WybórTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Więzienie

Miałam swój sekret, a on miał mnie

Cztery pytania

Co masz w głowie

Tańcząc w piekle

Jestem w ruchu: robię gwiazdę

Schody Śmierci

Wybrać źdźbło trawy

Ucieczka

Mój wyzwoliciel, mój oprawca

Spróbuj przez okno

W przyszłym roku w Jerozolimie

Ucieczka

Wolność

Pierwszy dzień imigracji

Głupie świeżaki1

Pani tam była?

Od ocalałego do ocalałej

Czego oczekiwało życie

Wybór

W takim razie Hitler wygrał

Łóżko Goebbelsa

Zostawić kamień

Uzdrowienie

Taniec wolności

Dziewczyna bez rąk

Jakimś cudem wody się rozstąpiły

Dzień wyzwolenia

Podziękowania

O autorce

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału THE CHOICE: EMBRACE THE POSSIBLE

Redakcja: Elżbieta Walter

Korekta: Ewa Jastrun, Agnieszka Al-Jawahiri, Agnieszka Zygmunt / Słowne Babki

Projekt okładki: Two Associates

Zdjęcie na okładce: Jordan Engle

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Opieka redakcyjna: Ewelina Kmieciak

Copyright © 2017 by Dr. Edith Eva Eger

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca 2018

Copyright © for the Polish translation by Barbara Szelewa-Kropiwnicka 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788380153035


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Pięciu pokoleniom mojej rodziny:

mojemu ojcu, Lajosowi, który nauczył mnie się śmiać;

mojej matce, Ilonie, która pomogła mi odnaleźć w moim wnętrzu to, czego potrzebowałam;

moim prześlicznym i nieziemskim siostrom, Magdzie i Klarze;

moim dzieciom: Marianne, Audrey i Johnowi;

i ich dzieciom: Lindsey, Jordanowi, Racheli, Davidowi i Ashley;

i dzieciom ich dzieci: Silasowi, Grahamowi i Hale

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Philip G. Zimbardo

Przedmowa

Philip G. Zimbardo, psycholog i emerytowany profesor Uniwersytetu Stanforda, jest twórcą słynnego stanfordzkiego eksperymentu więziennego (1971) i autorem wielu znakomitych publikacji, w tym bestsellera „New York Timesa” Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?1 (2007), pozycji uhonorowanej nagrodą literacką im. Williama Jamesa za najlepszą książkę z dziedziny psychologii. Jest też założycielem i prezesem Heroic Imagination Project.

Pewnej wiosny dr Edith Eva Eger na zaproszenie głównego psychiatry amerykańskich sił lądowych wsiadła na pokład pozbawionego okien odrzutowca bojowego, zmierzającego ku jednemu największych okrętów wojennych świata, lotniskowca USS Nimitz, stacjonującego w pewnej odległości od kalifornijskiego wybrzeża. Samolot zanurkował w kierunku krótkiego, zaledwie stupięćdziesięciometrowego pasa startowego i wylądował z trzaskiem, zahaczając ogranicznikiem na ogonie o kabel, który zapobiegł jego wpadnięciu do oceanu. Dr Eger, jedyną kobietę na pokładzie, zaprowadzono do kabiny kapitana lotniskowca. Jaka była jej misja? Miała nauczyć pięciuset młodych marynarzy, jak radzić sobie z przeciwnościami losu, traumą i chaosem wojny.

Dr Eger już niezliczoną ilość razy występowała w roli ekspertki klinicznej, która leczy żołnierzy, również tych z jednostek specjalnych, cierpiących na zespół stresu pourazowego i urazowe uszkodzenia mózgu. Jak to możliwe, że ta łagodna kobieta, która już się doczekała prawnuków, potrafi pomóc tak wielu żołnierzom wyleczyć się z tkwiącej w nich głęboko traumy spowodowanej brutalnością wojny?

Zanim poznałem dr Eger osobiście, zadzwoniłem do niej, by zaproponować jej wygłoszenie wykładu na moich zajęciach z psychologii kontroli umysłu na Uniwersytecie Stanforda. Jej wiek i akcent sprawiły, że wyobrażałem ją sobie jako staroświecką babunię z chustą zawiązaną pod brodą. Gdy zwracała się do moich studentów, zobaczyłem na własne oczy jej moc uzdrawiania. Bił od niej blask promiennego uśmiechu, błyszczących kolczyków i płomiennie złocistych włosów. Ubrana od stóp do głów, jak powiedziała mi później żona, w stroje Chanel, swoje przerażające i wstrząsające opowieści o przetrwaniu nazistowskiego obozu śmierci przetykała humorem, zachowując optymistyczną i zadziorną postawę, a jej obecność i ciepło mogę opisać tylko jako czystą światłość.

