wieku, inne dostają piegów na całym ciele, jeszcze inne przybywają na świat tak blade, że ich biała nagość jest wstrząsem dla wszystkich, którzy widzą ją na własne oczy. Ja weszłam w życie nosem i podbródkiem naprzód. Wtedy oczywiście nie mogłam wiedzieć, jak niezwykłe ciała poznam w przyszłości, w jak ogromnych budowlach zamieszkam, jak krwawych wydarzeń będę mimowolną uczestniczką, a jednak, takie mam wrażenie, mój nos i podbródek przeczuwały to wszystko od samego początku. Nos i podbródek, jakże mocna zbroja na życie. Nos i podbródek, jakże wierni towarzysze.


Dziewcząt o mej pozycji nie posyłano do szkół, zatem to matka zatroszczyła się o moje wykształcenie w Bożym duchu. Biblia była mi elementarzem. Oprócz tego przynosiłam drwa, zbierałam w lesie drewno na podpałkę, myłam naczynia, robiłam pranie, kroiłam warzywa, chodziłam po mięso. Zamiatałam. Sprzątałam. Dźwigałam. Zajęć nigdy nie brakowało. Matka nauczyła mnie zaradności. Dopóki miała ręce pełne roboty, była szczęśliwa. W chwilach bezczynności dopadało ją zwątpienie, szybko przepędzane jakimś nowym zajęciem. Była w ciągłym ruchu, co wyraźnie jej służyło.

– Przekonaj się – mawiała – co potrafisz. Każdy coś takiego znajdzie. Pewnego dnia wróci twój ojciec i zobaczy, jak dobre, jak pożyteczne z ciebie dziecko.

– Dziękuję, matuś. Będę bardzo pożyteczna, głęboko tego pragnę.

– Cóż z ciebie jest za stworzenie!

– To tym jestem? Stworzeniem?

– Tak, moim małym stworzonkiem.

Matka czesała mnie z nadzwyczajnym wigorem. Czasem dotykała mego policzka albo klepała mój czepek. Zapewne nie była szczególnie piękna, ale ja za taką ją uważałam. Tuż pod jedną z powiek miała mały pieprzyk. Jakże chciałabym pamiętać jej uśmiech. Wiem, że go miała.


W wieku lat pięciu zrównałam się wzrostem ze starym psem z sąsiedniego domu. Później sięgałam głową do gałek drzwiowych, które lubiłam pocierać dłonią. Jeszcze później, i na tym stanęło, dorosłam do poziomu serca u wielu ludzi. Kobiety napotykane we wsi, całując mnie, czasem mamrotały pod nosem tak, że słyszałam: „Niełatwo jej będzie o męża”.

Na piąte urodziny moja kochana matuś podarowała mi lalkę. Marta, tak jej było na imię. Sama ją nazwałam. Znałam jej małe ciało, może sześć razy mniejsze od mojego; zgłębiłam wszystkie jego sekrety, poruszając nim, czasem gwałtownie, czasem z wielką czułością. Trafiła w me ręce naga, bez twarzy. Składała się z siedmiu drewnianych kołków, które łączyło się ze sobą w określonym porządku, by nadać im kształt zbliżony do ludzkiej postaci. Nie licząc matki, Marta była pierwszą prawdziwie bliską mi istotą na tym świecie; nigdym się z nią nie rozstawała. Byłyśmy razem szczęśliwe: matka, Marta i ja.


ROZDZIAŁ 2

***

Rodzina Grosholtz.

Ojca w tych pierwszych latach z nami nie było, armia znajdowała coraz to nowe wymówki, by przełożyć mu następną przepustkę na później. I cóż mógł na to poradzić? Nieszczęsny puszek dmuchawca lecieć musi, dokąd go dmuchną. Pomimo jego nieobecności nigdy o nim nie zapomniałyśmy. Matka czasem sadzała mnie na zydlu przy palenisku i prawiła o ojcu. Wielką przyjemność czerpałam z wypowiadania słowa „ojciec”. Czasem, gdy matki nie było w pobliżu, skrycie nazywałam ojcem piec, krzesło, kufer, a także rozmaite drzewa, po czym im się kłaniałam bądź je przytulałam w przygotowaniu do powrotu ojca prawdziwego. Ojciec był wszędzie, w każdym zakątku wsi; był w kościele; był koło obór. Ojciec twój to człowiek bez skazy, powiadała matka. I takim z pewnością pozostałby w naszej wyobraźni, gdyby nigdy do domu nie powrócił.

