Długa noc w ParyżuTekst

Autor:Dov Alfon
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: A Long Night in Paris


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / ART.DESIGN

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Beata Wójcik, Alicja Laskowska

Redaktor prowadzący: Bartłomiej Nawrocki


Copyright © 2019 by Dov Alfon

Copyright © for the Polish translation by Aga Zano, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Wydanie I


ISBN 9788381431842



Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Adamowi Vitalowi, Yigalowi Palmorowi i wszystkim żołnierzom z oddziału apokalipsy w bazie Jarkon.



Długa noc w Paryżu wszystkim nam dobrze zrobi.

Napoleon Bonaparte po wycofaniu wojsk z Moskwy, zapytany przez oficera, jak armia podniesie się po stracie osiemnastu tysięcy żołnierzy.



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Dziewięć osób było świadkami porwania Yaniva Meidana z lotniska Charles’a de Gaulle’a, nie licząc setek tysięcy ludzi, którzy obejrzeli nagrania z monitoringu po tym, jak zostały one opublikowane w internecie.

We wstępnym raporcie francuskiej policji scharakteryzowano go krótko: „około dwudziestoletni pasażer z Izraela”, choć tydzień wcześniej obchodził dwudzieste piąte urodziny. Koledzy mówili o nim „żartowniś”, a niektórzy twierdzili, że był „dziecinny”. Wszyscy zgadzali się jednak co do tego, że „lubił się zabawić”.

Zauważalnie wesoły podróżny przybył lotem numer 319 linii El Al. Podczas wysiadania znów spróbował poflirtować ze stewardesami, a przy kontroli paszportowej wygłupiał się w rozmowie z francuskimi funkcjonariuszami, którzy przyglądali mu się z otwartą niechęcią, po czym podbili mu paszport i pogonili dalej.

Zawsze tak było. Od czasów przedszkolnych najróżniejsze wykroczenia uchodziły mu płazem. Meidan miał w sobie spontaniczną młodzieńczą energię. Dzięki niej umiał oczarować każdego pracodawcę i niejedną kobietę, przynajmniej na chwilę.

– Yanivowi łatwo wybaczyć różne wybryki – powiedziała kiedyś jego matce nauczycielka.

Niczym więcej nie różnił się od pozostałych dwustu Izraelczyków, którzy przyjechali do Paryża na targi teleinformatyczne CeBit. Z fryzurą na jeża, kilkudniowym zarostem, w dżinsach i koszulce z logo zeszłorocznych targów wyglądał dokładnie tak samo jak wszyscy młodzi mężczyźni z kraju, który sam siebie nazywał „stolicą start-upów”. Na nagraniu widać, jak bez przerwy bawi się telefonem.

Już drugi rok był menedżerem marketingu w firmie software’owej B.O.R., co czyniło go najstarszym stażem pracownikiem wysłanym na targi. W sumie pojechało ich sześciu – niewielki zespół w porównaniu z innymi, większymi organizacjami.

– Może nie mamy tyle hajsu, ale nadrabiamy zdolnościami – powiedział kolegom. Zawsze traktowali go z życzliwym rozbawieniem.

Strefa odbioru bagażu okazała się kiepsko oświetlona i ciasna. Meidan podkręcił tempo żartów. Im dłużej musieli czekać, tym bardziej się nudził. Kręcił się tam i z powrotem, zagadywał kolegów, postukiwał w nieruchomą taśmę. Nie znosił czekać. Nie cierpiał nudy. Jego zawodowy sukces brał się bezpośrednio z tej cechy, z potrzeby wypełnienia każdej chwili czymś interesującym.

Ani śladu walizek. W którymś momencie zaczął robić sobie selfie w różnych pozach i wrzucił do internetu zdjęcie na tle billboardu galerii handlowej Lafayette, jak pokazuje język nagiej modelce. Nie miał pojęcia, że następnego dnia rano ta fotografia pojawi się na pierwszej stronie najpopularniejszej izraelskiej gazety „Jedijot Ahronot”.

Menedżerowie konkurencyjnych firm rozsiedli się z laptopami i zajęli pracą, wykorzystując chwilę przestoju na powtórzenie swoich prezentacji, przygotowanych na wystąpienia targowe.