Życie dr Eger było pełne mroku. Gdy miała zaledwie kilkanaście lat, została więźniem w Auschwitz. Mimo tortur, głodu i ciągłego zagrożenia unicestwieniem, zachowała wolność umysłu i wolność ducha. Nie złamała jej potworność tego, czego doświadczyła. Dodało jej to raczej odwagi i ją wzmocniło. Tak naprawdę jej mądrość pochodzi z głębi najbardziej druzgocących momentów w jej życiu.

Dr Eger potrafi pomagać innym, bo sama przebyła drogę od traumy do zwycięstwa. Po tym, jak doznała ludzkiego okrucieństwa, odkryła, jak wykorzystać to swoje doświadczenie, by dodawać siły innym ludziom – od personelu wojskowego, jak w przypadku marynarzy na USS Nimitz, po pary zabiegające o rozpalenie na nowo intymności w ich związku; od ludzi zaniedbywanych lub wykorzystywanych po cierpiących z powodu uzależnienia lub choroby; od tych, którzy stracili ukochanych, po tych, którzy stracili nadzieję. A nas wszystkich, cierpiących z powodu rozczarowań i wyzwań stawianych przez życie, jej przesłanie inspiruje do tego, byśmy dokonywali własnych wyborów, aby uwolnić się od cierpienia – odnaleźć naszą własną wewnętrzną światłość.

 

Na zakończenie jej wykładu wszyscy obecni, trzystu moich studentów, poderwali się do spontanicznej owacji na stojąco. Następnie co najmniej setka młodych kobiet i mężczyzn otoczyła małe podium i wszyscy czekali na swoją kolej, by uściskać tę niezwykłą kobietę i jej podziękować. Przez całe dziesięciolecia mojej pracy akademickiej nie widziałem nigdy tak silnie zainspirowanej grupy studentów.

Podczas dwudziestu lat mojej współpracy i podróży z Edie nauczyłem się, że na całym świecie taka właśnie będzie reakcja każdej publiczności, do której się zwróci. Od Hero Round Table we Flint w stanie Michigan, gdzie mówiliśmy do grupy młodych ludzi w mieście zmagającym się z wysokim ubóstwem, pięćdziesięcioprocentowym bezrobociem i pogłębiającym się konfliktem rasowym, po Budapeszt, miasto, w którym zginęło wielu krewnych Edie, w którym mówiła do ludzi próbujących wydostać się z destrukcyjnej przeszłości – wszędzie tam raz po raz widziałem to samo: obecność Edie dokonywała w ludziach przemiany.

W tej książce dr Eger przeplata historię przemian swoich pacjentów z własną, niedającą się zapomnieć historią przetrwania Auschwitz. Choć ta ostatnia jest tak samo przejmująca i dramatyczna jak wszystkie inne, które dotąd opowiedziano, to jednak nie tylko ona sprawiła, że żarliwie chciałem podzielić się tą książką ze światem. Chodzi o to, że Edie wykorzystała swoje własne doświadczenia, żeby pomóc wielu ludziom odkryć prawdziwą wolność. Jej książka jest zatem czymś więcej niż tylko kolejnymi wspomnieniami o Shoah, nie kwestionując tego, jak ważne dla upamiętniania przeszłości są te opowieści. Jej celem jest bowiem nic innego, jak pomóc nam wydostać się z więzienia naszego własnego umysłu. Każdy z nas w pewien sposób jest swoim własnym więźniem, a misją Edie jest właśnie pomóc nam uświadomić sobie, że tak samo, jak możemy być dla siebie samych więziennymi strażnikami, tak samo możemy też być swoimi wyzwolicielami.

