Boży szaleńcyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Boży szaleńcy
Boży szaleńcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,98  46,38 
Boży szaleńcy
Boży szaleńcy
Boży szaleńcy
Audiobook
Czyta Ku Bogu
32,99  28,37 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka

Fahrenheit 451

Zdjęcia na okładce

© Paolo Gallo@fotolia.com, © Nomad_Soul@fotolia.com

Redakcja i korekta

Agnieszka Pawlik-Regulska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 978-83-8079-017-9

Copyright © by Wincenty Łaszewski, Warszawa 2018

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Skład wersji elektronicznej

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

Nałożone życiorysy (Juta z Chełmży)

Zamurowana (Dorota z Mątowów)

Brama różańcowa (Dominik z Gdańska)

„Jezus Nazareński” (bł. Władysław z Gielniowa)

Nieużywane klucze (Mikołaj z Mościsk)

Złote jabłko (Wojciech Męciński)

Wielka panna z wielkim skarbem (Marianna Marchocka)

Mistrz świętego Ludwika (Kasper Drużbicki)

Fruwający kamień (Chryzostom Stefan Dobrosielski)

Mistyk czyśćcowy (Stanisław Papczyński)

Widząca Polskę (Wanda Malczewska)

Cherubiczność (Cecylia Działyńska)

Mistyka Eucharystii (Ludwika Morawska)

W bieli za Krzyżem (Celina Borzęcka)

Kontemplacja za pomocą szczotki (Aniela Salawa)

Sekretarka Miłosierdzia Pańskiego (Faustyna Kowalska)

Boże niemowlęctwo (Leonia Nastał)

Niepokalana z koronami (Maksymilian Maria Kolbe)

W odorze chorób wenerycznych (Rozalia Celakówna)

Krawiec szat Bożych (Jan Tyranowski)

Niezakrzywiony horyzont (August Hlond)

Apostołka Bożego Miłosierdzia w Wilnie (Helena Majewska)

Pierwszosobotnia rozmówczyni (Barbara Kloss)

Pospolity polny kwiat (Zofia Nosko)

Przyjaciel aniołów (Anatol Kaszczuk)

Totus Tuus (Karol Wojtyła)

Zakończenie

Źródła ilustracji i zdjęć

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Chrześcijanin XXI wieku albo będzie mistykiem,

albo go w ogóle nie będzie.

Karl Rahner

„Kim jesteście?” – pytamy zaciekawieni, słysząc, że stanęli przed nami mistycy; ludzie inni, tak bardzo niezwykli…

Milczenie. Jakby czekali, rozważali, czy nasze pytanie jest prawdziwe. Przyglądają się nam: może przyszli zwykli ciekawscy albo żądni sensacji czy oczekujący znaków i cudów na zawołanie. Jeśli uznają, że tacy jesteśmy, nie odezwą się nawet jednym słowem. Ale może ocenią, że nasze zainteresowanie jest formą szukania Boga… Wtedy otworzą usta.

„Nikim” – odpowiedzą krótko.

Tak wygląda cała nasza rozmowa z mistykami. Ale jeśli uznamy ich odpowiedź nie za sposób pozbycia się natrętów, ale za najgłębszą ich prawdę, wówczas zrozumiemy, że bycie mistykiem właśnie to oznacza. Oni weszli na drogę topienia swego „ja” aż po całkowite zniknięcie.

Mistyków „nie ma”.

Jeżeli ktoś z zapytanych odpowie inaczej, jeżeli zacznie tłumaczyć, kim jest, a nie daj Boże, mówić o sobie, o sobie, o sobie… – to nie jest mistykiem! Jest oszustem. Próbuje kreować się na kogoś ważnego, wielkiego, przyciągającego uwagę. A mistyk jest nikim. Jego po prostu „nie ma”. Tam, gdzie żyje, pozostaje już tylko miejsce dla Boga, który jest wolny i robi, co chce. Może chcieć, by w tym punkcie świata trwała cisza… A może chcieć cudów, ekstaz, bilokacji… Może zaplanował sobie, że tu będzie pięła się ku niebu góra cierpienia… A może najzwyczajniejsza zwyczajność? Mistyk nie pyta o drogi swojego życia. Jedyne, co robi, to patrzy na Boga. Nic innego nie istnieje. To dlatego jest tak doskonale nikim.