Pewnego dnia jednak się zjawił. On, prawdziwy mój ojciec, przeniesiony został w stan spoczynku – nie w wyniku działań bojowych, tamtego roku bowiem żadnych walk w Europie nie było, lecz wskutek awarii armaty na paradzie wojskowej. Wspomniana armata uległa uszkodzeniu podczas bitwy pod Frei­bergiem w 1762 roku i nareperowano ją najwyraźniej bardzo niedbale, bowiem jeden jedyny publiczny występ tego felernego instrumentu odmienił me życie w sposób nieodwracalny. Pewnej niedzieli, podczas defilady – ostatniej, w której działo to wzięło udział – chciano z niego oddać salwę honorową, ale że było na amen zablokowane, zamiast wystrzelić, rozerwało się, rozrzucając szerokim łukiem siarkę, węgiel, saletrę i odłamki rozpalonego metalu. Ojciec znalazł się w obrębie tegoż łuku i z tej to przyczyny ostatecznie wypuszczono go do domu.

 

Matka nie posiadała się z niepokoju i radości.

– Twój ojciec wraca do nas! I rychło przyjdzie do siebie. Jestem tego pewna. Twój ojciec, Marie!

Nie wrócił wszelako o własnych siłach. Ojciec, który zjawił się na naszym progu, był ojcem na wózku inwalidzkim. Jego pożółkłe, wilgotne oczy zdawały się zupełnie nie rozpoznawać stojącej przed nim żony; ich wyraz nie zmienił się nawet wtedy, gdy rzeczona małżonka jęła się trząść i zawodzić. Na czubku głowy ojca nie było włosów; rozerwana armata go oskalpowała. Tym jednak, czego najbardziej brakowało owemu nieszczęsnemu tłumokowi tkwiącemu w wózku, była żuchwa, największa z kości w ludzkiej twarzy, potocznie zwana dolną szczęką.

Tu i teraz muszę coś wyznać: sama z siebie przyjęłam za pewnik, że podbródek mam po ojcu. Inaczej skąd wzięłoby się u mnie coś tak dumnego, wyzywającego? Nigdym przedtem ojca na oczy nie widziała, ale pod jego nieobecność pragnęłam nosić na swej osobie jakiś jego ślad, aby dzień w dzień było rzeczą oczywistą, że ja jestem jego, a on mój. Nie potrafię dziś powiedzieć na pewno, jako że te wczesne lata są tak odległe, a reszta uczestniczących w nich aktorów zeszła już ze sceny, czy uznałam swój podbródek za odziedziczony po nim dopiero po jego powrocie, w jakimś przypływie tęsknicy, czy też za taki uważałam go zawsze. Podbródka owego wszelako nie miał, w tym sęk, a wielce zależało mi na tym, by zrozumieć i ujrzeć pełniejszy obraz tego człowieka, mego udręczonego ojca. Chciałam widzieć go kompletnym i wyobraziłam sobie, że twarz moja może uzupełnić ten portret nieszczęścia i ruiny, który miałam przed sobą.

Z chwilą przybycia ojca ukazał mi się pierwszy przebłysk mojej przyszłości. Małe okienko otworzyło się i przyzwało do siebie.

Człowiek w wózku inwalidzkim może i nie miał dolnej szczęki, ale na jej miejsce wstawiono srebrną protezę. Proteza ta ukształtowana była na podobieństwo dolnej części nader pospolitej ludzkiej twarzy. Odlano ją z formy, przeto można przypuszczać, że taki sam srebrny podbródek, jaki miał ojciec, nosiło także kilkudziesięciu innych nieszczęśników. Protezę tę dawało się zdejmować. Ojciec składał się z dwóch części, które nieco boleśnie można było ze sobą zespolić.

