Niedokończona historia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jennie Lucas

Niedokończona historia

Tłumaczenie: Katarzyna Panfil

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Claiming the Virgin’s Baby

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Jennie Lucas

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7416-6

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Panika. Strach. Gryzący żal.

Takie uczucia targały Rosalie Brown w zaawansowanej ciąży.

Myślała, że jest w stanie to zrobić: zostać surogatką dla bezdzietnego małżeństwa, cieszyć się, mogąc przekazać dziecko kochającej rodzinie.

Była głupia.

Palące łzy napłynęły jej do oczu.

Przez ostatnie siedem miesięcy dziecko w niej rosło, ruszało się i kopało. Chodziła na USG i nabrała zwyczaju mówienia do niego na głos podczas długich spacerów wzdłuż zatoki San Francisco – rano i wieczorem, w deszczu i w słońcu. Niepostrzeżenie pokochała to dziecko.

Sekretnie i idiotycznie.

Rosalie zamrugała szybko. Gdy zobaczyła ogłoszenie kliniki płodności poszukującej surogatek, przechodziła zły okres w życiu – była pogrążona w żałobie, od niedawna bez pracy i bez możliwości powrotu do domu. Na widok reklamy pomyślała, że to cud – szansa na opłacenie kilkumiesięcznego czynszu, ale też na zrobienie czegoś naprawdę dobrego. A to najlepszy sposób, by pozbyć się poczucia winy i bólu.

Poznała więc potencjalną matkę, piękną, szykowną Włoszkę, która ze łzami w oczach mówiła, jak bardzo jej mąż pragnie dziecka, i prosiła ją o pomoc. Po raz pierwszy od miesięcy Rosalie poczuła coś innego niż rozpacz. Jeszcze tego samego dnia podpisała umowę surogacyjną.

Kilka tygodni później, gdy wreszcie zaczęła coś dostrzegać spoza mgły żałoby, ogarnęły ją wątpliwości. Uświadomiła sobie, że odda własne dziecko – spokrewnione z nią biologicznie, a nie tylko noszone w ciele przez dziewięć miesięcy. Owszem, poczęte w klinice, ale czy przez to będące w mniejszym stopniu jej dzieckiem?

Po pierwszej próbie sztucznego zapłodnienia Rosalie zrozumiała, że nie może być surogatką. Ale już było za późno – zaszła w ciążę. I, zgodnie z umową, którą sama podpisała, będzie zmuszona oddać to dziecko po porodzie.

Przez ostatnich siedem miesięcy próbowała przekonać samą siebie, że ten płód nie jest tak naprawdę jej, tylko Chiary Falconeri i jej męża Alexa.

Ale całą sobą – sercem, ciałem i duszą – odrzucała ten argument. Aż wreszcie nie mogła tego dłużej znieść. W ostatnim tygodniu wyrobiła sobie paszport i zabukowała lot transkontynentalny.

I dziś, po czternastogodzinnym locie, znalazła się w Wenecji, kierowana desperacją czy może czystym szaleństwem. Bo niby jak miałaby przekonać włoskie małżeństwo, by pozwoliło jej zachować dziecko?

Signora?

Spojrzała na uśmiechniętego Włocha w pasiastej koszuli, wyciągającego dłoń, by pomóc jej wyjść z tramwaju wodnego, który przewiózł ją przez lagunę z lotniska Marco Polo.

– Pomóc pani z torbą?

– Nie, grazie. – To było jedyne słowo, jakie znała po włosku.

Chwyciła małą podręczną torbę i zeszła po trapie vaporetto, a potem z uczuciem pustki w piersi podążyła za tłumem turystów, mijając tarasy uroczych kawiarenek i sklepy sprzedające kolorowe szkło i ozdobne maski – Wenecja, miasto marzeń.

Rosalie dorastała na farmie w północnej Kalifornii, a potem przeniosła się za pracą do pobliskiego San Francisco. Nigdy nie przypuszczała, że pewnego dnia odbędzie podróż na drugą stronę globu. Oszałamiały ją bajeczne renesansowe budynki, romantyczne balkoniki i kanały skrzące się pod włoskim słońcem jak diamenty.

Z westchnieniem potrząsnęła głową. Co ją obchodzi lokalny koloryt? Jest tu tylko z jednego powodu: by spróbować zachować swoje dziecko.

Skupiła się na mapie w telefonie. Porzuciła tłum zmierzający na plac Świętego Marka i skręciła w cichą, wąską uliczkę, a potem w kolejną. Udając się pod adres z umowy, przeszła przez wąski mostek na ciche Piazza di Falconeri.

