Pięcioro dzieci i coś

Tekst
Z serii: Piaskoludek #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

Five Children and It

Przełożyła:

Irena Tuwim

Na okładce:

kadr w filmu Pięcioro dzieci i „coś” (Five Children and It),

reż. John Stephenson, 2004

© Diomedia Poland

Korekta:

Agata Wójcicka-Kołodziej

Lektura dla klasy IV

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66620-98-8

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2020

Wrocław 2020

Spis treści

Rozdział I Piękni jak dzień

Rozdział II ZŁote dukaty

Rozdział III Przedmiot poŻĄdania

Rozdział IV SkrzydŁa

Rozdział V Bez skrzydeŁ

Rozdział VI Zamek i niewidzialny obiad

Rozdział VII OblęŻenie i marsz do ŁóŻka

Rozdział VIII Większy niŻ chŁopiec od piekarza

Rozdział IX DorosŁy

Rozdział X Skalpy

Rozdział XI (i ostatni) Ostatnie Życzenie

Rozdział I Piękni jak dzień

Dom leżał o trzy mile od stacji. Ale nie upłynęło pięć minut, gdy dzieci zaczęły się wychylać przez zakurzone okienka wynajętej karety i rozglądać na wszystkie strony, pytając: „Czy to już?”. A za każdym razem, kiedy mijano jakieś domostwo, co nie zdarzało się zbyt często, dzieci wołały chórem: „Ach, czy to to?”. Ale to nie było to, póki nie zajechali na sam szczyt wzgórza, mijając skały wapienne i stary kamieniołom. Stamtąd dopiero zobaczyli biały domek w zielonym ogrodzie i przylegający do domu sad i mama powiedziała: „No, nareszcie!”.

– Jaki biały jest ten domek – powiedział Robert.

– I popatrzcie tylko na róże – powiedziała Antea.

– I na śliwki – dodała Janeczka.

– Bardzo przyzwoicie wygląda – przyznał Cyryl.

– Chcie na śpaciel – zawołał najmłodszy. I kareta zatrzymała się, wydając ostatnie skrzypienie kół po piasku.

Każdy chciał być jak najprędzej na ziemi. Zaczęło się więc wysiadanie połączone z deptaniem sobie po nogach i wielkim zamieszaniem. Nikomu jednak to nie przeszkadzało. Tylko mamie jakoś dziwnie się nie śpieszyło. I nawet kiedy już wyszła z karety, bardzo powoli i nie przeskakując stopnia, zajęła się najpierw wnoszeniem do domu walizek i płaceniem stangretowi, zamiast popędzić od razu dookoła ogrodu i sadu poprzez dzikie zarośla tarniny, głogu, ostów i wrzosów, ciągnące się tuż za złamaną furtką i wyschłą sadzawką przy domu. Dzieciom wszystko się podobało, choć w gruncie rzeczy dom wcale nie był piękny. Był to sobie bardzo zwyczajny domek i mama była zdania, że jest nawet dość niewygodny, zwłaszcza że nie było w nim ani porządnych półek, ani choćby jednej solidnej szafy. Ojciec mówił, że i dach, i obmurowanie przeraziłyby każdego budowniczego, który by na to spojrzał.

Ale domek znajdował się na prawdziwej wsi, nie miał nawet sąsiedztwa, a że dzieci już od dwóch lat nie wyjeżdżały z Londynu, choćby na jednodniową wycieczkę nad morze, więc Biały Dworek wydawał się im jakimś Zaczarowanym Pałacem zbudowanym pośrodku Ziemskiego Raju. Bo Londyn jest niczym więzienie dla dzieci, zwłaszcza tych, które nie mają bogatych krewnych mieszkających w domku z ogródkiem.

Oczywiście, są tam i teatry, i sklepy, i mnóstwo innych rzeczy. Ale jeśli rodzice nie mają pieniędzy, to nie można pójść ani do teatru, ani kupować sobie żadnych różności po sklepach. A w Londynie nie ma nic z tych wszystkich miłych rzeczy, którymi można się bawić bez szkody dla nich i dla siebie – to znaczy takich rzeczy, jak drzewa i piasek, zagajniki, rzeczułki i stawy. I wszystko w Londynie ma wygląd nieprzyjemny – proste linie i proste ulice zamiast tego, żeby wszystko było niezwykłe i urozmaicone, jak to się dzieje na wsi. Każde drzewo, jak wiecie, jest inne i z pewnością musieliście już słyszeć, że trudno znaleźć dwa jednakowe źdźbła trawy. A na ulicach, gdzie trawa nie rośnie, wszystko jest podobne do siebie. Dlatego właśnie w miastach jest tyle dzieci tak strasznie niegrzecznych. Żadne z nich nie wie, czego im właściwie brakuje. A ich rodzice, wujkowie i ciotki, krewni, wychowawcy i nauczyciele także nie wiedzą. Ale ja wiem. I wy wiecie. Dzieci na wsi też są czasami niegrzeczne, ale to zupełnie z innych powodów.

