Mroczniej. "Ciemniejsza strona" Greya oczami Christiana

Tekst
Autor:E L James
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mroczniej. \"Ciemniejsza strona\" Greya oczami Christiana
Mroczniej. \"Ciemniejsza strona\" Greya oczami Christiana
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,50  51,60 
Mroczniej. "Ciemniejsza strona" Greya oczami Christiana
Audio
Mroczniej. "Ciemniejsza strona" Greya oczami Christiana
Audiobook
31  22,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału: DARKER

Copyright © 2011, 2017 by Fifty Shades Ltd.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: © Sqicedragon i Meghan Wilson

Zdjęcia na okładce:

front © Petar Djordjevic / Penguin Random House;

tył © Shutterstock

Zdjęcie autorki: © Michael Lionstar

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-398-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

Czwartek, 9 czerwca 2011

Piątek, 10 czerwca 2011

Sobota, 11 czerwca 2011

Niedziela, 12 czerwca 2011

Poniedziałek, 13 czerwca 2011

Wtorek, 14 czerwca 2011

Środa, 15 czerwca 2011

Czwartek, 16 czerwca 2011

Piątek, 17 czerwca 2011

Sobota, 18 czerwca 2011

El James

Moim Czytelnikom

Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście.

Ta książka jest dla Was.

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję:

Wszystkim z Vintage za Wasze oddanie i profesjonalizm. Wasza wiedza, poczucie humoru i miłość do słowa pisanego nigdy nie przestaną być dla mnie inspiracją.

Anne Messitte za wiarę we mnie. Na zawsze pozostanę Twoją dłużniczką.

Tony’emu Chirico, Russellowi Perreault i Paulowi Bogaardsowi za Wasze nieocenione wsparcie.

Wspaniałemu zespołowi technicznemu, redakcyjnemu i projektowemu, że udało im się zrealizować ten projekt: Megan Wilson, Lydii Buechler, Kathy Hourigan, Andy’emu Hughesowi, Chrisowi Zuckerowi i Amy Brosey.

Niallowi Leonardowi za Twoją miłość, wsparcie i wskazówki, a także za to, że nie byłeś już takim zrzędą.

Valerie Hoskins, mojej agentce – każdego dnia dziękuję Ci za wszystko.

Kathleen Blandino za to, że pierwsza wszystko przeczytałaś, i za pomoc przy kwestiach, mających związek z Internetem.

Brianowi Brunettiemu, po raz kolejny, za Twoje nieocenione informacje na temat wypadków helikopterowych.

Laurze Edmonston za podzielenie się ze mną swoją wiedzą o Wybrzeżu Północno-Zachodnim.

Profesorowi Chrisowi Collinsowi za pouczające wykłady z nauki o gleboznawstwie.

Ruth, Debrze, Helenie i Liv za zachętę i słowne wyzwania, a także za to, że mi się udało.

Dawn i Daisy za Waszą przyjaźń i rady.

Andrei, BG, Becce, Britt, Catherine, Jadzie, Jill, Kellie, Leis, Norze, Raizie, QT, Susi – ile to już lat? Stajemy się coraz silniejsze. Dziękuję Wam za amerykanizmy.

I wreszcie wszystkim moim autorom i przyjaciołom ze świata książki – wiecie, o kim mówię – za to, że inspirujecie mnie każdego dnia.

Na koniec dziękuję moim dzieciom. Kocham Was bezwarunkowo. Zawsze będę dumna, że wyrośliście na takich wspaniałych mężczyzn. Dajecie mi tyle radości.

Zawsze tacy bądźcie. Obaj.

CZWARTEK, 9 CZERWCA 2011

Siedzę. Czekam. Serce mi wali. Jest 5:36, a ja gapię się przez przyciemniane szyby mojego audi na frontowe drzwi jej budynku. Wiem, że przyjechałem za wcześnie, ale czekałem na ten moment przez cały dzień.

Zobaczę ją.

Poprawiam się na tylnym siedzeniu samochodu. Atmosfera jest duszna i chociaż bardzo staram się zachować spokój, oczekiwanie i niecierpliwość ściskają mi żołądek i przytłaczają klatkę piersiową. Taylor siedzi za kierownicą wpatrzony przed siebie, milczący i jak zwykle opanowany, podczas gdy ja ledwie mogę oddychać. To denerwujące.

Do licha. Gdzie ona jest?