– Najważniejsze to umieć łączyć jedno z drugim – oznajmił Meidan swojemu zespołowi i wyciągnął visę, by zrobić głupią minę na tle reklamy American Express.

Nagle walizki zaczęły sunąć po pasie. Ich bagaże pojawiły się niemal od razu.

– Nie martwcie się, chłopaki, zdążycie. Targi trwają kilka dni! – rzucił Meidan do wciąż czekających współpasażerów i triumfalnie poprowadził swój zespół do wyjścia.

Minęli zieloną linię kontroli celnej, on pierwszy, za nim piątka kolegów. Automatyczne bramki się otworzyły i jego oczom ukazał się rząd kilkunastu kierowców z tabliczkami, czekających na pasażerów. Połowa wyglądała jak gangsterzy, ale wśród nich Meidan dostrzegł oszałamiającą blondynkę w czerwonym hotelowym uniformie, trzymającą kartkę z nazwiskiem. Natychmiast ruszył w jej stronę, pewien, że ma czas na jeszcze chwilę wygłupów przed chłopakami. Trochę ją pobajeruje i tyle.

Była dziesiąta czterdzieści rano, poniedziałek szesnastego kwietnia.

Rozdział 2

W tym samym czasie porucznik Oriana Talmor była prowadzona w pośpiechu na nadzwyczajne zebranie.

Pierwszy raz poproszono ją o reprezentowanie swojej jednostki w obozie Rabin, bazie Cahalu1 na osiedlu rządowym Ha-Kirja. Rozglądała się z podziwem po ogromnym kompleksie Sił Obronnych Izraela, a eskortujący ją umięśniony żandarm szedł żwawo przodem. Talmor podążała za nim przez labirynt brutalistycznych baraków z szarego betonu i futurystycznych szklanych wież, po ulicach o niedorzecznych nazwach, takich jak Irysowy Zaułek czy Zielone Pole.

Po dwudziestu minutach i kilku kontrolach bezpieczeństwa dotarli na piętro, w którym znajdowało się biuro wykonawcze szefa wywiadu sił zbrojnych. W holu było już gęsto od ludzi. Tłum wylewał się na korytarz. Krępy major z naręczem teczek i dokumentów usiadł przy biurku recepcjonistki, ignorując jej niechętne spojrzenie.

Oriana znalazła sobie miejsce przy oknie z widokiem na Tel Awiw. Za szybą aż po blade wybrzeże Morza Śródziemnego ciągnęły się niskie budynki, tu i ówdzie poprzetykane zielenią. Wody nie było widać – wybieliło ją słońce i przysłaniały cienie bloków mieszkalnych oraz hoteli.

Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko terenu wojskowego, ludzie ustawiali się w kolejkach do eleganckich restauracji, jeździli na stylowych elektrycznych rowerach i wymieniali pozdrowienia, poufne adresy, wieści o członkach rodziny, wegańskie przepisy. Przy bramie kilka kobiet w czerni nawoływało do zakończenia okupacji wojskowej na terenie Palestyny. Amerykańscy turyści i izraelscy generałowie uprzejmie je ignorowali w drodze do pobliskiej galerii handlowej. Przy parkingu dziesiątki bezdomnych kotów włóczyły się przy śmietnikach i czekały, aż żołnierz na służbie wyrzuci resztki wojskowego jedzenia.

Oriana czuła intensywność tego wszystkiego, choć znajdowała się bardzo wysoko. Tel Awiw był uznawany za najmodniejsze miasto na ziemi. Stanowił przy tym jedyne miejsce w Izraelu, za którym nigdy nie przepadała.

Odsunęła się od okna i przystanęła przed galerią dziwnych przedmiotów, porozwieszanych na ścianie. Kowbojski kapelusz, prezent od ówczesnego szefa CIA; miecz z czystego srebra od szefa służb bezpieczeństwa Zimbabwe; plakat z retro reklamą Toblerone od szefa szwajcarskiego kontrwywiadu. Zastanawiała się, co reprezentant sił Izraela dał im w zamian.

