WięźniarkiTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru

Haruki Murakami Podziemie. Największy zamach w Tokio

W serii ukażą się m.in.:

Paweł Smoleński Balagan. Alfabet izraelski (wyd. 2 zmienione)

Jan Pelczar Lecę. Piloci mi to powiedzieli


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału portugalskiego Prisioneiras

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Mario Tama / Staff / Getty Images

Copyright © 2017 by Drauzio Varella

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Michał Lipszyc, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Magdalena Petryńska

Korekta Alicja Stępniak, Patrycja Pączek

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-234-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Przybycie

Hierarchia

Klatki, galerie, cele

Piekielna wrzawa

Prześwięta niewinność

Samotność

Dzieci

Wielorództwo

Alkohol, trawa i kokaina

Kwestia moralności

Dzięki Bogu

Praca

Nieformalnie

Koszt życia

Funkcjonariusze więzienni

Valdemar Gonçalves

Zegarek

Komando

Komando kobiecego więzienia

Idea, Wieża i Sąd Najwyższy

Więzienia pod komendą

Przemoc i izolacja

Babochłopy

Lesby

Przemoc seksualna

Lu Baiana

Valdê

Maryśka 45

Śmiertelna obsesja

Diabelskie głosy

„Mosty”

W imieniu prawa

Prezent gwiazdkowy

Wcześniactwo

Tia Maluca

Vavá

Miłość Marilisy

Nica

Cele specjalne

Chineczka

Epilog

Przypisy

Kolofon

Wstęp

Więźniarki to ostatnia część trylogii.

Część pierwsza, Ostatni krąg, wydana w 1999 roku [wyd. polskie 2014], była owocem dziesięciu lat, które przepracowałem ochotniczo jako lekarz w zakładzie karnym Carandiru w São Paulo. Początkowo nie zamierzałem pisać książki – moim celem było stworzenie stałej rubryki kryminalnej w „Notícias Populares”, gazecie cieszącej się w tamtych czasach wielką poczytnością, i przedstawianie w niej historii zasłyszanych w więzieniu.

Kiedy zacząłem, zdałem sobie sprawę, jak trudno jest opowiadać o zakładzie karnym, w którym przebywa ponad siedem tysięcy skazanych, komuś, kto nie ma zielonego pojęcia o strukturze tego wielkiego obiektu. Jak relacjonować rozgrywające się w siedmiu pawilonach zdarzenia tak, by nie musieć opisywać za każdym razem całego zakładu?

Aby wyjść z impasu, uznałem, że najlepiej będzie opracować szczegółowy opis każdego z pawilonów, aby mieć pod ręką bazowy tekst, do którego mógłbym się później odwoływać. Chociaż już od siedmiu lat co tydzień bywałem w więzieniu, teraz wróciłem tam jako pisarz.

 

W ciągu tych lat zrozumiałem, że architektura i wewnętrzne podziały poszczególnych budynków łączą się nierozerwalnie z antropologicznymi interakcjami osób, które odsiadywały tam wyroki. Przybliżenie czytelnikowi organizacji więzienia, zwyczajów więźniów, kodeksów postępowania oraz historii ich życia przekraczałoby ilość miejsca dostępną na łamach gazet.

Ostatni krąg ukazał się w środę. Kiedy w sobotę zacząłem przeglądać prasę, byłem w szoku – informacje o książce znalazły się na pierwszych stronach najpopularniejszych w kraju gazet, pism i dodatków kulturalnych; w kolejnych dniach ukazało się sporo recenzji. Nigdy nie spodziewałem się takiego oddźwięku. Nawet trochę się wystraszyłem.

Książka nie przyniosła mi złudzeń literackich. Zawsze byłem świadom, że jej celem jest tylko przybliżenie życia pulsującego w tym mikrokosmosie światu, który znajduje się poza więziennymi murami.

Ostatni krąg został przełożony na wiele języków i zaadaptowany na użytek kina i telewizji przez Hectora Bebenco, drogiego przyjaciela, za którym bardzo tęsknimy, odkąd odszedł na emeryturę. Książka posłużyła nawet za kanwę sztuki teatralnej i słuchowiska radiowego w BBC.

W tamtych dniach nabrałem zwyczaju spotykania się – po skończeniu posługi medycznej w więzieniu i po opuszczeniu jego murów – z funkcjonariuszami, którzy także byli już po służbie. Szliśmy razem do któregoś z okolicznych barów napić się piwa. Były to bezcenne okazje, aby posłuchać opowieści ze świata przestępczego i porechotać z głupot wygadywanych pod wpływem alkoholu.