Jest wewnątrz – w Seattle Independent Building. Budynek, który dzieli od ulicy szeroki chodnik, jest obskurny i wymaga pilnej renowacji; nazwa firmy została niechlujnie wyryta w szkle, a mat na szybach obłazi. Za tymi drzwiami mogłaby się mieścić agencja ubezpieczeniowa albo biuro rachunkowe; niczego nie zdradzają ani nie sugerują. Cóż, to się zmieni, kiedy ja przejmę zarząd nad obiektem. SIP jest moje. Prawie. Podpisałem już projekt umowy.

Taylor chrząka i zerka na mnie w lusterku wstecznym.

– Wysiądę, proszę pana – mówi, zaskakując mnie, i wychodzi z samochodu, zanim zdążę go powstrzymać.

Może wyczuwa moje napięcie bardziej, niż mi się zdaje. Czy jest aż tak widoczne? Może to on jest spięty? Ale dlaczego? Poza tym, że przez cały ubiegły tydzień musiał znosić moje wiecznie zmieniające się nastroje, co – zdaję sobie sprawę – nie było łatwe.

Ale dzisiaj jest inaczej. Odczuwam nadzieję. Po raz pierwszy, odkąd mnie opuściła, nie zmarnowałem dnia, albo przynajmniej tak mi się wydaje. Podczas wszystkich spotkań zachowywałem optymizm, jednak co chwilę zerkałem na zegarek. Dziewięć, osiem, siedem… Z każdym tyknięciem przybliżającym mnie do panny Anastasii Steele zegar wystawiał moją cierpliwość na ciężką próbę.

A teraz tu siedzę, sam, i czekam, a determinacja i pewność siebie, jakie odczuwałem przez cały dzień, powoli znikają.

Może zmieniła zdanie.

Czy znowu będziemy razem? A może chodzi jej tylko o darmową podwózkę do Portland?

Sprawdzam godzinę.

5:38.

Cholera. Czemu ten czas tak wolno płynie?

Zastanawiam się, czy nie wysłać do niej maila z wiadomością, że czekam na zewnątrz, ale kiedy wygrzebuję z kieszeni telefon, dociera do mnie, że nie chcę spuścić z oczu frontowych drzwi. Odchylam się na siedzeniu i w myślach przywołuję wszystkie jej ostatnie maile. Znam je na pamięć; wszystkie przyjacielskie i zwięzłe, niczym nie sugerujące, że za mną tęskni.

Może jednak jestem darmową podwózką.

Odpędzam od siebie tę myśl i wpatruję się w drzwi, zanosząc modły, żeby się wreszcie w nich pojawiła.

Anastasio Steele, ja czekam.

Drzwi się otwierają i serce mało nie wyskoczy mi z piersi, ale bardzo szybko zatrzaskują się z powrotem. Odczuwam zawód. To nie ona.

Do diabła.

Zawsze każe mi na siebie czekać. Niewesoły uśmiech błąka się na moich ustach: czekanie w Claytonie, w Heathman po sesji zdjęciowej i znowu, kiedy posłałem jej książki Thomasa Hardy’ego.

Tessa…

Ciekawe, czy wciąż jeszcze je ma. Chciała mi je zwrócić; pragnęła oddać na cele dobroczynne.

„Nie chcę niczego, co będzie mi ciebie przypominać…”

Przed oczami pojawia mi się widok odchodzącej Any; jej smutna, poszarzała twarz, zraniona i zmieszana. To niemiłe wspomnienie. Bolesne.

To ja ją tak unieszczęśliwiłem. Posunąłem się za daleko, za bardzo się pośpieszyłem. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Odkąd odeszła, aż nadto dobrze poznałem, czym jest rozpacz. Przymykając oczy, próbuję się skupić, ale dopada mnie mój największy, najbardziej ponury strach: poznała kogoś; dzieli się swoim małym białym łóżkiem i swoim pięknym ciałem z jakimś pieprzonym obcym.

 

Do licha. Myśl pozytywnie, Grey.

Nie zadręczaj się tym. Jeszcze nie wszystko stracone. Masz plan. Odzyskasz ją. Otwieram oczy i przez przyciemniane szyby audi, które doskonale oddają mój nastrój, patrzę na drzwi. Coraz więcej ludzi wychodzi z budynku, ale nie Ana.

Gdzie ona jest?

Taylor przechadza się po chodniku i też patrzy na drzwi wejściowe. Chryste, denerwuje się tak samo jak ja. Co w niego, do cholery, wstąpiło?