Z każdym krokiem czuła się bardziej spocona i wygnieciona. Tylko raz, w klinice w Kalifornii, widziała się z Chiarą i w ogóle nie poznała jej męża. A teraz miała ich poprosić, by ich syn mógł z nią pozostać.

Zatrzymała się przed bramą z kutego żelaza, za którą widać było dziedziniec pełen roślin i drzew oraz palazzo. Dotarła na miejsce. Kolana się pod nią ugięły, ale przywołała na pomoc całą swą desperację i nacisnęła dzwonek.

Z domofonu dobiegł zimny głos:

Si?

– Hm… chciałabym się zobaczyć… z panem i panią Falconeri.

– Z panią Falconeri? – Głos mężczyzny wydał jej się zgorszony. – Czy jest pani umówiona?

– Nie, ale będą chcieli się ze mną zobaczyć.

– A kim pani jest?

– Rosalie Brown. Jestem ich matką zastępczą. Mam ich dziecko.

Po drugiej stronie domofonu zapadła martwa cisza.

– Halo? Jest tam kto? – Wciąż bez odpowiedzi. – Bardzo proszę, przyleciałam aż z Kalifornii. Jeśli mógłby pan chociaż porozmawiać z panią Falconeri, ona wyjaśni…

Rozległo się bzyczenie i brama się otworzyła. Przełykając nerwowo, Rosalie weszła do środka.

Dziedziniec był zacieniony, cichy i zielony, jak oaza spokoju w zatłoczonej, bezdrzewnej Wenecji. Rosalie dotarła do ozdobnych drzwi, które otworzyły się przed nią, zanim zdążyła zastukać kołatką. Spoglądał na nią wyniosły, siwowłosy mężczyzna.

– Proszę wejść – powiedział z brytyjskim akcentem.

– Dziękuję. – Zdenerwowana weszła do foyer, a potem spytała z wahaniem: – Pan Falconeri?

– Ja? – Starszy mężczyzna zakaszlał. – Jestem kamerdynerem pana hrabiego.

– Hrabiego? – powtórzyła, zdezorientowana.

– Alexander Falconeri ma tytuł Conte di Rialto. Dziwne, że pani tego nie wie…

– Ach. – No to świetnie. Najwyraźniej ojciec jej dziecka miał szlacheckie pochodzenie. Jakby nie dość już była onieśmielona. Zadarła głowę i spojrzała na sufit pokryty freskami i na antyczny kryształowy żyrandol.

– Tędy, panno Brown. – Kamerdyner poprowadził ją po szerokich schodach i przez rozległy hall, a potem przez podwójne, wysokie na trzy metry drzwi do tonącego w złocie salonu. Ze zdumieniem przyglądała się meblom w stylu Ludwika XIV, portretowi nad marmurowym kominkiem i dużym oknom wychodzącym na kanał.

– Zechce tu pani poczekać.

Gdy wyszedł, Rosalie nerwowo przemierzała salon. To miejsce w niczym nie przypominało jej malutkiego mieszkanka w San Francisco, które dzieliła z trzema współlokatorkami, ani jej rodzinnej farmy, wypchanej po brzegi niedopasowanymi meblami.

Bardzo łatwopalnymi, jak się okazało…

Gdy to pomyślała, zrobiło jej się niedobrze, więc zmusiła się do skupienia tylko na tym pomieszczeniu. Te meble także wyglądały, jakby przekazywano je z pokolenia na pokolenie, ale zupełnie inaczej niż w jej kochającym, pełnym życia domu rodzinnym. Tutaj każde krzesło i każdy stół wydawały się bezcenne – aż strach było ich dotykać.

Nie ma mowy, by jej dziecko wychowywało się w tym muzeum. Rosalie mocniej zacisnęła dłoń na pasku swojej torby.

– Kim jesteś i czego chcesz?

Rosalie obróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę z szerokimi ramionami i muskularną sylwetką. Miał ciemne i zmierzwione włosy, a jego czarne oczy przewiercały ją na wylot.

– Pan Alex Falconeri? – wydusiła.

Przeszedł przez pokój i stanął tuż przed nią. Był ubrany cały na czarno: koszula, doskonale skrojone spodnie, skórzane buty… Jego ubiór pasował do tego pałacu – i zupełnie nie przystawał do upalnej włoskiej pogody w ten ostatni majowy dzień.

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. – Zmroził ją wzrokiem. – Kim jesteś? Co to za śmieszna historyjka, którą opowiedziałaś mojemu kamerdynerowi?

