Żona nazisty

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Pułapka miłości

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobili hitlerowcy, było rozdanie austriackim chrześcijanom stu tysięcy darmowych odbiorników radiowych. Skąd je wzięli? Oczywiście od nas. Zaraz po Anschlussie Żydom kazano oddać odbiorniki radiowe i maszyny do pisania. Chodziło o to, że jeśli nie będziemy porozumiewać się między sobą i ze światem zewnętrznym, łatwiej będzie nas izolować, terroryzować i nami manipulować. Był to dobry pomysł. I skuteczny.

Do usunięcia Żydów z Wiednia Niemcy wyznaczyli Adolfa Eichmanna. Na jego taktyce działania wzorowano się w całej Trzeciej Rzeszy, chcąc uczynić ją Judenrein – „wyczyszczoną z Żydów”. W gruncie rzeczy polegało to na tym, byśmy możliwie dużo płacili za możliwość ucieczki. Bogaci musieli oddać wszystko, co posiadali; mniej bogatym kazano płacić tak ogromne sumy za bilety na wyjazd, że rodziny często musiały wybierać, które dzieci mają wyjechać, a które pozostać.

Ulice należały do band zbirów w brunatnych koszulach. Jeździli ciężarówkami, popisywali się bronią i opaskami ze swastyką, trąbili na ładne dziewczyny. Mogli podrywać i napadać bez żadnych konsekwencji. Gdy ktoś protestował, bito go, zabijano lub wysyłano do Dachau, Buchenwaldu czy innego obozu koncentracyjnego (musicie pamiętać, że w tamtym okresie obozy koncentracyjne były więzieniami, w których trzymano przeciwników hitlerowskiego reżymu. Von Schuschnigg trafił do obozu; także, na pewien czas, Bruno Bettelheim. Więźniowie musieli ciężko pracować i żyli w strasznych warunkach, ale wiele osób zostało ostatecznie zwolnionych i wróciło do domu. Dopiero w latach czterdziestych „obóz koncentracyjny” zaczął oznaczać potworne okrucieństwo i niemal pewną śmierć. Nikt sobie nie wyobrażał, że pewnego dnia może powstać taki obóz zagłady jak Auschwitz).

Jak opisać zagubienie i terror po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów? Aż do wczoraj żyliśmy w racjonalnym świecie. Teraz wszyscy wokół nas – koledzy ze szkoły, sąsiedzi i nauczyciele, właściciele sklepów, policjanci i urzędnicy – oszaleli. Tkwiła w nich nienawiść, którą przyzwyczailiśmy się nazywać uprzedzeniami. Cóż to za eufemizm! W rzeczywistości nienawidzili nas nienawiścią tak starą jak ich religia; urodzili się, nienawidząc nas; dorastali, nienawidząc nas – a teraz, po Anschlussie, zniknęła otoczka cywilizacji, która chroniła nas przed ich nienawiścią.

Protestujący wypisywali na chodnikach antynazistowskie hasła. Esesmani łapali Żydów i mierząc do nich z broni, kazali im czyścić te napisy, a tłumy nie-Żydów stały wokół, wyśmiewając się i szydząc.

Radio oskarżało nas o wszystkie ohydne, złe rzeczy na świecie. Nazywano nas podludźmi, a w następnym zdaniu – nadludźmi; oskarżano nas o spisek mający na celu zamordowanie i obrabowanie narodowych socjalistów, którzy teraz twierdzili, że muszą podbić świat, bo inaczej my to zrobimy. Radio nawoływało, by odebrać nam wszystko, co posiadamy; twierdziło, że mój ojciec, który zmarł podczas pracy, w rzeczywistości nie pracował na utrzymanie naszego miłego mieszkania – na nasze skórzane fotele w jadalni, kolczyki w uszach mojej Mamy – tylko że jakoś ukradliśmy to wszystko chrześcijańskiej Austrii, która teraz miała wszelkie prawo, by nam to odebrać.

Czy nasi znajomi i sąsiedzi naprawdę w to wierzyli? Oczywiście, że nie. Nie byli głupi. Cierpieli jednak, bo panował kryzys, inflacja i bezrobocie. Chcieli znów być zamożni, a najszybciej mogli to osiągnąć – kradnąc. Kultywowanie wiary w chciwość Żydów dawało im pretekst do zabierania wszystkiego, co Żydzi posiadali.

Siedzieliśmy w mieszkaniach sparaliżowani strachem i czekaliśmy, aż ten obłęd się skończy. Przecież racjonalny, uroczy, dowcipny, roztańczony, hojny Wiedeń musi się zbuntować przeciwko takiemu szaleństwu. Czekaliśmy i czekaliśmy, ale nic się nie kończyło i nie kończyło, więc dalej czekaliśmy i czekaliśmy.