Mój zegarek pokazuje 5:43. Lada moment wyjdzie. Biorę głęboki wdech, poprawiam mankiety koszuli i sięgam do krawata, którego przecież nie założyłem. Psiakrew. Przeczesując palcami włosy, próbuję się pozbyć wątpliwości, ale one atakują mnie ze wszystkich stron. Czy jestem dla niej tylko darmową podwózką? Czy zechce mnie z powrotem? Czy ma kogoś innego? To gorsze od czekania na nią w Marble Bar. Dostrzegam kryjącą się w tym ironię. Myślę, że to najważniejsza umowa, jaką kiedykolwiek z nią zawarłem. Marszczę brwi – nie wyszło tak, jak się spodziewałem. Z panną Anastasią Steele nic nigdy nie wychodzi tak, jak się spodziewam. Ogarnia mnie panika i znowu ściska mnie w żołądku. Dzisiaj chcę zawrzeć o wiele poważniejszą umowę.

Chcę ją odzyskać.

Powiedziała, że mnie kocha…

Moje serce przyśpiesza i czuję napływ adrenaliny.

Nie. Nie. Nie myśl tak. Na pewno nic takiego do ciebie nie czuje.

Uspokój się, Grey. Skoncentruj.

Jeszcze raz patrzę w stronę wejścia do Seattle Independent Publishing i widzę ją, zmierzającą w moją stronę.

Kurwa.

Ana.

Zapiera mi dech, jakbym otrzymał cios w splot słoneczny. Pod czarnym żakietem nosi jedną z moich ulubionych sukienek, tę fioletową, na nogach ma czarne botki na wysokim obcasie. Włosy połyskujące w popołudniowym słońcu falują, kiedy idzie. Jednak nie ubranie ani jej włosy przykuwają moją uwagę. Jej twarz jest blada, niemal przezroczysta. Pod oczami ma ciemne kręgi i jest chudsza.

Chudsza.

Przeszywa mnie ból i poczucie winy.

Chryste.

Ona też cierpiała.

Moja troska przeradza się w gniew.

Nie. W furię.

Nie jadła. Przez te kilka dni schudła ile? Dwa, trzy kilogramy? Zerka na idącego za nią jakiegoś przypadkowego faceta, a on uśmiecha się do niej szeroko. Przystojny drań, bardzo pewny siebie. Dupek. Ich beztroska wymiana spojrzeń tylko potęguje moją wściekłość. Facet patrzy na nią idącą w stronę samochodu z bezczelnym męskim zachwytem, a mój gniew wzrasta z każdym jej kolejnym krokiem.

Taylor otwiera drzwi i pomaga jej wsiąść do środka. I nagle Ana siedzi obok mnie.

– Kiedy ostatnio coś jadłaś? – pytam gniewnie, z trudem nad sobą panując.

Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, demaskując, odzierając ze wszystkiego, aż zostaję nagi i bezbronny jak wtedy, kiedy ujrzeliśmy się po raz pierwszy.

– Dzień dobry, Christianie. Ja też się cieszę, że cię widzę – mówi.

Co. Do. Jasnej. Cholery.

– Nie wymądrzaj się – warczę. – Odpowiedz na pytanie.

Wpatruje się w swoje złożone na kolanach ręce, więc nie mam pojęcia, o czym myśli, wreszcie bąka coś o jakimś bananie i jogurcie.

To nie jest żadne jedzenie!

Staram się, naprawdę staram trzymać swój gniew na wodzy.

– Kiedy ostatnio zjadłaś prawdziwy posiłek? – naciskam, ale ona mnie ignoruje i wygląda przez okno.

Taylor odjeżdża od krawężnika, a ona macha do tego kutasa, który szedł za nią od drzwi.

– Kto to?

– Mój szef.

A więc to jest Jack Hyde. Przypominam sobie, co przeczytałem dzisiaj w jego aktach: z Detroit, stypendium w Princeton, karierę zrobił w firmie wydawniczej w Nowym Jorku, ale co kilka lat się przenosił, wędrując za pracą po całym kraju. Żadna z jego asystentek nie pracowała dłużej niż trzy miesiące. Muszę go mieć na oku, a Welch dowie się o nim więcej.

Skup się na tym, co teraz jest ważne, Grey.

– No? Ostatni posiłek?

– Christianie, to naprawdę nie twoja sprawa – szepcze.

Czuję, jak spadam.

Jestem tylko darmową podwózką.

– Wszystko, co ma związek z tobą, jest moją sprawą. Odpowiedz.

Nie skreślaj mnie, Anastasio. Proszę.

Wzdycha zrezygnowana i wznosi oczy ku niebu, żeby mnie wkurzyć. I zauważam to – uśmieszek błąkający się w kącikach jej ust. Próbuje się nie roześmiać. Po tych wszystkich katuszach jest to tak odświeżające, że mój gniew zaczyna pękać. To takie w jej stylu. Idąc w jej ślady, ja też próbuję zamaskować uśmiech.