Zanim udało się schwycić całą piątkę i skłonić ją do umycia się przed podwieczorkiem, dzieci zbadały dokładnie ogród i sad, i wszystko naokoło i wiedziały już z całą pewnością, że w Białym Domku będzie im bardzo dobrze. Pomyślały to sobie już od pierwszej chwili. Ale gdy zobaczyły, że z tyłu za domem rośnie mnóstwo jaśminu, pokrytego całą masą białych kwiatów pachnących jak flakon najdroższych perfum, które się dostaje na urodziny, kiedy obejrzały trawnik zielony i gładki, zupełnie inny niż pożółkła trawa w ogródkach londyńskich, kiedy się przekonały, że za domem jest stajnia ze stryszkiem, gdzie było jeszcze trochę zeszłorocznego siana – były już prawie pewne, że niczego im nie zabraknie do szczęścia. A kiedy Robert znalazł połamaną huśtawkę i zleciał z niej, i nabił sobie na czole guza wielkości jajka, a Cyryl przygniótł palec w drzwiczkach jakiegoś kojca, który był jakby stworzony dla królików – rozwiały się resztki wszelkich wątpliwości, że będzie tu świetnie.

Najlepsze zaś było to, że nigdzie nie widniały żadne napisy, że tego nie wolno czy tamtędy nie wolno. W Londynie na wszystkim prawie napisane jest: „Nie dotykać”. A choć napisu zwykle nie widać, niewiele to pomaga, bo wiadomo, że jest – a jeśli się tego nie wie, to nam to bardzo prędko i do słuchu powiedzą.

Biały Domek znajdował się na szczycie wzgórza; z tyłu był lasek, z jednej strony – stary kamieniołom, a z drugiej – złoża wapienne. U stóp wzgórza ciągnęła się równina, na której widać było dziwaczne białe budynki, gdzie wypalano wapno, duży, czerwony browar i rozmaite domki. Kiedy wysokie kominy dymiły o zachodzie słońca, dolina wyglądała jakby otulona złocistą mgiełką. Suszarnie chmielu i wapniarnie iskrzyły się wtedy i błyszczały tak mocno, że wszystko to razem wyglądało jak zaczarowane miasto z „Tysiąca i Jednej Nocy”.

Zaczęłam wam opisywać to miejsce i myślę, że potrafiłabym długo tak opowiadać i stworzyć z tego bardzo ciekawą opowieść o bardzo zwyczajnych rzeczach, jakie tam się z dziećmi działy – takich rzeczach, jakie dzieją się z wami wszystkimi – i uwierzylibyście na słowo wszystkiemu, co mówię. A kiedy bym napisała, że dzieci były nieznośne, tak jak wy czasem, różne wasze ciocie mogłyby napisać ołówkiem na marginesie: „Jakie to prawdziwe!” albo „Zupełnie jak w życiu!”. A wy byście to zobaczyli i z pewnością byłoby wam przykro. Więc zamiast tego opowiem wam tylko o naprawdę niezwykłych rzeczach, jakie się zdarzyły, a wy będziecie mogli spokojnie zostawiać książkę, bo żadna ciocia i żaden wujek nie napisze chyba na marginesie: „Jakie to prawdziwe!”.

Dorośli bardzo rzadko wierzą w rzeczy naprawdę niezwykłe, chyba że im się przedstawi to, co nazywają dowodem. Ale dzieci wierzą prawie wszystkiemu i dorośli dobrze o tym wiedzą. Dlatego też mówią wam, że ziemia jest okrągła jak pomarańcza, choć każdy widzi, że jest płaska jak naleśnik. I mówią, że ziemia obraca się dookoła słońca, kiedy każdy może przekonać się co dzień, że słońce wstaje rankiem, a wieczorem kładzie się spać, jak przystało na grzeczne słońce. A ziemia także wie, jak ma się zachować, i leży spokojnie i cichutko jak myszka. Mimo to wiem z całą pewnością, że wierzycie we wszystkie te opowieści o ziemi i słońcu. Ale w takim razie na pewno się nie zdziwicie, jeśli wam powiem, że zanim Antea, Cyryl i cała reszta dzieciarni spędziła tydzień na wsi, znalazła tam duszka Piaskoludka. Tak przynajmniej dzieci go nazwały, bo sam kazał tak siebie nazywać. A przecież musiał chyba najlepiej wiedzieć, choć wcale nie był podobny do tych różnych duszków, które albo widzieliście, albo mogliście o nich słyszeć lub czytać.