Ale może tam, gdzie żyją mistycy, gdzie czynią cuda, głoszą mądrość, cierpią albo nie robią nic – może tam widać nieco więcej Boga? Zdecydowanie tak, choć ten Bóg może się okazać bardzo inny od tego, w którego wierzymy i którego bombardujemy codziennymi prośbami o pomoc. Inaczej niż mistycy…

* * *

Każdy mówi krótko: „Jestem nikim”. A gdy nie ustępujesz, słyszysz: „Nie pytaj, nie mam nic do powiedzenia…”. Nawet, jeśli coś wiedzą… przecież nie powiedzą nam nic. Jak Aniela Salawa (†1922), która pozostawiła nam opis dwóch wizji, ale przez te zapiski nie powiedziała nic!

Widziałam dwa wielkie kraje, a w nich dwa wielkie miasta, a w tych miastach drogi bardzo skrętne i strome. I nikogo tam nie było, tylko ja sama. I tak silnie zapalił mię Bóg miłością, że gwałt wielki odbywał się w duszy. I stała się wtem niesłychana ciemność… I znikło wszystko, tylko dał się słyszeć głos Boży, że w takiej ciemności dusza zapalona miłością jest wielką ofiarą, bardzo miłą… I otrzymałam dwie księgi, w których tylko ja umiałam czytać. A tam były wszystkie tajemnice spisane Serca Bożego, jakie ma nad całym światem. Ale to zrozumiałam, żeby tego nie mówić zupełnie.

Salawa napisała 588 słów, pięknych słów, z których przeczuwamy (nawet nie rozumiemy!) zaledwie jedną Bożą tajemnicę: że wielka miłość, która płonie w duszy, przyciąga do siebie cierpienie. Jednak tego akurat nie chcemy słuchać… Reszta jest zupełnie niezrozumiała, dostępna tylko dla samego mistyka, który wędruje sam jeden po tajemniczych miastach, samotnie wspina się po krętych uliczkach, otwierają się tylko przed nim obce krajobrazy i który tylko sam jeden zna język, w jakim napisano dwie księgi, i sam je czyta, i sam jeden poznaje całe misterium Boga, ale milczy i zabiera swój sekret za grób.

Tak jest rzeczywiście – przez ich pisma nie przebijemy się do tajemnicy Boga. Mistycy nie pomogą nam namalować na swój użytek obrazów tego, co wieczne i nieskończone. Ich Boga zakrywa szczelnie ciemność. „I stała się wtem niesłychana ciemność…” Zresztą ich wiedza skazana jest na taki los już przez sam termin, jakim ją nazywamy. Słowo „mistyka” wywodzi się od „zamykania”… To, co staje się udziałem tych szczególnych ludzi, którzy wędrują po Boskich obszarach i wracają z nieznanym nam doświadczeniem, odnosi się do rzeczywistości tajemnych, ukrytych, których nie wolno im przekazać nikomu.

