Pięcioro dzieci i coś

Tekst
Z serii: Piaskoludek #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– O, tak, tak – odparła nieładna pani. – Tylko że te pieniądze nie są teraz modne i dlatego nie możemy ich przyjąć.

– Na pewno myślą, żeśmy je ukradli – powiedziała Antea, wracając do czekającej na nią reszty rodzeństwa. – Gdybym miała na sobie rękawiczki, nie posądziłaby mnie o nieuczciwość. A wszystko to wydaje im się podejrzane przez to, że mam takie brudne ręce.

Weszli wobec tego do skromnego sklepiku, gdzie dziewczynki kupiły zwyczajne bawełniane rękawiczki najtańszego gatunku. Ale kiedy przyszło do płacenia i wyjęły dukata, kasjerka przyjrzała mu się przez okulary i powiedziała, że nie ma reszty. Więc Cyryl musiał zapłacić za rękawiczki z reszty pieniędzy, jakie miał na kupno królików. Tak samo było z tanią zieloną portmonetką z imitacji skóry krokodyla. Później wchodzili do wielu innych sklepów, takich gdzie sprzedają zabawki i perfumy, jedwabne chusteczki i książki, papier listowy w pudełku i różne widokówki. Ale w całym Rochester nikt jakoś nie mógł wydać reszty z dukata, chociaż chodzili od sklepu do sklepu. Dzieci były tylko coraz brudniejsze, włosy miały w coraz większym nieładzie, a Janka pośliznęła się i upadła akurat w tym miejscu, gdzie przed chwilą zatrzymał się wózek rozwożący wodę. Byli okropnie głodni, ale za swoje dukaty nie mogli dostać nic do jedzenia. Weszli do dwóch po kolei cukierni, lecz na próżno. Tylko jeszcze dotkliwiej odczuwali głód, może z powodu zapachu ciastek w cukierniach.

W końcu Cyryl zaproponował, żeby ułożyć plan kampanii. Po naradzie przystąpili do jego wykonania. Weszli do trzeciej z rzędu małej cukierenki i zanim właściciel, pan Beale, i jego pomocnicy zdążyli się zorientować, każde z dzieci chwyciło po trzy maślane bułeczki i gniotąc je w brudnych rękach, zaczęły pośpiesznie zajadać. Stały tak z bułeczkami w garści i ustami tak zapchanymi, że nie mogły wymówić ani słowa. Oburzony cukiernik wyskoczył zza lady.

– O! – odezwał się Cyryl, usiłując w miarę możliwości mówić wyraźnie i podtykając cukiernikowi przygotowanego zawczasu dukata – niech pan z tego odliczy, ile się należy.

Pan Beale chwycił monetę, spróbował zębami, a następnie wsadził do kieszeni.

– Zabierajcie się! – zawołał strasznym głosem.

– Ale nam należy się reszta! – powiedziała Antea, w której odezwała się wrodzona skłonność do oszczędzania.

– Reszta? – odparł cukiernik. – Ja wam dam resztę! Wynosić mi się! I cieszcie się, że nie wołam policji, żeby sprawdziła, skądeście to wzięli.

Nasi milionerzy dokończyli bułeczek w alejce miejskiego ogrodu, rozkoszując się ich miękkością i smakiem. Humory się poprawiły, ale i teraz najmężniejsze serca truchlały na samą myśl rozmowy z panem Billem Peasemarsh z oberży „Pod Głową Saracena” na temat konika i wózka. Chłopcy najchętniej wyrzekliby się tego pomysłu. Przeważył jednak upór Antei i wrodzony optymizm Janeczki, że wszystko zawsze musi się udać.

Tak więc cała czwórka umorusana jak nieboskie stworzenia ruszyła „Pod Głowę Saracena”. Wypróbowany już „Pod Szachownicą” sposób wtargnięcia od strony podwórka i tym razem się udał. Pan Peasemarsh był właśnie na dworze i Robert z miejsca rozpoczął pertraktacje.

– Słyszałem, że ma pan na sprzedaż różne koniki i wózki – zaczął. Postanowiono, że Robert będzie mówił w imieniu wszystkich, bo Cyryl odegrał już swoją rolę „Pod Błękitnym Dzikiem”, a dziewczynki nie wchodziły w rachubę, ponieważ w książkach zawsze tylko młodzi panowie kupują konie.

– Dobrze pan słyszał – odparł pan Peasemarsh, wysoki, chudy mężczyzna o bardzo niebieskich oczach i wąskich, zaciśniętych ustach.

– Właśnie chcielibyśmy kupić parę koni i wózek – rzekł uprzejmie Robert.

– Więc?

– Więc może by pan pokazał nam kilka par do wyboru?

– Co to za zawracanie głowy? – zdziwił się pan Peasemarsh. – A może was tutaj kto przysłał?

