Wojenna miłośćTekst

Autor:Doug Gold
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojenna miłość
Wojenna miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Wojenna miłość
Wojenna miłość
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ SZÓSTY

JOSEFINE, MARIBOR,

KWIECIEŃ 1941 – STYCZEŃ 1942

Wermacht wkroczył do Mariboru nocą 8 kwietnia 1941 roku. Prawie trzy tygodnie później, 26 kwietnia, Polde, Josefine, Jelka i kilkoro innych poszło wysłuchać przemowy samego Adolfa Hitlera. Padał deszcz, ale to nie powstrzymało tłumów. Plac miejski był wypchany do granic możliwości, dumni rodzice trzymali na ramionach dzieci, żeby lepiej widziały, a horda pochlebców ekstatycznie machała i krzyczała zachęcająco do swoich niemieckich bohaterów. Słuchali Hitlera, który z balkonu ratusza ryczał, że ich ziemia „znowu stanie się niemiecka”.

– Ten człowiek nie jest wyższy od nas – krzyknęła Josefine do Jelki ponad pomrukiem tłumu. – Jak taki konus może mieć taką władzę?

Odwrócił się do niej mężczyzna z dzieckiem na ramionach i opaską ze swastyką na rękawie.

– Zamknij się, szmato! – warknął do niej po niemiecku. – Okaż odrobinę szacunku!

Aż się cofnęła na widok wściekłości, która wykrzywiała mu twarz. Rozpoznała go. Był piekarzem, od czasu do czasu bywała w jego sklepie, i był volksdeutschem – należał do sporej reprezentacji mniejszości niemieckiej. Maribor, część słoweńskiej Dolnej Styrii, jeszcze w 1919 roku był terytorium niemieckojęzycznym. Napięcie między volksdeutschami i miejscowymi Słoweńcami było coraz większe.

Mogła zrozumieć poparcie volksdeutschów dla niemieckiej inwazji i prawie je wybaczyć. Ale wielu ludzi, którzy się tego dnia cieszyli, było Słoweńcami. To napełniło ją obrzydzeniem. Polde zachęcił ich małą paczkę do skandowania „Słowenia dla Słoweńców”, ale tłum ich zignorował, skupiając się na oklaskiwaniu Hitlera i wymachiwaniu małymi flagami ze swastyką, które wyglądały jak rój czerwono-czarnych motyli.

Wraz z kolejnymi dniami obecność nazistów stała się wyraźniejsza i bardziej opresyjna. Kommandantur, coś w rodzaju biura administracji, powołano w Mariborze jeszcze przed wizytą Hitlera, a wspierało je 2500 Sturmabteilung – budzących lęk nazistowskich szturmowców, znanych jako brunatne koszule, od mundurów, które nosili. Gauleiter Uiberreither, nazistowski administrator, miał rozkaz wdrożyć politykę „regermanizacji”. Słoweńskie nazwy ulic zostały zastąpione niemieckimi. Plac miejski, Glavni Trg, dostał nazwę Adolf-Hitler-Platz, a słoweńskie szyldy nad sklepami – nawet tymi, których właścicielami byli Słoweńcy – zamieniono na ich niemieckie odpowiedniki. Maribor został przemianowany na Marburg an der Drau. Limbuš stał się Lembach bei Marburg. Nauczyciele zostali deportowani, a zastąpili ich naziści z Austrii, którzy uczyli wyłącznie w języku niemieckim. Wszystko, co odzwierciedlało słoweńską kulturę czy charakter, zostało zniszczone. Zabronione było nawet publiczne używanie języka słoweńskiego.

Josefine było dosyć powszechnym imieniem tak w Słowenii, jak w Niemczech, zatem oszczędzono jej upokarzającej zmiany imienia na wskazane przez nazistów, a to, że Lobnik nie miało niemieckiego odpowiednika, pozwoliło jej rodzinie zachować choć odrobinę godności.