Biedny ojciec nie miał pojęcia, gdzie jest. Nie poznawał własnej żony, nie zdawał sobie sprawy, że małe dziewczę obserwujące go w milczeniu jest jego rodzoną córką.

Do pomocy matka moja ponownie zatrudniła akuszerkę, serdeczną, wiecznie zasapaną damę o grubych ramionach, która nie przepuściła żadnej okazji do zarobku, często bywał też u nas lekarz z pobliskiej wsi, doktor Sander. Wspólnie przygotowali ojcu mały pokoik obok kuchni i już nigdy stamtąd nie wyszedł. Leżał tam całymi dniami, czasem wyglądając przez okno, czasem patrząc w sufit, nigdy jednak, mam wrażenie, nieskupiony na niczym. Przesiadywałam z nim długimi godzinami i kiedy się do mnie nie odzywał, wkładałam mu słowa w usta i wyobrażałam sobie wszystko, co mógłby chcieć mi powiedzieć.


Po przybyciu ojca matka wdrapała się po schodach do swej sypialni i zamknęła za sobą drzwi. Z dnia na dzień spędzała coraz więcej czasu w łóżku. W ogóle przestała się ruszać, a to nigdy nie wychodziło jej na zdrowie. Doktor Sander orzekł, że doznała głębokiego wstrząsu i trzeba powoli, cierpliwie podnosić ją na duchu, a z czasem dojdzie do siebie. Od powrotu ojca całe jej ciało się zmieniło; skóra stała się błyszcząca, pożółkła niby łupina cebuli. Nawet pachniała inaczej niż kiedyś. Pewnego ranka znalazłam matulę na podwórzu, leżała prawie nieubrana na ziemi, choć to było w zimie, i płakała. Zaprowadziłam ją z powrotem do łóżka.

Chodziłam od jednego rodzica do drugiego, od matki na górze do ojca na dole, i obojgu czytałam na głos Biblię. Sadowiłam się na mym nieodłącznym małym zydlu w różnych miejscach przy łóżku ojca, zależnie od jego potrzeb. Byłam przy nim, kiedy czyszczono go i myto. Akuszerka odnosiła się do mnie z wielką sympatią, czasem mocno mnie przytulała, a ja w takich chwilach nie mogłam się nadziwić temu, jak olbrzymie mogą być ludzkie ciała, i z całej siły odwzajemniałam uścisk. Wiele posiłków jadłyśmy razem; jestem przekonana, że dzieliła się ze mną swoją strawą. Kiedy mówiła mi o mym ojcu, z troską marszczyła czoło; mówiąc o mej matce, kręciła głową.

Pewnego ranka, gdy akurat przy nim czuwałam, ojciec umarł. To była bardzo spokojna, wręcz łagodna śmierć. Patrzyłam z wielką uwagą. Lekko się zatrząsł, trochę pocharczał, a potem cichuteńko, prawie niezauważalnie nas opuścił. Ostatni słaby dźwięk, jaki wydał, był dźwiękiem ostatniej Grosholtzowej myśli wychodzącej z jego Grosholtzowej głowy. Wciąż siedziałam przy nim, trzymając go za rękę, kiedy weszła akuszerka. Od razu poznała, że ojca nie ma już wśród żywych. Delikatnie ułożyła jego dłonie na martwej piersi, najpierw jedną, potem drugą, po czym chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do domu swej córki. Tam, zdaje się, spałam tamtej nocy.