Podczas przedstawiania Edie młodej publiczności często nazywa się ją „Anną Frank, która nie umarła”, bo Edie i Anna odebrały podobne wychowanie i były w podobnym wieku, gdy wywieziono je do obozów. Pomimo okrucieństwa i prześladowań, których doznały, obie te młode kobiety uosabiają niewinność i współczucie, pozwalające wierzyć w elementarną dobroć ludzkich istot. Oczywiście, gdy Anna Frank pisała swój dziennik, dopiero miała doświadczyć okrucieństwa życia obozowego, co sprawia, że przemyślenia Edie jako tej, która przeżyła, i jako lekarza praktyka (i prababci!), są szczególnie poruszające i przekonujące.

Jak większość ważnych książek o Holokauście, książka dr Eger odkrywa zarówno najciemniejszą stronę zła, jak i niezłomną siłę ludzkiego ducha w obliczu zła. Ale czyni jeszcze coś innego. Można w niej zauważyć spore podobieństwo do innych wspomnień o Shoah, chociażby klasycznego już utworu Viktora Frankla pt. Człowiek w poszukiwaniu sensu2. Dr Eger dzieli z Franklem głębię i ogrom wiedzy o człowieczeństwie, ale dodaje do tego ciepło i intymność wieloletniej klinicystki. Viktor Frankl przedstawił psychologię więźniów, którzy byli z nim w Auschwitz. Dr Eger daje nam z kolei psychologię wolności.

W mojej własnej pracy przez długi czas badałem psychologiczne podstawy negatywnych form wpływu społecznego. Usiłowałem zrozumieć mechanizmy, na skutek których dopasowujemy się, jesteśmy posłuszni oraz pozostajemy w sytuacjach, w których pokój i sprawiedliwość można by osiągnąć tylko wtedy, jeśli wybralibyśmy inną drogę: działanie heroiczne. Edie pomogła mi odkryć, że heroizm nie jest wyłącznie domeną tych, którzy dokonują wyjątkowych czynów lub podejmują impulsywnie ryzyko, by ochronić siebie lub innych – choć dokonała też i tego. Heroizm to raczej nastawienie umysłu lub suma naszych osobistych i społecznych nawyków. To sposób bycia. I szczególny sposób widzenia samych siebie. Bycie bohaterem wymaga podejmowania skutecznego działania w kluczowych momentach naszego życia, aktywnych prób przeciwstawienia się niesprawiedliwości lub dokonania pozytywnej zmiany w świecie. Bycie bohaterem wymaga ogromnej moralnej odwagi. Każdy z nas ma w sobie wewnętrznego bohatera, który czeka, by znaleźć dla siebie sposób wyrazu. Wszyscy jesteśmy „trenującymi bohaterami”. Naszym treningiem bohaterstwa jest życie, codzienne okoliczności zapraszające nas do praktykowania nawyków bohaterstwa, takich jak: codzienne akty życzliwości; promieniowanie współczuciem, zaczynając od współczucia dla samego siebie; wydobywanie tego, co najlepsze z innych i nas samych; podtrzymywanie miłości nawet w najbardziej wymagających związkach; cieszenie się i używanie mocy naszej mentalnej wolności. Edie to bohaterka – i to podwójna, ponieważ uczy każdego z nas, jak mamy się rozwijać i tworzyć pełną sensu, i trwałą przemianę w nas samych, w naszych związkach i w naszym świecie.

Dwa lata temu poleciałem z Edie do Budapesztu, gdzie mieszkała jej siostra, gdy naziści rozpoczęli obławy na węgierskich Żydów. Odwiedziliśmy synagogę, której dziedziniec służy za upamiętnienie Holokaustu. Na jej ścianach wiszą fotografie sprzed wojny, z czasów wojennych i powojennych. Poszliśmy też zobaczyć pomnik Buty na brzegu Dunaju, oddający cześć ludziom – a byli wśród nich także członkowie rodziny Edie – którzy zostali zabici w czasie drugiej wojny światowej przez węgierskich faszystów strzałokrzyżowców. Bezbronnym ludziom kazano stanąć na brzegu rzeki i zdjąć buty, po czym ich zastrzelono, a ich spadające do wody ciała odpływały z prądem rzeki. Czułem wtedy przeszłość namacalnie.

Tego dnia Edie stawała się coraz bardziej milcząca. Zastanawiałem się, czy wieczorem po tej emocjonalnej podróży, która na pewno przywołała bolesne wspomnienia, nie będzie jej trudno mówić do publiczności złożonej z sześciuset osób. Ale gdy weszła na scenę, nie zaczęła od opowieści o strachu, traumie czy grozie, które wspomnienia tego dnia uczyniły aż zanadto rzeczywistymi. Zaczęła od opowieści o życzliwości, aktach codziennego heroizmu, które, jak nam przypomniała, przydarzają się nawet w piekle.