Zdarzyło się to w kamieniołomie. Ojciec musiał nagle wyjechać w jakichś sprawach, a mama pojechała w odwiedziny do babci, która niezbyt dobrze się czuła. Oboje bardzo się śpieszyli, wyjeżdżając, a gdy wyjechali, nagle zrobiło się w domu okropnie pusto i cicho. Dzieci chodziły z pokoju do pokoju, patrzyły na kawałki papieru i sznurków porozrzucanych na podłodze przy pakowaniu i jeszcze nieuprzątniętych, ale nie mogły znaleźć sobie żadnego zajęcia. Wreszcie Cyryl powiedział:

– Wiecie co? Weźmy łopatki i chodźmy kopać w kamieniołomie. Możemy udawać, że jesteśmy nad morzem.

– Tatuś powiedział – rzekła Antea – że kiedyś było tu morze i że w kamieniołomie są muszle, które mają wiele tysięcy lat.

Więc poszli. Oczywiście byli już przedtem na krawędzi kamieniołomu i zaglądali do środka. Ale jak dotąd, nie schodzili na dół, gdyż bali się, że ojciec zabroni im tam się bawić. Z tego samego powodu nie schodzili do wapienników. A w kamieniołomie nic właściwie nie grozi, jeżeli się nie próbuje zsuwać po pochyłości ścian, a tylko pójdzie się bezpieczną drogą okólną, którą przejechać może nawet i wózek.

 

Każde z dzieci wzięło swoją łopatkę i każde po kolei niosło Baranka. Tak nazywały bowiem najmłodszego braciszka – dlatego, że kiedy pierwszy raz się odezwał, powiedział: „Mee!”; Anteę zaś nazywały „Panterą”, co w pierwszej chwili wydać się może bez sensu. Ale jak spróbujecie wymówić to kilka razy, przekonacie się, że to brzmi troszkę podobnie do jej imienia.

Kamieniołom wyglądał jak ogromna i szeroka jama. Brzegi miał porosłe trawą i jakimiś suchymi, polnymi kwiatkami czerwonego i żółtego koloru. Z daleka jama robiła wrażenie miednicy dla olbrzyma. W środku tej miednicy sterczały kopce żwiru, a po bokach znajdowały się otwory, którymi żwir wybierano. Jeszcze wyżej strome zbocza ścian poprzebijane były mnóstwem małych otworków: były to drzwiczki frontowe maleńkich domków maleńkich skalnych jaskółek.

Dzieci wybudowały oczywiście zamek. Ale budowanie zamku nie jest właściwie zabawne, jeżeli z góry wiadomo, że przypływ morza nie napędzi fali, nie zapełni fosy ani nie zmyje mostu zwodzonego, ani wreszcie, co jest najprzyjemniejsze, nie zamoczy wszystkich co najmniej po pas.

Cyryl chciał wykopać jaskinię, żeby można się było bawić w przemytników. Ale reszta dzieci bała się, że w tej jaskini mogą zostać zakopane żywcem. W końcu więc zabrali się wszyscy razem do kopania tunelu prowadzącego od zamku aż do Australii. Bo trzeba wam wiedzieć, że te dzieci wierzyły, że świat jest okrągły i że z jego drugiej strony mali australijscy chłopcy i dziewczynki chodzą naprawdę do góry nogami jak muchy po suficie i głowy im wiszą w powietrzu.

Dzieci zaczęły kopać i kopały, kopały, aż ręce ich były gorące i czerwone, i całkowicie pokryte piaskiem, a twarze mokre i błyszczące. Baranek skosztował piasku, ale kiedy przekonał się, że nie jest to, jak myślał, cukier ślazowy, zaczął strasznie płakać, aż w końcu się zmęczył i teraz spał spokojnie jak suseł pośrodku niedokończonego zamku. Pozwoliło to jego braciszkom i siostrzyczkom wziąć się na dobre do pracy. Toteż tunel, którego drugi wylot miał być w Australii, wkrótce stał się tak głęboki, że Janeczka, nazywana w domu także „Kizią”, zaczęła prosić, żeby dali spokój.

– Przypuśćmy, że dno tunelu nagle by wypadło – powiedziała – to fiknęlibyśmy kozła na drugą stronę między małych Australijczyków, a piasek zasypałby im wszystkim oczy.

– To prawda – przyznał Robert – a wtedy znienawidziliby nas i zaczęliby w nas rzucać kamieniami, i nie chcieliby nam pokazać ani kangurów, ani oposów, ani rajskich ptaków, ani ptaków emu i w ogóle nic.