Kiedy zacząłem pracować w Carandiru, służba więzienna odnosiła się do mnie z szacunkiem, ale i stosownym dystansem. Pełni nieufności, zmieniali temat rozmowy, kiedy do nich podchodziłem, a gdy powodowany ciekawością o coś pytałem, kluczyli i udzielali wymijających odpowiedzi. Z niewinną miną pytali, czy należę do jakiegoś stowarzyszenia obrony praw człowieka, do Kościoła ewangelickiego lub czy zamierzam kandydować na posła.

Minęło trochę czasu, zanim przywykli do mojej obecności. Minęło jeszcze więcej, zanim zaczęli mi się zwierzać z grzechów popełnionych na służbie.

Obawiając się, że stracimy ze sobą kontakt, kiedy więzienie Carandiru zostało wysadzone w powietrze, zaproponowałem, abyśmy kontynuowali nasze spotkania w barach strefy północnej i w centrum miasta co dwa, trzy tygodnie, który to zwyczaj zachowaliśmy do dziś. Dzięki tym spotkaniom zyskałem prawdziwych przyjaciół oraz wpadłem na pomysł napisania Klawiszy, drugiej części trylogii, opublikowanej w 2012 roku [wyd. pol. 2016], trzynaście lat po Ostatnim kręgu. Książka Klawisze doczekała się telewizyjnej adaptacji w TV Globo.

Po unicestwieniu Carandiru zacząłem leczyć skazanych w więzieniu stanowym, gdzie przebywało wówczas trzy tysiące mężczyzn. Ta praca potrwała nieco ponad trzy lata, aż zakład przekształcono w więzienie dla kobiet, gdzie od 2006 roku pełnię ochotniczo posługę medyczną.

Książka, którą czytelnik ma teraz w dłoni, to coś w rodzaju Ostatniego kręgu, ale dotyczącego więzienia, gdzie wyroki odsiaduje ponad dwa tysiące kobiet. Staram się w niej przedstawić choćby fragmenty tego, co widziałem, słyszałem i czego mogłem się nauczyć przez jedenaście lat pracy.

Więźniarki dopełniają trylogię poświęconą przygodzie, która rozpoczęła się dwadzieścia osiem lat temu.

Przybycie

– Witamy w domu wariatek, doktorze.

Tymi słowy powitał mnie krępy funkcjonariusz, otwarłszy żelazną, zwieńczoną kutym ornamentem bramę, za którą mieszczą się tereny zielone Stanowego Zakładu Penitencjarnego, wzniesionego jako wzorcowe więzienie w latach dwudziestych ubiegłego wieku według projektu architekta Ramosa de Azevedo, tego samego, który zaprojektował Teatr Miejski w São Paulo, arcydzieło naszej architektury z tamtych czasów.

Ruszyłem asfaltową drogą wysadzaną stuletnimi sosnami i cezalpiniami, które oferują idącemu litościwy cień. Kiedy dochodziłem do budynku zakładu, po lewej stronie dostrzegłem otoczony płotem gaj żółtych bambusów ponad dwudziestometrowej wysokości. Po prawej trzej funkcjonariusze policji wojskowej rozmawiali przed otwartymi drzwiami samochodu. Na wprost zobaczyłem mur z wieżyczkami strażniczymi i szarą bramą z solidnego drewna grubości ręki, dostatecznie szeroką, aby mogły przez nią wjechać wozy dostawcze. Wysoka, majestatyczna brama, jak te w średniowiecznych fortecach. Nad nią, na murze, napis czarnymi literami: „Instytut Odnowy Moralnej”.

Sambista, funkcjonariusz, którego znałem już w czasach starego Carandiru, otworzył niewielkie drzwiczki dla pieszych wmontowane w olbrzymią bramę, po czym z uśmiechem wyciągnął do mnie rękę.

– W porządeczku, doktorze? Znowu z nami?

Przeszedłem przez portiernię, pozdrowiłem funkcjonariuszkę w okienku po prawej i skierowałem się do okratowanej klatki prowadzącej na wewnętrzny dziedziniec.

Na rozległym patio celowało w niebo dwanaście palm królewskich, z których dwie były równie imponujące jak te najwyższe w ogrodzie botanicznym w Rio de Janeiro. Otaczały je klomby pełne rozkwitłych azalii i róż, ogrodzone drucianą siatką, aby zatrzymać hodowane tam hałaśliwe kaczki. Naprzeciw mnie stał budynek administracji, do którego z obu boków wiodły schodki łączące się na wejściowym ganku. Na frontonie napis, umieszczony tam przed niemal stu laty, oznajmiał: „Tutaj praca, dyscyplina i dobroć odkupują popełnione występki i pozwalają człowiekowi wrócić do życia w społeczeństwie”.