Chyba nie mieli tylu różnych surogatek, by nie zorientował się od razu, kim ona jest?

– Jestem Rosalie. Rosalie Brown.

– Świetnie. Rosalie, Rosalie Brown – przedrzeźniał. – Podobno twierdzisz, że jesteś ze mną w ciąży. Co to za żarty?

– Wie pan, że tak jest.

– Niby jakim cudem? – zapytał z pogardą. – Nigdy nie zdradziłem swojej żony.

 

Rosalie wpatrywała się w niego ze zdumieniem.

– Przecież podpisał pan umowę surogacyjną!

– Umowę? O czym ty mówisz?

Czy to możliwe, by o niczym nie wiedział?

– Pańska żona zatrudniła mnie przez klinikę w San Francisco w listopadzie zeszłego roku. Powiedziała mi, że jest pan… – zawahała się – zbyt zajęty, by wyjechać z Włoch. Ale twierdziła, że są państwo szczęśliwym małżeństwem i brakuje wam jedynie dziecka.

– Szczęśliwym? – Spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Moja żona nigdy by tak nie powiedziała.

– Cóż… powiedziała, że gdy tylko urodzę dziecko, będzie pan szczęśliwy, bo tylko tego pan pragnie. I że ona też wreszcie będzie szczęśliwa.

Alex Falconeri przypatrywał jej się zimno.

– Niech pan ją po prostu zapyta – podsunęła słabo.

– Nie mogę jej o nic zapytać. Moja żona nie żyje. Zginęła w wypadku samochodowym cztery tygodnie temu…

– Tak mi przykro…

– Ze swoim kochankiem – dokończył. – Więc wszystko, co powiedziałaś, to kłamstwo.

Alexander Falconeri, Conte di Rialto, spoglądał na piękną młodą kobietę w ciąży.

Oczywiście kłamała. Jej śmieszna historyjka nie mogła być prawdziwa. Nawet Chiara nie mogłaby tego zrobić. Doprowadzić do poczęcia dziecka bez jego wiedzy? Nie. To niemożliwe. Skąd amerykańska klinika wzięłaby jego próbkę?

To musiał być podstęp.

Chiara była sprytna i bezwzględna. Przez dwa lata desperacko pragnęła rozwodu i, mimo intercyzy, połowy majątku Alexa.

Odmówił jej, bo na to nie zasługiwała, a poza tym – złożył przysięgę. Dla niego małżeństwo, szczęśliwe czy nie, było na zawsze.

Chiara widziała to inaczej. Gdy rok po ich ślubie zmarł jej bogaty ojciec, otrzymała spadek i nie widziała powodu, by dalej pozostawać żoną Alexa. Pragnęła wolności, by poślubić uzależnionego od narkotyków muzyka bez grosza przy duszy, którego kochała od lat.

Ale jej żonaty kochanek napomknął, że tylko naprawdę spektakularny majątek mógłby go skłonić do odejścia od żony i nagle zwykły rozwód przestał Chiarze wystarczać. Zażądała, by Alex zapomniał o umowie przedmałżeńskiej i dał jej połowę swojej rodzinnej fortuny.

Gdy odmówił, obnosiła się ze swoim romansem, imprezując z kochankiem w najbardziej obleganych miejscach Wenecji i Rzymu. Zrobiła wszystko, by wymóc na nim to, czego pragnęła.

Ale on nie uległ.

Wreszcie, we wściekłej desperacji, zagroziła szantażem. Gardził nią, bo wiedział, że nie ma go czym szantażować – nigdy jej nie zdradził, nigdy nie złamał prawa.

Ale to dziecko…

Wiedziała, że pragnie dziecka. Był ostatni z rodu w prostej linii. Jeśli nie będzie miał dzieci, tytuł Conte di Rialto umrze wraz z nim.

Czy faktycznie mogła to zrobić?

– Bardzo mi przykro z powodu pana żony. – Amerykanka przerwała jego rozmyślania, uprzejmie kładąc dłoń na jego nadgarstku. – Nawet jeśli miał pan… problemy małżeńskie, na pewno bardzo kochał pan swoją żonę.

Alex w szoku spojrzał na drobną dłoń na swojej ręce.

To był konwencjonalny gest, mający nieść pocieszenie. Ale nie czuł pocieszenia. Jej dotknięcie zelektryzowało go od stóp do głów. Dlaczego jego ciało zareagowało w taki sposób?