– No więc? – pytam, już znacznie łagodniejszym tonem.

– Pasta alla vongole, w ubiegły piątek – odpowiada przytłumionym głosem.

Jezu Chryste przenajświętszy, nic nie jadła od naszej ostatniej wspólnej kolacji! Mam ochotę przełożyć ją przez kolano, tu i teraz, na tylnym siedzeniu SUV-a – wiem jednak, że już nigdy nie wolno mi tknąć jej w ten sposób.

Co ja mam z nią zrobić?

Spuszcza wzrok na swoje ręce, z twarzą jeszcze bledszą i smutniejszą niż przed chwilą. A ja się nią napawam, starając się wymyślić, co robić. Czuję, jak w piersiach narasta mi uczucie, którego nie chcę, ponieważ zaraz ogarnie mnie całego. Lekceważąc je, patrzę na nią i z bólem zaczynam rozumieć, że mój największy strach jest nieuzasadniony. Wiem, że się nie upiła i nie poznała nikogo. Kiedy teraz na nią patrzę, mam pewność, że sama leżała skulona w swoim łóżku, wypłakując oczy. Ta myśl przynosi ukojenie, ale jednocześnie ból. Ponoszę odpowiedzialność za jej rozpacz.

Ja.

Jestem potworem. Ja jej to zrobiłem. Jak mogę ją kiedykolwiek odzyskać?

– Rozumiem – bąkam, starając się zapanować nad uczuciami. – Wyglądasz, jakbyś schudła przynajmniej dwa i pół kilograma, może nawet więcej. Ano, proszę cię, jedz.

Jestem bezradny. Jak jeszcze mogę zachęcić tę cudowną, młodą kobietę do jedzenia?

Nie patrzy na mnie, mogę więc przyglądać się jej profilowi. Jest delikatny, uroczy i śliczny – taki, jakim go zapamiętałem. Pragnę pogładzić ją po policzku. Poczuć miękkość jej skóry… przekonać się, że jest prawdziwa. Zwracam się całym ciałem ku niej, drżąc z pragnienia, by jej dotknąć.

– Jak się masz? – pytam, bo chcę usłyszeć jej głos.

– Skłamałabym, mówiąc, że dobrze.

Cholera. Mam rację. Cierpiała – i to z mojej winy. Jednak jej słowa niosą w sobie cień nadziei. Może za mną tęskniła. Może? Chwytam się tej myśli desperacko.

– To tak jak ja. Tęskniłem za tobą – wyznaję i sięgam po jej dłoń, ponieważ nie wytrzymam ani chwili dłużej, żeby jej nie dotknąć. Jej ręka wydaje się drobna i lodowata.

– Christianie, ja… – milknie, bo głos się jej załamuje, jednak ręki nie cofa.

– Ano, proszę. Musimy porozmawiać.

– Christianie. Ja… Proszę. Tak bardzo płakałam – szepcze, a jej słowa i to, jak próbuje zwalczyć łzy, ranią resztki mojego serca.

– Och, dziecinko, nie. – Przyciągam ją za rękę i zanim zdąży zaprotestować, sadzam sobie na kolanach, obejmując ramionami.

Och, jak cudownie czuć ją przy sobie.

Jest za lekka, za krucha i aż chce mi się krzyczeć z rozpaczy, ale wtulam nos w jej włosy i jej zapach mnie obezwładnia. Przypomina lepsze czasy: sad w jesieni. Śmiech w domu. Błyszczące oczy, roześmiane i psotne… i pełne pożądania. Moja słodka, cudna Ana.

Moja.

W pierwszej chwili opiera się, cała sztywna, szybko jednak się rozluźnia i wspiera głowę na moim ramieniu. Postanawiam zaryzykować i zamykając oczy, całuję ją we włosy. Co za ulga, że nie próbuje mi się wyrwać. Ale muszę uważać. Nie mogę pozwolić, żeby znowu mi się wymknęła. Tulę ją, rozkoszuję się jej dotykiem. To chwila pełnego spokoju.

Trwa jednak krótko – Taylor dociera do lądowiska helikopterów w Seattle w rekordowym czasie.

– Chodź. – Z ociąganiem zsuwam ją z kolan. – Jesteśmy na miejscu.

Patrzy na mnie skonsternowana.

– Lądowisko. Na dachu – wyjaśniam.

Jak według niej mieliśmy się dostać do Portland? Jazda samochodem trwałaby przynajmniej trzy godziny. Taylor otwiera drzwi i wysiadam ze swojej strony.

– Powinnam ci oddać chusteczkę – mówi do Taylora z nieśmiałym uśmiechem.