Równo o dwunastej ciężkie drewniane drzwi się otworzyły i zebrani ruszyli do sali konferencyjnej, w której klimatyzacja działała na pełnych obrotach. Oriana usiadła na rogu stołu, niedaleko wyjścia.

Przez chwilę panował zamęt. Przedstawiciele różnych jednostek wywiadowczych przeciskali się do przodu, a pracownik działu badań wołał, że miejsca są przydzielone odgórnie. Dwudziestokilkuletni Oren był ambitnym adiutantem szefa wywiadu. Musiał być pod niezłą presją, bo ganił wszystkich po równo. Przedstawicielka sił wywiadu marynarki wojennej, jedyna poza Orianą kobieta w pomieszczeniu, ze swobodą usiadła obok miejsca zarezerwowanego dla przewodniczącego zebrania. W białym mundurze przypominała pannę młodą. Po chwili do sali wszedł kierownik działu badań i bez ogródek zażądał, by się przesunęła. Dawni szefowie wywiadu spoglądali na zamieszanie z rzędów portretów na ścianie, bezpieczni w swojej czarno-białej powadze.

Kiedy uczestnicy spotkania wreszcie usiedli, adiutant zaczął od sprawdzenia listy obecności. Ten szkolny rytuał tylko pogłębił infantylną atmosferę.

– Dział bezpieczeństwa informacji?

– Jest.

– Wywiad powietrzny?

– Jest.

– Oddział wywiadowczy marynarki wojennej?

– Jest.

Jednostki z działu badań wywołał po numerach, a następnie przeszedł do jednostek gromadzących dane wywiadowcze – o dwóch z nich Oriana nigdy wcześniej nawet nie słyszała. Wśród zebranych znalazło się co najmniej trzech pracowników Mosadu.

– Pięćset cztery?

– Jest.

– Osiem tysięcy dwieście?

Tylko żółtodzioby tak to czytają. Ktoś bardziej otrzaskany powiedziałby „osiem dwieście”.

 

– Jest.

Wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę. Oriana miała wrażenie, że posyłane jej spojrzenia są nieco zbyt natarczywe. Niektórzy gapili się całkiem bez ogródek. Oren miał jednak inny problem.

– To zebranie zwołane przez generała Rotelmanna. Wyraźnie poprosił o obecność szefa sekcji specjalnej osiem tysięcy dwieście.

– W tej chwili szefa nie ma, kapitanie. Jestem jego zastępczynią i pełnomocniczką – odparła Oriana.

Adiutant miał stopień kapitana – był zatem zaledwie o szczebel wyżej od niej – lecz ta pozycja dawała mu o wiele większą władzę. Oriana w kółko powtarzała w myślach sprawdzone rady. „Nie uśmiechaj się przepraszająco. Nie powtarzaj tego, co już raz powiedziałaś. Jeśli czekają na więcej informacji, to niech sobie czekają”.

Adiutant pękł pierwszy.

– Szefem sekcji specjalnej jednostki osiem tysięcy dwieście jest podpułkownik Szlomo Tiriani – oznajmił, rozglądając się za jej przełożonym. – Jest na urlopie?

– Wczoraj został zwolniony ze służby – wyjaśniła Oriana. – Jego następca przechodzi właśnie szkolenie za granicą. Ma przejąć obwiązki po powrocie.

– Sądziliśmy, że Tiriani się dziś pojawi – mruknął młody człowiek. Miał duże oczy i wargi układające się w kształt litery „o”, nawet kiedy się nie poruszały, jakby wciąż szukały piersi matki. Skrzydełka spadochroniarza na piersi dopełniały obrazu dziecka w przebraniu na bal purimowy.

– Przykro mi, że moja obecność sprawiła panu taki zawód.

Na sali rozległy się śmiechy, ale Oren szybko je uciszył. Dokończył sprawdzanie listy obecności, wstał, otworzył drzwi łączące salę z sąsiednim pomieszczeniem.

– Wszystko gotowe! – zawołał.

Rozdział 3

Scena na Terminalu 2 lotniska Charles’a de Gaulle’a wymykała się spod kontroli. Komisarz Jules Léger z paryskiej policji kryminalnej chciał tylko, żeby ten dzień już się skończył.