Kilka dni później ojca pochowano. Niecały jednak leżał w skrzyni, na którą, zachęcone do tego, rzuciłyśmy grudki ziemi. Doktor Sander dał mi jego srebrną protezę, bo, powiedział, warta jest trochę grosiwa. Była dość ciężka, ważyła mniej więcej tyle, co blaszany kubek wypełniony wodą. Zastanawiałam się mimochodem, czy ojcu będzie jej brakowało, i miałam niejasne podejrzenia, że chyba lepiej było mu ją zostawić. Chciałam odkopać grób i wsunąć protezę na przynależne jej miejsce. Jak bez niej będzie mówił w niebie? Potem jednak, kiedy to przemyślałam, coś sobie uświadomiłam: ta proteza tak naprawdę nie była podbródkiem ojca. Kto inny stanowił dla niej wzór. Jego prawdziwy podbródek miałam tylko ja, zawsze był ze mną, nieco poniżej nosa matki.

Ojciec zostawił po sobie wojskowy mundur, srebrną protezę, wdowę, półsierotę i nędzę. Z jego wojskowej renty niepodobna było wyżyć. Abyśmy przetrwały, matka musiała znaleźć pracę. Doktor Sander wziął sprawy w swoje ręce i od znajomych medyków wywiedział się, że pewien lekarz, Philip Curtius ze szpitala w Bernie, szuka pomocy domowej. Zatrudnienie, poczucie, że jest potrzebna, powiedział doktor Sander, uratują zdrowie mojej matki.

Matka, okazująca zgryzotę każdym calem swego błyszczącego ciała, zasiadła do pisania listu do doktora Curtiusa. Doktor Curtius odpisał. Kiedy przyszła odpowiedź od niego, matce powróciła dawna ruchliwość, i to w stopniu dotąd niespotykanym, jakby przeraźliwie bała się choćby na chwilę zatrzymać.

– Wysoko wykształcony dżentelmen, Marie! – krzyknęła z szeroko otwartymi oczyma. – Z miasta, Marie, doktor z miasta! Nie dla nas już małe, ciemne wiejskie izby. Zamiast tego żyć będziemy w wysokich domostwach pełnych światła i powietrza. Mój ojciec, a twój dziadek, zawsze powtarzał, że zasługujemy na lepszy byt. Och, miasto! Curtius z miasta!

Wkrótce potem, w roku 1767, znalazłyśmy się na wozie jadącym do miasta Berna. Siedziałam obok matuli, w jednej ręce trzymając róg jej sukni, w drugiej protezę szczęki ojca, a w kieszeni na podołku Martę. Rodzina Grosholtzów wyruszyła w drogę. Z turkotem kół opuściłyśmy rodzinną wioskę, chlewy, kościół i mogiłę ojca.

Nigdy tam nie wrócimy.

KSIĘGA PIERWSZA. 1767–1769

***

ULICA JEDNOKIERUNKOWA

Do mego ósmego roku życia.


ROZDZIAŁ 3

***

Matka i ja zapoznajemy się z wieloma cudownymi rzeczami, których część jest w palisandrowych gablotach, ponadto drugi raz jestem świadkiem czyjejś śmierci.

Berneńską noc tworzą posępne, wyniosłe budynki, wąskie, nieoświetlone ulice, przemykające nimi ciemne postacie. Z owego mroku, usłużnie, rzec można, wyłoniła się górująca nad okolicą bryła szpitala w Bernie. Wysadzono nas przed tym gmachem, a obok stanął jeden jedyny kufer, onegdaj własność naszego duchownego przodka. Wóz poturkotał dalej, już stęskniony za prowincją.

Do szpitala wiodły wielkie czarne wrota, tak szerokie, że mogły się w nich minąć dwa powozy, potężna paszcza tytana wchłaniająca chorych w swe ogromne, tajemnicze wnętrze. To do tych czarnych wrót podeszłyśmy z matką. Był przy nich dzwonek. Matka zadzwoniła. Brzęk poniósł się echem po całym pustym szpitalnym placu. Gdzieś niedaleko rozległ się kaszel i odgłos splunięcia. We wrotach otworzyło się drewniane, kwadratowe okienko. Wyjrzała głowa; ledwo ją widziałyśmy.

– Nie, dziękuję – powiedziała głowa.

– Jeśli można… – zaczęła matka.

– Przyjdźcie rano.

– Jeśli łaska, ja do doktora Curtiusa. Spodziewa się mnie.

– Do kogo?