– Proszę ją zatrzymać, panno Steele, z najlepszymi życzeniami.

Co oni, do cholery, kombinują?

– O dziewiątej? – przerywam im, nie tylko żeby mu przypomnieć, o której ma nas odebrać w Portland, ale też żeby przestał rozmawiać z Aną.

– Tak, proszę pana – odpowiada cicho.

I słusznie. To moja dziewczyna. Chusteczki to moja sprawa. Nie jego.

Przed oczami migają mi obrazy, jak wymiotuje na ziemię, a ja podtrzymuję jej włosy. Dałem jej wtedy chusteczkę. A jakiś czas później tej samej nocy patrzyłem, jak śpi obok mnie.

Przestań. Natychmiast, Grey.

Biorę ją za rękę – wciąż chłodną, ale już nie tak lodowatą, i idziemy do budynku. Kiedy dochodzimy do windy, przypomina mi się nasze spotkanie w Heathman. Ten pierwszy pocałunek.

Tak. Ten pierwszy pocałunek.

Pod wpływem tej myśli budzi się moje ciało.

Ale otwierające się drzwi windy rozpraszają mnie i niechętnie puszczam jej dłoń, żeby mogła wejść do środka.

Winda jest mała, a my przestaliśmy się dotykać. Ale czuję ją. Całą. Tutaj.

Teraz.

Cholera. Przełykam ślinę.

Czy to dlatego, że jest tak blisko? Pociemniałe oczy spoglądają na mnie.

Och, Ano.

Jej bliskość jest podniecająca. Oddycha gwałtownie i patrzy w podłogę.

– Ja też to czuję – szepczę. Znowu sięgam po jej rękę i kciukiem pieszczę zewnętrzną część dłoni. Podnosi na mnie wzrok, a jej przepastne niebieskie oczy zasnuwa mgiełka pożądania.

Kurwa. Pragnę jej.

Zagryza wargę.

– Proszę, nie zagryzaj wargi, Anastasio. – Mój głos jest niski, przepełniony tęsknotą.

Czy zawsze już tak z nią będzie? Chcę ją pocałować, przycisnąć do ściany windy, jak zrobiłem to wtedy, za pierwszym razem. Chcę się z nią pieprzyć, tutaj, i sprawić, żeby znowu była moja. Jej powieki trzepoczą, usta ma lekko rozchylone, a ja tłumię jęk. Jak ona to robi? Jednym spojrzeniem wyprowadza mnie z równowagi? Przywykłem mieć wszystko pod kontrolą – a teraz prawie się ślinię tylko dlatego, że wbija zęby w wargę.

– Wiesz, jak to na mnie działa – mruczę.

I teraz, zaraz pragnę cię w tej windzie posiąść, maleńka, ale nie sądzę, żebyś mi na to pozwoliła.

Drzwi się rozsuwają i powiew zimnego powietrza pozwala mi odzyskać przytomność umysłu. Chociaż dzień był ciepły, tutaj, na dachu, wiatr przybrał na sile. Anastasia drży obok mnie. Wspiera się o mnie i czuję, że jest za lekka, ale jej drobne ciało idealnie mieści się pod moim ramieniem.

Widzisz? Tak dobrze do siebie pasujemy, Ano.

Idziemy przez płytę lądowiska w stronę „Charlie Tango”. Rotory obracają się łagodnie – maszyna jest gotowa do startu. Stephan, mój pilot, biegnie w naszą stronę. Wymieniamy uścisk dłoni, a ja wciąż obejmuję Anę ramieniem.

– Gotowi do startu, sir. Oddaję panu maszynę! – przekrzykuje huk silników.

– Wszystko sprawdzone?

– Tak jest.

– Odbierzesz go około wpół do dziewiątej?

– Tak jest.

– Taylor czeka na ciebie przed budynkiem.

– Dziękuję, panie Grey. Bezpiecznego lotu do Portland, proszę pani.

Salutuje Anastasii i rusza w stronę czekającej windy. Z pochylonymi głowami przechodzimy pod rotorami i kiedy otwieram drzwi, podaję jej rękę, żeby pomóc jej wsiąść.

Gdy zapinam ją w pasy, wstrzymuje oddech. Ten dźwięk trafia prosto w moje przyrodzenie.

Ignorując reakcję ciała, ciasno zaciągam pasy.

– Muszę przyznać, że podobasz mi się w tej uprzęży. Niczego nie dotykaj.

Rumieni się. Wreszcie te blade policzki nabierają trochę koloru – i nie mogę się powstrzymać. Wierzchem wskazującego palca muskam jej policzek wzdłuż granicy rumieńca.