– Czy to nie zdumiewające? – zapytała. – Najgorsze wydobywa z nas to, co najlepsze.

Przy końcu jej wystąpienia, które zamknęła swoim znakiem firmowym, czyli wysokim wykopem w górę, jak w balecie, Edie zawołała:

– Dobrze, a teraz wszyscy zatańczą!

Publiczność zerwała się na nogi. Setki ludzi wbiegło na scenę. Nie grała muzyka. Ale tańczyliśmy. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy, śmialiśmy się i obejmowaliśmy w niedającej się z niczym porównać celebracji życia.

Dr Eger to jedna z malejącego grona ocalałych, którzy osobiście mogą dać świadectwo grozy obozów koncentracyjnych. Jej książka opowiada o piekle i traumie, którą przeżyli ona i inny ocalali, zarówno w czasie wojny, jak też po jej zakończeniu. Daje także uniwersalne przesłanie o nadziei i szansie dla wszystkich tych, którzy próbują uwolnić się od bólu i cierpienia. Czytelnicy, czy to uwięzieni w złych małżeństwach, destrukcyjnych rodzinach, w znienawidzonej pracy, czy też owinięci drutem kolczastym samoograniczających przekonań, będących pułapką dla ich własnych umysłów, dowiedzą się z tej książki, że tak naprawdę mogą wybrać radość i wolność bez względu na okoliczności.

Wybór to wyjątkowa kronika bohaterstwa i wracania do zdrowia, wytrzymałości i współczucia, przetrwania z godnością, mentalnej nieustępliwości i moralnej odwagi. Inspirujące przypadki, opisane przez dr Eger, i jej niezwykła osobista historia to lekcja dla nas wszystkich, jak uzdrowić własne życie.

San Francisco, Kalifornia

styczeń 2017

Część I

Więzienie

Wprowadzenie

Miałam swój sekret, a on miał mnie

Nie wiedziałam, że pod koszulą chowa naładowaną broń, a jednak gdy pewnego letniego dnia 1980 roku kapitan Jason Fuller wszedł do mojego gabinetu w El Paso, ścisnęło mnie w żołądku i poczułam ukłucie w karku. Wojna nauczyła mnie wyczuwać niebezpieczeństwo, zanim w ogóle zdołam zrozumieć, dlaczego się boję.

Jason był wysoki, miał szczupłą sylwetkę sportowca, ale ciało tak sztywne, że bardziej niż człowieka przypominał figurę z drewna. Jego niebieskie oczy patrzyły nieobecnym wzrokiem, miał nieruchome szczęki i nic nie mówił – być może nie był w stanie. Pokierowałam go na białą kozetkę. Usiadł sztywno, wciskając pięści w kolana. Widziałam go pierwszy raz w życiu i nie miałam pojęcia, co wywołało u niego stan katatoniczny. Siedział tuż obok, jego ból był niemal namacalny, a jednocześnie jakby on sam przebywał, zagubiony, gdzieś naprawdę daleko stąd. Wydawało się, że nie widzi nawet Tess, mojego srebrnego pudla, suczki, która stała na baczność obok mojego biurka, jakby była drugą żywą statuą w pokoju.

Wzięłam głęboki oddech i w myślach szukałam sposobu, jak rozpocząć. Czasem pierwszą sesję zaczynam od tego, że się przedstawiam, opowiadam trochę o sobie i podejściu, które stosuję. Czasem od razu przechodzę do identyfikacji i analizy emocji, które przywiodły pacjenta do mojego gabinetu. Czułam, że w przypadku Jasona najważniejsze było to, żeby nie przytłoczyć go zbyt dużą ilością informacji ani zbyt szybko nie poprosić o to, by się odsłonił. Był całkowicie zamknięty w sobie. Musiałam znaleźć sposób, by zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa, tak by był skłonny zaryzykować i ukazać mi to, czego tak pilnie strzegł w swoim wnętrzu.

Musiałam też kontrolować system ostrzegawczy mojego ciała, tak by poczucie zagrożenia nie przeważyło nad zdolnością niesienia pomocy.

– Jak mogę panu pomóc? – zapytałam.