– Do doktora Curtiusa. Mamy z nim zamieszkać, moja córka i ja.

– Z Curtiusem? Curtius nie żyje. Od pięciu lat.

– Dostałam ten list od niego – upierała się matka. – Tydzień temu.

Wysunęła się dłoń i wzięła list; okienko się zamknęło. Dosłyszałyśmy toczącą się za wrotami rozmowę, po czym okienko otworzyło się znowu i ukazała się ta sama głowa, co poprzednio.

– A, do tego Curtiusa! Drugiego Curtiusa. O tego Curtiusa to jeszcze nikt nie pytał. Nie mieszka na terenie szpitala, tylko na Welserstrasse. Nie wiecie, gdzie to? Ze wsi, co? Ernst może was zaprowadzić na miejsce, prawda, Ernst? – Usłyszałyśmy inny głos za wrotami i głowa odpowiedziała: – Skoro tak mówię, Ernst, to masz tak zrobić. Ernst wskaże wam drogę. Idźcie za węgieł. Tam zobaczycie boczne drzwi. W bocznych drzwiach będzie machająca latarenka. Pod tą machającą latarenką będzie Ernst.

Okienko znów się zamknęło i wyszedł nam na powitanie jegomość w czarnym stroju szpitalnego portiera. Ernst miał nos wykrzywiony w przeciwną stronę aniżeli reszta twarzy; nos mierzył w jedną stronę, twarz w drugą. Oczywiste było, iż wiele stoczył bójek w swym młodym życiu.

– Do Curtiusa? – upewnił się.

– Doktora Curtiusa – powiedziała matka.

– Do Curtiusa – powtórzył Ernst i ruszyliśmy w drogę.


Zaledwie o pięć minut od szpitala biegła mała, podła ulica. To była Welserstrasse. Idąc nią tej nocy, miałam wrażenie, jakby domy szeptały do nas: Nie zatrzymujcie się. Nie zwalniajcie kroku. Zejdźcie nam z oczu. Ernst ostatecznie stanął przy budynku węższym i mniejszym od pozostałych, wciśniętym między dwie napastliwe sąsiednie rezydencje, ubogim i zaniedbanym.

– Dom Curtiusa – rzekł Ernst.

– Tutaj? – spytała matka.

– Właśnie tutaj – potwierdził Ernst. – Raz tu kiedyś byłem. I wystarczy. Nie powiem, co jest w środku, wyznam tylko, że nigdy mi się to nie podobało. Nie, Curtius to nie dla mnie towarzystwo. Wybaczcie, że pójdę, zanim zapukacie. – To rzekłszy, poszedł wraz ze swym przekornym nosem, szybszym krokiem, niż kiedy nas tu prowadził, i zabrał ze sobą światło.

Postawiłyśmy kufer na ziemi. Matka usiadła na nim i spojrzała na drzwi, jakby ze wszech miar ukontentowana tym, że są zamknięte. To ja zatem postąpiłam krok naprzód i zapukałam trzy razy. Cztery. I w końcu drzwi się otworzyły. Nikt wszelako nie wyszedł w noc. Drzwi stały otworem, żywa dusza nie wyszła nam na powitanie. Czekałam chwilę z matką, aż w końcu pociągnęłam ją za rękę. Wtedy nareszcie zebrała się w sobie i weszłyśmy z kufrem do środka.

Matka cicho zamknęła drzwi za nami, ja mocno uczepiłam się jej sukni. Rozglądałyśmy się w mroku. I nagle matka szepnęła: Tam! Ktoś czyhał w kącie. Niezmiernie chudy, wysoki mężczyzna. Tak chudy, że wyglądał jak w ostatnim, strasznym stadium śmierci głodowej. Tak wysoki, że głową prawie sięgał sufitu. Skąpy blask świec pełgał wokół bladej, widmowej twarzy, ukazując wgłębienia zamiast policzków, ukazując wilgotne oczy, ukazując cienkie strąki ciemnych, tłustych włosów. Stałyśmy przy naszym kufrze, jakby licząc, że nas ochroni.