Josefine, odkąd pamiętała, co niedzielę dzwoniła na mszę w kościele katolickim w Limbuš, wzywając wiernych na nabożeństwo. Teraz starała się zachować neutralny wyraz twarzy na widok mężczyzn w znienawidzonych, szarych mundurach okupantów, którzy o boku swoich rodaków pobożnie czynili znak krzyża. Pomodliła się o bezpieczeństwo swojej rodziny i spytała Boga, czy przepędzi nazistów i odda Słowenię Słoweńcom.


W pewne letnie popołudnie Josefine poszła spotkać się z Jelką, jak to często robiła, na kawę i pogawędkę, ale Jelka była zaaferowana. Gdy upewniła się, że w wąskiej uliczce są same, zatrzymała Josefine, chwytając ją za ramię.

– Pepica, posłuchaj. Chodzi o Poldego – powiedziała. – Widziałam jego imię na liście. Mają zamiar go aresztować.

Josefine zmarszczyła brwi.

– Na jakiej liście? O czym ty mówisz?

– Pracowałam – odparła Jelka. – Na biurku jednego z oficerów zobaczyłam listę ludzi, których Švabi oznaczają literą „E”. To znaczy „wybitnie antyniemiecki”. Był na niej Polde i napisane tam było, że ma zostać aresztowany i resocjalizowany. Musisz go ostrzec.

Josefine wpatrywała się w przyjaciółkę. Jelka w nocy sprzątała w Kommandantur, gdzie mieścił się również Reichssicherheitshauptamt, Urząd Bezpieczeństwa Państwowego. Często miewała użyteczne informacje i przekazywała je tym, którzy mieli powiązania z partyzantami.

Josefine wreszcie skinęła głową. Czuła, że ścisnęło jej się serce. To, że Švabi – tak Słoweńcy pogardliwie nazywali nazistów – mówili o jej bracie, sprawiło, że wojna nagle stała się dla niej czymś bardzo osobistym.

– Jelka, dziękuję – powiedziała. – Bardzo ci dziękuję.

Objęła przyjaciółkę i się rozeszły.


– Gdzie jest Polde? – spytała, gdy tylko dotarła do domu.

Roman, jej młodszy brat, uniósł wzrok znad książki, którą czytał, i wzruszył ramionami.

– Przyprowadź papę – powiedziała Josefine. – To ważne.

Do pokoju wszedł Jožef, ojciec Josefine. Minę miał jeszcze bardziej ponurą niż zazwyczaj. W tych czasach jeszcze bardziej niż zwykle brak wiadomości był dobrą wiadomością.

– O co chodzi, Pepi? – zapytał.

Josefine powtórzyła to, czego dowiedziała się od Jelki.

– Co ten durny chłopak znowu wywinął? – westchnął Jožef, opadając na fotel. – Gdzie on jest?

– Nie wiem, papo – odparł Roman, z niepokojem spoglądając to na ojca, to na Josefine. – Mam iść go poszukać?

– Tak, może ci się uda – odparł Jožef.

Nastąpiła chwila nerwowego oczekiwania. Pół godziny później do pokoju wpadł Polde, a tuż za nim Roman. Przez ten czas Josefine zdążyła sobie wyobrazić, że został już aresztowany, pobity, albo jeszcze gorzej. Gdy go zobaczyła, zrobiło jej się słabo z ulgi.

– Co jest? – spytał.

– Powiedz mu – polecił Jožef.

Josefine powiedziała bratu, że został wskazany do aresztowania i „resocjalizacji”. Nikt z nich nie miał wątpliwości, jak rozumieć ten nazistowski eufemizm. Jeśli jednak Polde się zmartwił, to nie okazał tego po sobie. Wzruszył tylko ramionami.

– Jak do tego doszło? – powiedział Jožef. – Nie mógłbyś bardziej uważać, przy kim bluzgasz na nazistów?

Polde prychnął. Koncepcja ostrożności do niego nie trafiała.