Boże. Ależ ja jej pragnę.

Denerwuje się, a ja wiem, że dlatego, iż nie może się poruszyć. Podaję jej słuchawki, zajmuję swoje siedzenie i zapinam pasy.

Sprawdzam kontrolki. Wszystkie lampki palą się na zielono, nie zgłaszając żadnej usterki. Ustawiam przepustnicę w pozycji „Fly”, ustawiam kod transpondera i potwierdzam, że pali się lampka antykolizyjna. Wszystko wygląda dobrze. Wkładam słuchawki, włączam radio i sprawdzam obroty śmigła.

Kiedy odwracam się ku Anie, wpatruje się we mnie intensywnie.

– Gotowa, maleńka?

– Tak.

Oczy ma szeroko otwarte i jest podekscytowana. Z szerokim uśmiechem upewniam się przez radio, że w wieży nie śpią i są czujni.

 

Dostaję pozwolenie na start i sprawdzam temperaturę oleju razem z resztą przyrządów. Wszystkie działają normalnie, zwiększam więc ciąg i elegancka sylwetka „Charliego Tango” unosi nas w powietrze.

Och, uwielbiam to.

Kiedy nabieramy wysokości, zaczynam czuć się pewniej i zerkam na siedzącą obok pannę Steele.

Pora zrobić na niej wrażenie. Czas na show, Grey.

– Przedtem ścigaliśmy świt. A teraz zmierzch, Anastasio – uśmiecham się do niej, a ona odpowiada nieśmiałym uśmiechem, który rozświetla jej twarz.

Na widok jej miny budzi się we mnie nadzieja. Mam ją tutaj, przy sobie, a już myślałem, że ją straciłem. Chyba dobrze się bawi i wydaje się o wiele szczęśliwsza niż wtedy, kiedy wychodziła z biura. Może i jestem tylko darmową podwózką, ale zamierzam cieszyć się każdą cholerną minutą lotu w jej towarzystwie.

Doktor Flynn byłby dumny.

Żyję chwilą. Jestem optymistą.

Dam radę to zrobić. Odzyskam ją.

Małymi kroczkami, Grey. Nie wyrywaj się do przodu.

– Poza zachodzącym słońcem możemy też podziwiać inne rzeczy – mówię. – Tam jest Escala. Tam Boeing i widać Space Needle.

Wyciąga swoją smukłą szyję, żeby lepiej widzieć, jak zwykle ciekawa wszystkiego.

– Nigdy tam nie byłam – mówi.

– Zabiorę cię. Możemy tam coś zjeść.

– Christianie, zerwaliśmy – odpowiada skonsternowana.

Nie to chciałem usłyszeć, ale staram się zachować spokój.

– Wiem. Ale przecież i tak mogę cię tam zabrać. I nakarmić. – Posyłam jej znaczące spojrzenie, a ona pokrywa się cudownie lekkim rumieńcem.

– Tu w górze jest bardzo pięknie. Dziękuję – mówi, a ja zauważam, że zmieniła temat.

– Robi wrażenie, prawda? – Ten widok chyba nigdy mi się nie znudzi.

– Robi wrażenie, że potrafisz latać.

Jej komplement mnie zaskakuje.

– Pani mi pochlebia, panno Steele? Ale przecież jestem człowiekiem wielu talentów.

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, panie Grey – odpowiada zgryźliwie, a ja chyba wiem, do czego pije. Powstrzymuję uśmiech. Tego mi właśnie brakowało: jej impertynencji i tego, jak za każdym razem potrafi mnie rozbroić.

Zachęć ją, żeby mówiła, Grey.

– Jak w nowej pracy?

– Dobrze, dziękuję. Jest ciekawa.

– A szef? Jaki jest?

– Och. W porządku. – Mówi o Jacku Hydzie bez zbytniego entuzjazmu, a mnie przeszywa lęk. Czyżby się do niej dobierał?

– Co się stało? – pytam.

Muszę to wiedzieć – czy ten kutas zachował się niewłaściwie? Jeśli tak, z miejsca go zwolnię.

– Poza tym, co oczywiste, to nic.

– Oczywiste?

– Och, Christianie, potrafisz być naprawdę ograniczony. – Patrzy na mnie z rozbawieniem wyrażającym pogardę.

– Ograniczony? Ja? Panno Steele, nie jestem pewny, czy podoba mi się pani ton.

– Cóż, trudno – żartuje sobie wielce z siebie zadowolona, i nie mogę się nie uśmiechnąć.