Irytuje cię tak pilne strzeżenie przez nich mistycznej tajemnicy? Bądź pewien, że jeśli byłaby ci do czegoś potrzebna, przekazałby ci ją nie mistyk, lecz sam Bóg. Nie otrzymujesz nadprzyrodzonej wiedzy? Znaczy, że nie jest ci potrzebna do tego, co jedynie ważne: do otrzymania klucza do niebieskiej bramy…

* * *

Po co są więc mistycy i ich niezrozumiałe zapiski? Czego się z nich dowiadujemy? Już nam wiadomo, że rozumiemy z nich bardzo niewiele, nasza wiedza tam zdobyta jest bowiem „do minus potęgi drugiej”. Najpierw sam mistyk zaledwie uchyla zasłonę, by przez mgnienie oka wpatrywać się w tajemnicę Wszechmocnego i czytać mapy jego Opatrzności. Sam zaczerpnął kroplę nieskończonego oceanu, a gdy ją wyjął, jej kształt zmienił się natychmiast, dopasowując się do jego zmysłów i pojęć. I jego drogi do zbawienia… Nawet gdyby powiedział nam wszystko – jak czynił np. wobec kierownika swojej duszy – wciąż wiedzielibyśmy niewiele. Ale on nie mówi… Co najwyżej z posłuszeństwa spowiednikowi napisze coś, co wygląda jak „gordyjska zagadka”. Rzeczywiście, najlepiej rozwiązać ją, przecinając mieczem, uznając za nieważną…

 

* * *

Jedyny sposób, by poznać ich prawdę, to stać się jednym z nich. I tego akurat nas uczą. Niektórzy pozostawiają nam nawet szczegółowe drogowskazy… Jeśli pójdziesz ich drogą i dojdziesz do kresu wszystkiego, co ludzkie, staniesz przed szansą, że Bóg chwyci cię za rękę i poprowadzi dalej. Ale wcale nie musi się tak stać, Bóg jest bowiem suwerenem i ma prawo tego dla ciebie nie chcieć. Odmówi bez słowa wyjaśnienia i bez nagrody pocieszenia.

Jeżeli jednak poprowadzi cię dalej, może postawić cię w trzech niezwykłych miejscach.

Może pozwolić ci zbliżyć się do siebie, byś stanął tak blisko, że w źrenicy Jego oka oglądać będziesz dzieje świata. Będziesz widział przeszłość i przyszłość odbitą w Oku Opatrzności. Bywają takie wizjonerskie doświadczenia mistyczne. Choć… to najmniej intensywna postać zjednoczenia ze Stwórcą. Mistyk jest bliżej Boga niż my. Tylko tyle.

Może On też pozwolić ci zbliżyć się do siebie zupełnie blisko… i spojrzy na ciebie przenikliwie, przeglądając się w tobie, polerując jak w zwierciadle swój obraz i podobieństwo. Upodobni cię do siebie w męce, w pragnieniu zbawienia dusz, także w krótkich chwilach oglądania wspaniałości siódmego nieba. To zjednoczenie z Bogiem – najczęstszy przypadek mistycznego doświadczenia.

Ale może też pozwolić ci zajrzeć przez swą źrenicę do wnętrza swej tajemnicy. Tu – jeśli będziesz chciał coś powiedzieć – możesz mówić już tylko apofatycznie – tłumaczyć, czym nie jest twoje doświadczenie Boga, który „nie jest”. To rzadkie okazy – spotkanie z „Tym, który jest” przez poznanie Go jako „Tego, który nie jest”. To już zniknięcie w Bogu, coś jak mistyczny rarytas, zresztą wcale nie taki rzadki, jak myślisz.

W każdym przypadku narzędziem spotkania z Bogiem jest już doświadczenie, „udział w misterium”. Kościół mówi o cognitio Dei experimentalis – o poznaniu doświadczalnym, gdy normalnie staramy się poznać Boga zaledwie za pośrednictwem pojęć.

* * *

Mistyka? To oczywistość dla człowieka, który mimo nieludzkich czasów wciąż pozostaje człowiekiem. Jest w nim tęsknota, niezrozumiała dla niego samego transcendentalność: nic go tu do końca nie zaspokaja… Już sam głód – czuje go każdy z nas choć kilka razy w życiu – jest doświadczeniem mistycznym. Pokazuje też, gdzie zaczyna się droga: od jakiejś lektury, spotkania, oglądania piękna świata, nawet cierpienia… Znajdujemy w sobie, czasem zdziwieni, punkt wrażliwości na Boga… Każdy trochę inaczej, ale często aż po łzy niezaspokojonej tęsknoty. Podtrzymać ją i wyruszyć w drogę z gotowością zapłacenia każdej ceny (bo wszystko inne to nic) to początek drogi w stronę dotknięcia Boga.