Alex powiedział sobie ostro, że nie ma w tym jakiejś szczególnej magii. Tylko instynktowna reakcja – od dawna nie uprawiał seksu. Czy można się było dziwić, że jego ciało reagowało teraz na najlżejszy dotyk, najmniejszą pieszczotę?

Wyszarpnął rękę, a ona zarumieniła się uroczo.

– Ale… Nic z tego nie rozumiem. Klinika nie została powiadomiona o śmierci pańskiej żony, a przynajmniej mnie nie powiadomiono. A ona mówiła, że byliście razem szczęśliwi… – Wzięła urywany oddech. – Przepraszam. Nie musi pan o tym mówić. Mogę sobie tylko wyobrażać pańską stratę.

– Nie. Nie możesz. – Oczywiście, że nie mgła. Bo nie czuł żalu. – A ja nic nie wiem o twojej klinice.

– Powiedział pan, że zginęła w wypadku?

– Tak. – O ile można było tak nazwać upicie się i naćpanie z kochankiem i jazdę krętą drogą nad urwiskiem. – Cztery tygodnie temu. Mówiono o tym w wiadomościach.

Od miesiąca o śmierci Chiary rozprawiano we włoskich i francuskich mediach. Dumny Conte di Rialto, dawny playboy, przez dwa lata trwał w nieustannym poniżeniu przez niekończące się publiczne zdrady żony. Śmierć Chiary była doskonałym zwieńczeniem plotkarskiej historii.

Nikt, nawet przyjaciele, nie mógł zrozumieć, dlaczego Alex nie chciał się z nią rozwieść. Raz czy dwa próbował tłumaczyć, jak ważne są honor i dotrzymywanie ślubów, ale nikogo to nie przekonywało.

Za to błyszczące, ciemne oczy tej młodej kobiety były pełne współczucia.

Nienawidził jej dobroci.

To była gra. Klinika w Kalifornii nie mogła uzyskać jego próbki bez jego wiedzy lub zgody. Może Chiara znalazła jakąś biedującą aktorkę, która była już w ciąży, i przekonała ją, by odegrała rolę życia.

– Mam nadzieję, że zapłaciła ci z góry – wycedził.

Dziewczyna zamrugała z niedowierzaniem.

– Co?

– Zatrudniła cię, prawda? Żebyś przyjechała do Wenecji i udawała, że jesteś w ciąży?

– Nie wierzy mi pan?

Drżenie jej głosu, powstrzymywane łzy lśniące w oczach – musiał jej to oddać: była dobrą aktorką.

– Że poczęłaś moje dziecko w probówce?

– Sztuczne zapłodnienie – wymamrotała, rumieniąc się.

– Panno… jeszcze raz: jak się nazywasz?

– Rosalie Brown.

– Panno Brown. – Alex uniósł brew. – Zapłacę ci dwa razy tyle co Chiara, jeśli przyznasz się do kłamstwa.

– Do kłamstwa?

– Przyznaj, że nie jestem ojcem twojego dziecka. – Przerwał i przyjrzał jej się, przechylając głowę. – O ile w ogóle jesteś w ciąży.

– Nie jestem w ciąży? – Zagrzmiała z oburzenia. – A to co?

Chwyciła jego dłoń i położyła na swoim brzuchu. Spodziewał się poczuć miękką poduszkę, nic więcej. Zamiast tego poczuł ciepło i jędrność jej brzucha. Cofnął rękę w zaskoczeniu.

– Oczywiście, że jestem w ciąży. Dlaczego miałabym kłamać?

– Dziewczyna czy chłopak? – zapytał z lekkim drżeniem.

– Co za różnica? Chłopak. Urodzi się za dwa miesiące. Jest pan jego ojcem.

– A ty przyszłaś po wypłatę – zgadywał ponuro. Kręciło mu się w głowie. – Byłaś już w ciąży, gdy Chiara cię znalazła. Ale obiecała ci dużo pieniędzy, jeśli przyjedziesz do Wenecji i przekonasz mnie, że to ja jestem ojcem, żeby ona mogła dostać rozwód.

– Chciała rozwodu?

– Ale kiedy usłyszałaś, że nie żyje, zmartwiłaś się, że nie dostaniesz pieniędzy – ciągnął. – Więc teraz liczysz, że ja ci zapłacę, żebyś odeszła.

– Co? Nie! Źle mnie pan zrozumiał!

– Więc czego chcesz?

Rosalie wpatrywała się w niego z pobladłą twarzą. Wreszcie wzięła głęboki wdech.

– Chcę, żeby to pan odszedł – wyszeptała. – Dlatego tu przyleciałam. Chcę, żeby to dziecko było moje. Bo jest moje. To mój syn.

