Dasz radę! O pokonywaniu uzależnieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Bohdan T. Woronowicz, Karolina Prewęcka, 2014

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

Fot. Donat Brykczyński/REPORTER

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Roman Honet

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-7961-779-1

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Występują w książce:

Krzysztof Brzózka

dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA)

Stanisława Celińska

aktorka filmowa i teatralna

Robert D. Gamble

Amerykanin, pastor Kościoła episkopalnego, od lat związany z Polską, właściciel wydawnictwa Media Rodzina

Irena Jankiewicz

terapeutka, współpracuje z Centrum Konsultacyjnym Akmed

Witold Karaszewski

dyrektor zarządu Fundacji Biuro Służby Krajowej Anonimowych Alkoholików w Polsce

ks. Wiesław Kondratowicz

proboszcz parafii w Kowalewie, prałat Kapituły Konkatedralnej, członek Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości, Diecezjalny Duszpasterz Trzeźwości, założyciel i dyrektor Diecezjalnego Ośrodka Duszpasterstwa Trzeźwości w Kowalewie

Elżbieta Kosior

wiceprezes Fundacji Zależni Nie Zależni

ks. Dariusz Kwiatkowski

w latach 1999–2003 stworzył i kierował Licheńskim Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym, aktualnie duszpasterz rodzin i osób uzależnionych w polskiej parafii w Ealing i przełożony wspólnoty księży marianów w Londynie, przez kilka lat był powiernikiem klasy A polskojęzycznych grup wspólnoty AA poza granicami kraju

Mariola Mastek

współzałożycielka i szefowa CKU – Centrum Konsultacyjnego dla Uzależnionych i ich Rodzin w Dublinie

Tatiana Mindewicz-Puacz

psychoterapeutka, prowadzi poradnię TFC – Psychoterapia Indywidualna i Rodzinna, autorka akcji „Alcosfery. Picie w biznesklasie”

Bolesław Piecha

senator RP, lekarz, były wiceminister zdrowia

Pola

anonimowa alkoholiczka

Eugeniusz Poloczek

prezes Trzeźwościowego Stowarzyszenia Kulturalno-Turystycznego w Katowicach

Adam Dariusz Rachuba

wójt gminy Pokrzywnica koło Pułtuska

Stanisław Ś.

anonimowy alkoholik, poeta, bard, aktor

Tadeusz

anonimowy alkoholik, Londyn

Małgorzata Sawicka-Woronowicz

żona doktora Woronowicza

Dorota Woronowicz

córka doktora Woronowicza

Miłosz Woronowicz

syn doktora Woronowicza

WSTĘP

Jest wyjście z ciemnego tunelu

Co było najpierw?

Moja wielomiesięczna szczera rozmowa ze Stasią Celińską. Powiedziała mi i czytelnikom naszej wspólnej książki o tym, jak piła, była na dnie, ale przebudziła się, dzięki wierze ocalała i zaczęła nowe życie.

W jej świadectwie padło tylko jedno nazwisko. Doktor Bohdan Woronowicz. Szukała u niego ratunku, ale nie spotkali się wówczas. Stasia mówiła o nim z ogromną atencją. Zapamiętałam ten fragment naszej rozmowy.

Po jakimś czasie zaangażowałam się w pomoc pewnej młodej osobie, a ktoś, komu ufam, poradził mi, żeby „iść z tym do Woronowicza”. I wtedy już wiedziałam: to nie może być przypadek, że moje ścieżki prowadzą do tej osoby. Pomyślałam też, że w ogóle powinnam zająć się tematem uzależnień, bo narasta z ogromną siłą i nie możemy być bierni wobec tego problemu.

Pan Doktor zgodził się od razu. „Jeśli w ten sposób możemy uratować choć jedno życie...” – powiedział. Zaczęliśmy rozmawiać. Starałam się być głosem różnych ludzi. Tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej i móc na co dzień w zwyczajnych relacjach chronić przed uzależnieniami i pomagać uzależnionym w rodzinie, w domu, pracy czy w sąsiedztwie. A także głosem samych uzależnionych chcących się leczyć oraz tych, którzy jeszcze o tym nie wiedzą, że warto powalczyć o siebie, albo jeszcze nie mają na to sił. Głosem osób podejrzewających u siebie uzależnienie oraz ich bliskich, wśród których wielu jest współuzależnionych.