– Mówiłem już panu – rzekł Robert – że chcemy kupić parę koni i wózek, i ktoś nam powiedział, że najlepiej załatwić to z panem; bo pan jest uczciwy i grzeczny. Ale widzę, że się pomylił.

– A co to takiego? – zawołał pan Peasemarsh. – Czy mam całą stajnię wyprowadzić na pokaz dla jaśnie pana? A może posłać do biskupiego pałacu i dowiedzieć się, czy nie mają tam pary rasowych źrebców do odstąpienia?

– Proszę bardzo – rzekł Robert – jeśli to panu nie sprawi zbyt wiele kłopotu. Będziemy panu bardzo zobowiązani.

Pan Peasemarsh wetknął obie ręce w kieszenie spodni i wybuchnął śmiechem, który nie bardzo podobał się naszym przyjaciołom. Po czym zawołał: „Wilam!”.

W drzwiach stajni zjawił się kuśtykający parobek.

– Chodź, Wilam, i popatrz na tego jaśnie pana! Chce kupić całą stadninę, a w kieszeni na pewno nie ma i trzech groszy – mógłbym iść o zakład!

Oczy Wilama popatrzyły z pogardliwym zaciekawieniem w stronę, w którą wskazywał palec jego pana.

– Aha, widzę! – odmruknął.

Teraz jednak odezwał się Robert, choć obydwie dziewczynki ciągnęły go za kurtkę, błagając, „żeby sobie stąd pójść”. Robert odezwał się i było rzeczą widoczną, że jest bardzo rozgniewany.

– Nie jestem żadnym jaśnie panem – powiedział – i nigdy nie udawałem, że nim jestem. A co do trzech groszy – to co pan o tym powie?

I zanim inni zdążyli go powstrzymać, wyciągnął z kieszeni dwie garście błyszczących dukatów, podtykając je panu Peasemarsh, aby je sobie obejrzał. Tamten istotnie obejrzał. A nawet pochwycił jeden i spróbował zębami. Janeczka była już przekonana, że zaraz z jego ust padną słowa: „Najlepszy koń z mojej stajni jest na wasze usługi”. Ale reszta naszych przyjaciół wiedziała, że tak nie będzie. Jednak i dla najbardziej zniechęconych było to całkiem niespodziewanym ciosem, gdy pan Peasemarsh rzucił krótki rozkaz:

– Wilam, zamknij bramę! – a Wilam wyszczerzył zęby i poszedł zamykać bramę.

– Do widzenia! – rzekł Robert pośpiesznie. – Nie kupimy żadnego z pańskich koni, choćby pan nie wiem jak prosił. Mam nadzieję, że to będzie dla pana nauczka.

Robert wypatrzył furtkę otwartą w głębi podwórka i, mówiąc, kierował się w tamtą stronę. Ale pan Peasemarsh zagrodził mu drogę.

– Nie tak prędko, ty mały oszuście! – zawołał. – Wilam, idź po policję!

Wilam pokuśtykał za bramę. Dzieci stały na środku podwórka przytulone do siebie jak przestraszone owce, a pan Peasemarsh przemawiał do nich aż do nadejścia policji. Powiedział wiele rzeczy, a zaczął od stwierdzenia:

– Ładna z was banda łobuzów, żeby tak przychodzić do uczciwych ludzi i podtykać im Bóg wie skąd wzięte dukaty!

– To są nasze dukaty – odparł mężnie Cyryl.

– No tak, oczywiście, że jeszcze nie wiemy, skąd to wzięliście. Oczywiście, że nie wiemy! I jeszcze wciągać do tego małe dziewczynki! Słuchajcie – zwrócił się do chłopców – wypuszczę dziewczynki, jeżeli pójdziecie spokojnie na policję.

– Wcale nie chcemy, żeby nas pan wypuszczał! – zawołała bohatersko Janeczka. – Nie pójdziemy bez chłopców! To są nasze pieniądze tak samo jak ich, a z pana jest stary złośnik.

– A skąd je wzięliście? – spytał tamten, trochę mięknąc ku zdziwieniu chłopców, którzy spodziewali się czegoś wręcz odwrotnego, gdy Janeczka nazwała go starym złośnikiem.

Janeczka w milczeniu obrzuciła rodzeństwo pytającym spojrzeniem.

– Jakoś zapomniałaś języka w gębie, co? A wymyślać ludziom to potrafisz? No, gadaj! Skąd to macie?

– Z kamieniołomu – odparła prawdomówna Janka.

– Nowa bajeczka – rzekł pan Peasemarsh.

– Mówię panu, że tak – upierała się Janka. – W kamieniołomie jest duszek – taki z brązowym futerkiem, z uszkami jak nietoperz i oczkami jak u ślimaka. I on codziennie spełnia jedno nasze życzenie i wszystko zawsze się sprawdza.