Ograniczenia dotykające Żydów wciskały się we wszystkie zakątki naszego życia. Nie wolno nam było chodzić na koncerty ani do kina. Nie wolno nam było spacerować po niektórych ulicach. Narodowi socjaliści umieścili tablice na sklepach należących do Żydów, ostrzegając ludność, by nie robiła tam zakupów. Mimi straciła pracę w pralni chemicznej, ponieważ zatrudnianie Żydów przez chrześcijan stało się nielegalne. Hansi nie wolno już było uczęszczać do szkoły.

Wuj Richard udał się do kawiarni, w której bywał od dwudziestu lat. Podzielono ją na stronę żydowską i aryjską, usiadł więc po stronie żydowskiej. Jako że był wysokim blondynem, kelner, który go nie znał, powiedział, że musi się przenieść na stronę aryjską. Ale po stronie aryjskiej kelner, który go znał, powiedział, że musi się przenieść na stronę żydowską. Wuj Richard się poddał i wrócił do domu.

Baron Louis de Rothschild, jeden z najbogatszych Żydów w Wiedniu, próbował wyjechać z miasta. Narodowi socjaliści zatrzymali go na lotnisku i wsadzili do więzienia. To, jak go tam potraktowali, przekonało go, że powinien przepisać wszystko na rzecz nowych władz. Dopiero wtedy pozwolono mu opuścić kraj. SS zajęło pałac Rothschildów na Prinz Eugenstrasse i nazwało go Centrum Emigracji Żydowskiej.

Wszyscy mówili o wyjeździe.

– Może powinniśmy wyjechać do kibucu w Palestynie – zaproponowałam Pepiemu.

– Ty? Moja urocza myszka? Do pracy na roli? – Roześmiał się i mnie połaskotał. – Miałabyś pęcherze na paluszkach.

Całymi dniami stałam w kolejce w konsulacie brytyjskim, starając się dostać zezwolenie na pracę w charakterze pokojówki w Wielkiej Brytanii. Chyba wszystkie żydowskie dziewczyny w Wiedniu starały się o to zajęcie.

Do mnie i mojej kuzynki Elli podszedł w ukłonach jakiś uśmiechnięty Azjata.

– Może są panie zainteresowane zobaczeniem wspaniałości Wschodu… Wielkiego Muru… Pałacu Cesarskiego… Upoważniono mnie do zaoferowania paniom fascynującej pracy w jednym z kilku chińskich miast – powiedział. – Załatwiamy paszporty, przejazd i mieszkanie. Mam tu niedaleko samochód. Już jutro mogą panie znaleźć się poza Austrią.

Jestem pewna, że znalazł dziewczyny chętne do wyjazdu.

Moja kuzynka Elli dostała pracę w Anglii. Ja dostałam zezwolenie na pracę – ale żadnej oferty.

Pewnego popołudnia Hansi nie wróciła do domu. Mimi i ja poszłyśmy jej szukać. Gdy wróciłyśmy bez niej, Mama zaczęła płakać. Ładna siedemnastoletnia żydowska dziewczyna zaginęła w mieście pełnym antysemickich bandziorów. Było nam słabo ze strachu.

Hansi wróciła koło północy – blada, drżąca, ponura, postarzała.

Powiedziała, że złapali ją faszyści i zabrali do biura SS, gdzie przystawili jej pistolet do głowy i kazali przyszywać guziki do dziesiątek mundurów. W sąsiednim pokoju zobaczyła ortodoksyjnych Żydów, religijnych mężczyzn z długimi brodami, zmuszanych do nonsensownej gimnastyki przez prześladowców, którzy zaśmiewali się do łez. Hansi zaprotestowała. Jakiś bandzior zagroził, że ją pobiją, jeśli się nie zamknie i nie zacznie szyć. Pod koniec dnia pozwolili jej odejść. Od tamtej pory wędrowała po ulicach.

– Musimy się stąd wydostać – stwierdziła.

Małżeństwom łatwiej było dostać bilety, więc Milo i Mimi postanowili wziąć ślub.

– Pobierzmy się, Pepi – powiedziałam.

Zaśmiał się i uniósł brwi.

– Przecież obiecałaś ojcu, że nigdy nie wyjdziesz za chrześcijanina – zażartował.

Rzeczywiście, był teraz chrześcijaninem. Próbując uchronić syna przed ustawami norymberskimi – odbierającymi Żydom obywatelstwo w Trzeciej Rzeszy – jego matka Anna zaprowadziła dwudziestosześcioletniego Pepiego do kościoła i tam go ochrzciła. Potem wykorzystała swoje koneksje, by usunąć rodzinne nazwisko z list społeczności żydowskiej. Gdy więc liczono Żydów w Wiedniu – a liczono nieustannie na rozkaz skrupulatnego pułkownika Eichmanna – Josefa Rosenfelda rzekomo nie było już na liście.