– Papo, jak wszyscy w moim wieku, zostałem zaproszony do wstąpienia do Steirischer Heimatbund – powiedział, kładąc akcent na słowo „zaproszony”. – Oczywiście odmówiłem.

Niedawno powołano neutralny z nazwy Korpus Młodzieży Stryryjskiej, by służył pomocą w realizowaniu polityki „regermanizacji”. Jego członków zachęcano, by zastraszali wszystkich, którzy mówią po słoweńsku, używają słoweńskich nazw czy źle wyrażają się o nazistach albo ich Führerze. Wszyscy, którzy tak jak Polde otrzymali zaproszenie, doskonale wiedzieli, że tu nie było możliwości odmowy. On i tak odmówił, a to ewidentnie ściągnęło na niego uwagę ze strony Reichssicherheitshauptamt.

– Musisz pojechać do mojego brata – orzekł Jožef. – Możesz pracować z jego rodziną. Zapewni ci bezpieczeństwo.

Polde pokręcił głową.

– To zbyt niebezpieczne – powiedział. – Jeśli mnie tam znajdą, zabiorą też jego i jego rodzinę. Nie, pojadę na północ i spróbuję zaczepić się gdzieś w Austrii i nie wychylać.

Uśmiechnął się promiennie do Josefine, która starała się powstrzymać łzy.

– Nie martw się, Pepi – powiedział. – Nic mi nie będzie. Švabi mnie nie dorwą!


Polde nie pozwolił, by ktokolwiek z rodziny odprowadził go na dworzec, gdzie wsiadł do pierwszego pociągu jadącego do Grazu, za granicą Austrii.

– Lepiej nie robić zamieszania – powiedział. – Poza tym przecież nie wyjeżdżam na zawsze. Wrócę, gdy tylko o mnie zapomną. Obiecuję.

Pocałował Josefine i uściskał ją krótko. Wyciągnął dłoń do Romana, ale potem zamknął go w niedźwiedzim uścisku, tarmosząc piaskowe loki chłopaka.

A teraz go nie było. Przed kilkoma dniami dostali od niego list, w którym informował rodzinę, że pracuje jako robotnik w Krieglach, na północ od Grazu. Ludzie, miejsce i pensja są w porządku, donosił. Obiecał, że gdy tylko uzna, że niebezpieczeństwo minęło, przyjedzie z wizytą.

Rodzina spierała się o Poldego. Jožef był na niego zły za to, że zignorował radę, żeby siedział cicho, przez co wystawił swoje życie – i życie swojej rodziny – na niebezpieczeństwo. Spierali się także o to, jak reagować na nazistowską okupację.

– Papo, no to co mamy robić? – spytała któregoś wieczoru Anica, gdy siedzieli przy kolacji. – Zajmować się swoimi sprawami i patrzeć, jak Švabi odbierają nam wszystko? – Potrząsnęła głową.

– Tak – odparł Jožef. – Dokładnie tak musimy postąpić. Musimy zachować swoje poglądy dla siebie i nie wychylać się. I tak przetrwamy. – Stwardniałą dłonią potarł pokryty szpakowatą szczeciną podbródek, a potem przesunął nią po oczach. – Jeszcze nie tak znowu dawno temu prawie wszyscy tutaj mówili po niemiecku i to Słoweńcy byli mniejszością. To było przed twoim urodzeniem, Anico. Byliśmy wtedy częścią Austrii. Żołnierzy niedługo zastąpią biurokraci, a życie będzie się toczyć normalnie, zobaczysz. Musimy przeczekać te czasy tak, jak przeczekiwaliśmy wcześniej.

– Nie – odparła Anica. – Ja tak nie mogę.

 

Zamilkła, jakby zastanawiała się, czy mówić dalej.

– Nie, papo. Dołączyłam do partyzantów.