 

– Ja do doktora Curtiusa – wyjaśniła matka.

Długa chwila ciszy, po czym głowa w milczeniu, prawie niedostrzegalnie, poruszyła się w górę i w dół.

– Pragnę się z nim zobaczyć – dodała matka.

Głowa wydała słaby dźwięk. Mogło to być słowo „tak”.

– Czy mogę się z nim zobaczyć?

Cicho, pomału, jakby zadziwiona tym zbiegiem okoliczności, głowa wyznała:

– To ja zwę się Curtius.

– Jestem Anna-Maria Grosholtz – powiedziała matka, próbując wziąć się w garść.

– Tak – rzekł mężczyzna.

Teraz, gdy już się sobie przedstawili, znów zapadła cisza. Ostatecznie mężczyzna w kącie znów zaczął mówić, bardzo powoli.

– Ja… widzi waćpani, ja… raczej nie nawykłem do towarzystwa ludzi. Nie miałem ostatnio wielu okazji do tego, by z nimi obcować. Jestem w tym bardzo… niewprawiony. A trzeba przebywać wśród bliźnich, trzeba mieć z kim rozmawiać, żeby… Bo inaczej, rozumie waćpani, zapomina się, jacy… jacy ludzie naprawdę są. I gwoli prawdy, jak się z nimi obchodzić. Teraz to się jednak zmieni. Skoro wy tu jesteście. Mam rację?

Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.

– Może, jeśli jesteście gotowe… może pokażę wam dom?

Matka, z wielce niezadowoloną miną, skinęła głową.

– Tak, zapewne chciałybyście go zobaczyć. Wielcem rad, że tu jesteście. Witajcie. O właśnie, to miałem rzec: witajcie. Kiedy tylko przyszłyście. Miałem to na końcu języka, cały dzień o tym myślałem. W końcu jednak, hm, wyleciało mi z głowy. Jestem nieprzyzwyczajony… rozumiecie, brak mi wprawy – rzekł doktor i powoli wysunął się z kąta. Wyglądał jak kukła z kijów od mioteł, wysoki i chudy, rozpostarł swą podłużną postać niby pająk. Ruszyłyśmy za nim, trzymając się na bezpieczną odleg­łość.

– Na górze jest izba przeznaczona wyłącznie dla was – rzekł Curtius, wskazując świecą w górę schodów. – Dla was i nikogo innego. Ja tam wchodził nie będę. Mam szczerą nadzieję, że będziecie zadowolone. – Potem, z większą śmiałością: – Tędy, tędy, proszę.

Doktor Curtius otworzył drzwi w sieni i weszliśmy na mały korytarz. Na końcu były kolejne drzwi, spod których przeświecała odrobina światła. Niewątpliwie to tam przebywał doktor, gdy zapukałam.

– Tu – oznajmił Curtius – jest moja pracownia. – Na jej progu przystanął, odwrócony do nas długimi, wąskimi plecami. Zrobił pauzę, wyprostował się najbardziej, jak mógł, po czym rzekł powoli i wyraźnie: – Proszę, wejdźcie.

W środku paliło się dziesięć, może więcej osłoniętych świec, pięknie oświetlając wnętrze i ukazując bałagan, który zrazu wymykał się rozumieniu. Długie półki zastawione były zakorkowanymi butelkami wypełnionymi proszkiem w różnych kolorach. Na półkach krótszych stały inne butelki, z grubszego szkła; te miały bardziej stanowcze, szklane zatyczki, co wskazywało, że zawarte w nich oleiste płyny – czarne, brązowe, przezroczyste – mogły być śmiercionośnej natury. Były tu pudła pełne włosów wyglądających jak – bo i czymże innym mogły być? – włosy ludzkie. Był stół na kozłach, na którym znajdowały się rozmaite miedziane kadzie i kilkaset małych narzędzi do modelowania, niektóre z ostrymi czubkami, inne zakrzywione, jedne tycie, nie większe od szpilki, kolejne wielkości tasaka rzeźnickiego. Pośrodku stołu, na desce, leżał blady, wysychający obiekt.