– To nie wystarczy – wyjaśniłam mu. – Ustawy norymberskie działają wstecz. Wszystkie ich przepisy odnoszą się także do ludzi będących Żydami, zanim ustawy weszły w życie. Więc mimo że zostałeś chrześcijaninem, ustawy i tak cię dotyczą.

– Zrób mi przysługę, kochanie – powiedział. – Nie mów tego mojej matce. Uważa, że ochroniła mnie przed tym idiotyzmem. Nie chciałbym rozwiewać jej złudzeń.

Pocałował mnie, aż mi się zakręciło w głowie. Moja propozycja małżeństwa jakoś poszła w zapomnienie.

Nie chciałam, by sytuacja polityczna wpływała na moje studia. Zdałam już oba egzaminy państwowe, z dobrymi wynikami. Czekał mnie jeszcze jeden egzamin, po którym miałam zostać doktorem praw, uprawnionym do pracy nie tylko jako prawnik, ale i sędzia. Uważałam, że jeśli zdobędę ten stopień, jeśli będę w pełni wykwalifikowana, z dyplomem, to łatwiej mi będzie wyemigrować.

W kwietniu 1938 roku poszłam na uniwersytet po ostatnią kartę egzaminacyjną i informację o terminie egzaminu doktorskiego.

– Nie będziesz podchodzić do egzaminu, Edith. Nie jesteś już mile widziana na naszym uniwersytecie – powiedziała mi pracująca tam młoda urzędniczka, zresztą moja znajoma. Oddała mi dokumenty i wypis moich stopni. – Do widzenia.

Przez niemal pięć lat studiowałam prawo, konstytucję, delikty, psychologię, ekonomię, teorię polityki, historię i filozofię. Pisałam eseje, chodziłam na wykłady, analizowałam przypadki, trzy razy w tygodniu miałam praktyki u sędziego, by przygotować się do egzaminu doktorskiego. A teraz nie chcieli mi pozwolić do niego podejść.

Ugięły się pode mną kolana. Oparłam się na biurku.

– Ależ… ależ… to już ostatni egzamin, jakiego potrzebuję do uzyskania stopnia!

Odwróciła się do mnie tyłem. Czułam jej triumf, jej prawdziwą satysfakcję, że moje życie legło w gruzach. Wierzcie mi, to ma odór – jak pot, jak żądza.

Babcia pomagała pokojówce wynosić na podwórze ciężkie materace, żeby się wywietrzyły. Dostała przepukliny, trzeba ją było operować. Podczas operacji zmarła.

Dziadek nie umiał w to uwierzyć. Nieustannie się odwracał, spodziewając się, że babcia tam będzie, i przypominał sobie z ciężkim westchnieniem, że odeszła.

 

Wkrótce po śmierci babci świat zwołał konferencję w Évian-les-Bains, luksusowym kurorcie nad Jeziorem Genewskim w Alpach Francuskich, by przedyskutować los austriackich Żydów. Eichmann wysłał przedstawicieli naszej społeczności, by poprosili inne państwa o zapłacenie za nas okupu i przyjęcie nas do siebie.

– Czy nie chcecie uratować światowych, dobrze wykształconych, lubiących się bawić, kulturalnych Żydów z Austrii? – spytali. – Może zapłacicie faszystowskiemu reżymowi po czterysta dolarów za każdego Żyda? To za wiele? To może dwieście?

Nie dostali ani centa.

Żaden kraj nie chciał zapłacić za uratowanie nas, nawet Stany Zjednoczone. Kilku Żydów przyjął dyktator Republiki Dominikany, Trujillo, bo uznał, że mogą przyczynić się do wzbogacenia jego malutkiego, ubogiego kraju. Podobno tak się stało.

Dziewiątego listopada 1938 roku nie poszłam do pracy u Dennerów, bo moja siostra Hansi dostała bilet na wyjazd do Palestyny. Odprowadzaliśmy ją na dworzec z poczuciem radości przemieszanej ze smutkiem. Wolno jej było zabrać plecak i jedną walizkę; miała w nich chleb, jajka na twardo, ciastka, mleko w proszku, bieliznę, skarpetki, buty, mocne spodnie, robocze koszule, tylko jedną sukienkę i jedną spódnicę. Kobiecość i jej ładne atrybuty straciły znaczenie. Jak owoce i kwiaty, kobiecość szybko się psuła i za dużo kosztowała w stosunku do jej małej przydatności w czasie wojny.

Mama, Mimi i ja płakałyśmy, ale Hansi – nie.

– Przyjedźcie niedługo – powiedziała. – Wydostańcie się z tego przeklętego kraju, wydostańcie się najszybciej, jak zdołacie.

Nadjechał pociąg i ją zabrał. Wychyliła się przez okno z innymi uciekającymi młodymi ludźmi. Pomachała. Nie uśmiechała się.

Mama wyczyściła konto w banku, żeby zapłacić faszystom ogromną cenę, jakiej zażądali za bilet dla Hansi. Mimi i ja wiedziałyśmy, że nie zostało już prawie nic, żeby zapłacić okup za nas.