Nie odpowiedział. Nie mrugnął nawet okiem. Przypominał bohatera z mitu albo ludowej baśni, którego ktoś zamienił w kamień. Jakież zaklęcie mogłoby go uwolnić?

– Dlaczego teraz? – kontynuowałam. To była moja tajna broń. Pytanie, które zawsze stawiam pacjentom podczas pierwszej wizyty. Muszę się dowiedzieć, co zmotywowało ich do zmiany. Dlaczego właśnie dzisiaj chcą zacząć ze mną pracować? Czym różni się ten dzień od wczorajszego albo od ubiegłego tygodnia lub ubiegłego roku? Czym różni się dziś od jutra? Czasem pcha nas ból, a czasem przyciąga nadzieja. „Dlaczego teraz?” nie jest zwykłym pytaniem – to pytanie o wszystko.

Jedno z jego oczu szybko się zamknęło. Ale nic nie odpowiedział.

– Proszę mi powiedzieć, dlaczego pan tu jest – zachęciłam go raz jeszcze.

Ale on dalej nic nie mówił.

Moje ciało spięło się pod falą niepewności i świadomości, w jak delikatnym i ważnym punkcie się znaleźliśmy – dwoje ludzi, twarzą w twarz, oboje wrażliwi, oboje podejmujący ryzyko wysiłku nazwania swojego bólu i znalezienia na niego remedium. Jason nie przyszedł z oficjalnym skierowaniem. Najwyraźniej wybrał się do mojego gabinetu sam, z własnego wyboru. Wiem jednak z doświadczenia – i klinicznego, i osobistego – że nawet jeśli ktoś postanowi się wyleczyć, mimo to może nadal przez lata pozostać skamieniały.

Wziąwszy pod uwagę powagę jego symptomów, gdyby nie udało mi się do niego dotrzeć, jedyną alternatywą byłoby polecenie go mojemu koledze po fachu, głównemu psychiatrze w William Beaumont Army Medical Center, gdzie robiłam doktorat. Dr Harold Kolmer zdiagnozowałby u niego katatonię, zamknął go w szpitalu i prawdopodobnie przepisał jakiś lek przeciwpsychotyczny, na przykład Haldol. Wyobraziłam sobie Jasona w szpitalnej koszuli nocnej, z tym jego przeszklonym wzrokiem, z ciałem już teraz tak spiętym, szarpanym spazmami mięśni, będących często skutkiem ubocznym leków na psychozę. Polegam bez zastrzeżeń na wiedzy moich kolegów psychiatrów i jestem wdzięczna za leki ratujące życie. Nie lubię jednak od razu przechodzić do hospitalizacji, jeśli istnieje najmniejsza szansa powodzenia terapii. Obawiałam się, że jeśli zarekomenduję hospitalizację, Jason zmieni jeden typ odrętwienia na inny, skamieniałe członki na bezwolne ruchy dyskinezy – nieskoordynowany taniec powtarzanych tików i ruchów, gdy układ nerwowy wysyła sygnał ruchu do ciała bez pozwolenia mózgu. Jego ból, niezależnie od przyczyny, może i dałby się uśmierzyć lekami, ale to nie załatwiłoby sprawy. Może poczułby się lepiej albo po prostu czuł mniej – ten stan często mylimy z poprawą samopoczucia – ale nie zostałby wyleczony.

„Co teraz?” – zastanawiałam się, gdy w ciężkiej ciszy ciągnęły się kolejne minuty, a Jason siedział nieruchomo na mojej kozetce. Z własnego wyboru, a jednak wciąż uwięziony. Miałam tylko godzinę. Jedną szansę. Czy uda mi się do niego dotrzeć? Czy potrafię zdusić w nim skłonność do użycia przemocy, którą wyczuwałam równie silnie jak podmuch klimatyzacji na skórze? Czy potrafię pomóc mu dostrzec, że niezależnie od jego problemów czy rodzaju bólu, już teraz trzyma w ręku klucz do własnej wolności? Nie mogłam wówczas wiedzieć, że gdyby nie udało mi się właśnie tego dnia nawiązać kontaktu z Jasonem, czekałby go los znacznie gorszy niż szpital, a mianowicie życie w prawdziwym więzieniu, prawdopodobnie z wyrokiem kary śmierci. Wtedy wiedziałam tylko, że muszę spróbować.