Tydzień po tygodniu wchodziłam w temat prowadzona przez doświadczonego, twardego, konsekwentnego terapeutę, ale przede wszystkim czułego człowieka. Pan Doktor zaprosił na łamy tej książki ludzi z różnych kręgów. Wśród nich są trzeźwi alkoholicy. Po przejściach wyszli na prostą. Są na tyle mocni, żeby wytrwać i wspierać innych ludzi. Oczywiście rzeczywistość nie jest tak jednolita. Wielu uzależnionym się nie udaje, ale przekaz naszej rozmowy jest jeden: można zdrowieć z uzależnień, trzeba próbować i zmieniać swoje życie na lepsze! Jest wyjście z ciemnego tunelu.

Książka na pewno nie wyczerpuje tematu, nie ma takiego celu ani ambicji, tym bardziej że uzależnienia mogą dotyczyć każdego człowieka i każdy może mieć o nich przemyślenia i opinie. Uzależnień przybywa, mnożą się, jedno kryje drugie. Ich obraz bywa nieostry. Trudny do zdiagnozowania i leczenia.

Doktor Woronowicz w tej coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości mówi prosto, że człowiek jest istotą społeczną, stworzoną do życia z ludźmi. Podkreśla, że we wszystkich uzależnieniach chodzi o to samo – o umiejętność budowania relacji: z bliskimi ludźmi i przypadkowo spotkanymi osobami, z codziennością, ze swoim wnętrzem... Trzeba o to dbać, o czym doktor Woronowicz rozmawia w tej książce ze... Stasią Celińską. Spotkali się jednak po latach.

Dobre relacje międzyludzkie i ze sobą samym rozświetlają twarze, uspokajają, powodują przekaz dobrej energii i leczą z uzależnień.

Dziękuję Panu Doktorowi, Jego Bliskim, moim Rozmówcom.

Karolina Prewęcka

Zdrowiejąc z uzależnienia, można stać się lepszym człowiekiem.

Bohdan T. Woronowicz

Irena Jankiewicz: Piłam kasacyjnie od około dwóch lat i miałam skrajnie wyczerpany organizm. Wcześniej popijałam. Niewiele ponadczterdziestoletnia kobieta, która nie ważyła nawet czterdziestu kilogramów. Próbowałam skończyć ze sobą.

Do Doktora zaprowadziła mnie mama. Przyleciała do mnie do Warszawy ze Stanów. Mieszkała tam od lat. I wszystko, co tam zbudowała, zostawiła. Dowiedziała się o Doktorze od sąsiadów. To ona pierwsza powiedziała mi: „Chyba jesteś alkoholiczką. Musisz się leczyć. Słyszałam o pewnym lekarzu...”. Wściekłam się i podniosłam na nią głos. Nigdy wcześniej tak jej nie traktowałam. Uległam. Pojechałyśmy razem na Sobieskiego.

Układałam w głowie, co opowiem Doktorowi o sobie. Powiedziałam jednak zdania, których nie planowałam: „Nie radzę sobie z życiem. Proszę o pomoc”. I tyle. Nie wiem, dlaczego tak wyszło. Dziś myślę, że mówiłam krótko i szczerze, bo zobaczyłam kogoś wyjątkowego. W tamtych czasach lekarze, zwłaszcza psychiatrzy, kojarzyli się z białymi fartuchami i oschłością, a on był inny. Pamiętam dokładnie. Miał spodnie ogrodniczki i koszulę w kratę. Brodę. Uśmiechał się, przyjaźnie patrzył mi w oczy, budził zaufanie. Od razu poczułam, że niczego nie udaje, że jest dobry. Skojarzył mi się... z miodem. Powiedziałam te dwa zdania, a on na to: „Dobrze. Ja wiem wszystko...”. Nie wątpiłam, że wie wszystko, mimo że o nic mnie nie pytał, niczego we mnie nie krytykował, nie pouczał. Był tak przekonywający. Oddałam się w jego ręce.

Wyszliśmy z gabinetu. Mama podeszła do Doktora i coś zaczęła mówić. Przerwał jej i powiedział, że córka już WSZYSTKO powiedziała...

*

Pola: Tamtego dnia wyjątkowo nie miałam nic pilnego do zrobienia. Siedziałam w biurze, rozmyślałam o swojej przyjaciółce, która chlała od rana do wieczora, i o sobie, że nie jest ze mną jeszcze tak źle, bo choć łeb mnie boli po wczorajszym, to normalnie funkcjonuję, tak jak wielu moich kolegów.