Cyryl i Antea wiedzieli, że Australia nie jest znowu tak bardzo blisko, ale zgodzili się nie używać łopatek, a tylko wygarniać piasek rękami. Było to bardzo łatwe, bo piasek na dnie tunelu był drobny, miękki i suchy, zupełnie jak piasek morski. I były w nim nawet małe muszelki.

– Na pewno musiało tu kiedyś być prawdziwe morze – odezwała się Janeczka – takie mokre, błyszczące morze pełne ryb, węgorzy, korali i syren...

– I okrętów, i zatopionych skarbów hiszpańskich – rzekł Cyryl. – Chciałbym bardzo znaleźć złotego dukata czy coś w tym rodzaju.

– A w jaki sposób morze stąd odeszło? – spytał Robert.

– Nikt go nie wyniósł wiaderkiem, głuptasie – powiedział starszy brat. – Ojciec mówi, że ziemi pod spodem zrobiło się za gorąco, jak się robi czasami każdemu z nas w łóżku, więc wyciągnęła ręce, a morze musiało się zsunąć, zupełnie jak kołdra, i ręce zostały na wierzchu, i wyschły na suchy ląd. Przestańcie kopać i poszukajmy teraz muszelek. O, w tej jamce musi być ich dużo! Widzę nawet, że coś tam sterczy, jakby ułamany kawałek kotwicy. Ach, jak w tym australijskim tunelu jest gorąco!

Reszta dzieci poparła ten pomysł, jedna tylko Antea kopała dalej. Zawsze lubiła skończyć to, co zaczęła. I teraz także myślała, że to byłby po prostu wstyd porzucić tunel, nie dokopawszy się aż do samej Australii.

Jamka przyniosła rozczarowanie, bo nie było w niej wcale muszelek, a kawałek kotwicy okazał się po prostu ułamaną rękojeścią kilofa. Wyprawa badawcza powróciła więc z niczym. Dzieci doszły do wniosku, że piasek tutaj wywołuje większe pragnienie niż piasek nad morzem, i ktoś zaproponował, żeby wracać do domu po lemoniadę. Wtem Antea zaczęła głośno nawoływać resztę rodzeństwa:

– Cyryl! Chodź tutaj! Chodźcie tu wszyscy, ale prędko! To żyje! Żyje i ucieknie! Chodźcie prędko!

Wszyscy popędzili w jej stronę.

– To na pewno szczur – rzekł Robert – i wcale się nie dziwię. Ojciec mówi, że szczury gnieżdżą się w opuszczonych miejscach. A to miejsce musi być bardzo opuszczone, jeżeli morze odeszło stąd już tysiące lat temu.

– A może to wąż?... – szepnęła Janeczka z drżeniem w głosie.

– Zobaczymy – rzekł Cyryl, wskakując do tunelu. – Ja się nie boję wężów. Mogę nawet powiedzieć, że je lubię. Jeżeli to wąż, to go oswoję i on będzie za mną chodził, gdzie tylko pójdę, a w nocy będzie spał owinięty dokoła mojej szyi.

– Nie, nie będzie spał z tobą! – zawołał Robert stanowczo; miał wspólny pokój z Cyrylem. – Chyba że to szczur, a wtedy go sobie możesz trzymać w łóżku.

– Ach, nie plećcie głupstw! – powiedziała Antea. – To wcale nie szczur, bo jest dużo większy. I wcale nie wąż, bo ma nóżki. Sama widziałam. I ma także futerko! Nie, nie – nie łopatką! Możesz go skaleczyć! Spróbuj go wyciągnąć rękami.

– Tak, żeby mnie pogryzł! Tego jeszcze brakuje! – rzekł Cyryl, chwytając łopatkę.

– Nie, nie! – wołała Antea. – Wiewiórciu, daj spokój. Może mi nie uwierzysz, ale to coś się odezwało. Naprawdę się odezwało!

– A co powiedziało?

– Powiedziało: „Dajcie mi spokój!”.

Ale Cyryl stuknął się tylko w czoło, patrząc wymownie na siostrę, i razem z Robertem kopali łopatkami, gdy tymczasem Antea siedziała na skraju tunelu, podskakując z przejęcia i niepokoju. Chłopcy kopali uważnie i teraz wszyscy już widzieli, że na dnie australijskiego tunelu coś rzeczywiście się rusza.

Nagle Antea krzyknęła:

– Ja też się nie boję! Dajcie mi kopać! – Po czym uklękła i zaczęła wygarniać piasek, jak to robią psy, kiedy nagle sobie przypomną, gdzie zakopana jest kość.