 

Obserwując Jasona, byłam przekonana, że nie dotrę do niego, posługując się językiem uczuć. Potrzebowałam języka, w którym wojskowy czuje się znacznie wygodniej, który jest mu o wiele lepiej znany. Będę wydawać rozkazy. Czułam, że jedyną nadzieją na odblokowanie tego mężczyzny jest pobudzenie obiegu krwi w jego ciele.

– Idziemy na spacer – powiedziałam. Nie poprosiłam. Rozkazałam. – Kapitanie, bierzemy Tess do parku – teraz.

Jason przez chwilę wyglądał na spanikowanego. Oto obcy człowiek, kobieta mówiąca z wyraźnym węgierskim akcentem, mówi mu, co ma robić. Widziałam, jak się rozgląda i zastanawia: „Jak można stąd uciec?”. Ale to był dobry żołnierz. Wstał.

– Tak jest, proszę pani – powiedział. – Tak, proszę pani.

Wkrótce udało mi się odkryć źródło traumy Jasona, a on zrozumiał, że, mimo oczywistych różnic między nami, mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. Oboje wiedzieliśmy, co to przemoc. I oboje wiedzieliśmy, jak to jest być skamieniałym. Ja również nosiłam w sobie ranę, żal tak głęboki, że przez wiele lat nie byłam w stanie o nim mówić, z nikim.

Moja przeszłość wciąż mnie prześladowała – niepokojące, przyprawiające o zawrót głowy uczucie za każdym razem, gdy słyszałam syreny, ciężkie kroki albo krzyczących mężczyzn. To właśnie, jak się dowiedziałam, jest trauma: niemal ciągłe wrażenie, że coś jest nie tak albo że stanie się coś strasznego, odruchowy strach w ciele, każący mi uciekać, szukać schronienia, schować się przed atakującym zewsząd niebezpieczeństwem. Moja trauma wciąż potrafi się obudzić pod wpływem nieistotnych bodźców. Nagły widok czegoś, jakiś szczególny zapach, potrafią zabrać mnie z powrotem do przeszłości. Kiedy poznałam kapitana Fullera, minęło ponad trzydzieści lat od chwili, gdy zostałam wyzwolona z obozu zagłady. Dziś od tamtych dni dzieli mnie ponad siedemdziesiąt lat. Nie da się zapomnieć ani zmienić tego, co się stało. Jednak z czasem zrozumiałam, że mogę wybrać, jak reagować na przeszłość. Mogę być załamana albo mogę mieć nadzieję – mogę być w depresji albo mogę być szczęśliwa. Zawsze mamy wybór, szansę przejęcia kontroli. „Jestem tutaj, to jest teraz” – nauczyłam się powtarzać sobie, dopóki uczucie paniki nie zaczynało ustępować.

Zdroworozsądkowa mądrość głosi, że jeśli coś cię męczy albo wywołuje lęk, po prostu powinieneś odwrócić głowę. Nie analizuj tego. Nie zapuszczaj się tam. Dlatego uciekamy od traum i nieszczęść z przeszłości albo od aktualnych niedogodności czy konfliktów. Przez dużą część dorosłego życia byłam przekonana, że warunkiem przetrwania w teraźniejszości jest trzymanie przeszłości na dystans, odcięcie się od niej. W pierwszych latach życia jako imigrantka w Baltimore, w latach 50. XX wieku, nie wiedziałam, jak wymawia się Auschwitz po angielsku. Nawet gdybym wiedziała, nie chciałabym nikomu mówić, że tam byłam. Nie chciałam litości. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział.

Chciałam po prostu być prawdziwą Amerykanką. Mówić po angielsku bez akcentu. Ukryć się przed przeszłością. Pragnąc zbudować poczucie przynależności, bojąc się, że przeszłość mnie pochłonie, wkładałam sporo wysiłku w ukrywanie bólu. Nie wiedziałam jeszcze, że moje milczenie i potrzeba akceptacji, zakorzenione w strachu, były sposobem ucieczki od siebie samej. Że decydując się na to, by przez dziesięciolecia po tym, jak skończyło się rzeczywiste więzienie, nie spojrzeć w twarz przeszłości i sobie samej, wciąż wybierałam zniewolenie. Miałam swój sekret, a on miał mnie.