* * *

Może nam się wydaje, że mistyk to człowiek bez działania, ktoś oddzielony od spraw świata, by zanurzyć się w sprawach Boga. Nic bardziej mylnego. By stać się mistykiem, trzeba „bardzo działać” – rozpędzać się przez lata, by uderzyć w mur nadprzyrodzoności i przebić go. Nie wolno wyłączać świata i włączać Boga. Trzeba wprowadzać Boga w świat. Włączyć Boga, nie wyłączając świata. Wszystko, całą codzienność, uczynić miejscem spotkania z Bogiem. Tego pierwszego etapu drogi polscy mistycy uczą wspaniale…

* * *

Czy polscy mistycy są jakoś inni? O, z pewnością. Fenomen polski polega na innym rodzaju ducha. Mistycy polscy siedzą okrakiem na miedzy między Wschodem a Zachodem. To mistyka zachodnia w tonacji Wschodu. To wschodnie drogi w świat ducha porządkowane na sposób Zachodu. Polska mistyka nie jest żadną „szkołą”. Nie jest systematyczna. Nie jest wytyczonym wyraźnie szlakiem oznaczonym przez próby nazywania mistycznego doświadczenia słowami „tak, a nie inaczej”. To mistyka uderzeniowa, rozbłyskowa „tu – tam”. Lecąca wysoko i będąca niżej niż „nic”. I… co nietypowe, naznaczona proroctwami o Polsce na podobieństwo nieba, które nocą okraszają jasne gwiazdy.

Sam polski język, którym nasi mistycy próbują dotknąć „tamtego”, używa innych pojęć niż język Eckharta, Jana od Krzyża, Bernarda z Clairvaux. Tu nie będzie abstrakcyjnych pojęć ani budowania systemów. Będzie krążenie wokół światła, próba zbliżenia się z wielu stron, bo być może jakoś uda się przekazać sobie samemu to, czym jest mistyczny dotyk. Będzie dominować język przyrody i język dzieciństwa…

Pochylmy się przez kilka chwil nad fenomenem mistyki w wydaniu polskim. Nazwiska, które pojawią się za chwilę, to zaledwie mała grupa (oby choć trochę reprezentatywna) wielkiej mistycznej armii wędrującej przez naszą historię. Są w niej ludzie wielcy i zupełnie marginalni. Są osoby powszechnie znane i zupełnie nam obce. Są osoby podziwiane i cenione, ale i witane gestem pogardy lub wzruszeniem ramion. Są postaci zdumiewające i legendarne, jak również zwyczajne i szare, aż po niewidoczność w tłumie… Każda z nich to święty. Ale znów: są święci mali i wielcy, cudotwórcy i prorocy, ale i szaracy z ostatnich miejsc. W tej polskiej rodzinnie mistyków są nawet mistycy adoptowani. Są też tacy, którzy naszym zdaniem „nie powinni być mistykami”. Ale nimi są, bo Bóg z upodobaniem łamie wszystkie nasze schematy.

* * *

Jeszcze zastrzeżenie. Nie trzymasz w ręku pracy naukowej, bo myślę, że sięgając po Bożych szaleńców, nie tego szukasz. Na temat mistyki mamy w Polsce wiele wspaniałej tematycznej literatury, szereg naukowych opracowań. Mamy, co raduje, wielu wybitnych naukowców, którzy poświęcają swój czas wieloletnim badaniom nad polską mistyką. To najwyższej próby specjaliści na świecie! Mamy ich w Polsce wielu, bo i tradycja mistyczna zasługuje na ich obecność i ich pracę. Ta książka nie zalicza się do dzieł, które powstają w ich katedrach. Co więc w niej znajdziesz?