Na środku, pod schodami i gankiem, jest okratowana bramka. Prowadzi ona do centralnej galerii, która przecina cały zakład, dzieląc go na dwie połowy. Trzy metry za nią kolejna brama otwiera nową klatkę. Między obiema klatkami znajduje się okratowana sala rewizji. Dwie funkcjonariuszki siedzą w niej przy biurkach z połowy ubiegłego stulecia, wyposażonych w niemal równie stare komputery, podłączone do wściekłego kłębowiska kabli. Na ścianie umieszczona jest obszerna tablica z tuzinem powieszonych na niej kajdanek.

Po obu bokach tej sali biegną korytarze. Ten po lewej – jeśli patrzy się od wejścia – prowadzi do gabinetu lekarskiego i cel zbiorowych, które stanowią obowiązkowe miejsce postoju dla nowo przyjętych, gdzie oczekują one na przydział do konkretnych pawilonów. Korytarz po drugiej stronie wiedzie do kuchni przemysłowej, rozległej i przestronnej, przypominającej mrowisko pełne kobiet w pomarańczowych spodniach i białych czepkach. Dalej galeria prowadzi w prostej linii na tyły więzienia. Aby się tam dostać, trzeba przejść przez klatki wejściowe do pawilonów Jeden, Dwa i Trzy.

Dobrze znałem te wnętrza. Po wysadzeniu w powietrze więzienia stanowego Carandiru pracowałem tu trzy lata jako ochotnik, aż zakład przestał być ośrodkiem dla mężczyzn. Odszedłem, kiedy zaczęto przenosić osadzonych do innych zakładów, aby zrobić miejsce dla kobiet, które odsiadywały wyroki w przeludnionych więzieniach kobiecych stanu São Paulo.

Miałem już za sobą doświadczenie likwidacji Carandiru. Nie ma nic bardziej deprymującego niż cisza, rezonujący odgłos zatrzaskiwanych żelaznych bramek na opustoszałych galeriach, czasem jakiś zamyślony więzień przed drzwiami celi, pogrążeni w sobie strażnicy na krzesłach przed wejściową klatką. Ciągła krzątanina, wchodzenie i wychodzenie, ludzie śpieszący we wszystkie strony, oto wewnętrzne życie więzienia – bez tego ruchu trwającego nieustannie od otwarcia cel o ósmej rano do zamknięcia ich o zmierzchu atmosfera pełna jest melancholii wlekących się godzin. Kiedy zapada noc, wszystko to wygląda jak złowrogie, mroczne blokowisko.

Po lewej stronie, tuż przed kratą z wejściem na teren pawilonów, mieścił się zatłoczony gabinet lekarski. Przy biurku Valdemar Gonçalves, który towarzyszy mi od czasów Carandiru, porządkował dokumentację medyczną i przydzielał odzianym w spodnie khaki i białe koszulki więźniarkom numerki wyznaczające kolejność przyjęć. Zasłonka oddzielała poczekalnię od gabinetu, który był niczym więcej niż ciasną kanciapą bez okna, z plastikowym stolikiem, dwoma plastikowymi krzesłami oraz noszami do badań ginekologicznych.

Problemy zdrowotne bardzo się różniły od tych, z którymi miałem do czynienia w więzieniach męskich. Zamiast źle zabliźnionych ran, świerzbu, czyraków, gruźlicy, grzybicy i infekcji oddechowych, z jakimi zgłaszali się do mnie mężczyźni, tutaj pacjentki najczęściej skarżyły się na bóle głowy, bóle kręgosłupa, depresję, ataki paniki, dolegliwości ginekologiczne, trądzik, otyłość, zaburzenia miesiączkowania, nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, domniemaną ciążę. Nie mając od czasu studiów żadnego kontaktu z problemami ginekologicznymi, nie byłem w stanie w pełni sprostać potrzebom tych pacjentek.

Od nieustającej paplaniny w poczekalni można było ogłupieć. Dwukrotnie musiałem przerywać badanie i odsuwać zasłonkę w celu wyjaśnienia, że nie jestem w stanie nikomu osłuchać płuc ani zmierzyć ciśnienia wśród takiej wrzawy. W więzieniu męskim tego typu uwagi nigdy nie były potrzebne.