– Stuknięta w głowę, co? – rzekł półgłosem mężczyzna. – To już zupełny wstyd – dodał, zwracając się do chłopców – żeby wciągać takie nieszczęśliwe dziecko do waszych paskudnych złodziejstw.

– Ona nie jest wariatką – rzekła Antea – to wszystko prawda: w kamieniołomie jest duszek. Następnym razem, jak go zobaczę, poproszę go o spełnienie jednego życzenia dla pana. Może zresztą tego nie zrobię, bo nieładnie jest mścić się. Ale niech pan uważa!

– Masz tobie! – zawołał pan Peasemarsh. – Druga to samo!

Ale w tej samej chwili wrócił Wilam, szczerząc pogardliwie zęby. Razem z nim przyszedł policjant, z którym pan Peasemarsh wdał się w długą rozmowę, prowadzoną chrapliwym szeptem.

– Masz pan chyba rację – rzekł wreszcie policjant. – W każdym razie zatrzymam ich pod zarzutem bezprawnego posiadania złota do czasu, aż wyjaśni się sprawa. A resztą już zajmie się sędzia. Na pewno pośle dziewczynki do zakładu, a chłopców do domu poprawczego. No, a teraz marsz ze mną, smarkacze! Tylko bez hałasu! Pan, panie Peasemarsh, zabierzesz ze sobą dziewczynki, a ja poprowadzę chłopców.

I czworo dzieci, oniemiałych z gniewu i przerażenia, poprowadzono ulicami Rochester.

Łzy wstydu i oburzenia tak je oślepiały, że gdy Robert wpadł nagle na kogoś z przechodniów, rozpoznał, kto to jest, dopiero wtedy, gdy usłyszał dobrze znany sobie głos:

– A to co takiego? Robert? A co wy tu wszyscy robicie?

A inny głos, równie dobrze znany, powiedział:

– Panteja! Cie do mojej Pantei!

Wpadli po prostu na Martę i Baranka.

Marta zachowała się nadzwyczajnie. Nie chciała uwierzyć ani jednemu słowu z tego, co mówili policjant i pan Peasemarsh, i nie wierzyła im nawet wtedy, gdy tamci zaprowadzili Roberta do bramy, kazali mu wywrócić kieszenie i pokazać dukaty.

– Nic absolutnie nie widzę – rzekła Marta. – Upadliście pewnie obydwaj na głowę! Nie widzę tu żadnych dukatów, tylko ręce tego biednego dzieciaka bardzo pokaleczone i brudne jak nieszczęście. No, no, coś podobnego!

Dzieci pomyślały, że to bardzo ładnie ze strony Marty, choć trochę złośliwie. Dopiero po chwili przypomniały sobie obietnicę duszka, że nikt z domowników nigdy nie zauważy spełnionych przez niego życzeń. Czyli że Marta nie mogła widzieć złota, a więc po prostu mówiła tylko prawdę i, rzecz jasna, nie było w tym nic szczególnie szlachetnego.

 

Zmierzch już zapadał, gdy przyszli do komisariatu. Policjant powtórzył swoją opowieść inspektorowi, który siedział w dużym, pustym pokoju. W jednym jego końcu znajdowało się coś w rodzaju klatki dla aresztantów. Robert zastanawiał się, czy tak wygląda cela więzienna.

– Proszę pokazać monety – rzekł inspektor do policjanta.

– Wywróćcie kieszenie – zwrócił się policjant do chłopców.

Cyryl gestem rozpaczy zanurzył ręce w kieszeniach, znieruchomiał na chwilę, a potem wybuchnął śmiechem – dziwnym śmiechem, który był bardziej podobny do płaczu. Kieszenie Cyryla były puste, tak jak kieszenie pozostałych dzieci. Nic dziwnego: o zachodzie słońca czarodziejskie złoto znikło, jak wszystkie dary Piaskoludka.

– Wywróć kieszenie i uspokój się – rzekł inspektor.

Cyryl wywrócił wszystkie dziewięć kieszeni zdobiących jego kurtkę. I wszystkie były puste.

– No tak! – powiedział inspektor.

– Nie mam pojęcia, jak oni to zrobili – rzekł policjant – sprytne łobuziaki! Kazałem im cały czas iść z przodu, żeby ich mieć na oku i żeby nie robić zbiegowiska i nie zakłócać ruchu.

– Ciekawe – rzekł, marszcząc brwi inspektor.