– Ach, czuję już sierść! – zawołała, na wpół śmiejąc się, a na wpół płacząc z wielkiego wzruszenia. – Dotknęłam jego sierści! – powtórzyła, wygarniając piasek, gdy nagle w tunelu odezwał się ostry, choć zachrypnięty głosik. Wszyscy odskoczyli na bok, a serca podeszły im aż pod same gardła.

– Dajcie mi spokój! – powiedziało „coś”. Teraz już wszyscy usłyszeli głosik i popatrywali w zdumieniu na siebie.

– Ale my chcemy ciebie zobaczyć – mężnie odpowiedział Robert.

– Bardzo bym sobie życzyła, żebyś nam się pokazał – rzekła Antea, także nabierając odwagi.

– A – odezwał się głosik – jeżeli takie jest twoje życzenie – po czym piasek zaczął się ruszać i rozsypywać na bok, a z tunelu wyłoniło się „coś” – brązowe, włochate, okrągłe. Otrzepało z siebie piasek i usiadło, ziewając i trąc rękoma kąciki oczu.

– Musiałem chyba zasnąć – powiedziało, przeciągając się jak kot.

Dzieci kołem otoczyły tunel, patrząc na znalezione przez siebie dziwaczne stworzenie. A warto było je widzieć. Oczka miało osadzone na długich różkach, jak oczka ślimaka, i mogło je wysuwać i wciągać zupełnie jak lunety; uszka miało podobne do uszu nietoperza, a pękaty tułów był w kształcie pająka, tylko pokryty gęstym a miękkim futerkiem; nóżki i rączki miało też „futerkowe”, a dłonie i stopy całkiem jak u małpy.

– Co to za stwór? – zapytała Janka. – Czy mamy go zabrać do domu?

„Coś” wycelowało na nią swoje lunetowe oczka i powiedziało:

– Czy ona zawsze mówi takie bzdury, czy tylko wtedy, jak ma to paskudztwo na głowie? – Stworek popatrzył z pogardą na kapelusz Janeczki.

– Ona wcale nie chciała mówić bzdur – rzekła uprzejmie Antea – nikt z nas nie chce, choć może ci się tak wydaje! Tylko nie bój się, na pewno nie zrobimy ci krzywdy.

– Krzywdy? Mnie? Ja miałbym się bać? – dziwił się stworek. – Słowo daję, mówisz zupełnie, jakbym ja był nikim!

Całą sierść miał nastroszoną jak kot, kiedy ma walczyć z psem.

– No, widzisz – rzekła jeszcze grzeczniej Antea – może, jakbyś powiedział nam, kim jesteś, potrafilibyśmy mówić do ciebie tak, żebyś się nie pogniewał. Bo dotąd wszystko, cośmy mówili, zaraz cię złościło. Więc kto ty jesteś? Tylko się znów nie gniewaj! Bo my naprawdę nie wiemy.

– Nie wiecie? – zdziwił się stworek. – To dopiero! Wiedziałem, że świat się zmienił, ale żeby aż tak? Czy wy rzeczywiście nie potraficie rozpoznać Psammetycha, kiedy go spotkacie?

– Sametyk? To coś jakby po grecku.

– Nie jakby, ale całkiem po grecku – rozgniewał się stworek. – A w zwyczajnym języku to znaczy duszek Piaskoludek. Czyżby nikt z was nie wiedział, jak duszek Piaskoludek wygląda?

Zdawał się tak obrażony, że Janeczka odparła z pośpiechem:

– Ależ naturalnie, teraz już wiem. To bardzo łatwo wiedzieć, kiedy się patrzy na ciebie.

– Patrzycie na mnie już od bardzo dawna – rzekł z niezadowoleniem stworek i zaczął z powrotem zakopywać się w piasek.

– Ach, zostań, zostań! Powiedz nam coś jeszcze! – zawołał Robert. – Nie wiedziałem, że jesteś piaskowym duszkiem, ale jak tylko cię zobaczyłem, wiedziałem od razu, że jesteś najdziwniejszym stworzeniem, jakie w życiu spotkałem.

Po tych słowach duszek Piaskoludek wydawał się jakby trochę mniej obrażony.

– Owszem, owszem, mogę wam coś powiedzieć – rzekł – jeżeli będziecie zachowywać się przyzwoicie. Ale nie mam zamiaru prowadzić z wami jakichś grzecznościowych rozmówek. Jeżeli chcecie spytać mnie o coś, a zrobicie to w sposób uprzejmy, to może wam odpowiem, a może i nie. Więc proszę, zaczynajcie.

Oczywiście nikomu nie przychodziło do głowy żadne sensowne pytanie. Wreszcie odezwał się Robert:

– Jak długo już tutaj mieszkasz?