Jožef uniósł wzrok znad talerza cienkiej zupy. Miał przerażoną minę. Josefine i Anica wiedziały, że na swój cichy sposób wspierał partyzantów – posyłał jedzenie, bez którego mógł się obyć, i zgodził się, by człowiek, który przypuszczalnie był partyzanckim bojownikiem, ukrywał się w przybudówce małego domu Lobników.

– Walka to nie jest zadanie dla kobiety – powiedział. Powiedziałby więcej, ale Anica mu nie pozwoliła.

– Papo, wczoraj wieczorem wracałam do domu i zobaczyłam coś, co będzie mnie prześladować do końca życia. – Twarz jej się wykrzywiła. – Zobaczyłam dziewczynę, ciało dziewczyny, wiszące na drzewie. Na szyi miała kartkę z napisem, że należała do partyzantki i że zabiła żołnierza. Papo, ona miała najwyżej szesnaście lat. Niewiele więcej niż Roman. Była tylko dzieckiem! A Švabi ją zamordowali!

Anica zaczęła płakać. Josefine i Roman wpatrywali się w nią wielkimi oczami.

– I tak skończysz, jeśli spróbujesz z nimi walczyć – powiedział Jožef. – Zostaw walkę mężczyznom.

– Już wolę umrzeć w taki sposób – z pasją odparła Anica – niż siedzieć i czekać, aż mnie zgwałcą i zamordują. Nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię, to będę zabijać Švabi za to, co zrobili tamtej dziewczynie. Za to, co robią z naszym krajem.


Mimo próśb i gróźb ojca wyglądało na to, że Anica robi to, co zapowiedziała. Nigdy nie rozmawiała z rodziną o tym, czym się zajmowała – nawet z Josefine, której zawsze mówiła wszystko. Co najwyżej oznajmiała, że wyjeżdża na jakiś czas i żeby się o nią nie martwili. Oczywiście, że się martwili, i próbowali odgadnąć, gdzie znikała i co robiła. Bardzo niewiele wiedzieli o ruchu partyzanckim. Josefine miała jakieś niejasne pojęcie, opierające się na plotkach i pogłoskach, że istniały dwa skrzydła: jedno zajmujące się działaniami paramilitarnymi i sabotażem, a drugie – wywiadem i komunikacją. Przypuszczała, że Anica, jak to ona, zdecydowała się zostać bojowniczką. Od czasu do czasu społeczność słoweńskich patriotów elektryzowały wieści o zwycięstwach partyzantów – o wysadzonej linii kolejowej, o konwoju, który wpadł w zasadzkę, o zabitych szwabskich żołnierzach – i Josefine zastanawiała się, czy Anica miała z tym coś wspólnego. Na samą myśl, że mogła mieć, aż promieniała z dumy.

Ale nie wszystkie wieści były dobre. Wkrótce po tym, jak rozpoczęła się okupacja, w Mariborze zaczęły się pojawiać plakaty. Były krwistoczerwone, a pod słowem „Ogłoszenie” – Bekanntmachung po niemiecku i Razglas po słoweńsku – znajdowała się lista nazwisk: wykaz tych, którzy zostali straceni za „zbrodnie przeciwko Trzeciej Rzeszy”. Te makabryczne obwieszczania pleniły się jak chwasty. Za każdym razem, gdy pojawiło się kolejne, Josefine czytała listę, cała w strachu, że znajdzie tam nazwisko „Lobnik”. Gdy tylko widziała te plakaty – a były porozklejane po całym mieście – było jej aż niedobrze ze strachu o Anicę i o Poldego.

W niedzielę, 30 listopada 1941 roku, Josefine siedziała w kościelnej ławie obok Aniki, gdy zorientowała się, że jej siostra szlocha bezgłośnie. Spojrzała na nią badawczo, ale Anica delikatnie pokręciła głową.

Powiedziała coś dopiero, gdy szły z kościoła do domu.

– Ivan Milavec nie żyje – wymamrotała.

– Syn Luki Milaveca?

Anica skinęła głową.

– Mój Boże. Chodziłam do szkoły z jego braćmi, Albinem i Marjanem. Jak to się stało?