Głowa mu pękała. I to nie był taki stłumiony ból, który uprzejmie pozostaje z tyłu głowy, ani kacowy łomot, osładzany wspomnieniami zeszłej nocy. Nie głodowe łupanie, łagodzone nadzieją na porządny, sycący posiłek. A już na pewno nie był to ból mijający po niedługim czasie sam z siebie, jak po wypiciu granity w letnie popołudnie. O nie, ten okazał się bardzo konkretny, na skraju migreny. Miał wiele przyczyn, które komisarz Léger próbował teraz wyliczyć.

Po pierwsze, niepodważalny i prosty fakt, że w jednym z najbezpieczniejszych miejsc w całej Francji, niecałe pół godziny po lądowaniu, zniknął pasażer.

Po drugie, i to już czysta niesprawiedliwość, ta robota przypadła mu w udziale zupełnie przypadkowo. Dowódca policji lotniskowej wybrał się akurat na tygodniowy urlop, więc Léger dostał rozkaz przejęcia nadzoru nad działaniami pod jego nieobecność. Nie znał śledczych ani otoczenia. Próby zorganizowania czegoś przypominającego działania oddziału policji tylko pogarszały samopoczucie komisarza: jazgot syren kolidował z trzaskami odbiorników radiowych, bezlitośnie waląc Légera po skroniach.

Po trzecie, wysoko na liście czynników wywołujących jego ból głowy znalazło się dwóch izraelskich funkcjonariuszy, którzy bez ostrzeżenia pojawili się na miejscu i zażądali uczestnictwa w przesłuchiwaniu świadków.

Léger mgliście kojarzył tego o imieniu Chico, starszego faceta z rudą czupryną, niekoniecznie naturalną – przedstawiciela izraelskiej policji w Europie. Léger poznał go na zebraniach, gdy omawiano bezpieczeństwo instytucji izraelskich w Europie, ale z tego, co pamiętał, funkcjonariusz nigdy nie domagał się uczestnictwa w śledztwie.

Drugi Izraelczyk w ogóle nie wyglądał jak policjant. Wysoki, w obcisłych czarnych dżinsach i białej koszuli, której cena zapewne przewyższała miesięczną wypłatę komisarza, z burzą czarnych, przetykanych srebrem włosów i niebieskimi oczami. Jego twarz wydawałaby się zbyt delikatna jak na mężczyznę, gdyby nie poprzeczna blizna na podbródku. Mężczyzna patrzył na Légera tak, jakby był przezroczysty. Komisarz w trakcie swojej kariery miał okazję trafić na kilku takich jak on, zwykle podczas spraw o oszustwa. Rozpoznał niewyraźny identyfikator Izraelczyka. Każdy tam taki miał: zalaminowana karta ze zdjęciem, które wyglądało na nieco zbyt świeże, a obok nazwisko i stopień wojskowy. Jeśli wierzyć dokumentowi, Léger miał do czynienia z pułkownikiem Zeevem Abadim. Urolog Légera też nazywał się Abadi, nie żeby ten fakt jakoś rozwiał jego podejrzenia. Na odwrocie karty widniał dumnie wyeksponowany symbol Państwa Izrael oraz prośba – po angielsku i francusku – do wszystkich funkcjonariuszy służb na całym świecie, by „służyli pomocą posiadaczowi niniejszej legitymacji”, definiowanemu po prostu jako „śledczy”.

– Każdy mógłby sobie wydrukować coś takiego w domu – ocenił Léger, spoglądając Abadiemu w oczy. Wojskowy, pomyślał. Czyżby z wywiadu?

– Znalazłem się w Paryżu częściowo przez przypadek – odparł tajemniczy Izraelczyk i włożył identyfikator z powrotem do portfela, jakby to stanowiło dostateczne wyjaśnienie.

Jego francuszczyzna była powolna, lecz precyzyjna, niemal liryczna. Un peu par hasard, pomyślał komisarz, i tylko ból głowy przeszkodził mu w przypomnieniu sobie, czy to nie był czasem cytat z wiersza. Chciał zapytać pułkownika Abadiego – o ile facet rzeczywiście się tak nazywał – jakim cudem śledczy „częściowo przez przypadek” trafia na miejsce zbrodni tysiące kilometrów od swojego biura, ale zamiast tego odwrócił się w stronę inspektora lotniska.