Ta książka jest… „szukaniem mistyków”. Jest w niej zadziwienie (myślę, że nie tylko autora) ich pięknem, zdumienie ich zwyczajnością, osłupienie ich heroicznym łaknieniem cierpienia, przerażenie ich negacją siebie. Może czytanie stron książki o polskich Bożych szaleńcach jest po prostu wędrowaniem w pobliżu ich życia, raz bliżej, raz dalej, by móc samemu coś zaczerpnąć z „pierwiastka wieczności”? Czyli stać się bardziej człowiekiem… bardziej zatęsknić za Pełnią… zostać świętym…?

Jedno jest pewne. Nasi swojscy mistycy, choć każdy inaczej, są wielcy jak o. Charbel, o. Pio czy ks. Dolindo, ku którym dziś biegniemy na wyścigi, rywalizując z innymi narodowościami o dostęp do ich łask. Szkoda, że nie widzimy własnych „słońc Boga”. Są tak blisko! Sa mniej zajęci! Dobrze rozumieją nasze polskie sprawy! Zresztą… świetnie rozumieją po polsku… Może dzięki lekturze tej książki ktoś z was przybiegnie do któregoś z polskich mistyków, a on zmieni jego życie w cud?

Niech tak się stanie.

NAŁOŻONE ŻYCIORYSY Juta z Chełmży 1220–1260


TA NIEWIASTA TO INACZEJ JUTA VON SANGERHAUSEN, JUTA Z BIELCZYN… SZALONA KSIĘŻNICZKA… TAK BARDZO CHCIAŁA NAŚLADOWAĆ ŚW. ELŻBIETĘ, ŻE BÓG WYDARZENIA Z ŻYCIA WĘGIERSKIEJ KSIĘŻNICZKI PRZENIÓSŁ ŻYWCEM W JEJ WŁASNE ŻYCIE. JUTA NIE TYLKO ROBIŁA TO, CO ROBIŁA ELŻBIETA. ŻYCIE POPROWADZIŁO JĄ PRZEZ TE SAME WYDARZENIA, KTÓRE BYŁY UDZIAŁEM TAMTEJ ŚWIĘTEJ. NA JEDNYM Z ŻYCIOWYCH ZAKRĘTÓW BÓG ODZIAŁ JĄ JESZCZE W SZATĘ MISTYKA…

Jest rok 1220. Miejscowość: Sangerhausen, księstwo: Turyngia. To tam na zamku panów tych ziem pojawia się wytęsknione dziecko – dziewczynka. Otrzyma imię Juta, za wielką świętą Jutą sprzed dwóch wieków.

Na razie nazywa się von Sangerhausen i szczyci się, że jest z rodu brunszwickich książąt. Ma zapisaną w gwiazdach i w bogactwie rodziców piękną przyszłość. To, co dla wielu jest „jękiem i płaczem na tym łez padole”, dla niej niczym takim nie jest. Gdy śpiewa wraz z innymi znaną od dwóch wieków maryjną antyfonę Salve Regina, nie rozumie jej słów: że życie nie jest łatwe, że ludzie odczuwają skutki wygnania z raju, że ziemia rodzi im chwast, a praca jest ponad siły, że wszystkiemu towarzyszy cierpienie. Na zamku książąt jest przecież inaczej. Dla Juty świat niósł co innego, był bliżej zaginionego raju. Jej los na ziemi miał oznaczać zaszczyty, zdobione atłasami komnaty, suto zastawione stoły, muzykę, bogactwo. W końcu jest księżniczką brunszwicką, a to oznacza Boże wybraństwo.