– Ale wy macie mężczyzn, którzy was kochają – powiedziała Mama, przytulając nas. – Uratują was. Hansi była za młoda, żeby mieć mężczyznę.

W drodze powrotnej z dworca usłyszałyśmy dziwny hałas. Na horyzoncie, nad ciemniejącymi ulicami, pojawiła się pomarańczowa łuna. Palił się budynek po drugiej stronie miasta. Chodniki opustoszały. Z hukiem przejeżdżały pojazdy pełne podnieconych młodych ludzi, ale nie było widać żadnych pieszych.

W ciągu ostatnich miesięcy Mimi i ja nauczyłyśmy się wyczuwać niebezpieczeństwo, rzuciłyśmy się więc biegiem, ciągnąc za sobą Mamę. W domu czekała na nas dozorczyni, Frau Falat. Miała ściągniętą, pełną niepokoju twarz.

– Napadają na wszystkie żydowskie sklepy – powiedziała. – Pali się jedna z synagog. Nie wychodźcie już dzisiaj.

Pojawił się Milo Grenzbauer, zadyszany po długim sprincie ulicami.

– Czy nie przeszkadzam, Frau Hahn? – spytał uprzejmie. – Muszę tu zostać. Przyjaciel mego brata jest w SA i ostrzegł, że narodowi socjaliści łapią wszystkich młodych Żydów i dokądś wywożą – nie wiem, do Dachau czy Buchenwaldu. Powiedział mojemu bratu i mnie, żebyśmy dzisiaj nie nocowali w domu.

Padł na jeden ze skórzanych foteli. Mimi siedziała u jego stóp, drżąca, tuląć się do jego kolan.

Ulice zaczęły rozbrzmiewać krzykami mężczyzn, piskiem hamulców i brzękiem tłuczonego szkła. Około dziesiątej wieczorem pojawił się nasz kuzyn Erwin, student medycyny. Był spocony i blady. Wracając późno do domu z laboratorium, natknął się na tłum przed synagogą; odwrócił się i ruszył w kierunku naszej dzielnicy akurat w chwili, gdy synagoga zaczęła płonąć. Widział, że Żydów bito i gdzieś zabierano.

Zaraz po nim przyszedł Pepi. Z trzech młodych mężczyzn w naszym mieszkaniu tylko on był spokojny – czysty, elegancki, nieporuszony.

– Tłumy szybko się męczą i idą do domu – powiedział. – Zobaczycie. Jutro rano oni będą mieć strasznego kaca, a my dużo wybitych okien; potem oni wytrzeźwieją, a my wstawimy szyby i życie wróci do normy.

Patrzyliśmy na niego w zdumieniu. Czy on oszalał?

– Zawsze zachowujesz takie świetne pozory, Pepi – powiedziała Mama, rozbawiona. – Będzie z ciebie znakomity prawnik.

– Nie lubię, jak moja słodka dziewczynka się denerwuje – powiedział. Wygładził mi palcem zmarszczki na czole. – Ta zmarszczka między brwiami musi zniknąć.

Objął mnie ramieniem i pociągnął obok siebie na kanapę. W tamtej chwili uwielbiałam Pepiego Rosenfelda. Miałam wrażenie, że jego pogoda ducha i nieustraszoność w końcu wyprowadzą nas z tego piekła.

I wtedy pojawiła się jego matka Anna.

– Czy jesteś kompletnym idiotą? – wrzeszczała na niego. – Przekupiłam połowę urzędników w mieście, żeby zrobić z ciebie chrześcijanina i usunąć twoje nazwisko z list społeczności żydowskiej! A teraz, dzisiaj, gdy Żydów wywożą i palą ich sklepy, co robisz? Przychodzisz wprost do ich kryjówki i siedzisz u nich w bawialni! Porzuć tych ludzi! To nie są twoi ludzie! Jesteś chrześcijaninem, katolikiem, Austriakiem! Ci ludzie to cudzoziemcy! Wszyscy ich nienawidzą! Nie pozwolę ci zostać w ich towarzystwie ani minuty dłużej!

Zwróciła się ku mnie, patrząc oszalałym wzrokiem.

– Daj mu odejść, Edith! Jeśli go kochasz, daj mu odejść! Jeśli będziesz się go trzymać, zabiorą go i wsadzą do więzienia, mojego jedynego chłopca, mego syna, mój skarb… – Zaczęła szlochać.

Mama, zawsze pełna współczucia, zaoferowała jej kieliszek brandy.

– Daj spokój, mamo – powiedział Pepi – i przestań urządzać sceny. Edith i ja wkrótce stąd wyjedziemy. Zamierzamy jechać do Anglii, a może Palestyny.

– Co takiego?! I to właśnie knujecie za moimi plecami? Żeby mnie porzucić? Zostawić mnie, biedną wdowę, samą w przededniu wojny?