Około południa nie wyszłam jak zwykle na lunch. Zostałam i postanowiłam zrobić sobie drinka. Nagle dopadła mnie świadomość, że dotąd nigdy nie zdarzyło mi się w pracy, w południe, nalewać sobie alkohol.

I wtedy przyszła kolejna, drażniąca myśl, czy ja nie żyję na pozór? Mam niespełna trzydzieści lat, a już fantastyczne sukcesy zawodowe, choć ostatnio może mniejsze, z facetami jakoś się układa, wieczorami spotykam się z kolegami, jest miło, jest ostre picie, potem przygotowuję się do pracy, mama pomaga mi przy dziecku... Ale jednak coś nie gra. Może okłamuję siebie, wmawiam sobie, że wszystko jest w porządku? Poczułam, że nie wiem, co mam zrobić, sama sobie nie dam rady, że potrzebuję pomocy, kogoś, kto podpowie, jak poukładać się na nowo...

*

Elżbieta Kosior: Przed laty leczyłam się na nerwicę w poradni zdrowia psychicznego. Miałam lęki. Bałam się wszystkiego. Podejmowania decyzji, rozmów. Brałam sporo leków psychotropowych.

Czułam, że muszę zwiększyć dawkę, ale wszystko było na receptę. Poszłam do lekarza. Recepty mi nie dał. Wróciłam do domu. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Spojrzałam na barek. Mąż zawsze miał coś do picia. Znalazłam koniak. Jakiś głos z tyłu głowy powiedział mi: „Jak to wypijesz, za chwilę umrzesz”. Ocknęłam się, bo przestraszyłam się mieszanki alkoholu z lekami, ale po chwili wypiłam. I nie umarłam. Mało tego. Poczułam się znacznie lepiej. Zaczęłam pić, żeby się nie bać życia. Nadal brałam psychotropy.

 

1 grudnia 1994 roku obudziłam się na potwornym kacu. Wstałam i zaczęłam krzyczeć, że nie wytrzymam ani dnia dłużej. Jakbym przeczuwała swój koniec. Chciałam się jednak czegoś uchwycić. Wydobyć z tego stanu. Przed oczy napłynęły mi obrazy sprzed lat. Przypomniałam sobie, jak byłam z małą jeszcze córką u psychologa w Instytucie Psychiatrii i Neurologii przy Sobieskiego. Spotkałam tam przypadkiem na korytarzu znajomego. „Co tu robisz?” – zapytałam. Odpowiedział, że jest na odwyku. I chwyciłam się tego obrazu. Powiedziałam mężowi, że musi mnie zawieźć na Sobieskiego na odwyk. Byłam potwornie zdeterminowana. Najpierw szukałam ratunku w głównym budynku. Skierowano mnie do pobliskiego tak zwanego Białego Domku, do Ośrodka Terapii Uzależnień.

Doktor Woronowicz przyjmował od godziny piętnastej. Weszłam do niego z torbą leków. Powiedziałam, że jestem znerwicowana, pod stałą opieką lekarzy. Posłuchał mnie, popatrzył na mnie. „Jaka nerwica?! – usłyszałam. – Jest pani regularną alkoholiczką, uzależnioną od leków”. Doktor wziął tę moją torbę i powiedział, że mam wybór. Wywalamy te leki do kosza i przychodzę na oddział albo zabieram torbę – i wskazał na drzwi. Oniemiałam. „Ale gbur!” – pomyślałam. Przecież taki ktoś w ogóle nie powinien być lekarzem, a co dopiero mówić o psychiatrze. Przyszłam do niego taka chora, zmaltretowana, nieszczęśliwa, a on!... Podniosłam się z kanapy, ale gdzie miałam pójść? Trudno, postanowiłam jakoś to wytrzymać i zostać. „Może nauczą mnie tu inaczej pić, w kontrolowany sposób” – przemknęło mi przez głowę. Przed przyjęciem na oddział miałam obowiązkowo zaliczyć dziesięć mityngów AA. Nie wiedziałam, co to jest, ale nie dyskutowałam...

*

Stanisław Ś.: Doktor Woronowicz ma intuicję. Taki z niego lisek, który wychwytuje, kto osiągnął jaki etap zdrowienia. Czy jest przygotowany do wejścia na ścieżkę trzeźwości? A będzie dopiero wtedy, gdy zacznie nie pić dla siebie. Wielu przychodzi do Woronowicza dla świętego spokoju, dla żony, rodziny, pracodawcy. Jeszcze nie ma w nich prawdziwej gotowości.