– No, dosyć tego! – powiedziała Marta. – Dosyć już tego znęcania się nad niewinnymi dziećmi. Muszę teraz wynająć jakiś powozik i odwieźć ich do domu. A z panem to jeszcze o tym pogadamy – zwróciła się do policjanta. – Mówiłam, że nie mają przy sobie żadnego złota, a pan wciąż mi wmawiał, że mają tam jakieś dukaty. Nie bardzo to wypada, żeby policjantowi już o takiej wczesnej porze migało się w oczach. No bo o tamtym to nawet nie ma co mówić: prowadzi „Głowę Saracena” i widać od rana kosztuje swoich wódek.

– Na miły Bóg, niech już ich pani zabierze – przerwał jej ze złością inspektor. A gdy wychodzili z komisariatu, powiedział: – No tak! – do policjanta i pana Peasemarsha. I powtórzył to ze dwadzieścia razy z taką samą złością, z jaką mówił do Marty.

Z Martą nie było żartów; po prostu nie znała się na nich. Zabrała dzieci do domu wynajętym powozem, bo już wóz pocztowy odjechał, i chociaż w policji tak szlachetnie stawała w ich obronie, teraz, kiedy już byli sami, tak im zmyła głowy za „wałęsanie się po Rochester bez opieki”, że żadne z dzieci nie ośmieliło się nawet słówkiem wspomnieć o staruszku, który czekał na nich za miastem z wózkiem i kucykiem. Tak więc po jednodniowym nieopisanym bogactwie wrócili jak niepyszni do domu i poszli w niełasce do łóżek. Jedynym ich nabytkiem były dwie pary bawełnianych, tanich rękawiczek, wybrudzonych w środku na skutek umorusanych rąk, oraz portmonetka z tandetnej imitacji skóry krokodyla i dwanaście maślanych bułeczek dawno już strawionych.

Najbardziej trapiła ich myśl, że dukat dany miłemu właścicielowi kucyka mógł zniknąć o zachodzie wraz z innymi. Toteż poszli nazajutrz na wieś, aby przeprosić staruszka, że nie wrócili z nim z Rochester, jak to było umówione, a także, by przekonać się o tamtym. Zostali przyjęci bardzo serdecznie. Dukat nie zniknął i staruszek wywiercił w nim otwór, aby nosić go jako brelok na łańcuszku od zegarka. Co zaś do dukata, którego zabrał cukiernik, dzieci nie poszły sprawdzić, czy zniknął. Nie było to może najbardziej uczciwe, ale z drugiej strony trudno im zbytnio się dziwić. Później jednak dręczyło to Anteę i wpadła na pomysł wysłania tuzina znaczków pocztowych do pana Beale, piekarza w Rochester. Do znaczków dołączyła kartkę z napisem: „Należność za maślane bułeczki”. Mam nadzieję, że ten dukat znikł, bo cukiernik w gruncie rzeczy nie był przyzwoitym człowiekiem. Nie mówiąc już o tym, że w porządnych sklepach sprzedają takie bułeczki taniej, niż to zrobił pan Beale.

Rozdział III Przedmiot poŻĄdania

Następnego ranka po dniu, kiedy dzieci były posiadaczami niezmiernych bogactw, a zarazem nie mogły za nie kupić nic pożytecznego ani przyjemnego oprócz dwóch par tanich rękawiczek, dwunastu maślanych bułeczek, tandetnej portmonetki i przejażdżki wózkiem – zbudziły się bez tego zapału i radości, jakie odczuwały poprzednio na myśl o Piaskoludku i jego obietnicy codziennego spełniania nowych życzeń. Oto spełniły się już dwa ich życzenia – urody i bogactwa – a żadne z nich właściwie nie dało im zadowolenia. A swoją drogą, przydarzanie się rzeczy dziwnych, nawet jeśli te rzeczy nie są całkowicie przyjemne, to zawsze zabawniejsze, niż kiedy nic się nie dzieje poza śniadaniem, obiadem i kolacją. Tym bardziej że i z jedzeniem bywa rozmaicie – na przykład, kiedy na obiad jest zimna baranina czy klops.

Przed śniadaniem nie było okazji, żeby porozmawiać, bo wszyscy jakoś zaspali. Trzeba nawet było mocno się pośpieszyć, żeby zdążyć się ubrać i nie spóźnić na śniadanie więcej niż o dziesięć minut. W czasie śniadania mówiono trochę o duszku, ale nie bardzo to się udawało. Bo nie jest rzeczą łatwą omawiać tak poważną sprawę, a jednocześnie uczciwie dopilnować, żeby Baranek zjadł swoje śniadanie. Zwłaszcza że tego ranka mały ani przez chwilę nie chciał usiedzieć spokojnie. Kręcił się na swoim wysokim krzesełku, pochylał głowę w dół, aż twarzyczka mu poczerwieniała, jakby się miał udusić, a potem chwycił nagle łyżkę stołową, uderzył nią Cyryla po głowie i rozbeczał się, kiedy mu tę łyżkę odebrano. Wpakował swą tłustą łapkę do kaszki z mlekiem, domagał się konfitur, które dostawał tylko na podwieczorek, śpiewał, a wreszcie położył nóżki na stole, mówiąc, że chce iść „na śpaciej”. Toteż rozmowa toczyła się w trochę dziwaczny sposób.