Alex zacisnął szczękę. Szybko się otrząsnął.

– Chcesz powiedzieć, że potrzebujesz moich pieniędzy…

– Nie. Potrzebuję tylko mojego dziecka. – Sięgnęła do swojej torby i wyciągnęła zwitek dolarów owiniętych gumką. Podała mu go. – Te pieniądze pańska żona dała mi na wydatki ciążowe. Proszę to wziąć z powrotem. Całość.

Zdumiony wziął plik banknotów.

– Nic ode mnie nie chcesz?

Rosalie Brown potrząsnęła głową.

– No to idź już – powiedział ochryple Alex. – Nic nie wiem o twoim dziecku. Nie ma możliwości, żebym to ja mógł być jego ojcem. Więc po prostu stąd zmiataj.

Spodziewał się, że odpowie złością, ale Rosalie nagle go objęła i uściskała ze łzami wdzięczności w oczach. Szlochając, pocałowała go mocno i długo w policzek.

– Dziękuję – szepnęła, muskając ustami jego ucho. – Bardzo dziękuję.

Alex poczuł miękkość jej pełnych piersi na swoich żebrach, nacisk jej brzucha na swoim kroczu. Czuł zapach jej ciemnych włosów, jakby kwiaty wanilii i pomarańczy.

W jego ciele buzowało, to było niczym zryw ciepła i słońca po długiej, martwej zimie.

Rosalie odsunęła się, a po jej policzkach płynęły łzy.

– Nawet pan nie wie, ile to dla mnie znaczy. Bałam się robić sobie jakąkolwiek nadzieję. – Sięgnęła do torby i wcisnęła mu w ręce jakiś dokument. – Proszę to podpisać i wysłać do kliniki medycznej w San Francisco. Żeby mnie więcej nie wzywali. – Ocierając łzy, uśmiechnęła się. – Dziękuję. Jest pan dobrym człowiekiem – wyszeptała się, a potem obróciła się i wyszła.

Alex patrzył za nią w szoku. Wreszcie spojrzał na trzymany w ręku dokument – został wydany zgodnie z kalifornijskim prawem, a on wyzbywał się w nim wszelkich praw rodzicielskich.

Dlaczego, jeśli nie dla pieniędzy, Rosalie Brown miałaby przebyć całą drogę do Wenecji i podawać się za matkę jego dziecka?

Właściwie to ona dała mu pieniądze… To nie miało sensu.

Chyba że jej historia była prawdziwa.

Ale to niemożliwe. Choćby Chiara chciała przeprowadzić taki diaboliczny plan, jak mogłaby to zrobić? Klinika z San Francisco nie mogła mieć dostępu do próbki jego nasienia.

Chyba że…

Wstrzymując oddech, przypomniał sobie wizytę w szwajcarskiej klinice na początku swojego małżeństwa, kiedy wciąż jeszcze miał nadzieję na dziecko i gdy sprawdzali, dlaczego nie doszło do poczęcia. Robił tam badania i pozwolił, by zachowano jego próbki na przyszłość, tak na wszelki wypadek. Czy to możliwe…?

Tak – uświadomił sobie. Jego zmarła żona, jakże sprytna i bezwzględna, musiała wiedzieć, że zażąda testu na ojcostwo. Musiało się dać udowodnić, że dziecko jest jego; inaczej szantaż nigdy by się nie udał. Mogła za pomocą łapówki wyciągnąć próbkę ze szwajcarskiej kliniki i kazać ją wysłać do San Francisco.

Na tę myśl go zmroziło. Czy Chiara znalazła sposób, by się na nim zemścić – i to zza grobu?

ROZDZIAŁ DRUGI

– Jeszcze tu są? Mogliby wreszcie pójść – wyszeptała po francusku cioteczna babka Rosalie, spoglądając na turystów śpiewających na drugim końcu jej restauracji. – I przestań się w końcu uśmiechać…

– Przepraszam. Nic na to nie poradzę. – Ale to nie tylko śpiew turystów wywoływał u Rosalie uśmiech. Odkąd przybyła do Mont-Saint-Michel dwa dni temu, promieniała.

Jej dziecko pozostanie z nią. Będzie mogła je zatrzymać – na zawsze.

Radość rozsadzała jej serce. Tuliła swój brzuszek i szeptała: „Jesteśmy rodziną, maluszku. Ty i ja”. Czuła się upojona szczęściem.