– Ach, od niepamiętnych czasów. Wiele tysięcy lat – odparł duszek.

– Opowiedz nam o tym. Bardzo cię prosimy.

– Wszystko to jest w książkach.

– Ale w książkach nie ma o tobie! – zawołała Janeczka. – Opowiedz nam o sobie, i to jak najwięcej! Nic przecież o tobie nie wiemy, choć jesteś taki miły i nadzwyczajny.

Duszek uśmiechnął się, gładząc swoje długie, szczurowate wąsiki.

– Opowiedz, opowiedz! – wołały dzieci chórem.

Aż dziw bierze, jak prędko można się przyzwyczaić nawet do najbardziej nieprawdopodobnych rzeczy. Jeszcze pięć minut temu dzieci nie miały pojęcia, że na świecie istnieje coś takiego jak duszek Piaskoludek. Nie wiedziały o nim ani trochę więcej niż wy. A teraz rozmawiały z nim, jak gdyby znały go całe życie.

Duszek wsunął swoje lunetowe oczka i powiedział:

– Jak mocno słońce świeci, zupełnie jak za dawnych czasów. A skąd teraz bierzecie swoje porcje megaterium?

– Porcje czego? – spytały wszystkie dzieci naraz. Nie bardzo to grzecznie mówić „czego”, ale trudno zawsze pamiętać o grzeczności, zwłaszcza w chwili wielkiego zaciekawienia czy zdziwienia.

– A czy jest teraz dosyć pterodaktyli? – ciągnął duszek.

Dzieci nie umiały na to nic odpowiedzieć.

– Więc co ostatecznie jecie na śniadanie?! – zawołał zniecierpliwiony duszek. – I kto wam to daje?

– Dostajemy płatki owsiane i jajecznicę na boczku, i chleb, i mleko, i różne inne rzeczy. Śniadanie daje nam zawsze mamusia. A co to są pterodaki i mega-coś-tam, o których mówiłeś? I kto to je na śniadanie?

– Jak to? Za moich czasów każdy jadł na śniadanie pterodaktyla. Pterodaktyle były trochę podobne do ptaków, a trochę do krokodyli i zdaje mi się, najsmaczniejsze były przysmażane. Bo trzeba wam wiedzieć, że za tamtych czasów pełno było piaskowych duszków; więc każdego ranka każdy wybiegał jak najwcześniej z domu, łapał duszka, a jak tylko go złapał, to zaraz duszek spełniał jedno jego życzenie. Ludzie wczesnym rankiem posyłali dzieci nad morze, jeszcze przed śniadaniem, żeby duszki spełniły życzenia na ten dzień. I zwykle najstarszemu z dzieci kazano życzyć sobie megaterium gotowego już do usmażenia. Megaterium było duże jak słoń, więc było na nim całe mnóstwo mięsa. A jak ktoś chciał mieć rybę, to prosił o ichtiozaura, który miał dwadzieścia, a czasem i czterdzieści stóp długości, więc rozumiecie, że było co jeść. A za drób służyły plezjozaury, z których też można było wykroić smaczne kąski. A inne dzieci wyrażały inne życzenia. Ale kiedy w domu miało być przyjęcie, to prawie zawsze proszono o megaterium albo o ichtiozaura, którego płetwy uważano za wielki specjał, a z ogona robiono zupę.

 

– W takim razie musiały zostawać całe fury zimnego mięsa na zapas – rzekła Antea, która miała zamiar zostać pierwszorzędną gospodynią, jak tylko dorośnie.

– O, nie – rzekł duszek – nic podobnego. O zachodzie słońca wszystko, co zostawało, zmieniało się w kamień. Podobno jeszcze i teraz można tu w okolicy znaleźć skamieniałe kości megaterium i innych stworzeń. Tak przynajmniej słyszałem.

– A od kogo słyszałeś? – spytał Cyryl.

Ale duszek skrzywił się i zaczął grzebać w piasku, przebierając z ogromną szybkością swymi włochatymi rączkami.

– Ach, zostań – wykrzyknęły dzieci – i opowiedz nam jeszcze coś o tych czasach, kiedy na śniadanie jedzono megaterium! Czy świat wtedy wyglądał jak teraz?

Duszek przestał kopać.

– Ani trochę – odparł. – Tam gdzie mieszkałem, był tylko piasek, węgiel rósł na drzewach, a ślimaki były tak wielkie jak taca. Można je znaleźć i teraz, ale już skamieniałe. My, piaskowe duszki, mieszkaliśmy nad brzegiem morza, a dzieci przychodziły, niosąc łopatki z krzemienia i wiaderka z krzemienia, i budowały zamki, żebyśmy mieli gdzie mieszkać. Tak było tysiące lat temu, ale słyszałem, że dzieci i teraz budują zamki z piasku. Bo bardzo jest trudno wyzbyć się swoich przyzwyczajeń.