– Przestań pleść o biednej wdowie – skarcił ją Pepi. – Wcale nią nie jesteś. Herr Hofer jest twoim mężem i się tobą zaopiekuje.

Publiczne ujawnienie jej sekretu doprowadziło Annę do furii.

– Jeśli mnie opuścisz, jeśli zabierzesz swoją żydowską sukę i uciekniesz, zabiję się! – wrzasnęła. Rzuciła się do okna i wspięła na parapet, jak gdyby zamierzała wyskoczyć.

Pepi skoczył na nogi, złapał ją i objął ramionami jej duże, obfite ciało, poklepując po plecach.

– No już, już, mamo…

– Choć ze mną do domu – zawodziła. – Uwolnij się od tych ludzi! Zostaw tę dziewczynę, ona przyniesie ci zgubę! Chodź ze mną do domu!

Spojrzał na mnie znad jej szerokich, wstrząsanych szlochem pleców. W jego oczach zobaczyłam w końcu, co znosił dzień w dzień w ciągu tych tygodni od Anschlussu, dlaczego nigdy nie zgodził się ostatecznie wyjechać. Zrozumiałam, że Anna codziennie wpadała w histerię, naciskała na niego, wrzeszcząc, płacząc, grożąc samobójstwem; że złapała go w pułapkę i trzymała w niej żelaznymi łańcuchami, które nazywała miłością.

– Idź – powiedziałam cicho. – Idź z nią do domu. Idź.

Poszedł. A my siedzieliśmy przez resztę nocy kryształowej, słuchając, jak rozpada się nasze życie.

Moja siostra Mimi wyszła za mąż za Milo Grenzbauera w grudniu 1938 roku. Wyjechali do Palestyny nielegalnym transportem w lutym 1939 roku. Mama sprzedała skórzane fotele, żeby zapłacić za ich bilety. Być może udałoby się zebrać pieniądze na trzeci bilet dla mnie – ale prawdę mówiąc, nie potrafiłam znieść myśli o rozstaniu z Pepim. Wydarzenia następowały w takim tempie i z taką gwałtownością, że mieliśmy wrażenie, iż porwała nas lawina; jeszcze nie zdążyliśmy dojść do siebie po jednej, a już rozpadała się kolejna góra. W marcu 1939 roku, rok po Anschlussie, Chamberlain poszedł na ustępstwa wobec Hitlera i pozwolił mu zająć Czechosłowację.

– Skoro goje nie bronią siebie nawzajem – powiedziała Mama – to jak możemy oczekiwać, że będą bronić nas?

Dziadek dostał udaru. Wuj Richard zatrudnił pielęgniarkę do opieki, a my wszyscy staraliśmy się odwiedzać dziadka w Stockerau, jak często się dało. Ale wówczas naziści aresztowali wuja Richarda i ciotkę Roszi.

Spędzili w więzieniu sześć tygodni. By wyjść na wolność, oddali nazistom wszystko, co posiadali: nieruchomości, konta w banku, akcje, naczynia, srebro. Wyjechali natychmiast, kierując się na wschód. Pochłonęła ich Rosja. Mama czekała i modliła się o jakieś wiadomości, ale nic nie nadchodziło.

Pewnego dnia do naszych drzwi zapukał młody człowiek w mundurze. Muszę wam powiedzieć, że narodowi socjaliści mieli szczególny sposób pukania, jak gdyby nie lubili drzwi, jak gdyby oczekiwali, że drzwi znikną pod ich walącymi pięściami. Moje ciało zawsze reagowało, kiedy pukali. Skóra mi cierpła, żołądek się zaciskał. Ten człowiek powiedział Mamie, że dom i sklep dziadka przejmują „dobrzy” Austriacy, a on musi zamieszkać z krewnymi.

I tyle. Koniec Stockerau.

Dziadek mieszkał w tym domu przez czterdzieści pięć lat. Naczynia, krzesła, obrazy, poduszki, dywany, telefon, garnki, patelnie i łyżki, pianino, wspaniałe koronkowe serwetki, motocykle Puch, maszyny do szycia, listy, które do niego pisaliśmy i które przechowywał w wielkim drewnianym biurku, samo biurko – wszystko, każdy drobiazg i pamiątka zostały ukradzione; złodzieje sprzedali to wieloletnim sąsiadom dziadka za bardzo dobrą cenę.

Mama wysłała mnie, żebym się nim zajęła. Najpierw śmierć babci, a potem udar sprawiły, że stał się powolny; ale utrata domu, jego miejsca na ziemi, uczyniła z dziadka całkowitego inwalidę. Prowadziłam go do toalety, masowałam mu stopy. Gotowałam mu to, co mu było wolno jeść na specjalnej diecie, on zaś mi dziękował, a potem mówił łagodnie, niemal przepraszająco:

– Twoja babcia robiła to lepiej.