– Zabieramy ich do świadków.

Rozdział 4

W Tel Awiwie właśnie minęło południe, ale nikt w budynku by się tego nie domyślił. W ogromnej hali nie było okien – cały dzień i noc oświetlały ją tylko białe jarzeniówki. Na głównej ścianie tłoczyło się kilkanaście zegarów, każdy o wskazówkach ogłaszających godzinę w jakimś odległym mieście. Panował tu straszliwy ziąb. Nawet u szczytu lata żołnierze kulili się w płaszczach i przez całe zmiany rozcierali sobie nawzajem ramiona. Przez lata wysyłano skargi do rzecznika praw obywatelskich, ale klimatyzacja dalej pracowała na całego: w centralnym układzie nerwowym izraelskiego wywiadu wojskowego dobro komputerów znaczyło więcej niż samopoczucie ludzi.

Raporty spływały w oszałamiającym tempie, dziesiątki na minutę, z każdej jednostki wywiadowczej. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków algorytmy rozsyłały dokumenty do odpowiednich jednostek bez potrzeby interwencji pracowników. Pozostałe raporty pojawiały się na jednym z ekranów, by następnie żołnierz na służbie ocenił, czy sprawa wymaga przekazania przełożonemu zarządzającemu zmianą.

Codziennie przetwarzano tu potężne ilości danych. Komputery były w stanie nie tylko monitorować informacje, ale także oceniać ich poziom ważności według słów kluczowych i wiarygodności źródła. Potrafiły też rozpoznawać podobne raporty i łączyć je ze sobą, więc o dwunastej czternaście przed żołnierzem na stacji numer dwadzieścia trzy ekrany rozbłysły przy akompaniamencie symfonii powiadomień.

Do: CENTRALA

Od: CHACAW OSINT2 Europe

Priorytet: Bardzo ważne/Nietajne

Pasażerowie na lotnisku Charles’a de Gaulle’a informują w mediach społecznościowych, że policja przeczesuje Terminal 2A (Terminal El Al – uwaga funkcjonariusza na służbie).


Do: CENTRALA

Od: El Al/Ochrona/Szef ochrony

Priorytet: Najwyższy/Zastrzeżone

Szef ochrony El Al w Paryżu informuje o możliwym porwaniu izraelskiego obywatela z lotniska Charles’a de Gaulle’a. Więcej szczegółów wkrótce.


Do: CENTRALA

Od: Krajowa Komenda Główna Policji/Wywiad zagraniczny

Priorytet: Najwyższy/Tajne

Przedstawiciel policji izraelskiej w Europie informuje, że obywatel Izraela został przez paryską policję uznany za zaginionego. Okoliczności niejasne. Przedstawiciel znajduje się na miejscu zdarzenia z attaché wojskowym. Więcej informacji w miarę dostępności.


Do: CENTRALA

Od: Aman/Centralny Oddział Pozyskiwania Informacji/Jednostka łącznikowa wywiadu USA

Priorytet: Najwyższy/Ściśle tajne

Kod: Czarny

Oddziały francuskiej policji przeczesują Terminal 2A na lotnisku Charles’a de Gaulle’a w poszukiwaniu izraelskiego pasażera Yaniva Meidana, wiek ok. 20 l., przyjechał do Paryża na targi CeBit Expo. Zniknął po zejściu z lotu El Al 319. (Wstępnie podejrzewane działanie o char. kryminalnym – uwaga funkcjonariusza na służbie).

Żołnierz przed ekranem nie zamierzał niepotrzebnie ryzykować i przekazał wiadomości dalej. Trzy metry za nim, na wzniesionej platformie przed ogromnym ekranem zajmującym całą ścianę, siedziała kierowniczka zmiany. Tak się złożyło, że akurat tego dnia była to sierżant, którą od odejścia ze służby dzieliło zaledwie kilka dni. Myślami spacerowała już po plażach Sri Lanki.