A jako że uzyskanie opieki nad dzieckiem odbyło się nieoczekiwanie szybko i łatwo i zostało jej jeszcze parę dni do zabukowanego lotu powrotnego do Kalifornii, przyjechała pociągiem z Wenecji, żeby zobaczyć się z krewną we Francji. Odette Lancel posiadała najpopularniejszą restaurację z omletami na malutkiej wyspie Mont-Saint-Michel, w osadzie pod średniowiecznym opactwem, przywierającym do skały wyrastającej z morza.

Z początku Odette nie ucieszyła się, że jej jedyna krewna zjawia się na jej progu niezamężna i w zaawansowanej ciąży. Ten pierwszy dzień wypełniło wiele połajanek, których Rosalie nie wzięła sobie do serca, bo była zbyt szczęśliwa. Ale Odette dała jasno do zrozumienia, że nie popiera ani zachodzenia w ciążę w ramach surogacji, ani jej planów o samotnym wychowywaniu dziecka.

– Dziecko potrzebuje dwojga rodziców, ma petite – powiedziała jej stanowczo Odette. – Ty sama miałaś szczęśliwe dzieciństwo, a chłopak potrzebuje ojca.

– To niemożliwe. Jego ojciec jest…

Przystojny. Mrocznie seksowny. Potężny.

Mózg podsuwał jej obrazy Alexa Falconeriego.

Stanowczo odepchnęła te wspomnienia i dokończyła:

– …w żałobie i nie interesuje go wychowywanie dziecka.

– I tak ma wobec niego obowiązki.

– Nie chcę jego pieniędzy.

– Dlaczego? Takie kokosy zarabiasz jako recepcjonistka?

– Nie – przyznała Rosalie, po czym dodała z ociąganiem: – Mam polisę po rodzicach. A jeśli sprzedam ziemię…

– Sprzedasz ziemię? Rodzina twojego ojca uprawiała ją od pokoleń. – Omiotła spojrzeniem gwarne stoliki swojej l’Omeletterie. – Nikt nie powinien lekką ręką pozbywać się swojego dziedzictwa.

– Oczywiście, że nie. Nie zrobiłabym tego, ale… farma zniknęła. Moi rodzice nie żyją. Nie cofnę czasu i muszę to zaakceptować.

– Rosalie…

– Zostało mi kilka dni do powrotu do Kalifornii. Może pomogę ci w restauracji?

Rosalie nie mogła wybrać lepszego sposobu na odwrócenie uwagi Odette. Twarz jej ciotecznej babki pojaśniała; sezon turystyczny był w pełni. Więc Rosalie spędziła ostatnie dwa dni, sprzątając ze stołów i rozmawiając z klientami po angielsku i francusku. Niemal żałowała, że jutro musi wracać do Wenecji, skąd odleci do San Francisco.

 

Potem będzie musiała podjąć jakieś decyzje. Bo nie mogła wychowywać niemowlęcia w malutkim dwupokojowym mieszkanku z trzema współlokatorkami. Ani pracować jako recepcjonistka po narodzinach dziecka, skoro koszt wynajęcia opiekunki przewyższałby jej zarobki.

Ubezpieczenie po rodzicach było nieduże i nie starczyłoby na długo, choćby nawet nie miała skrupułów przed jego wydawaniem. Ale czy faktycznie mogłaby sprzedać rodzinną ziemię temu, kto da najwięcej?

Rosalie czuła ulgę, gdy radosna piosenka o bejsbolu wykrzykiwana przez amerykańskich turystów wyrwała ją z tych rozmyślań. Było późno i wszystkie stoły już opustoszały – poza jednym. Pijani turyści wiwatowali i śpiewali. Najwyraźniej ich ukochana drużyna pokonała ciężkiego rywala. Wszyscy mieli już siwe włosy i dawno przekroczyli średni wiek, ale pod względem radości życia i energii przewyższali większość studentów. Spoglądając na nich, Rosalie nie mogła przestać się uśmiechać.

– Każ im przestać, ma petite – wyszeptała do niej po francusku Odette.

– Dlaczego? Nikomu nie przeszkadzają.

– Mnie przeszkadzają. Już po dziesiątej.

– Powiem im, żeby wyszli.

– Świetnie.

Ale podchodząc do hałaśliwego stołu, Rosalie impulsywnie przyłączyła się do chóralnego śpiewu, wzbudzając okrzyki uznania.

– Gratuluję wygranej – powiedziała po angielsku.

– Jesteś Amerykanką – wykrzyknęła jedna z kobiet. – Co tu robisz?