– Popatrz, co on wyprawia! Więc kiedy spotkamy Piaskoludka? Ojej! Mały wyleje mleko!

Mleko usunięto na bezpieczną odległość od Baranka.

– Więc kiedy spotkamy Piaskoludka – nie, Baranku, oddaj tę łyżkę Panterze.

– Dotychczas – spróbował powiedzieć coś Cyryl – z naszych życzeń... Odbierzcie mu musztardę!

– Zastanawiam się, czy nie lepiej tym razem poprosić... Uwaga!... No trudno, stało się!

Różowe łapki Baranka w mgnieniu oka chwyciły akwarium ze złotymi rybkami stojące na środku stołu. Struga wody i pływających w niej rybek chlusnęła na Baranka i na resztę całego towarzystwa.

Wszyscy poderwali się, co najmniej tak przerażeni jak złote rybki wylane na obrus; jeden tylko Baranek zachował spokój. Kiedy już wytarto kałużę na podłodze, a złote rybki miotające się z otwartymi pyszczkami pozbierano i wpuszczono z powrotem do wody, Marta zabrała Baranka, którego trzeba było całkowicie przebrać. Starsze rodzeństwo musiało też zmienić ubranie. Zwłaszcza fartuszki dziewczynek i kurtki chłopców były zupełnie przemoczone i trzeba je było rozwiesić, aby wyschły. Przy okazji wyszło też na jaw, że sukienka Janeczki po wczorajszych przygodach jest w kilku miejscach rozdarta, więc musi ją zacerować albo też cały dzień chodzić w swojej najlepszej niedzielnej haleczce. Haleczka była biała, mięciutka i szeleszcząca, obszyta koroneczką i bardzo, bardzo ładna. Co najmniej tak ładna, jak sukienka, a może i jeszcze ładniejsza. Ale mimo wszystko nie była to sukienka, jak powiedziała Marta, a zdanie Marty było w tych razach prawem. Marta nie pozwoliła Janeczce włożyć niedzielnej sukienki, a jednocześnie ani słyszeć nie chciała o propozycji Roberta, aby Janka chodziła w haleczce i udawała, że to jest sukienka.

– Nie wypada – orzekła Marta. A kiedy padnie słowo „nie wypada”, nie ma celu się spierać. Sami się o tym wkrótce przekonacie, a może zresztą już o tym wiecie.

Toteż Janeczka nie miała wyboru i musiała cerować sukienkę. Dziura zrobiła się wtedy, gdy Janeczka pośliznęła się i upadła na głównej ulicy w Rochester, w miejscu gdzie tuż przedtem stał wózek rozwożący wodę. Janeczka obtarła sobie kolano, a pończocha była nie tyle obtarta, ile po prostu dziurawa. Sukienkę zaś rozdarł ten sam kamień, który zainteresował się kolanem i pończochą.

Reszta naszych przyjaciół nie mogła oczywiście opuścić Janeczki w jej niedoli. Siedli więc wszyscy na trawniku wokół słonecznego zegara, a Janeczka cerowała zawzięcie, chcąc jak najprędzej z tym skończyć. Baranka nie było, gdyż Marta wciąż jeszcze go przebierała, można więc było rozmawiać.

Antea i Robert doszli skrycie do wniosku, że duszkowi nie można właściwie ufać. W pierwszej chwili napomknęli coś o tym nieśmiało, później jednak starali się to jakoś zagadać. Ale Cyryl powiedział:

– Mówcie wyraźnie, co macie do powiedzenia. Nie cierpię tych różnych „a może”, „nie wiem”, „ale” i innych takich wykrętnych sposobów.

– Sam jesteś wykrętny – odparł Robert mocno urażony. – Antea i ja nie musimy kręcić, bo nas złote rybki nie ochlapały tak jak was dwoje, więc zamiast suszyć garderobę, mieliśmy czas, żeby się nad wszystkim zastanowić, więc jeśli pytasz...

– O nic cię nie pytam – zawołała Janeczka, odgryzając nitkę, co było rzeczą surowo zakazaną.

– Mało mnie to obchodzi, czy ktoś pyta, czy nie – rzekł Robert. – W każdym razie myślimy razem z Anteą, że Piaskoludek to po prostu gałgan. Jeżeli może spełniać nasze życzenia, to z pewnością może spełniać i swoje własne. I mogę się założyć, że za każdym razem ma ochotę, żeby z naszych życzeń nic sensownego nie wyszło. Więc niech sobie siedzi bestia w swoim dołku, a my chodźmy do kamieniołomu i możemy tam sobie urządzić wspaniałą zabawę w fortecę.