– Tak, wiem.

– Gdzie ona jest?

– Odeszła.

– Ach tak, oczywiście, wiedziałem o tym, wiedziałem. – Patrzył na swoje dłonie, stare i zniszczone, z odciskami i bliznami. – Kiedy będę mógł wrócić do domu? – pytał.

Pewnego ranka umarł.

Widziałam jego dom raz jeszcze, w późniejszych latach. Chyba wciąż był zamieszkany. Stockerau, Donaustrasse 12.

W porównaniu z wyrzuceniem dziadka nasze było trywialne. Zapłakana dozorczyni stanęła w drzwiach, trzymając wypowiedzenie mieszkania od naszego utytułowanego gospodarza.

– Co mógł zrobić? – powiedziała. – Władze tego zażądały.

Więc Mama i ja przeprowadziłyśmy się na Untere Donaustrasse 13 w Leopoldstadt, wiedeńskim getcie. Zamieszkałyśmy u owdowiałej ciotki Mila, Frau Maimon. Mieszkały tam już dwie inne kobiety – siostry, jedna panna, druga mająca męża w Dachau. Żyłyśmy w piątkę w mieszkaniu przeznaczonym dla jednej osoby. Nigdy się nie kłóciłyśmy, nigdy nie zapominałyśmy o przepraszaniu, gdy nie dało się uniknąć naruszenia czyjejś prywatności.

Mama i ja utrzymywałyśmy się z szycia. Żadne eleganckie stroje, oczywiście, tylko naprawy i przeróbki starych ubrań, by pasowały do nowych czasów. Dużo zwężałyśmy, ponieważ nasi żydowscy sąsiedzi w getcie chudli.

Natomiast moja kuzynka Jultschi tyła.

Siedziała ze mną w parku i wypłakiwała oczy. Miała opuchniętą twarz i krosty.

– Wiem, że nie powinnam była zachodzić w ciążę w tak okropnych czasach – szlochała. – Ale Otto dostał powołanie do wojska i baliśmy się, że się już nigdy więcej nie zobaczymy, i tak nas wzięło, i po prostu się zdarzyło, a teraz nie wiem, co robić. Może zostawią dziecko w spokoju. Jak myślisz, Edith? Chodzi mi o to, że to chyba lepiej, jak przynajmniej ojciec nie jest Żydem i służy w wojsku Rzeszy.

– To chyba lepiej – powiedziałam, choć w gruncie rzeczy w to nie wierzyłam.

– Próbowałam dostać pracę pokojówki w Anglii. Miałam nadzieję, że po prostu uznają, że jestem gruba. Ale od razu wiedzieli, że jestem w ciąży. – Wpatrywała się we mnie wielkimi, brązowymi oczyma. – Muszę przestać być w ciąży, Edith, skoro Otto idzie na wojnę i mamy te wszystkie prawa przeciwko Żydom. Muszę pójść do lekarza.

Porozumiałam się z naszym dawnym przyjacielem Kohnem. Niedawno skończył medycynę i otworzył gabinet – ale naziści odebrali mu licencję. Wyglądał okropnie.

– Słyszałaś o Elfi Westermayer? – spytał z goryczą. – Nawet nie skończyła studiów, ale przyjmuje pacjentów. Najwyraźniej w tym kraju wystarczy teraz legitymacja NSDAP, żeby mieć praktykę lekarską.

Zgodził się przyjąć Jultschi, ale ostatecznie odmówił przeprowadzenia aborcji.

– Nie mogę tego zrobić bezpiecznie – wyjaśnił. – Nie mam gabinetu zabiegowego, nie mam miejsca w szpitalu, żadnego dostępu do lekarstw. Gdyby, nie daj Boże, wdało się zakażenie… Konsekwencje mogłyby być tragiczne. – Ujął ją za rękę. – Wracaj do domu. Urodź dziecko. Przyniesie ci pocieszenie w nadchodzących czasach.

Tak więc Jultschi wróciła do domu, do męża. Pakował się, gotów wyruszyć na podbój Polski. Ucałował ją, obiecał wrócić i wyjechał, zostawiając ją samą oczekującą dziecka.

Mama i ja ubożałyśmy w zdumiewającym tempie. Pozbawione możliwości zarabiania, pracując dla klientów, którzy płacili grosze (teraz Niemcy przemianowali je na fenigi), zaczęłyśmy wymieniać to, co posiadałyśmy, na to, co było nam rozpaczliwie potrzebne.

 

Mamie zepsuł się ząb i strasznie bolał. Naszemu żydowskiemu dentyście nie wolno już było praktykować, ale z pomocą Pepiego Mama znalazła aryjskiego dentystę, który zgodził się wyrwać jej ząb. Chciał za to złoto. Mama dała mu złoty łańcuszek. Chciał więcej. Dała mu drugi. Chciał więcej. Dała mu ostatni. Trzy złote łańcuszki za jeden ząb.