Jedno jej spojrzenie albo uśmiech potrafią sprawić, że czuję się, jakbym miał dwa metry wzrostu, a kiedy indziej co najwyżej pół – to takie ożywcze i zupełnie mi nieznane uczucie.

– Brakowało mi twojej niewyparzonej buzi, Anastasio.

Przed oczami staje mi jej obraz klęczącej przede mną i muszę się poprawić na siedzeniu.

Cholera. Skup się, Grey, na miłość boską. Odwraca wzrok i ukrywając uśmiech, spogląda w dół na przedmieścia, nad którymi lecimy, ja zaś sprawdzam, czy w dobrym kierunku – ale wszystko jest w porządku. Zmierzamy w stronę Portland.

Milczy, a ja od czasu do czasu na nią zerkam. Na jej twarzy maluje się ciekawość i niedowierzanie, kiedy patrzy na przesuwający się pod nami krajobraz i opalizujące niebo. Wieczorne światło kładzie się na jej policzki miękką poświatą. Pomimo bladości i podkrążonych oczu – dowodów cierpienia, którego ja byłem sprawcą – wygląda olśniewająco. Jak mogłem pozwolić, żeby odeszła z mojego życia?

Pędzimy naszą bańką ponad chmurami, wysoko, a mój optymizm rośnie z każdą chwilą i powoli zapominam o napięciu, w jakim żyłem przez ostatni tydzień. Z wolna zaczynam się rozluźniać i mając ją wreszcie przy sobie, rozkoszuję się spokojem, jakiego nie zaznałem, odkąd mnie zostawiła.

Kiedy jednak cel naszej podróży jest coraz bliższy, czuję się coraz mniej pewnie. Boże, spraw, żeby mój plan się powiódł. Muszę zabrać ją w jakieś ustronne miejsce. Może na kolację. Niech to szlag. Powinienem był coś zarezerwować.

Trzeba ją nakarmić. Jeśli uda mi się namówić ją na wspólną kolację, wystarczy, że znajdę właściwe słowa. Te ostatnie dni uzmysłowiły mi, że muszę mieć kogoś – muszę mieć ją. Pragnę jej, ale czy ona pragnie mnie? Czy zdołam ją przekonać, żeby dała mi drugą szansę?

Czas pokaże, Grey – zachowaj tylko spokój. Nie wystrasz jej znowu.

Piętnaście minut później lądujemy na jedynym lądowisku dla helikopterów w Portland. Wrzucam silniki „Charliego Tango” na luz i wyłączam transponder, dopływ paliwa i radionadajniki. Wraca niepewność, którą odczuwałem od chwili, gdy postanowiłem ją odzyskać. Muszę jej powiedzieć, co czuję, a to będzie trudne – ponieważ sam nie pojmuję uczuć, jakie wobec niej żywię. Wiem, że za nią tęskniłem, że bez niej byłem nieszczęśliwy i że chcę spróbować z nią być na jej warunkach. Ale czy to jej wystarczy? I czy wystarczy mnie?

Czas pokaże, Grey.

Rozpinam pasy i kiedy nachylam się, by to samo zrobić z jej pasami, wyczuwam jej delikatny zapach. Pachnie tak ładnie. Zawsze pachniała ładnie. Przez jedną ulotną chwilę patrzy mi w oczy, jakby miała jakieś niecne myśli, a ja jak zwykle oddałbym wszystko, żeby je poznać.

– Podróż się podobała, panno Steele? – pytam, nie zwracając uwagi na jej spojrzenie.

– Tak, dziękuję, panie Grey.

– Cóż, w takim razie chodźmy obejrzeć zdjęcia naszego chłopca.

Otwieram drzwi, wyskakuję i wyciągam do niej rękę.

Czeka na nas kierownik lądowiska, Joe. Pochodzi z innej epoki. To weteran wojny koreańskiej, ale jak na swoje pięćdziesiąt lat wciąż jest dziarski i bystry. Przed jego czujnym spojrzeniem nic się nie ukryje. Z błyskiem w oku uśmiecha się do mnie znacząco.

– Joe, zajmij się nim, zanim nie zjawi się Stephen. Powinien być między ósmą a dziewiątą.

– Jasna sprawa, panie Grey. Proszę pani. Państwa samochód czeka na dole. Och, ale winda się zepsuła, więc muszą państwo zejść schodami.

– Dziękuję, Joe.

Kiedy idziemy do schodów pożarowych, przyglądam się wysokim obcasom Anastasii i przypominam sobie, jak niezgrabnie przewróciła się w moim gabinecie.

– Masz szczęście, że to tylko trzy piętra… W tych szpilkach. – Tłumię uśmiech.