Kapitan w stanie katatonii, siedzący bez ruchu na mojej kozetce, przypomniał mi to, co w końcu udało mi się odkryć: że gdy na siłę ukrywamy nasze prawdy i nasze opowieści, to te sekrety same w sobie mogą stać się traumami, naszym własnym więzieniem. Gdy odmawiamy sobie możliwości zaakceptowania źródeł bólu, nie uśmierzamy go. Jest nam tylko trudniej się od niego wyzwolić, jakby strzegły go ceglane mury i stalowe pręty. Jeśli nie pozwolimy sobie na opłakanie naszych strat, ran i rozczarowań, będziemy skazani na ciągłe ich przeżywanie.

Wolność to umiejętność zmierzenia się z tym, co się stało. Wolność oznacza, że zbieramy się na odwagę, by zburzyć więzienie, cegła po cegle.

Obawiam się, że złe rzeczy zdarzają się wszystkim. Tego nie zmienimy. Spójrzcie na swój akt urodzenia – czy jest tam napisane, że życie będzie proste? Nie jest. Tak wielu z nas pozostaje jednak w pułapce traumy czy smutku, nie potrafimy w pełni doświadczać życia. To możemy zmienić.

Niedawno, czekając na lot powrotny do domu do San Diego, siedziałam na lotnisku Kennedy’ego i przypatrywałam się twarzom przechodzących obok mnie nieznajomych. To, co ujrzałam, głęboko mnie poruszyło. Zobaczyłam nudę, gniew, napięcie, zmartwienie, zagubienie, zniechęcenie, rozczarowanie, smutek i, co najbardziej niepokojące, pustkę. Ogromnie zasmuciło mnie to, że widziałam tak niewiele radości i śmiechu. Nawet najnudniejsze chwile w życiu są szansą na doświadczenie nadziei, pogody ducha, szczęścia. Prozaiczne życie to przecież też życie. Tak samo jak życie bolesne i życie stresujące. Dlaczego tak często trudno nam czuć, że żyjemy, albo dlaczego sami dystansujemy się od życia pełnią życia? Dlaczego ożywienie życia jest dla nas tak dużym wyzwaniem?

Jeśli ktoś spyta mnie o najczęstszą diagnozę osób, które leczę, nie odpowiem, że to depresja czy stres pourazowy, choć dolegliwości te zdarzały się aż nazbyt często wśród tych, których znałam, kochałam i prowadziłam ku wolności. Odpowiem, że tym, co nam najczęściej doskwiera, jest głód. Jesteśmy głodni. Głodni akceptacji, uwagi, uczuć. Głodni wolności życia w pełni, głodni poznania siebie samych naprawdę i głodni tego, by być sobą.

Moje własne poszukiwania wolności i lata doświadczeń jako psycholożki klinicznej nauczyły mnie, że cierpienie jest zjawiskiem powszechnym. Ale bycie ofiarą to kwestia wyboru. Istnieje różnica między opresją a syndromem ofiary. W pewnym momencie życia niewątpliwie dotknie nas jakaś przypadłość, nieszczęście lub ktoś nas wykorzysta; będzie to spowodowane przez okoliczności, ludzi czy instytucje, nad którymi nie mamy żadnej kontroli lub mamy jej niewiele. Takie jest życie. Stajemy się ofiarą zjawisk i sytuacji, które pochodzą z zewnątrz. To może być prześladowca z podwórka, wściekający się szef, małżonek, który bije, niewierna kochanka, dyskryminujące przepisy i wypadek, na skutek którego wylądujemy w szpitalu.

W przeciwieństwie do tego syndrom ofiary ma źródła wewnątrz nas. Nikt inny nie zrobi z człowieka ofiary – tylko on sam. Stajemy się ofiarami nie dlatego, że coś nam się przydarza, ale dlatego, że chcemy nimi być. Rozwijamy w sobie mentalność ofiary – sposób myślenia, który jest sztywny, który szuka winnych, jest pesymistyczny, tkwi w przeszłości, który nie wybacza, jest odwetowy i nie ma zdrowych ograniczeń czy barier. Gdy decydujemy się na pozostanie w granicach umysłowości ofiary, stajemy się swoimi własnymi strażnikami więziennymi.