(Tu chciałabym wam przypomnieć, że dom, gdzie nasza czwórka mieszkała w czasie wakacji, leżał w pół drogi między kamieniołomem i wapiennymi skałami).

Ale Cyryl i Janeczka nie tak łatwo dawali się zniechęcić – takie już mieli usposobienie.

– Wcale nie myślę, że duszek robi to naumyślnie – rzekł Cyryl. – I prawdę mówiąc, to nasze życzenie, żeby być strasznie bogatymi, było zupełnie głupie. Dużo pożyteczniejsze byłoby na przykład mieć pięćdziesiąt funtów w dwuszylingowych monetach. A już chcieć być pięknym jak dzień to był wyjątkowy idiotyzm. Nie chcę nikomu wymawiać, ale to był zupełny idiotyzm. Musimy się starać, żeby wymyślić jakieś naprawdę sensowne życzenie.

Janeczka odłożyła robotę na bok i rzekła:

– I ja tak myślę. To byłoby strasznie głupio mieć taką okazję i nie skorzystać z niej. Nie słyszałam jeszcze o nikim, kto miał taką okazję, chyba w książkach. Z pewnością można wymyślić całe mnóstwo życzeń, które nie wpakują nas w takie tarapaty jak wczoraj i przedwczoraj. Musimy tylko dobrze się zastanowić i wykombinować jakieś naprawdę ciekawe życzenie, żeby potem przez cały dzień mieć przyjemność.

Powiedziawszy to, Janeczka wzięła się znowu zawzięcie do cerowania, bo robiło się coraz później i trzeba było szybko powziąć jakąś decyzję. Teraz cała czwórka zaczęła mówić naraz, jedno przez drugie, i gdybyście tam byli, z pewnością nikt z was nie zrozumiałby ani słowa z tego gadania. Ale rodzeństwo było już tak przyzwyczajone do swojego sposobu mówienia całą czwórką, podobnie jak czwórkami maszerują żołnierze, że potrafiło jednocześnie mówić i słyszeć wszystko, co mówią pozostali. Z grubsza biorąc, każdy słuchał ćwierć uchem miłego dźwięku własnego głosu, a trzema czwartymi tego, co mówią inni. Biorąc pod uwagę, że każdy ma dwoje uszu, dla dokładniejszych obliczeń trzeba by mnożyć ułamki. Nie żądam od was, abyście mi powiedzieli, czy 3/4 x 2 = 11/2, ale wystarczy, jeśli mi uwierzycie, że każde z dzieci mogło użyczyć innym półtora ucha. Użyczanie uszu było rozpowszechnione już za czasów rzymskich, jak wiem z Szekspira, ale myślę, że nie warto się nad tym rozwodzić.

Mimo że sukienka została wreszcie zacerowana, wyprawę do kamieniołomu trzeba było nieco opóźnić, gdyż Marta uparła się, aby wszyscy umyli ręce. Było to bardzo niemądre i całkiem niepotrzebne, bo przecież z wyjątkiem Janeczki nikt nic nie robił, a trudno się zabrudzić, jeśli się nic nie robi. Jednakże, jak widać z zachowania Marty, nie jest to sprawa prosta, toteż nie podejmuję się wyjaśniać jej tutaj w książce. W prywatnym życiu wytłumaczyłabym to wam bardzo szybko albo wy mnie, co jest bardziej prawdopodobne.

Podczas rozmowy, w której użyczono sobie nawzajem sześciorga uszu (dzieci było czworo, więc łatwo to obliczyć), postanowiono, że najlepszym życzeniem będzie pięćdziesiąt funtów w monetach dwuszylingowych. I czwórka szczęśliwych dzieci, którym wystarczyło wypowiedzieć życzenie, aby otrzymać wszystko, co tylko zechcą pod słońcem, popędziła do kamieniołomu, aby zakomunikować duszkowi najnowsze swoje życzenie. Byli już przy furtce, gdy dopadła ich Marta, nalegając, aby koniecznie zabrali z sobą Baranka.

 

– Jak można nie chcieć takiego aniołka! Każdy chciałby go mieć przy sobie! Moje złote kaczątko! W dodatku obiecaliście przecież mamusi, że będziecie go codziennie zabierać na spacer – mówiła Marta.

– To prawda – odparł posępnie Robert. – Tylko żeby Baranek nie był taki smarkaty i taki mały, to byłoby zabawniejsze.