Próbowałam zbierać raty za maszyny do szycia i motocykle wypożyczone w sklepie dziadka. Jednak nikt, kto był winien pieniądze Żydowi, nie czuł się zobowiązany do spłaty. Większość ludzi śmiała mi się prosto w twarz.

Młodsza siostra Mamy, ciocia Marianne, wyszła za mąż za niejakiego Adolfa Robicheka i mieszkała w Belgradzie, gdzie jej mąż pracował w firmie prowadzącej transport rzeczny na Dunaju. Robichekowie przysyłali nam paczki żywnościowe przez kapitanów statków, a my dzieliłyśmy się tymi darami z Frau Maimon i dwoma pozostałymi lokatorkami mieszkania. Te paczki stały się naszą liną ratunkową.

Czy reszta Austriaków rozumiała, co się dzieje z Żydami? Czy rozumieli, że wszystko się nam odbiera, że zaczynamy głodować? Pozwólcie, że w odpowiedzi opowiem wam pewną historię.

Pewnego razu, po Anschlussie, policjant zatrzymał mnie za przejście przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Kazał mi zapłacić wysoki mandat.

– Ale ja jestem Żydówką – powiedziałam. To mu wystarczyło, żeby wiedzieć, iż nie mam grosza przy duszy i nie jestem w stanie zapłacić. Puścił mnie wolno.

Widzicie więc, gdy wam mówią, że nie zdawali sobie sprawy, jak Żydów całkowicie ograbiono, nie wierzcie. Wszyscy wiedzieli.

Życie uczuciowe Christl Denner, zawsze szalone, teraz skomplikowało się dodatkowo na skutek polityki.

Rozmawiałyśmy w łazience, ponieważ w pozostałych pokojach z pałacowymi oknami panował lodowaty ziąb.

– Powiem ci, Edith, to tak idiotyczna sytuacja, jaką tylko SS mogło wymyślić. Ustawy norymberskie mówią, że nie jesteś prawdziwą Aryjką, jeśli nie miałaś aryjskich dziadków z obu stron, prawda? Więc jeśli miało się choćby jednego żydowskiego dziadka, jest się uważanym za Żyda i pozbawionym praw obywatelskich, prawda? No więc wyobraź sobie, że ojciec Bertschiego jest czechosłowackim Żydem.

– O mój Boże – jęknęłam z przerażeniem.

– No właśnie – mówiła dalej. – Mój ojciec pomógł ojcu Bertschiego kupić nielegalne dokumenty, „świadczące”, że od trzech pokoleń jest Aryjczykiem. Dobry pomysł, nie?

– Znakomity – potwierdziłam.

– Efekt był taki, że ojca Bertschiego natychmiast powołano do wojska.

– O mój Boże!

– W wojsku odkryli prawdziwą tożsamość Herr Berana i wsadzili go do więzienia. Tymczasem jednak zdążyli dać powołanie także Bertschiemu, który teraz wydawał się prawdziwym Aryjczykiem dzięki fałszywym papierom ojca. Wkrótce jednak wojsko odkryło, że ojciec Bertschiego siedzi w więzieniu, nie odkryło jednak, dlaczego tam siedzi, więc wyrzucili Bertschiego z wojska i odesłali do Wiednia. I słuchaj, Edith, nie uwierzysz…

– Co takiego?

– Gdy Bertschi był w drodze do Wiednia, cała jego jednostka wyleciała w powietrze na bombie podłożonej przez francuski ruch oporu.

Zrobiło mi się żal jednostki, poczułam ulgę z powodu Bertschiego i radość z faktu, że rzeczywiście istnieje francuski ruch oporu.

– W końcu jednak odkryli, że Bertschi jest pół-Żydem, więc szuka go Gestapo.

– Och, nie…

– Ale ja mam plan. Ojciec kupił mi sklep, który należał przedtem do Żydów. Mam sprzedawać pamiątki: filiżanki do kawy z nadrukowanym planem katedry świętego Stefana, repliki statuetek z Nymphenburga, pozytywki grające muzykę Wagnera. Oczywiście do pomocy w prowadzeniu sklepu potrzebuję księgowego. Więc zatrudniłam Bertschiego.

Uśmiechnęła się. Pies położył jej łeb na kolanach i wpatrywał się w nią z uwielbieniem.

– Och, Christl, to niebezpieczne. Dopadną cię…

– Już dopadli – powiedziała. – Mam się jutro stawić na Prinz Eugenstrasse.

– Nie możesz tam pójść! – zawołałam. – Jesteś Aryjką, możesz wyjechać, masz papiery, musisz opuścić miasto, opuścić Rzeszę!

– Ojca przydzielono do pracy w jednostce przeciwlotniczej w Münsterze w Westfalii – powiedziała. – Nigdzie nie pojadę.

Pomyślałam o Hansi, o SS, o ich brutalnym traktowaniu kobiet.