Początkowo nie potrafiłam poznać, co to właściwie takiego. Kawałek mięsa? Może pierś kurczaka? Nie, nie to, a jednak przedmiot ten wydawał się osobliwie znajomy, jak coś, z czym ma się do czynienia na co dzień. To był… nazwę miałam na końcu języka. I wtedy – otóż to! – przyszło olśnienie. To był język! Łudząco podobny do ludzkiego, leżący na stole na kozłach. Zaczęłam się więc zastanawiać: jeżeli to rzeczywiście język, to skąd się tu wziął i gdzie się podział ten, kto go utracił?

Oprócz języków w pomieszczeniu były też inne rzeczy. Najbardziej imponującą część pracowni, jak teraz zauważyłam, stanowiła zawartość palisandrowych gablot z wyraźnie oznakowanymi półkami ciągnącymi się, jedna nad drugą, prawie przez całą szerokość ściany. Na etykietach, starannie wykaligrafowanych atramentem koloru sepii, widniały niezliczone słowa: ossa, neurocranium, columnae vertebralis, articulatio sternoclavicularis, musculus temporalis, bulbus oculi, nervus vagus, organa genitalia. Blisko języka na stole był jeszcze jeden napis treści lingua.


Zaczynałam rozumieć: części ciała. Wypełnione nimi pomieszczenie. Ja, mała dziewczynka, miałam przed oczami wszystkie części ciała. Przedstawiano nas sobie: kawałki i kawałeczki ludzkiego ciała, to jest dziewczynka imieniem Marie. Dziewczynko imieniem Marie, oto ciało w kawałkach. Stałam za matką, wciąż uczepiona jej sukni, ale zerkałam zza niej na tę wystawę.

Przemówił Curtius:

– Układ moczowo-płciowy. Ze zwisającym pęcherzem. Kości – od udowej, najmocniejszej i największej ze wszystkich, do łzowej, najdrobniejszej i najdelikatniejszej w twarzy. – Toczył wzrokiem po zawartości pracowni. – Do tego wiele mięśni, wszystkie oznakowane. Dziesięć struktur głowy, od potyliczno-czołowej do skrzydłowej przyśrodkowej. Liczne wstęgi tętnic, od tarczowej górnej do szyjnej wspólnej. A także żyły: móżdżkowa, odpiszczelowa wewnętrzna, śledzionowa, żołądkowa, sercowa i płucna. Mam też narządy! Każdy z osobna spoczywający na wyściółce z czerwonego aksamitu, jak również ukazany wespół z sąsiadami na drewnianych tablicach. Imponujący, misterny labirynt kostnego błędnika ucha. Długie, zbite kłęby jelit, cienkich i grubych – jakże to rozwlekłe, jak kręte korytarze.

Matka rozglądała się z coraz bardziej niewyraźną miną. Curtius musiał dostrzec jej strwożenie, dodał bowiem w wielkim pośpiechu:

– To ja je zrobiłem. Ja. Ten błędnik kostny, ten woreczek żółciowy, te komory serca – to wszystko moja robota. To tylko modele, to znaczy repliki. Nie chciałem… nie jestem przyzwyczajony… serdecznie przepraszam. Co też musicie o mnie sądzić? Nie myślcie, że są… prawdziwe. Wyglądają jak prawdziwe, oczywiście. Mam rację? Musicie przyznać, że tak. Wiecie, że nie można temu zaprzeczyć. O tak, wydają się na wskroś autentyczne, ale nie są. Nie. Mimo że na takie wyglądają. Tak. Bowiem, widzicie, to ja je zrobiłem.