Jest taka anegdota o Doktorze. Przychodzi pacjent na rozmowę kwalifikacyjną, a Doktor mówi mu tak: „Proszę pana, za tym moim Białym Domkiem stoi wiadro wódki. Pan tam pójdzie, wypije tę wódkę i dopiero przyjdzie do mnie”. To pokazuje, że Doktor wie, że ten gość nie poznał jeszcze swojego dna i nie ma w nim odpowiedniej motywacji do leczenia.

Doktor nigdy jednak nie odmawia pomocy. Pamiętam, jak kiedyś przyjechałem do niego do instytutu, taki skacowany. Powiedziałem mu, że nie mogę już sobie dać rady. W biegu zorganizował mi detoks, zadzwonił do ośrodka na Kolską, załatwił mi tam wejście na drugi dzień. Jak mnie odtruli u Doktora, postanowiłem od razu pojechać na tę Kolską, ale po drodze zahaczyłem o lokal. Wypiłem setkę. W ubraniu znalazłem zwitek pieniędzy i kupiłem pół litra. Na Kolską kazali mi przyjść rano. W jakimś schowku wypiłem te pół litra i nawalony o dziewiątej następnego dnia wróciłem do ośrodka. To chyba jedyny przypadek w historii, że pijanego pacjenta przyjęli na detoks... Zadziałała magia nazwiska. No, nie mojego...

*

Tadeusz: Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o doktorze Bohdanie Woronowiczu, ale było to na pewno wiele lat temu. W moim środowisku, na głębokiej prowincji, był postacią legendarną, nieomal mityczną. Co jakiś czas słyszałem słowa: „Jadę do «Worona» na terapię” lub „Wróciłem właśnie od «Worona»”. Nazwa „Strzyżyna” nieodłącznie kojarzona była z nazwiskiem Doktora. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś przyjdzie mi poznać doktora Woronowicza osobiście i – co więcej – że będę miał możliwość spędzenia z nim czasu i rozmawiania nie tylko o sprawach związanych z alkoholizmem.

Ale to dopiero miało przyjść, bo chociaż słuchałem z zaciekawieniem opowieści przyjaciół, którzy mieli możliwość zetknięcia się z Doktorem i uzyskali od niego dużą pomoc, to wówczas nie byłem zainteresowany ani terapią, ani zdrowieniem. Wydawało mi się, że moje życie jest we właściwych, czyli moich własnych rękach. Zapłaciłem za taką postawę wysoką cenę. Wyjechałem za granicę, tam dosięgłem swojego alkoholowego i życiowego dna...

ROZDZIAŁ 1

Uzależnienie

Karolina Prewęcka: Każdy z nas jest inny. Nie ma identycznych scenariuszy życia. Po drodze wszystkim jednak zdarzają się trudne chwile. Niektórzy ludzie przechodzą przez nie wzmocnieni, lecz wiele osób nie radzi sobie z nimi. Wtedy otwiera się przestrzeń dla alkoholu czy innych „wspomagaczy” i... ryzyko uzależnienia. Można w nie wpaść z zupełnie innej przyczyny, na przykład z ciekawości. Jak to jest Pana zdaniem, zdaniem eksperta: czy można stworzyć portret osoby podatnej na uzależnienie i takiej, która nigdy się nie uzależni?

Bohdan T. Woronowicz: Możemy spróbować. Zacznijmy od tego, że są dwie grupy osób, które mają większe szanse niż inni na to, aby się uzależnić.

W pierwszej są ci, którzy nie bardzo potrafią żyć w zgodzie z samymi sobą i z otoczeniem. Nie umieją znaleźć swojego miejsca w rzeczywistości i w związku z tym częściej niż inni ludzie przeżywają stany przygnębienia czy smutku. Bardziej zagrożone będą więc na przykład osoby, które mają trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi i są samotne, bo przecież człowiek ma na ogół potrzebę bycia z ludźmi. Jeśli zaś musi przebywać sam, to zdarza się, że poszukuje towarzystwa, a wtedy najprostszym sposobem okazuje się butelka, kieliszek... Wtedy człowiek albo wypija sobie „na odwagę”, żeby być z innymi czy po to, żeby sprawiać wrażenie kogoś, kim chciałby być, ale na trzeźwo nie potrafi. To też ktoś, kto czuje się niedoceniony czy ma niską samoocenę. Jeśli ktoś taki, kogo nazywam „poszukiwaczem ulgi”, ciągle jest w dołku i zorientuje się, że jakaś substancja albo określone zachowanie poprawia mu samopoczucie, to będzie się ku nim skłaniał. Ulgę przynosi mu, wyrywa go z dołka, nie tylko alkohol, ale też na przykład lek, hazard, seks...