– Moja cioteczna babka jest właścicielką tej restauracji. – Biorąc puste szklanki po normandzkim kirze i ustawiając je na tacy, Rosalie taktownie położyła rachunek na stole.

– Nigdy nie jadłem tak dobrych omletów! – Jeden z mężczyzn poklepał się po brzuchu. – Jak wy to robicie, że są takie puszyste?

Rosalie nachyliła się poufnie nad stołem.

– To rodzinny sekret. Ale może wam go zdradzę. – Wszyscy zamarli w wyczekiwaniu. Wyszeptała: – To miłość.

Turyści zamruczeli z rozczarowaniem.

Rosalie uśmiechnęła się i dodała stanowczo:

– Mówię poważnie. To miłość. Bez niej nie da się stworzyć nic wyjątkowego.

Naprawdę w to wierzyła. Czasem życie wydawało się nieść jeden zawód po drugim, ale miłość nadawała wszystkiemu znaczenia.

I działała na tajemnicze sposoby. Jak inaczej wytłumaczyć to, że w najczarniejszej godzinie życia, pełnej żałoby i rozpaczy, zaszła w ciążę – choć nigdy nawet nie spała z mężczyzną – i że może teraz zachować to dziecko?

Rosalie wiedziała, jakie ma szczęście.

Ale gdy tylko to pomyślała, usłyszała za sobą zachrypnięty głos:

– Panno Brown.

Alex Falconeri stał w drzwiach restauracji.

Zrobiło jej się słabo. Drżąc, odstawiła tacę.

– Jeszcze raz dziękujemy. Opowiemy o was znajomym – zapewniali Amerykanie, kładąc na stoliku pieniądze za rachunek, po czym wstali i wesoło wytoczyli się z restauracji.

Rosalie prawie ich już nie słyszała. Patrzyła na mrocznie charyzmatycznego mężczyznę, którego nie spodziewała się ujrzeć nigdy więcej.

– Panno Brown – powiedział ponownie niskim głosem.

– Ja… Jak mnie pan znalazł? Czego pan chce?

– To nie było trudne. Kilka godzin temu dzwoniłem i rozmawiałem z twoją ciotką.

– Z moją… – Okręciła się oskarżająco do Odette, która wkładała zwitki euro ze stołu do fartucha.

Starsza pani wyprostowała się wyniośle.

– Jest ojcem dziecka. Ma chyba jakieś obowiązki?

– Nie – ucięła Rosalie, po czym odwróciła się do niego. – W Wenecji ustnie zrzekł się pan swoich praw rodzicielskich.

Alex uniósł brwi.

– Tak właśnie myślisz? – zapytał niedowierzająco. – Zjawiłaś się znikąd i opowiedziałaś mi jakąś śmieszną historyjkę, a gdy nie uwierzyłem w nią natychmiast, wyzbyłem się wszelkich praw do mojego dziecka?

Tak. Dokładnie tak myślała. Serce jej zamarło, nogi zadrżały, oparła się o stół.

Jego obecność tutaj można było wytłumaczyć tylko w jeden sposób: jednak chciał jej odebrać dziecko. I mógł to zrobić. A przy jego fortunie i wpływach – kto mógłby go powstrzymać?

– Proszę – wyszeptała. – Niech mnie pan zostawi.

Alex Falconeri otworzył usta, potem się zawahał, spoglądając na Odette. Zwrócił się do Rosalie:

– Wyjdźmy stąd.

Na wąziutkiej, brukowanej uliczce Mont-Saint-Michel nie było nikogo, z wyjątkiem odchodzącej grupy amerykańskich turystów.

Alex spojrzał na Rosalie Brown ubraną w prostą czarną sukienkę i biały fartuch. Wyglądała na przerażoną.

– Do widzenia – zawołał do niej jeden z turystów. Rosalie nie odpowiedziała.

Alex zacisnął szczękę. Nie chciał, by banda nieznajomych słyszała to, co miał jej do powiedzenia.

– Tędy. – Pokierował Rosalie w stronę najbliższych schodów. Prowadziły do wysokiego kamiennego wału, który otaczał wyspę.

Panowała tu niemal absolutna cisza – słychać było tylko wiatr i pokrzykiwanie mew. W świetle księżyca Mont-Saint-Michel niegdysiejsza forteca, klasztor i więzienie, przypominał nawiedzony zamek górujący nad morzem ciemności.

Ale dopiero gdy Alex się odwrócił, by spojrzeć na Rosalie, naprawdę odebrało mu dech.

Patrzyła na niego dużymi ciemnymi oczami, chłodny wiatr rozwiewał jej włosy, a ona rozkosznie przygryzała dolną wargę. Jej prosta czarna sukienka opinała pełne piersi i krągłość brzucha skrywającą dziecko.