– Nie podobają ci się moje buty? – pyta, spoglądając na swoje stopy.

Przed oczami staje mi rozkoszny obraz, jak wspiera się nimi o moje ramiona.

– Bardzo mi się podobają, Anastasio – mruczę w nadziei, że moja mina nie zdradza moich kosmatych myśli. – Chodź. Pójdziemy powoli. Nie chciałbym, żebyś spadła i skręciła sobie kark.

Obejmuję ją w pasie wdzięczny za zepsutą windę – dzięki temu mam dobry pretekst, żeby ją przytulić. Przyciągam ją do siebie i zaczynamy schodzić.

W samochodzie, którym jedziemy do galerii, mój niepokój się wzmaga; mamy wziąć udział w imprezie jej tak zwanego przyjaciela. Faceta, który kiedy widziałem go ostatnio, próbował wepchnąć jej do ust język. Może przez te ostatnie dni ze sobą rozmawiali, a to spotkanie jest długo wyczekiwaną randką.

Kurwa, że też nie pomyślałem o tym wcześniej. I mam naprawdę cholerną nadzieję, że się mylę.

– José to tylko kolega – mówi Anastasia cicho.

Co? Wie, o czym myślę? Aż tak to widać? Od kiedy?

Odkąd zdarła ze mnie moją zbroję. Odkąd odkryłem, że jej potrzebuję.

Patrzy na mnie i czuję ucisk w żołądku.

– Te twoje piękne oczy wydają się takie wielkie w twojej twarzy, Anastasio. Proszę, obiecaj mi, że zaczniesz jeść.

– Tak, Christianie, zacznę – odpowiada głosem, w którym pobrzmiewa frustracja.

– Mówię poważnie.

– Doprawdy? – pyta z sarkazmem, a ja niemal muszę usiąść na swoich rękach. Pora się określić.

– Nie chcę się z tobą kłócić, Anastasio. Pragnę cię odzyskać i chcę, żebyś była zdrowa.

Zaszczyca mnie zaskoczonym spojrzeniem szeroko otwartych oczu.

– Ale nic się nie zmieniło – mówi i marszczy brwi.

Och, Ano, zmieniło się – dla mnie to jak wybuch wulkanu. Zatrzymujemy się przed galerią i już nie mam czasu na żadne wyjaśnienia.

– Porozmawiamy w drodze powrotnej. Jesteśmy na miejscu.

Zanim zdąży odpowiedzieć, że nie jest zainteresowana, wysiadam z samochodu i obchodzę go, żeby otworzyć drzwi z jej strony. Kiedy wychodzi, jest wyraźnie wściekła.

– Czemu to robisz? – wykrzykuje rozdrażniona.

– Co robię? – Kurwa, o co chodzi?

– Mówisz coś takiego i przerywasz w pół słowa.

Więc o to chodzi? Dlatego jesteś wściekła?

– Anastasio, jesteśmy na miejscu. Tego chciałaś. Załatwmy, co mamy do załatwienia, a potem porozmawiamy. Wolałbym uniknąć sceny na ulicy.

Zaciska wargi, robiąc nadąsaną minę, po czym mówi niechętnie:

– Okej.

Ujmuję ją za rękę i ruszam szybko do galerii, a ona potykając się, próbuje za mną nadążyć.

Wewnątrz jest jasno i przestronnie. To jeden z tych zaadaptowanych magazynów, które są teraz takie modne – drewniane podłogi i ściany z cegły. Portlandzcy koneserzy sączą tanie wino i gawędzą przyciszonymi głosami, podziwiając wystawę.

Wita nas młoda kobieta.

– Dobry wieczór, witamy państwa na wernisażu José Rodrigueza.

Gapi się na mnie.

To tylko opakowanie, słonko. Szukaj gdzie indziej.

Jest skonsternowana, ale zauważa Anastasię i odzyskuje panowanie nad sobą.

– Och, to ty, Ano. Zapraszamy na poczęstunek. – Podaje Anie broszurę i wskazuje na stół z napojami i przekąskami. Ana marszczy brwi i nad jej nosem pojawia się to niewielkie v, które tak kocham. Chcę je pocałować, jak robiłem to wcześniej.

– Znasz ją? – pytam. Kręci przecząco głową, jeszcze bardziej marszcząc czoło. Wzruszam ramionami. Cóż, jesteśmy w Portland. – Czego się napijesz?

– Poproszę kieliszek białego wina.

Idąc w stronę baru, słyszę entuzjastyczny okrzyk.

– Ana!

Obracam się i widzę, jak ten chłopak bierze w ramiona moją dziewczynę.