W drugiej grupie są osoby, którym nie wystarczają otaczające nas bodźce. Potrzebują czegoś więcej, podniesienia poziomu przysłowiowej adrenaliny. Określam takich ludzi mianem „łowców nagród”. Tak pobudzają swój znajdujący się w mózgu „układ nagrody” – albo inaczej „ośrodek przyjemności” – by osiągać stan większego pobudzenia – takiego, jakiego by chcieli.

Zarówno „poszukiwacze ulgi”, jak i „łowcy nagród” mogą wpływać na swoje samopoczucie za pomocą alkoholu, narkotyków, leków, a więc różnych substancji psychoaktywnych (bezpośrednio bądź pośrednio) lub pewnych zachowań (czynności). W obszarach mózgu związanych ze wspomnianym wcześniej „układem nagrody” i czynnościami motywacyjnymi zwiększa się wówczas stężenie neuroprzekaźników, na przykład dopaminy – hormonu odpowiedzialnego za motywację do działania i poszukiwanie wrażeń. Co ciekawsze, prawdopodobnie istnieje w mózgu nie jeden „układ nagrody”, ale jest ich więcej, i do tego u każdego człowieka mogą one działać nieco inaczej. Te różnice mogą mieć z kolei wpływ na skłonności do różnych uzależnień. Wymaga to jednak dalszych badań. Trzeba też pamiętać, że uzależnienia mają skłonność czy zdolność do zastępowania się, na przykład ktoś uzależniony od hazardu kończy z tym, ale od razu wpada w alkoholizm, czy do wzajemnego podstawiania się, na przykład uzależniony od alkoholu „zamazuje” skutki jego działania poprzez używanie kokainy.

Poza „układem nagrody” jest jeszcze „coś”, co także wpływa na to, czy się uzależnimy, czy też nie. To „coś” warunkuje nasze funkcjonowanie w życiu, możliwość dostosowania się i dopasowania się do okoliczności, które nie muszą być dla nas komfortowe, radzenia sobie z przeciwnościami, ze stresem itp. To „coś” to wspomniane już wcześniej nasze kompetencje, czyli umiejętności, zdolności umożliwiające skuteczne radzenie sobie z wymaganiami i wyzwaniami codziennego życia. Osoby, które mają deficyty tych kompetencji, będą bardziej podatne na uzależnienia.

Przykład

Poznałem kiedyś bardzo fajnego, inteligentnego pana, który – jak się okazało – był w młodości niezwykle sprawny fizycznie, ale jednocześnie potrzebował niezwykle silnych bodźców. Podobno zdarzało się nawet, że kiedy jechał pociągiem, otwierał okno i wywieszał się za nim, po czym puszczał się, by złapać się za okno sąsiedniego przedziału. Trudno w to uwierzyć, ale podobno tak bywało. Co za ryzyko! Po osiągnięciu trzydziestu paru lat uznał, że jego sprawność już nie jest taka jak dawniej, ale wciąż potrzebował dodatkowej stymulacji i znalazł ją w... hazardzie. Zaczął grać. A wiadomo, że na dłuższą metę nie ma wygranych hazardzistów, i zaczęły się problemy finansowe, zwłaszcza że założył rodzinę i bardzo mu na niej zależało. Pewnego dnia po rozmowie z żoną doszli do wniosku, że hazard rujnuje rodzinę, i postanowił zrezygnować z hazardu. Jak go poznałem?... Zaczął pić. Momentalnie stał się alkoholikiem. Trafił do mnie, żebym pomógł mu przestać pić. Są ludzie, którzy przechodzą od jednego uzależnienia do drugiego właśnie tak jak ten człowiek – od ekstremalnych sportów, poprzez patologiczny hazard, czyli uzależnienie od zachowań, do uzależnień od substancji psychoaktywnych, do których należy alkohol. Inni zostawiają alkohol i wchodzą w hazard czy w seks.

Jeśli człowiek, taki „łowca nagród”, ciągle poszukuje dodatkowego pobudzenia, to nawet jeśli jest tak zwaną osobą myślącą i wybiera jakby mniejsze zło, to cechuje go bardzo duże ryzyko uzależnienia się i wówczas – bez podjęcia leczenia – jego historia najczęściej źle się kończy.