– Jak dla mnie to wygląda na aktywność kryminalną – oceniła.

– A po co informatyk miałby się angażować w coś takiego? – zaprotestował żołnierz. – Ci z łącznika z automatu przyklejają kryminalną etykietę wszystkim zdarzeniom, które nie dotyczą Palestyny. Czy to ich źródło w ogóle istnieje, i to na takim poziomie dostępu?

Większość raportów z jednostki łącznikowej wywiadu Stanów Zjednoczonych docierała z amerykańskich stanowisk nasłuchowych, zazwyczaj zarządzanych przez NSA. Skąd ich oficer na służbie mógł wiedzieć, czy to zdarzenie ma charakter kryminalny albo zagrażający bezpieczeństwu? Żołnierz okazał się bardzo czujny, choć sierżant w tej chwili chętnie ograniczyłaby ilość jego uwag do minimum. Marzyła, by udzielać odpowiedzi jedynie na takie pytania jak „Czy chciałaby pani zamówić posiłek specjalny na ten lot?” albo „Może interesują panią jakieś produkty z naszej oferty bezcłowej?”.

– Na cholerę mam się z tym użerać czterdzieści osiem godzin przed odejściem ze służby? – zwróciła się do żołnierza, który okazał się bardzo miły i wyrozumiały. Uśmiechnęła się do niego i wcisnęła odpowiedni guzik.

– Biuro wykonawcze, tu centrala – powiedziała do mikrofonu. – Mamy tu raport z czarnym kodem dla szefa, priorytet natychmiastowy.

Na najwyższym piętrze sąsiadującego budynku kwatery głównej dwóch żołnierzy zerwało się z ławki i pognało schodami w dół.

Rozdział 5

– Zauważył go pan na locie? – zwrócił się Chico do Abadiego. – Jest pan tutaj przez tego Meidana?

Mężczyźni odłączyli się od zespołu śledczych na lotnisku i szli przez halę przylotów na Terminalu 2.

– Mnie tu nie ma – odparł Abadi, spoglądając funkcjonariuszowi izraelskiej policji prosto w oczy. Mężczyzna stanął w miejscu.

Chico nie wiedział, jak powinien zareagować. Przeczesał rude włosy palcami.

– Oczywiście, oczywiście – zapewnił przepraszającym tonem. – Jak najbardziej zrozumiem, jeśli nie chce pan mówić o misji. Nawet wolałbym, żeby tak zostało.

– Nie mówię.

– To porwanie bardzo dziwnie wygląda – dodał Chico, zniżając głos do szeptu. – Francja ma najwyższy odsetek nierozwiązanych przestępstw na całym Zachodzie. To śledztwo nie wygląda dobrze. Niewykluczone, że będziemy musieli interweniować.

Abadi nie zawracał sobie głowy odpowiedzią, tylko odwrócił się i ruszył z powrotem w stronę funkcjonariuszy. Niby jakie poszukiwanie zaginionego wyglądałoby lepiej w pierwszych godzinach po zniknięciu? Fakty są niejasne, nie ma oczywistego motywu, świadkowie przeczą sobie nawzajem, a dowody przepadły. Izraelska policja nie poradziłaby sobie lepiej.

Dlatego też nie zaskoczyły go rezultaty, przedstawione mu chwilę później przez inspektora policji. Wnioski były jednoznaczne – i trudne do uwierzenia.

– Mamy zaginionego pasażera z Izraela, Yaniva Meidana. Dwadzieścia pięć lat, kierownik działu marketingu, zniknął z terminala, jakby rozpłynął się w powietrzu. Świadkowie twierdzą, że został porwany z hali przylotów przez kobietę, której nie mógł znać. Wysoką blondynkę w czerwonym hotelowym uniformie.

– Co ma pan na myśli, mówiąc, że go porwała? Użyła siły? – chciał wiedzieć Chico.

Léger wskazał na inspektora lotniska szerokim okrężnym gestem, prawdopodobnie mającym oznaczać: „Wytłumacz im to jeszcze raz, tylko wolniej”. Abadi jeszcze nie stwierdził, czy inspektor jest chory, czy może po prostu ponurym milczeniem wyraża niezadowolenie.