Tak, dobre lata, jakie ją czekały, należało uważać za wielką łaskę od Boga. W końcu rodzina była głęboko religijna, nie stroniła od uczynków miłosierdzia i przepisanych modłów. Mała Juta przyjmowała wymiar religijny życia jako oczywistość. Było jej dobrze w radosnym świecie i w pełnej dziwnego spokoju kaplicy.

Jej patronką była Juta z nieba, ale szybko się okazało, że kto inny jest jej ideałem. Nie jest nią nadreńska święta z rodu grafów Spanheim, która jako szesnastoletnia dziewczyna zbudowała sobie pustelnię i żyła w niej do śmierci. Niebawem zresztą już nie sama, bo otoczona powstałą wokół niej wspólnotą kobiet, które założyły klasztor według benedyktyńskiej reguły, a którego najsłynniejszą mieszkanką był nie byle kto, ale św. Hildegarda von Bingen, zresztą siostrzenica św. Juty! Jednak, co dziwne, wszystko to wcale nie imponuje Jucie von Sangerhausen z XIII stulecia.

Ta zapatrzyła się w św. Elżbietę – nie postać z hagiograficznych ksiąg, ale żywą świętą, 20 lat młodszą córkę króla Węgier. Niebawem się okaże, że jej pragnienie naśladowania Elżbiety zaowocuje niemal identycznymi doświadczeniami jak te, które stały się udziałem węgierskiej świętej… To zdumiewające, jaka jest zbieżność wydarzeń w życiu tych obu kobiet! O tym za chwilę.

Juta była tak zapatrzona w tę niezwykłą postać, że odbyła nawet pielgrzymkę do Marburga, do jej grobu. I właśnie tam prosiła ukochaną świętą o wskazanie jej, co ma wybrać jako drogę na tym świecie. Warto pytać świętych w niebie… W końcu widzą więcej, wiedzą lepiej, patrząc z góry… Czy wtedy Juta przeżywa pierwsze doświadczenie mistyczne? Wiele za tym przemawia, wiemy przecież, że wówczas nagle coś „poczuła”: już wie, co ma zrobić. Może to dziwić, ale świat duchowy zażądał od niej zanurzenia się w świat cielesny. Nie miała uciec na pustynię ani zamknąć się w klasztorze, odwracając plecami od spraw doczesnych z ich radościami i troskami. Te okazały się warte jej życia. Juta czuje, że ma założyć rodzinę. Ma powołanie żony… powołanie matki… Jak cała ludzkość… z „łez padołu”.

Teraz jest gotowa na dorosłe życie. Poślubia rycerza pochodzącego z rodzinnego Sangerhausen. (Elżbieta uczyniła to samo: wyszła za mąż w wieku czternastu lat za landgrafa Turyngii). Jest to prawdziwa, wielka miłość. Pojawiają się dzieci (Elżbieta miała trójkę), a potem… śmierć. Umiłowany mężczyzna jej życia nie wraca z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej. Nawet nie ginie w boju z niewiernymi. Umiera na zarazę w drodze… (Identycznie jak małżonek św. Elżbiety!)

Juta ma zaledwie dwadzieścia lat. (Elżbieta dokładnie w tym samym wieku traci męża). Decyduje się pozostać wierna swemu powołaniu do rodzinnego życia i poświęca się wychowywaniu dzieci (znowu śladem swego ideału). Postanawia przekazać im dwie wartości: świecką – dobre wykształcenie i wychowanie oraz duchową. To oznacza, że musi ich nauczyć szacunku, miłości i oddania się sprawom Bożym – nawet jeśli oznaczałoby to cierpienie i ofiarę.

Mijają lata. Podrośnięte dzieci podobno oddaje „na służbę Bożą” – czyli prawdopodobnie pod opiekę sióstr zakonnych. Wartości wieczne okazują się w wychowaniu ważniejsze. W końcu na ziemi żyje się kilkadziesiąt lat, a w wieczności żyje się przez wieczność…

Nie wiemy, jak wyglądało ich życie… Wiemy tylko, że powierzone Boskiej opiece nie potrzebowały już bezpośredniej bliskości matki. Zawsze miały zapewnione przy sobie jej serce i jej modlitwę.