A osoba, która nigdy nie będzie uzależniona?

Nie jestem przekonany, czy w ogóle są takie osoby, ale pewnie tak. Większe szanse na uniknięcie uzależnienia będą oczywiście miały osoby, które w swoim życiu stosują purytańskie zasady i unikają określonych substancji czy zachowań. Jeśli ktoś dobrze radzi sobie w życiu, funkcjonuje w sposób dający mu satysfakcję, to jego ryzyko, żeby się uzależnić, jest dużo mniejsze niż w przypadku innych ludzi.

Znane są jednak przypadki osób określanych jako „normalne”, „typowe”, osób wesołych, lubiących się bawić, balujących i pijących przy tym, których styl życia z czasem zaczyna być problemem. Z drugiej strony osobiście znam także takie osoby, które – jak się mówi – piły i piją całe życie, mają już swoje lata, ale można powiedzieć, że typowych objawów uzależnienia u nich nie ma. Wszystko zależy od organizmu, to znaczy, z jakiej „gliny” człowiek został „ulepiony”, i od osobowości człowieka.

Czy w Polsce rośnie liczba uzależnień?

Czy rośnie? Na pewno coraz więcej osób zgłasza się po pomoc, ale to wcale nie musi oznaczać, że wzrasta skala uzależnień. To oznacza, że – mimo pewnych braków w strukturze odpowiednich placówek pomocy – ludzie są coraz bardziej świadomi i chętniej korzystają z istniejących placówek. Przychodzą do mnie młodzi ludzie, którzy nie są uzależnieni, ale pewne epizody z ich życia – na przykład alkoholowe – zastanowiły ich. Opowiadają swoją historię i pytają, czy to już uzależnienie. Tego kiedyś nie było. Coraz więcej jest publikacji o uzależnieniach, mówi się o tym w mediach, są ludzie, którzy dają świadectwa swojego uzależnienia i opowiadają, jak sobie z nim poradzili. To wszystko nakłania innych, żeby baczniej przyglądać się sobie i innym.

Jestem mamą nastolatka. Mam wrażenie, że uzależnienia dotyczą coraz młodszych ludzi, dlatego często rozmawiam o tym z synem. Czy rzeczywiście uzależnienia to już problem młodzieży?

Na przykładzie moich pacjentów alkoholików mogę powiedzieć, że średnia wieku jest niższa niż kiedyś. Na początku mojej pracy z osobami uzależnionymi w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia przeważali czterdziestolatkowie i starsi, teraz zgłaszają się znacznie młodsi, wśród nich zdarzają się nastolatkowie przyprowadzani przez matki. Może to mieć związek między innymi z tym, że niestety obniżył się wiek inicjacji alkoholowej. Nie bez znaczenia jest też znacznie większa dostępność placówek lecznictwa odwykowego, większe możliwości uzyskania pomocy, a także wyraźnie większe umiejętności identyfikowania problemów alkoholowych w społeczeństwie.

Na pewno też nowe uzależnienia behawioralne, czyli od czynności, od zachowań1, na przykład od komputera, Internetu, telefonu komórkowego, spowodowały wzrost grupy młodych i najmłodszych uzależnionych.

Jakie grupy zawodowe są bardziej podatne na uzależnienie?

Na pewno takie, które z racji wykonywanego zawodu są bardziej narażone na stres, na zbyt wiele okazji do zakrapianych spotkań towarzyskich albo na samotność. Myślę, że jednym z takich zawodów jest środowisko moich kolegów lekarzy. Są obciążeni poczuciem ogromnej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka i z tego powodu często podlegają ogromnemu stresowi. Dodatkowo nierzadko dopada ich zmęczenie i wyczerpanie. Niektórym alkohol czy lek pomaga przetrwać. Do tego w tym środowisku dochodzi dostępność substancji psychoaktywnych, leków, narkotyków. Zagrożenie wiąże się też z pracą dziennikarza, szczególnie reportera. Kto jeszcze? Pracownicy reklamy. Dużo piją muzycy, marynarze skazani na wielomiesięczne rozstania z bliskimi i na samotność czy zawodowi żołnierze w leśnych garnizonach. Kiedyś mówiło się też, że ktoś „pije jak szewc”, więc może i szewcy, których ostatnio coraz trudniej spotkać.