Odwróciłyśmy się do niego. Tak zaskoczył nas widok przedmiotów zebranych w tym pomieszczeniu, że do tej pory nie przyjrzałyśmy się najistotniejszemu obiektowi ze wszystkich, doktorowi Curtiusowi, w świetle. Teraz okazało się, że jest młodym człowiekiem, chyba młodszym od mej matki. Wcześ­niej, gdy widziałam jego długą, ciemną postać poruszającą się w mroku, uznałam go za starca, w tej chwili spostrzegłam jednakowoż, iż jest wysoki i chudy, nieśmiały i pełen zapału, młody i zdyszany z emocji. Sześć stóp, może więcej, smukłości górującej nad nami w kącie pracowni, wąskie, lekko rozszerzone nozdrza. Z jakże wielką dumą patrzył, jak oglądamy jego dzieła. Oddychając, wciągał policzki, ale w ogóle ich nie wydymał; nos ciągnął się w dół jego podłużnej twarzy niczym lina linoskoczka. Po bokach czoła biegły żyły – tu grubsze, tam cieńsze. Wreszcie olbrzymie, szczupłe dłonie tego dziwaka złączyły się przed jego wąską piersią. Myślałam, że będzie się modlił, miast tego jednak począł klaskać. Nie był to głośny dźwięk, lecz ożywione, ciche brawa małego, zadowolonego dziecka, któremu obiecano słodki smakołyk, radosny odgłos niepasujący do tego pomieszczenia. Pochylił tułów nad klaszczącymi dłońmi, jakby więził w nich bladą ptaszynę trzepoczącą skrzydłami na wysokości serca i pragnął dopilnować, by nie uciekła.


– Ja. Ja je wszystkie zrobiłem. Każdą bez wyjątku. Z wosku. Tymi rękami! I oprócz tego wiele innych. To, co tu widzicie, to tylko drobna część całości. Większość przechowywana jest w szpitalu, często tam zaglądam!

Kiedy doktor Curtius skończył zapoznawać nas ze swoją kolekcją, odwróciłam się do matki. Miała bladą jak ściana, pokrytą potem twarz. Nic nie powiedziała. Staliśmy we troje bez słowa, aż w końcu Curtius, chyba zawiedziony, wyraził zaciekawienie, czy po długiej podróży czujemy potrzebę, by się wyspać.

– W istocie, bardzo jesteśmy zmęczone, panie – rzekła.

– Dobrej nocy zatem.

– Och, proszę wybaczyć, panie – powiedziała matka. – To nasze papiery. Chyba winien mości pan je wziąć.

– Nie, nie, nie trzeba. Zatrzymajcie je.

Poszłam za matką, gdy zaniosła nasz kufer na górę, i zamknęłam drzwi izdebki. Słychać było, jak Curtius krząta się na dole. Matka długo siedziała w oknie. Zupełnie bez ruchu, aż się przestraszyłam, iż doznała nawrotu choroby. Ostatecznie zaprowadziłam ją do naszego łóżka. Nie zmrużyłyśmy oka tej pierwszej nocy w nowym miejscu. Matka tuliła mnie. Ja tuliłam Martę. Rano wciąż trzymałyśmy się w objęciach. Trzy małe, struchlałe kobietki.


Zanim zeszłyśmy na dół, matka rzekła do mnie:

– Od tej chwili jesteśmy służebnicami, ty i ja. Rozumiesz? Wszystko, co robimy, musi być mu miłe. Jeśli nas porzuci, będziemy zgubione. Dopóty, dopóki pracujemy dla doktora Curtiusa, przetrwamy. Dopilnuj, by był z ciebie pożytek, córuś kochana.

Kiedy chwyciłam się jej sukni, matka powiedziała cicho, ze smutkiem:

– Nie.

Wzięła klucze. Szorowałyśmy podłogi. Matka gotowała. Poszłyśmy na targ po żywność, ale miejsce to ją przerażało. Ulice roiły się od ludzi, nie to jednak było najgorsze: towary wystawione na sprzedaż – rozwieszone na hakach rozprute mięso, zwierzęta, jedne poćwiartowane, inne zachowane w całości i zwisające głowami w dół, ptaki o bezwładnych szyjach i zakrwawionych dziobach dyndające niby skazańcy – wszystko to, a także ślepia ryb, muchy i schlapane juchą mięsiste dłonie żywych ludzi przypominało matce raz za razem, co ujrzała w pracowni Curtiusa.