Juta jest wolna. Mąż w niebie, dzieci przy klasztorze… Nadchodzi czas, by zrobić to, co pociągało ją od dzieciństwa. Rozdaje swój majątek ubogim i wzorem św. Elżbiety rusza w świat jako „pielgrzym”. Elżbieta poszła z Wartburga do Marburga, nasza święta jest inna: jej wędrówka nie jest stąd dotąd; latami pozostaje bez stałego miejsca, bez domu, bez swojej własności. Pielgrzymuje do miejsc szczególnego kultu, do znanych kościołów i słynących ze świętości klasztorów. Wzorem Elżbiety wszędzie pielęgnuje chorych. Wśród nich jej szczególną miłością cieszą się trędowaci (znowu duchowy rys węgierskiej świętej). Wspomaga też biedaków jałmużną.

 

Czytamy o jej życiu i już nas nie dziwi, że uważano ją za osobę po trosze dziwną. Jest tak inna niż wszyscy. Jedni z niej szydzą, inni wyśmiewają. Mówi się o niej: „szalona”, „chora”. (Elżbietę również uważano za niezrównoważoną psychicznie…) Ale większość widzi w niej świętą.

I oto wszystko zaczyna być inaczej, nie „po elżbietowemu”. Węgierska księżniczka umiera w wieku 24 lat, a Juta wciąż żyje. Nadchodzi rok 1256, Juta zbliża się już do pięćdziesiątego roku życia. Jest dojrzałą kobietą. Wtedy przychodzi znak zza grobu… Kolejne doświadczenie ze świata mistyki? Bo niespodziewanie dowiaduje się, że krewny jej zmarłego męża – jakiś von Sangerhausen – został wybrany wielkim mistrzem Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Ta długa nazwa oznacza po prostu Krzyżaków. Nowo wybrany wielki mistrz, Anno von Sangerhausen, zaprasza Jutę do ziemi chełmińskiej. Idea, jaka przyświeca temu człowiekowi, będącemu zresztą – jako krewny – „ziemskim śladem jej męża”, jest prosta: znana już ze świętości Juta miałaby modlitwą i pokutą wspierać Krzyżaków w dziele nawracania pogańskich Prusów i Litwinów.

Mamy tu kolejne zdarzenie z posmakiem szarej, codziennej mistyki, bo właśnie taka cechuje życie Juty. Oto krewny jej męża, a jednocześnie reprezentant Boga, kieruje do niej wezwanie, które – mistrz zakonu to „czuje” – jest skierowane do niej w imieniu Boga… Pokolenie później św. Mechtylda pisała o tym wydarzeniu: „Posłał ją Pan do pogan, aby swoimi modlitwami ich [Krzyżaków] wspierała, a dobrym przykładem nawracała i budowała, głosząc święte Imię Jego”. Hmm… mistrz krzyżacki z rodu von Sangerhausen może nawet jeszcze nie wie, że jego święta krewna ma w Bożych zamiarach nawracać też samych zakonnych rycerzy…