Jego dziecko.

Alex nadal nie mógł w to uwierzyć.

Po wizycie Rosalie w jego palazzo zatrudnił detektywa, a wczoraj sam zadzwonił do kliniki leczenia niepłodności w San Francisco i szczegółowo ich o wszystko przepytał. Teraz miał pełen obraz sytuacji.

Nie tylko potwierdziła się jej historię. Dowiedział się wszystkiego o Rosalie: od ocen, jakie otrzymywała w swojej wiejskiej szkole, po niedawną tragiczną śmierć jej rodziców w pożarze.

Z całej jej rodziny pozostała jedynie Odette Lancel. Nie musiał być geniuszem, by wyśledzić Rosalie na Mont-Saint-Michel.

Na całe szczęście, bo w obecnej chwili Alex nie czuł się geniuszem.

Ledwie mógł uwierzyć w skalę podstępu i determinacji swojej zmarłej żony. Gdyby nie jej nagła śmierć, dostałaby to, czego chciała.

– Co pan tu robi? W Wenecji twierdził pan, że kłamię.

– Myliłem się.

Zaśmiała się gorzko.

– Dziękuję. – Spojrzała w dal. – Więc czego pan chce? Opieki współdzielonej?

– Niezupełnie. – Ta piękna dziewczyna stojąca na tle kamiennego muru przypominała mu zagubioną księżniczkę ze starej baśni.

– Więc czego pan chce?

– Sprawdziłem cię – powiedział powoli. – Dowiedziałem się o tobie wszystkiego, ale pewnych rzeczy nie rozumiem.

– Nie miał pan prawa naruszać mojej prywatności…

– Dlaczego zgodziłaś się zajść w ciążę i oddać dziecko? Chodziło tylko o pieniądze?

– To był błąd. Nie powinnam była tego robić.

– Więc dlaczego to zrobiłaś?

– Pomyślałam… – jej głos się załamał – że mogłabym zrobić coś dobrego dla świata, coś, co wynagrodziłoby… Cóż… Popełniłam błąd, podpisując tę umowę.

– Jak mogłaś uwierzyć Chiarze? Naprawdę myślałaś, że jakikolwiek mężczyzna byłby zbyt zajęty, by poznać przyszłą matkę swojego dziecka?

Nie mogła patrzeć mu w oczy.

– Niezupełnie to powiedziała.

– A co powiedziała?

– Powiedziała… hm…

– Co?

Rosalie uniosła podbródek.

– Że jest pan impotentem.

Alex patrzył na nią ze zdumieniem.

A potem ryknął śmiechem. Śmiał się, dopóki buta w spojrzeniu dziewczyny nie zmieniła się w zdumienie, a potem niepokój. Jakby pomyślała, że nagle oszalał.

I może tak było. Przypomniał sobie, jak długo znosił romans swojej żony i czekał, by wróciła do małżeńskiego życia…

– Niespecjalnie lubiłem uprawiać z nią seks, ale nie byłem impotentem.

Zaczerwieniła się.

– Nie?

– Nie byliśmy sobie zbyt bliscy. Wydawała mi się oziębła, ale sądziłem, że dzięki temu będzie stabilną, rozsądną partnerką do budowania biznesu i rodziny. Kiedy po kilku miesiącach nie zaszła w ciążę, pojechałem do kliniki w Szwajcarii na badania. Lekarze nie dopatrzyli się żadnych problemów. – Zamilkł. – Potem odkryłem, że Chiara przez cały ten czas brała pigułki.

– Okłamała pana?

– Poślubiła mnie tylko po to, by zadowolić swojego ojca. A gdy umarł i odziedziczyła majątek, chciała się uwolnić. – Znów zamilkł. – Chiara przekupiła technika w Kalifornii, żeby sfałszował dokumenty i wydobył moją próbkę ze szwajcarskiej kliniki.

– Tylko po to, by zdobyć rozwód?

– By mieć mnie w garści. Pewnie powiedziałaby mi, że mam dziecko, potem ukryła je przede mną, dopóki nie dałbym jej tego, czego żądała. Nie tylko rozwodu, ale przede wszystkim połowy mojego majątku. Tylko dzięki temu jej kochanek by się z nią ożenił. Musiałaby go przy sobie trzymać drogimi samochodami i kokainą.

Oczy Rosalie zaokrągliły się ze zdumienia.

– Kim trzeba być, żeby się żenić z takiego powodu?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?