– Że smarkaty, to z tego prędko wyrośnie – powiedziała Marta – a że jest mały, to dla was tylko lepiej, bo i tak do dźwigania jest trochę przyciężki. Zresztą on może sam trochę chodzić, moje kaczątko złote, na swoich tłustych nóżkach. A na powietrzu to dla niego zdrowo! Ach, ty moje maleństwo! – Mówiąc to, cmoknęła głośno Baranka i wetknęła go w ramiona Antei, po czym zawróciła do domu. Przygotowany już miała cały stos fartuszków, które szyła na maszynie z niezrównaną szybkością.

Baranek wydawał radosne piski, wołał „na śpaciej Anteją”, pokrzykując wesoło, dosiadał grzbietu Roberta, próbował nakarmić Janeczkę kamykami i w ogóle taki był milutki, że nikt doprawdy nie mógł na niego narzekać.

Janeczka pełna, jak zwykle, entuzjazmu wystąpiła z projektem, aby w którymś tygodniu poświęcić wszystkie życzenia na zapewnienie przyszłości Baranka. W związku z tym zaczęła przypominać sobie, jakie to dary przynoszą w bajkach dobre wróżki nowo narodzonym książątkom. Ale Antea zwróciła jej rzeczowo uwagę, że spełniane przez duszka życzenia trwają tylko do zachodu słońca, więc w żaden sposób nie można za ich pomocą zapewnić przyszłości Baranka. Wobec tego Janeczka przyznała, że istotnie najlepszym życzeniem będzie pięćdziesiąt funtów w dwuszylingowych monetach, z tym jednak, żeby za trzy i pół funta kupić Barankowi konia na biegunach, takiego jaki był na wystawie jednego z wielkich sklepów londyńskich.

Uchwalono po drodze, że gdy tylko wypowiedzą życzenie i dostaną pieniądze, poproszą pana Crispina o zawiezienie ich jeszcze raz do Rochester, przy czym, jeśli się nie da inaczej, zabiorą ze sobą Martę. A przed wyjazdem przygotują sobie dokładną listę tych wszystkich rzeczy, jakie naprawdę chcą kupić.

Zadowolone z powziętych decyzji i pełne najlepszych nadziei dzieci weszły na drogę wiodącą wprost do kamieniołomu. Nagle, gdy znalazły się już między kopcami żwiru, przyszła im do głowy pewna myśl, która pokryłaby ich opalone policzki bladością, gdyby to były dzieci z książki. Ponieważ jednak były dziećmi żywymi, zatrzymały się tylko i popatrzyły na siebie z dość głupawym i zakłopotanym wyrazem twarzy. Bo teraz dopiero uprzytomniły sobie, jak to było wczoraj: po wypowiedzeniu życzenia o niezmierzonym bogactwie duszek, przygotowując się, by napełnić cały kamieniołom milionami złotych, błyszczących dukatów, kazał dzieciom jak najprędzej uciekać z kamieniołomu, gdyż inaczej mogłyby zostać zagrzebane pod tą górą skarbów. Dzieci rzeczywiście uciekły i nie zdążyły oznaczyć kamieniami tego miejsca, gdzie chował się duszek. Dlatego właśnie teraz tak im zrzedły miny.

– To nic nie szkodzi – powiedziała Janeczka, przekonana, jak zwykle, że wszystko się uda – zaraz go odnajdziemy.

Ale łatwo to było powiedzieć, natomiast trudniej wykonać. Szukali, szukali, znaleźli wreszcie swoje łopatki, ale nigdzie nie mogli znaleźć duszka Piaskoludka.

W końcu usiedli, aby chwilę wypocząć. O, wcale nie dlatego, aby byli zmęczeni czy zniechęceni! Nic podobnego! Po prostu Baranek uparł się, żeby go puścić na ziemię. A wiadomo, że to bardzo trudno szukać czegoś w piasku, jeśli jednocześnie trzeba uważać na wiercącego się bez przerwy brzdąca. Kiedy będziecie następnym razem nad morzem, poproście kogoś, aby rzucił w piasek wasz ulubiony scyzoryk, a potem spróbujcie go szukać, zabierając ze sobą małego braciszka, a na pewno przekonacie się, że mam całkowitą rację.

Baranek, jak to słusznie powiedziała Marta, czuł się znakomicie na świeżym powietrzu i podskakiwał jak konik polny. Starsze rodzeństwo marzyło o tym, aby raz jeszcze omówić życzenia, które wypowiedzą, kiedy (i jeżeli) odnajdą Piaskoludka. Ale Baranek chciał się tylko bawić.

Wypatrzył odpowiednią chwilę i sypnął Antei w twarz pełną garść piasku, a potem nagle zakopał własną głowę w piasek, wymachując w powietrzu tłustymi nóżkami. Piasek, oczywiście, dostał mu się do oczu, jak poprzednio do oczu Antei, i malec ryknął na cały głos.