Chcę powiedzieć wyraźnie jedną rzecz. Mówiąc o ofiarach i ocalałych, nie winię ofiar, gdyż wiele spośród nich nie miało żadnych szans. Nigdy nie mogłabym obwiniać tych, których wysłano prosto do komór gazowych, albo tych, którzy umarli na swoich pryczach, a nawet tych, którzy rzucili się na ogrodzenia z drutu kolczastego pod napięciem. Opłakuję wszystkich ludzi skazanych na przemoc i wyniszczenie. Żyję po to, by w obliczu trudów życia pokierować pozostałych ku wzmocnieniu.

Chcę również powiedzieć, że nie istnieje hierarchia cierpienia. Nic nie uczyni mojego bólu gorszym czy lepszym od waszego, nie ma wykresu, na którym możemy zaznaczyć ważność jednego smutku względem innego. Ludzie mówią do mnie: „Jest mi obecnie dość ciężko w życiu, ale nie mam prawa się skarżyć – to przecież nie Auschwitz”.

Tego rodzaju porównania mogą sprawić, że będziemy pomniejszać własne cierpienie. Bycie ocalałym, „żyjącym w pełni”, wymaga całkowitej akceptacji tego, co było, i tego, co jest. Jeśli pomniejszamy nasz ból albo karzemy siebie za to, że czujemy się zagubieni, osamotnieni albo przestraszeni wyzwaniami życia, nawet jeśli komuś innemu mogą się one wydać całkowicie nieistotne, to wówczas dokonujemy wyboru, by pozostać ofiarą. Nie dostrzegamy własnych decyzji. Oceniamy siebie samych. Nie chcę, żebyście po wysłuchaniu mojej historii powiedzieli: „Moje cierpienie jest mniej istotne”.

Chcę, żebyście poznali moją historię i powiedzieli: „Jeśli ona dała radę, to ja też mogę!”.

Pewnego ranka przyjęłam dwie pacjentki, jedną po drugiej. Obie były matkami po czterdziestce. Córka pierwszej z nich umierała na hemofilię. Przez większą część wizyty kobieta płakała, pytając Boga, dlaczego zabiera jej dziecko. Było mi jej bardzo żal – poświęciła się całkowicie opiece nad córką i czuła się po prostu zdruzgotana nieuchronnie zbliżającą się stratą. Była wściekła, zrozpaczona i nie była wcale pewna, czy da radę przetrwać ten ból.

Kolejna pacjentka przyszła do mnie nie prosto ze szpitala, lecz z klubu golfowego. Była rozżalona, bo właśnie dostarczono jej nowego cadillaca, który był w nie takim, jak miał być, odcieniu żółci. Jej problem wydawał się na pozór błahy, zwłaszcza w porównaniu z cierpieniem mojej poprzedniej pacjentki, której dziecko umierało. Wiedziałam o niej jednak na tyle dużo, żeby zrozumieć, że łzy rozczarowania z powodu koloru samochodu były tak naprawdę łzami rozczarowania z powodu ważniejszych spraw w jej życiu, które nie poszły tak, jak chciała – małżeństwa, w którym była samotna; syna, którego wyrzucono z kolejnej szkoły; aspiracji do kariery, którą porzuciła, żeby być do dyspozycji męża i dziecka. Małe niepokoje w naszym życiu często odzwierciedlają większe straty. Na pozór nieznaczące zmartwienia są wyrazem głębszego bólu.

Tamtego dnia uzmysłowiłam sobie, jak wiele wspólnego mają te dwie pacjentki, które wydawały się tak od siebie różne – jak wiele wspólnego mają ze sobą i ze wszystkimi ludźmi. Obie reagowały na sytuację, nad którą nie miały kontroli, a która całkowicie rozminęła się z ich oczekiwaniami. Obie cierpiały, bo zdarzyło się nie to, czego pragnęły. Próbowały pogodzić to, co było, z tym, co powinno było być. Ból każdej z nich był prawdziwy. Każda z kobiet była w środku ludzkiego dramatu – wielu z nas znajduje się w sytuacjach, których się nie spodziewaliśmy, i nie czujemy się gotowi, by sobie z nimi poradzić. Obie zasługiwały na moje współczucie. Obie miały potencjał, by się wyleczyć. Obie kobiety, tak jak każdy z nas, miały wybór postawy i działania, które mogły zmienić je z ofiar w ocalałe, nawet jeśli okoliczności, z którymi się zmagały, nie ulegną zmianie. Ocalali nie mają czasu pytać: dlaczego ja? Dla ocalałych jedynym istotnym pytaniem jest: co teraz?