 

Przedstawicielom niektórych profesji mogą zagrażać częste kontakty w sytuacjach towarzyskich. Tu bankiet, tam party, spotkanie z klientem i tak, kropelka po kropelce, do kropelki... Bo tu głównie chodzi o alkohol. Zagrożeni będą więc politycy, biznesmeni, prawnicy, aktorzy i niekiedy księża, którzy nie potrafią odmówić swoim wdzięcznym i gościnnym parafianom, a bez nich czują się samotni.

Przed laty wśród uzależnionych było dużo osób po zawodówkach. Młody chłopak trafiał do rozpitej brygady w fabryce czy na budowie, był pod presją starszych kolegów i musiał zachowywać się tak samo jak oni, czyli pić. Teraz na szczęście w tych środowiskach wiele zmieniło się na lepsze. Nadal jednak wspomniani robotnicy budowlani to grupa bardziej narażona na uzależnienie od alkoholu. Często mówi się też o barmanach czy kelnerach, ale należałoby najpierw sprawdzić, czy ktoś wybrał taką pracę, bo już pił i chciał mieć lepszy dostęp do alkoholu, czy też zaczął więcej pić dopiero po podjęciu pracy.

Niezależnie od wykonywanych zawodów czy pełnionych funkcji na pewno łatwiej będą uzależniały się osoby, które już we wczesnej młodości sięgnęły po raz pierwszy po alkohol albo po inne substancje psychoaktywne, a także takie, które wyszły z domu, gdzie się piło. Chodzi nie tylko o możliwość odziedziczenia sposobu reagowania na alkohol, ale też o kwestię dysfunkcjonalności rodziny, w której człowiek się wychowuje i z niej wychodzi wraz z różnymi lękami, obawami, niepokojami, brakiem poczucia bezpieczeństwa, brakiem wiary w siebie, niską samooceną. A po wypiciu czy przyjęciu czegoś staje się kimś innym i bardziej lubi siebie.

Obserwujemy też nowe zjawiska, co potwierdzają badania. Na stronie PARPA (Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) dostępne są na przykład wyniki badań wykazujące, jak bardzo wzrosło ostatnio spożycie alkoholu w grupie młodych kobiet dwudziesto-, trzydziesto-, czterdziestoletnich. Są to zwykle panie z większych miast, wykształcone, dobrze funkcjonujące, ambitne i ostro pijące. Często jeszcze samotne, skoncentrowane na karierze, tak zwane bizneswoman. Co będzie dalej? Przecież, co jest niezwykle niepokojące, są to panie w wieku rozrodczym, przyszłe matki.

Jaki wpływ na to, czy ktoś się uzależni, mogą mieć pieniądze albo ich brak? Czy w równym stopniu narażeni są ci, którzy mają je w nadmiarze, jak i ci, którzy ich nie mają?

W młodym wieku nadmiar pieniędzy jest, niestety, bardzo niedobry. Często spotykam młodych ludzi, mających świetnie płatną pracę, na przykład w reklamie. Po pewnym czasie zarabiają tam ogromne sumy i niezbyt wiedzą, co robić z pieniędzmi, bo nie założyli jeszcze rodziny, a sami mają już to, co chcą, i wtedy sięgają po alkohol, narkotyki. Taki młody człowiek nie umie gospodarować pieniędzmi, obchodzić się z nimi, przeznacza je na zabawy, eksperymentuje, poszukuje nowości i w sposób niezauważalny czy dosyć trudno zauważalny wchodzi w uzależnienie.

A brak pieniędzy? To trudne, bo nie wiadomo: czy jajko, czy kura? Czy nie masz pieniędzy, bo pijesz albo grasz? Czy pijesz, bo ci smutno, że nie masz pieniędzy?

Nie wszystkich stać na całą półlitrówkę albo na „przyzwoitą” wódkę, więc piją różne wynalazki, często najpaskudniejsze wina, byle tylko „kręciło”. Albo kupują alkohole „okazyjne”, gdzieś na bazarach. Zdarza się, że zawierają one trujący metanol. Wystarczy wspomnieć aferę z alkoholem sprowadzanym z Czech, który jesienią 2012 roku uśmiercił tam ponad dwadzieścia osób.

To nie jest tylko styl życia czy moda, żeby się spotkać przy alkoholu. To jest również problem braku alternatyw – na przykład w popegeerowskich wsiach. Co tam robić? Ludzie stracili pracę i siedzą w ciemnym tunelu, nie widząc światełka. Starają się więc jakoś urozmaicić i wypełnić swoje monotonne i nieciekawe życie.

Mniejszości seksualne łatwiej się uzależniają?