Przewidujący Robert, licząc się z pragnieniem, które zawsze go nawiedzało, zabrał ze sobą sporą butelkę lemoniady. Teraz musiał na gwałt ją odkorkować, był to bowiem jedyny płyn, jaki się znalazł pod ręką, a trzeba było koniecznie przemyć oczy Baranka. Naturalnie od lemoniady oczy strasznie go piekły i dzieciak darł się, jakby go obdzierano ze skóry. Tak przy tym fikał nóżkami, że w końcu wywrócił butelkę i cała jej zawartość wylała się w piasek. Lemoniada przepadła i Robert musiał obejść się smakiem.

Zazwyczaj Robert był niesłychanie cierpliwy w stosunku do braciszka. Tym razem jednak nie mógł się już opanować.

– „Każdy chciałby go mieć!” – zawołał. – Akurat! Tylko że nikt nie chce! I sama Marta też nie chce, bo też go nie trzyma przy sobie. I nie ma się co dziwić, bo to nieznośny bachor. Chciałbym tylko, żeby choć raz tak było naprawdę, żeby każdy chciał go mieć! Mielibyśmy przynajmniej choć trochę spokoju.

Baranek przestał się wydzierać, bo Janeczce przypomniał się nagle jedyny gwarantowany sposób wydobywania tych najrozmaitszych rzeczy, które tak często małym dzieciom wpadają do oczu. Po prostu robi się to własnym wilgotnym językiem. I zabieg jest bardzo łatwy, jeśli ktoś kocha dziecko naprawdę tak, jak powinien.

Zapadła więc chwila milczenia. Robert wstydził się teraz swojego wybuchu złości, a inni także nie byli tym zachwyceni. Możecie nieraz zauważyć ten rodzaj milczenia, ilekroć ktoś powie coś, czego nie powinien był mówić. Nikt wtedy się nie odzywa i wszyscy czekają na objaw skruchy u winowajcy.

Nagle odgłos wypuszczonego oddechu przerwał milczenie. Wszystkie głowy odwróciły się jednocześnie, i to w jednym kierunku, jakby do każdego nosa był przywiązany sznurek, a ktoś pociągnął za wszystkie sznurki naraz.

Wszystkie dzieci spostrzegły teraz Piaskoludka. Siedział tuż koło nich z wyrazem twarzy, który u niego oznaczał uśmiech.

– Dzień dobry – powiedział – przyszło mi to z zupełną łatwością! Teraz już wszyscy będą się o niego rozbijać.

– Co z tego? – odparł, krzywiąc się Robert, zły na siebie samego i na wszystkich, wiedząc, że zachował się jak świnka. – Co z tego, że gdzieś tam ktoś będzie się o niego rozbijał, kiedy tutaj takich amatorów nie ma.

– Niewdzięczność – rzekł duszek – jest okropną wadą.

– Nie jesteśmy wcale niewdzięczni – wtrąciła się szybko Janeczka – ale my naprawdę nie chcieliśmy wypowiadać takiego życzenia. Robertowi tylko się tak wypsnęło. Czy mógłbyś zabrać to życzenie z powrotem i pozwolić nam wymienić je na inne?

– Nie – odparł krótko Piaskoludek – tego się nie da zrobić. Żadnych zwrotów i wymian. Powinniście zawsze dobrze się zastanowić, nim wypowiecie swoje życzenie. Był kiedyś mały chłopczyk, który poprosił o plezjozaura zamiast o ichtiozaura, bo nie chciało mu się zapamiętać nawet takich łatwych nazw. Więc jego ojciec strasznie się na niego pogniewał i kazał mu iść spać jeszcze przed podwieczorkiem. A na drugi dzień nie pozwolił mu pójść razem z innymi dziećmi, które pływały śliczną przedhistoryczną łódką, bo właśnie były doroczne międzyszkolne zawody. I ten chłopczyk przyszedł tu do mnie raniutko, tupał swoimi przedhistorycznymi nóżkami i powiedział, że chciałby umrzeć. No i naturalnie zaraz to się stało i był umarły.

– Ojej! To okropne! – zawołały dzieci.

– Oczywiście tylko do zachodu słońca – rzekł duszek Piaskoludek – ale i tego było całkiem dosyć dla jego rodziców. Ale też oberwał, kiedy ożył! Możecie mi wierzyć. Nie zamienił się w kamień – sam nie wiem dlaczego, ale musiał być jakiś powód. A swoją drogą, ci ludzie nie wiedzieli, że być umarłym to tyle, co zasnąć; potem każdy musi się gdzieś zbudzić – albo w tym miejscu, gdzie zasnął, albo w jakimś innym. Krótko mówiąc, tamten chłopczyk porządnie oberwał za swój figiel. Przez cały miesiąc nie wolno mu było zjeść ani kawałeczka megaterium, tylko ostrygi, ślimaki i inne zwyczajne rzeczy. Żadnych smakołyków!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?