– A dlaczego przestaliście mieszkać w tych zamkach? – spytał Robert.

– To bardzo smutna historia – odparł posępnie Piaskoludek. – Przestaliśmy dlatego, że dzieci budowały fosy przy zamkach i wstrętna woda morska napływała do fos. A Piaskoludki, jak tylko się zamoczą, od razu się przeziębiają i zwykle umierają od tego. Więc było coraz mniej i mniej duszków. I kiedy dzieci spotykały któregoś, to zawsze życzyły sobie megaterium i wszyscy strasznie najadali się na zapas, bo mogły całe tygodnie upłynąć, zanim nadarzyła się okazja, żeby wypowiedzieć nowe życzenie.

– A czy ty zamoczyłeś się także? – zapytał Robert.

Piaskoludka przeszedł dreszcz.

– Tylko raz – odrzekł – zamoczyłem sobie koniuszek dwunastego włoska w moim lewym wąsiku – jeszcze teraz czuję to miejsce, kiedy jest wilgoć w powietrzu. Tylko raz mi się to przydarzyło, ale dla mnie i tego razu było aż nadto. I jak tylko słońce wysuszyło mój biedny wąsik, poszedłem na drugi koniec plaży i tam głęboko w ciepłym i suchym piasku wykopałem sobie domek, w którym stale odtąd mieszkałem. A później morze stąd odeszło, ale więcej wam nic nie opowiem, bo mam już dosyć.

– Tylko jedno – zawołały dzieci – odpowiedz nam na jedno tylko pytanie: czy i teraz możesz jeszcze spełniać życzenia?

– Oczywiście – rzekł Piaskoludek – czyż nie spełniłem waszego życzenia dopiero przed chwilą? Ktoś z was powiedział: „Życzę sobie, żebyś się nam pokazał”, no i pokazałem się.

– Ach, Piaskoludku, czy możemy wypowiedzieć jeszcze jedno życzenie?

– Dobrze, ale prędko. Mam już was dosyć.

Z pewnością prawie każdy z was nieraz się zastanawiał, co by zrobił, mogąc wypowiedzieć trzy życzenia, które miałyby się spełnić. I nieraz musieliście myśleć z pogardą o staruszku i jego żonie z bajki o kiełbasie1, uważając, że gdyby wam taka okazja się nadarzyła, to bez wahania potrafilibyście wymyślić trzy naprawdę pożyteczne życzenia. W każdym razie dzieci z naszego opowiadania często mówiły o tym między sobą. Ale teraz, kiedy okazja nadarzyła się istotnie, na nic nie umiały się zdecydować.

– Prędzej – naglił duszek już rozgniewany. Ale nikomu z dzieci nic nie przychodziło do głowy. Jednej tylko Antei przypomniało się jej własne i Janeczki życzenie, o którym nigdy nawet nie wspomniały chłopcom, wiedząc, że takie rzeczy ich nie obchodzą. Antea była przekonana, że i teraz życzenie chłopcom się nie spodoba, ale i takie było lepsze niż żadne.

– Chciałabym – wypowiedziała w wielkim pośpiechu – żebyśmy byli wszyscy piękni jak dzień.

Dzieci spojrzały po sobie, ale nie widać było, żeby którekolwiek z nich stało się nagle choć trochę ładniejsze niż przedtem. Piaskoludek wysunął swe oczka osadzone na długich szypułkach, wstrzymał oddech i zaczął się nadymać, aż stał się dwa razy bardziej pękaty i włochaty niż poprzednio. Nagle wypuścił gwałtownie powietrze i westchnął głęboko.

– Zdaje mi się, że nie dam rady – rzekł tonem usprawiedliwienia. – Musiałem wyjść z wprawy.

Dzieci były okropnie rozczarowane.

– Ach, spróbuj jeszcze raz! – prosiły.

– Prawdę mówiąc – objaśnił duszek – zachowałem sobie trochę siły na zapas, żeby spełnić życzenia pozostałych. Ale jeżeli wystarczy wam jedno życzenie dziennie dla was wszystkich, to myślę, że zdołam je spełnić. Czy zgadzacie się na to?

– Tak, tak, zgadzamy się! – zawołały Janeczka i Antea. Chłopcy skinęli głowami. W gruncie rzeczy żaden z nich nie wierzył, by duszek potrafił spełnić życzenie. Dziewczynki zawsze są bardziej skłonne do uwierzenia w rozmaite rzeczy niż chłopcy.