Są bardziej narażone na sytuacje niekomfortowe, frustracje, mają większe predyspozycje do stanów depresyjnych, myśli samobójczych. Wielu nie potrafi pogodzić się z odmiennością czy wytykaniem palcami. I jeśli na przykład taki sfrustrowany gej czy lesbijka zauważy, że pomaga mu jakaś substancja, to jest wielce prawdopodobne, że będzie po nią sięgał. Tak samo zresztą ktoś, kto nie jest gejem.

Czasem się frustrują, a czasem manifestują.

Tak. Głośno mówić o sobie, pokazywać się, zwracać na siebie uwagę – to wszystko są sposoby na zaistnienie, ale też na pokazanie, że czuję się marginalizowany. Nie da się jednak uogólniać. Trzeba prześledzić indywidualne losy, jeśli chce się poznać motywy działania danej osoby, na przykład geja czy lesbijki, czy kogokolwiek z nas. W tym środowisku jest też duży „środek”, czyli ludzie, którzy żyją sobie spokojnie, po cichu, skromnie, nie manifestują swojej odrębności.

Mówił Pan o dziedziczeniu sposobu reagowania na alkohol. Czy istnieje gen uzależnienia?

Obserwuję od lat, jak różni badacze licytują się, że znaleźli taki gen. Myślę, że to nie chodzi o „gen uzależnienia”, tylko o dziedziczenie pewnej podatności, określonego sposobu reagowania organizmu na alkohol, a także o pewne indywidualne cechy osobnicze, które mogą być dziedziczne. Jeśli weźmiemy grupę ludzi i damy im wszystkim alkohol do wypicia, to okaże się, że poza tymi, którzy nie zgodzą się na wypicie, łatwo można będzie podzielić ich na dwie podgrupy. Będą tacy, którzy po alkoholu poczuli się fajnie, i tacy, którzy poczuli się źle. To wiąże się z biochemią. Z tym, w jaki sposób organizm rozkłada alkohol. Czy powstały z alkoholu aldehyd octowy będzie szybko rozłożony i wtedy człowiek nie będzie miał paskudnego kaca? Czy też będzie utrzymywał się długo w organizmie, bo rozkładające go enzymy są słabe, mało aktywne i objawy zatrucia będą utrzymywały się długo i w efekcie ten, kto ich doświadczy, niechętnie będzie w przyszłości wracał do tego stanu? Dużo osób z takimi reakcjami na spożyty alkohol można spotkać w Azji, Japonii, Korei, Chinach.

Są także badania, które wykazały na przykład, że bliźnięta jednojajowe przeważnie dwa razy częściej niż bliźnięta dwujajowe były do siebie podobne pod względem występowania u nich uzależnienia od alkoholu. Inne badania mówią, że za ryzyko uzależnienia od alkoholu odpowiadają geny wpływające na aktywność neuroprzekaźników serotoniny i GABA (kwasu gamma-aminomasłowego). Podobnych badań jest wiele i każdy z badaczy przekonuje do swoich racji.

Poza czynnikami biologicznymi, predysponującymi do uzależnienia się, moim zdaniem niezwykle istotny jest jednak klimat domu rodzinnego. Bo jeśli ktoś od początku będzie żył z poczuciem bezpieczeństwa w domu, gdzie są jasno określone normy i role poszczególnych członków rodziny, to będzie zgodnie z nimi funkcjonował w dalszym swoim życiu. Ale jeśli ktoś wychowa się w innym środowisku, pozbawiony bezpiecznego domu, prawidłowych relacji z najbliższymi, to w przyszłości będzie gorzej sobie radził w życiu. Z kolei unikając takiego domu, będzie bardziej podatny na zewnętrzne wpływy i będzie częściej spotykał się z sytuacjami, które niekoniecznie na dłuższą metę okażą się dla niego korzystne. Wzrośnie także ryzyko, że w dorosłym życiu zrobi coś złego czy głupiego. A jeżeli jeszcze do tego odziedziczył podatność na uzależnienie, to wiadomo, jak to się musi skończyć.

Szkoda, że rodziny wielopokoleniowe już u nas właściwie nie istnieją. To one zapewniały najlepszą wzajemną kontrolę zachowań i prawidłową socjalizację.

Bo jeśli ktoś od początku będzie żył z poczuciem bezpieczeństwa w domu, gdzie są jasno określone normy i role poszczególnych członków rodziny, to będzie zgodnie z nimi funkcjonował w dalszym swoim życiu.