Jednak Juta nie wyrusza do żadnego z krzyżackich zamków. Prosi o opieką pierwszego biskupa chełmińskiego Heidenryka, który był dominikaninem z jej rodzinnej Turyngii (znowu po ziemskich szlakach prowadzi ją palec Boży!), i za jego zgodą zamieszkuje w opuszczonej chacie rybackiej w Bielczynach, odgrodzona od oddalonej o dwa kilometry Chełmży niewielkim jeziorem. Mały domek zamienia w pustelnię: miejsce modlitwy i surowej pokuty. Ku jej niezadowoleniu to miejsce jej odosobnienia zaczynają niebawem coraz liczniej odwiedzać ludzie szukający „mędrców Bożych”. Juta żyje w zjednoczeniu z Bogiem, odwróciła się od świata, a twarzą zwróciła ku Panu, a tu taki tłum… Pamiętajmy, że wcale nie była pustelnicą w najściślejszym tego słowa znaczeniu: rankiem chodzi do miasta na mszę świętą, po niej idzie do szpitala trędowatych (znów powraca model św. Elżbiety). Jest znana w mieście, wkrótce i poza jego murami. Do jej pustelni ruszają ludzie proszący o radę, pomoc i duchowe wsparcie. Bielczyny stają się dla nich takim samym miejscem, jak przed laty były dla niej samej święte klasztory i słynne świątynie, które tak licznie odwiedzała… Ludzie przychodzą, a Juta odpowiada na ich pytania i kieruje do Boga ich prośby. Wie rzeczy, których oni nie znają, zna coś, czego nawet nie są świadomi. Odchodzą zdumieni, potrząsając głową. A przecież Juta próbuje tylko swoje doświadczenia mistyczne i zdobytą w nich mądrość ducha przekazać im w ich codziennym języku. Nasi przodkowie powracają do domów i mówią z przekonaniem, że byli „u świętej”.

Juta nie była już „von Sangerhausen”. Teraz była „Jutą pustelnicą”, „Jutą von Bildschön” – czyli „Jutą z Bielczyn”. W swej porybackiej chatce przeżyła cztery lata. Zdumiewające: tyle właśnie żyła w Marburgu św. Elżbieta! W 1260 roku, po czterech latach pobytu na ziemi chełmińskiej, Juta umiera w opinii wielkiej świętości.

Wiedziano o niej co nieco. Musiała komuś zdradzić swój mistyczny sekret, że Pan Jezus pozwolił jej – jak mówią hagiografowie – dotknąć ustami rany swojego boku, my powiemy krócej: pozwolił ją pocałować. Ktoś znowu widział ją rankiem, jak bojąc się, że nie zdąży na poranną mszę świętą w Chełmży, skróciła sobie drogę, idąc przez jezioro. Zresztą nieprzypadkowo zmarła w wigilię poprzedzającą uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego: dla wszystkich był to znak, że Chrystus na pewno zabrał ją tego dnia ze sobą do nieba.

Przy jej grobie zaczynają dziać się cuda. Jest ich tak wiele, że mija zaledwie piętnaście lat, a duchowieństwo chełmińskie zbiera spisane pod przysięgą świadectwa niezwykłych łask otrzymanych przy doczesnych szczątkach Juty i składa w Rzymie prośbę o ogłoszenie Juty błogosławioną.

Biskup Heideryk poleca ciało błogosławionej Juty złożyć w budowanej właśnie katedrze Świętej Trójcy w Chełmży. Ale… podczas potopu szwedzkiego szczątki Juty ukryto, by już nigdy jej nie znaleźć. Pustelnica zniknęła. Może dlatego, że nie będzie przecież mieszkać wśród tłumów nawiedzających kościół!

Dla Polaków była to zawsze polska święta. Wędrowali do niej mieszkańcy ziemi chełmińskiej, ale też ludzie z odległych stron, liczni byli wśród nich także mieszkańcy Sangerhausen – zazdrośni o swoją świętą. Pielgrzymował do niej król Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan III Sobieski… Dziś duchem wędrujemy i my.

* * *

Święta Juto, kobieto szalona z miłości do Boga!

Pomóż mi znaleźć wśród świętych w niebie – jak Ty znalazłaś –

tego jednego, który w Boskich zamiarach najpełniej odzwierciedla

moje własne powołanie.

To będzie dla mnie wielka pomoc w wędrówce ku zbawieniu.

Nie będę szedł po omacku, lecz poznam całą drogę!

Proszę, pomóż mi znaleźć takiego świętego i go pokochać.

Pomóż mi go naśladować.

Pomóż mi cieszyć się, że Pan upodabniania mnie do niego także w tym,

co trudne…