Pod pewnym względem oba te doświadczenia były jednak podobne – i tam, i tu miałem do czynienia z ogromną liczbą pacjentów, co nie pozwala poświęcać zbyt dużo czasu jednej osobie, a jest to okoliczność niezwykle trudna, zwłaszcza w przypadku osób uskarżających się na więcej niż jedną dolegliwość. Kiedy poczekalnia pęka w szwach, nie sposób rozwiązać problemów kogoś, kto twierdzi, że cierpi na „kłucie w całym ciele, problemy z tarczycą, bronchit, zaparcie, mdłości, brak apetytu, ból nerek, nadciśnienie, obniżenie pęcherza moczowego i nerwicę” – które to skargi zostały mi przedstawione, dokładnie w tej kolejności, przez panią o długich włosach na modłę ewangeliczek, aresztowaną na granicy stanu Paraná z dwudziestoma kilogramami marihuany w tajnym schowku pod dnem bagażnika samochodu męża, który nic nie wiedział o nielegalnej działalności małżonki. Nie mogłem także sprostać oczekiwaniom młodej kobiety o zdrowym wyglądzie, która stwierdziła, że przyszła do mnie, aby „przeprowadzić wszystkie możliwe badania”.

Kiedy przyjąłem już około dwudziestu pacjentek, a drugie tyle miałem przed sobą, na całej galerii rozbrzmiał przeraźliwy wrzask.

W takich chwilach trzeba zachować zimną krew. Najdrobniejszy przejaw niepewności czy zdenerwowania może zostać odczytany jako tchórzostwo i unicestwić wypracowywaną latami reputację. Opanowanie, kiedy naturalny impuls każe uciekać ze strachu, wymaga samokontroli i doświadczenia.

Wstałem z krzesła i odciągnąłem na bok zasłonkę dokładnie w chwili, kiedy do poczekalni wtargnęła ludzka zgraja, krzycząc raz po raz „z drogi, z drogi!”. Pośrodku całego zamieszania dostrzegłem drobną blondynkę z zakrwawioną twarzą i włosami, niesioną przez cztery kobiety – dwie ujęły ją pod ramiona, dwie inne za nogi, a masywna Murzynka w obcisłych spodniach i z pokaźnym biustem podtrzymywała jej omdlałą głowę.

Udało się doprowadzić dziewczynę do noszy w gabinecie, dopiero kiedy wrzasnąłem, aby reszta usunęła się z drogi i przestała robić chryję.

Powiedziano mi, że nazywa się Marcinha. Próbowałem ją obudzić, powtarzając jej imię prosto do ucha. Nie odpowiadała, ale nie wyglądała na nieprzytomną, miała miarowe tętno, prawidłowy rytm serca, a jej powieki drżały i stawiały opór, kiedy usiłowałem jej otworzyć oczy.

Zmoczyłem ściereczkę, aby wytrzeć krew i znaleźć źródło krwawienia. Wszystkie zgromadzone wokół nas kobiety cofnęły się, z wyjątkiem masywnej Murzynki, Janaíny, która pogrążona w smutku pozostała u wezgłowia noszy, mamrocząc niezrozumiałe wyrazy w rytmie religijnej modlitwy.

Uznałem, że rana może znajdować się na głowie, gdzie skóra jest mocno unaczyniona, ale nic nie znalazłem. Delikatnie wytarłem do czysta całą twarz – ani jednej ranki.

Dopiero wówczas spostrzegłem na prawej dłoni pacjentki liczne nacięcia, drobne i powierzchniowe.

– Czy ona otarła sobie dłonią twarz? – spytałem Janaínę.

– Chyba tak – odparła. – Miałyśmy tu małe nieporozumienie.

Z załzawionymi oczyma pochyliła się nad noszami, ucałowała czoło Marcinhi i pogłaskała dziewczynę po twarzy, nazywając ją swoją pięknotką, misiem patysiem i najukochańszym serdeńkiem.

Kiedy zacząłem zajmować się jej ręką, blondynka otworzyła oczy i wzrokiem kogoś, kto obudził się na Alfa Centauri, spojrzała na swoją dłoń, a potem na partnerkę, jakby prosząc o wyjaśnienia.

– Pan doktor się tym zajmie, to taka ranka bez znaczenia – rzuciła Janaína.

Wyszły z gabinetu objęte. Janaína podpierała swoje najukochańsze serdeńko, które stawiało już pewne kroki, szybko odzyskawszy formę.