 

– Na tym etapie mamy do czynienia z zaginięciem – oznajmił inspektor policji. – Kamery monitoringu zarejestrowały, jak kobieta w hotelowym uniformie wchodzi na teren lotniska i ustawia się w strefie odbioru pasażerów obok kierowców i opiekunów. Wszyscy trzymali tabliczki z nazwiskami, ona też. Czekała około pół godziny. Nie udało nam się odczytać treści jej kartki, ale kiedy drzwi się otworzyły, a pasażerowie zaczęli wychodzić, zaginiony podszedł do niej. To wiemy na pewno. Mamy nagranie z monitoringu, na którym z własnej woli idzie z nią w stronę wind prowadzących na parking podziemny.

– Więc dlaczego przeszukujecie terminal? – chciał wiedzieć Abadi. – Skąd przekonanie, że gość został porwany?

– Po pierwsze, zostaliśmy postawieni w stan gotowości, bo raporty wywiadu informują o możliwym porwaniu izraelskiego obywatela we Francji. No i przecież są panowie tutaj, prawda? – dodał, spoglądając na Chica, jakby szukał u niego potwierdzenia swych słów. – A po drugie…

– Po drugie? – podsunął Abadi, bo inspektor zamilkł, jakby nie mógł znaleźć właściwych słów.

– Po drugie, szukamy go dlatego, że oboje zniknęli – powiedział w końcu inspektor. – Zniknęli. Chciałem sprawdzić, czy facet poszedł z blondynką z własnej woli, więc poprosiłem o zapis z monitoringu. Widać, jak wsiadają razem do windy, ale żadne z niej nie wychodzi. Dlatego powiedziałem, że to wygląda, jakby rozpłynęli się w powietrzu. Oceniłem sytuację, poinformowałem o wszystkim komisarza Légera i postanowiliśmy otworzyć śledztwo.

Chico odkaszlnął dramatycznie.

– Komisarzu Léger, czy mógłby pan przybliżyć sprawę pułkownikowi Abadiemu, który jest wojskowym, a nie śledczym, więc może trudno mu nadążyć za szczegółami.

Abadi nie miał czasu zareagować, bo Léger natychmiast się odezwał:

– Nie wiem, w jakiej roli jest tu pułkownik Abadi. Zakładam, że świadkowie skontaktowali się z ambasadą Izraela, mieli do tego prawo. Współpracuję z panami z grzeczności. Jeśli nie podoba się panom to, co odkryliśmy, mogą panowie wrócić do ambasady i poczekać, aż prześlemy pełny raport oficjalnymi kanałami.

– Nie chciałem pana urazić – zapewnił Abadi. – Zależy nam po prostu na zrozumieniu, jakie dowody sugerują, że zaginiony nie opuścił lotniska z własnej woli.

Léger znów dał znak podwładnemu, który przeszedł do dalszych wyjaśnień.

– Na parking podziemny prowadzą trzy windy. Nie mają monitoringu wewnątrz, ale kamery są zainstalowane na każdym piętrze, na parterze i na parkingu. Mężczyzna i kobieta weszli razem do windy na parterze, ale nie wysiedli na parkingu. Zarówno Yaniv Meidan, jak i pracownica hotelu zniknęli, jakby winda ich połknęła.

Komisarz Léger posłał Abadiemu pytające, niemal zaczepne spojrzenie.

– Rozumiem, że przyjechali panowie tutaj, aby przesłuchać świadków. Jestem skłonny na to pozwolić. Być może zdołają panowie uzyskać informacje przeczące nagraniom z monitoringu. – Wspaniałomyślnym gestem wskazał na drzwi, zza których dobiegały rozzłoszczone krzyki po hebrajsku.

Była jedenasta trzydzieści rano w poniedziałek szesnastego kwietnia.

1Cahal – hebrajski skrót oznaczający Siły Obronne Izraela [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
2OSINT (ang. open-source intelligence), zwany również „białym wywiadem”, jest formą działalności wywiadowczej opartej na wykorzystaniu ogólnodostępnych źródeł informacji.