Christl uśmiechnęła się.

– Pożycz mi tylko swoją żółtą bluzkę z aplikacją z ptaków, a wszystko będzie dobrze.

Następnego ranka Christl włożyła bluzkę, którą uszyła mi Mama. Doskonale na niej leżała. Pomalowała usta najczerwieńszą szminką i poczerniła rzęsy. Gdy szła ulicą, spódnica wirowała jej wokół nóg, włosy jej lśniły – wyglądała, jakby wybierała się na tańce.

Wmaszerowała do komendy Gestapo. Wszyscy pracujący tam mężczyźni wynurzyli się zza biurek, by móc się jej lepiej przyjrzeć. Kapitan próbował być surowy.

– Fräulein Denner, zatrudnia pani pewnego człowieka, niejakiego Hansa Berana…

– Ach, tak. To mój księgowy. W tej chwili podróżuje w Rzeszy. Przysłał mi nawet pocztówkę.

– Chcemy się z nim spotkać, gdy powróci.

– Oczywiście, panie kapitanie. Natychmiast go do was przyślę.

Uśmiechnęła się promiennie. Ucałował jej dłoń i spytał, czy może ją zaprosić na kawę. Zgodziła się.

– Co takiego?! Umówiłaś się z gestapowcem?

– Jak kobieta mogłaby odrzucić zwyczajne zaproszenie na kawę? To by było niegrzeczne i mogłoby obudzić podejrzenia – wyjaśniła. – Ale gdy kapitan zaproponował kolejne spotkanie, wyjaśniłam, że jestem zaręczona z dzielnym marynarzem, który walczy gdzieś na morzu i nie mogę zawieść jego zaufania.

Zachichotała i oddała mi bluzkę. Moja przyjaciółka Christl miała talent hollywoodzkiej heroiny.

W piwnicy jej sklepu siedział Bertschi Beran, najszczęśliwszy z ludzi.

Pepi odwiedzał mnie codziennie. Pracował jako stenograf sądowy; po pracy szedł coś zjeść, a potem odbywał czterdziestopięciominutowy spacer do nas. Pojawiał się o siódmej wieczór, kładł na stole zegarek, żeby nie zapomnieć godziny, i wychodził dokładnie kwadrans po dziewiątej, by znaleźć się w domu o dziesiątej, o tej bowiem porze oczekiwała go niespokojna matka.

Nasz długo odkładany niespełniony romans nie mógł znaleźć żadnego miejsca, żadnego zakątka, zaczęliśmy więc siebie desperacko pożądać. Nawet w najzimniejsze dni wychodziliśmy na dwór i znajdowaliśmy ławkę lub bramę, gdzie mogliśmy się całować i przytulać.

Pewnego popołudnia zakradliśmy się do jego mieszkania, przerażeni, co będzie, jak sąsiedzi nas zauważą. Pepi kupił prezerwatywy i schował je przed Anną (która we wszystko wtykała nos) w pudełku oznaczonym „Niewywołany film! Nie wystawiać na światło!”. Byliśmy szalenie podnieceni i nie mogliśmy się doczekać, kiedy będziemy do siebie należeć. Ledwo jednak zaczęliśmy zrzucać ubranie, w holu na klatce schodowej rozległy się wrzaski mężczyzn, to okropne faszystowskie walenie w drzwi jakiegoś nieszczęsnego Austriaka, potem krzyk kobiety: „Nie! On niczego nie zrobił! Nie zabierajcie go!” – a w końcu ciężkie kroki policjantów ciągnących ze sobą więźnia.

Nasza namiętność zgasła ze strachu. Tego wieczoru nie potrafiliśmy jej ponownie obudzić. Pepi odprowadził mnie do getta.

Nie zwolniono go z pracy w sądzie. Po prostu pewnego dnia przestał tam chodzić, a jego koledzy uznali, że tak samo jak wszyscy pozostali Żydzi, pół-Żydzi i ćwierć-Żydzi został aresztowany albo stara się wydostać z kraju. Nie mógł już otrzymywać żydowskich racji żywnościowych, ponieważ na skutek machinacji matki nie był zarejestrowany jako Żyd. Gdyby zaś próbował uzyskać przydział jako Aryjczyk, otrzymałby powołanie do wojska.

Pepi tkwił więc w mieszkaniu matki i żył z tego, co mu przyniosła. Przysięgała przed władzami, że nie może żyć bez palenia, dostawała więc papierosy. W ciągu dnia wychodził do parku, gdzie mógł siedzieć na ławce, nie rzucając się w oczy. Zajmował się pisaniem praw dla nowej „demokratycznej” Austrii, która jego zdaniem miała nastać po wyrzuceniu narodowych socjalistów. Wyobrażacie sobie? Mój genialny Pepi udawał, że nie istnieje, i dla zabicia czasu pisał na nowo kodeks karny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?