 

Podszedłem do zlewu, aby umyć ręce. Kiedy wróciłem, jedna ze skazanych, które przyprowadziły pacjentkę, opadła na krzesło stojące naprzeciw mojego.

– O raju, teraz to ja potrzebuję lekarza! Jestem na skraju załamania nerwowego.

To była Marise, chuda i piegowata, o twarzy wyglądającej staro jak na czterdzieści parę lat, bo tyle sobie liczyła. Zmierzyłem jej ciśnienie, zbadałem puls, osłuchałem serce i zacząłem uspokajać.

Odzyskawszy równowagę ducha, oznajmiła, że jest przywódczynią całego więzienia powiązaną z grupą przestępczą, która kontroluje wszystkie kobiece zakłady karne w São Paulo i większość męskich. Skazano ją na dwadzieścia sześć lat z powodu, jak to określiła, „udziału w dwóch porwaniach, nie licząc innych, drobniejszych numerów”.

Poskarżyła się, że jest wyczerpana i nie potrafi znieść tak dużego stresu.

– Cokolwiek się dzieje w pawilonie, spada na moją głowę. Ciągle muszę gdzieś być, to tu, to tam, to jeszcze gdzieś indziej. W końcu zwariuję w tym piekle. Panie doktorze, więzienie zbudowano dla mężczyzn, kobiety się do tego nie nadają. One się tutaj żrą nawet o miejsce do suszenia majtek na drucie za oknem.

Nie musiałem nalegać, aby opisała szczegółowo niedawną scysję.

Marcinha i Janaína mieszkały w jednej celi. Burzliwe sceny zazdrości zdarzały się tak często, że Murzynka chodziła po galerii ze spuszczoną głową.

– Żeby nie drażnić wściekłej lamparcicy.

Tego popołudnia Janaína była sama, zajęta sprzątaniem celi, kiedy zjawiła się sąsiadka o równie obfitych piersiach, z rudymi włosami i w obcisłych spodniach, aby poprosić o zwrot pożyczonego mydła. To była Silvana, uzależniona od kokainy prostytutka, aresztowana za wmanipulowanie klienta, który w samym środku stosunku płciowego został zaszantażowany i obrabowany przez alfonsa podającego się za agenta policji.

Marcinha, która nie utrzymywała z Silvaną szczególnie serdecznych stosunków, zjawiła się w drzwiach celi niczym anioł zagłady.

– A ty czego chcesz od mojej kobiety, szmato jedna? Nie ostrzegałam cię, że masz się od niej trzymać z daleka?

Janaína usiłowała wyjaśnić obecność sąsiadki, która tymczasem odeszła z niczym. Powiedziała o mydle, o tym, że tamta jej w ogóle nie interesuje i że szczerze kocha swoją zaborczą partnerkę, ale na wiele się to nie zdało. Przeciwnie, im dłużej Janaína się tłumaczyła, tym większy gniew ogarniał Marcinhę.

Nagle blondynka podniosła z łóżka materac, chwyciła ukrytą pod nim brzytwę i chwyciwszy ją mocno palcami, ruszyła w stronę Janaíny, znacznie silniejszej niż ona.

– Zafunduję ci nową facjatę, dziwko bezwstydna. Ciekawe, czy któraś jeszcze na ciebie spojrzy.

Jedna z kobiet, które zgromadziły się pod drzwiami celi, czekając na wynik starcia, Assunção do Baxiga, przemytniczka kraku z kilkoma odsiadkami na koncie, którą kilka miesięcy później leczyłem z zapalenia płuc, pobiegła zawołać Marise, rozmawiającą na wewnętrznym dziedzińcu z koleżanką. Tylko ona była w stanie zapobiec rozlewowi krwi.

W celi więzienna liderka zastała wściekłą Marcinhę, która wymachiwała brzytwą nad twarzą partnerki osłaniającej się ręką owiniętą w szmatę.

– W tej chwili przestań, świrusko! – zawołała stanowczo Marise.

Jakby mówiła do ściany. Kilkakrotnie powtórzyła polecenie, krzycząc.

Przekonana, że napastniczka w końcu dosięgnie Janaínę, i to niespełna tydzień po tym, jak sama otrzymała od zwierzchników swojej frakcji polecenie, aby utrzymać w pawilonie spokój, zdjęła z nogi sandał i zaczęła nim walić w dłoń ściskającą brzytwę.

Kiedy Marcinha ujrzała krew ściekającą jej między palcami, natychmiast zakryła dłonią twarz, plamiąc ją na czerwono. Po czym padła na wznak jak zemdlona.