Duszek wysunął oczka jeszcze dalej niż przedtem i zaczął się nadymać. Nadymał się i nadymał.

– Mam nadzieję – rzekła Antea – że sobie nie zrobi krzywdy.

– I że nie pęknie – dodał z niepokojem Robert.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy duszek, który stał się tak pękaty, że ledwie się mieścił w swej jamce, nagle wypuścił oddech i odzyskał właściwe rozmiary.

– W porządku – rzekł, dysząc ciężko – jutro już pójdzie łatwiej.

– Czy to bardzo bolało? – spytała Antea.

– Nie, moja droga, tylko mój chory wąsik trochę mi dokuczył – odparł duszek. – Ale jesteś miłym i myślącym dzieckiem. Do widzenia!

Zaczął nagle grzebać gwałtownie w piasku rękami i nogami i po chwili znikł. Dzieci popatrzyły na siebie i wtedy każde z nich spostrzegło, że znajduje się w towarzystwie trojga nieznanych dzieci niebywale wprost pięknych.

Stali tak dłuższą chwilę w całkowitym milczeniu. Każdemu przychodziło na myśl, że siostry i bracia musieli sobie gdzieś pójść, a zamiast nich zjawiły się niepostrzeżenie te obce dzieci, wtedy gdy cała uwaga wszystkich skupiona była na nadymaniu się duszka. Pierwsza przemówiła Antea.

– Przepraszam cię bardzo – zwróciła się z wielką uprzejmością do Janeczki, która teraz miała ogromne, błękitne oczy i burzę włosów o miedzianym odcieniu – przepraszam cię bardzo, ale czy nie spotkałaś gdzieś tutaj dwóch małych chłopców i jednej dziewczynki?

– Właśnie o to samo chciałam ciebie zapytać – rzekła Janeczka.

Słysząc to, Cyryl zawołał:

– Ależ to t y! Poznaję tę dziurę w twoim fartuszku! Ty jesteś Janeczka, prawda? A ty jesteś Pantera; poznaję tę brudną chusteczkę, którą masz od czasu, jak skaleczyłaś się w palec. Patrzcie no, życzenie się spełniło! A czy ja jestem także taki piękny jak wy?

– Jeśli ty jesteś Cyryl, to wolałam cię takim, jakim byłeś przedtem – odparła stanowczo Antea. – Wyglądasz jak aniołek z obrazka i takie masz złote włosy; z pewnością umrzesz młodo. A jeśli tamten to Robert, to przypomina zupełnie włoskiego kataryniarza. Ma włosy czarne jak smoła.

– A wy obydwie wyglądacie jak pocztówki z powinszowaniem – odparł Robert ze złością. – Tak, tak, głupie pocztówki. A Janeczka ma zamiast włosów pęczek marchewki na głowie.

W rzeczywistości włosy Janeczki miały słynny wenecki odcień, tak podziwiany przez wszystkich artystów.

– Wszystko jedno – rzekła Antea – nie ma co dogadywać sobie nawzajem. Bierzmy Baranka i chodźmy na obiad. Zobaczycie, jak w domu będą się nami zachwycać.

Mały właśnie się obudził, kiedy dzieci podeszły do niego i stwierdziły z ulgą, że on przynajmniej nie był piękny jak dzień, ale taki jak zawsze.

– Myślę, że jest pewnie za mały, żeby mieć własne życzenia – powiedziała Janeczka. – Następnym razem będziemy musieli specjalnie go wymienić.

Antea pobiegła naprzód i wyciągnęła do małego ramiona.

– Chodź do Pantery, Barasiu – powiedziała.

Mały spojrzał na nią niechętnie i wpakował sobie do ust paluszek umorusany piaskiem. A przecież Antea była jego najulubieńszą siostrzyczką.

– No chodź! – powtórzyła.

– Ić sobie! – powiedział mały.

– Chodź do Kizi – zawołała Janeczka.

– Cie Pantei – odparł płaczliwie Baranek i usteczka mu zadrżały.

– No chodź, łobuzie – zawołał Robert – chodź, Jobejt weźmie cię na bajana!

– Uuuu, chlopcik be! – ryknął Baranek, wybuchając gwałtownym płaczem. Teraz dzieci zrozumiały, co zaszło: mały wcale ich nie poznawał!

Rodzeństwo popatrzyło na siebie z rozpaczą; a jeszcze najgorsze było to, że w takiej okropnej chwili wzrok ich spotykał tylko prześliczne oczy jakichś zupełnie obcych dzieci zamiast wesołych, zwyczajnych, ale przyjaznych i dobrze sobie znanych, zawsze roześmianych oczu braciszków i siostrzyczek.