– Dwa dni temu zginął w potyczce ze Szwabami. Czekaliśmy… zasadzał się na pociąg z zaopatrzeniem. Ktoś musiał go zdradzić.

– Powiedziałaś „my”.

Anica milczała. Nie powiedziała nic więcej. A gdy Josefine oświadczyła, że też postanowiła dołączyć do partyzantki, Anica gwałtownie pokręciła głową.

– Nie, Pepi. Nie ma mowy. Jesteś za młoda. To zbyt niebezpieczne.

– Mówisz jak papa – burknęła Josefine. – Anica, obiecaj mi, że będziesz ostrożna.

– Dla mnie czas ostrożności już się skończył – odparła Anica.


Mimo tego Anica przez następne dwa tygodnie była w domu. Za dnia prawie nie wychodziła na zewnątrz, a noce spędzała we własnym łóżku. Gdy 17 grudnia Josefine zobaczyła, że siostra zapina płaszcz i naciąga na uszy wełnianą czapkę, ta powiedziała, że wróci na kolację.

Nie wróciła.

Josefine poszła do łóżka cała w nerwach i nie mogła zasnąć. Do rana, gdy nadal nie było śladu po Anice, włożyła buty i przez śnieg poszła do małej szopy w dole ich ziemi.

Srečko Loburg już był na nogach i przyniósł drewno do małego piecyka, który był w szopie.

– Dzień dobry, Pepi – powiedział pogodnie. – Co cię tu sprowadza? Masz jakieś wieści?

– Srečko, chodzi o Anikę – odparła Josefine, słysząc, jak drży jej głos. – Miała wrócić wczoraj wieczorem, ale nie wróciła.

– Muszę dziś pójść do miasta – powiedział grobowo. – Może uda mi się czegoś dowiedzieć.

Ściszył głos.

– Nie martw się. Czasem plany się zmieniają. Czasami w przypadku zadań Aniki coś nie idzie tak, jak miało, i bezpieczniej jest zrobić coś innego.

Zmusił się do uśmiechu. Josefine z trudem odpowiedziała tym samym. Srečko był przystojnym młodzieńcem, kilka lat starszym od Josefine, a większość jej koleżanek zakochiwała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ale dla niej był to tylko dobry przyjaciel, którego znała od dzieciństwa.

Srečko wrócił z miasta przed południem. Josefine słyszała, jak cichymi głosami rozmawiali z Jožefem, a gdy weszła do domu, zastała ojca, jak siedział przy stole kuchennym, a w spracowanych dłoniach ściskał różaniec.

– Twoja siostra została aresztowana – powiedział Srečko. – Ktoś widział, jak przekazuje kopertę osobie znanej z sympatyzowania z partyzantami. Prawdopodobnie była pod obserwacją. Wkroczyli i od razu ją zabrali.

– Była pod obserwacją? – spytała Josefine. – Jak się tego dowiedziałeś? Skąd oni wiedzieli?

– Jakiś czas temu była potyczka. Švabi wiedzieli, że partyzanci szykują zasadzkę i czekali na nich. Straciliśmy kilku dobrych bojowników.

– Ivana – powiedziała Josefine.

Srečko pokiwał głową.

– Ktoś musiał ich zdradzić. Od tamtego czasu Anica wiedziała, że ją śledzą, dlatego właśnie ostatnio była tak ostrożna. Widać musiała uznać, że niebezpieczeństwo minęło. Szwaby czekały tylko na pretekst, a ona im go dostarczyła.

– Głupia dziewucha – zdławionym szeptem wykrzyknął Jožef.

– Dokąd ją zabrali? Co z nią będzie? – dopytywała się Josefine.

Srečko milczał przez długą chwilę, jakby się zastanawiał, ile im powiedzieć.

– Zabiorą ją do jednego ze swoich więzień, prawdopodobnie do zamku. Będą próbowali sprawić, żeby przyznała się, że działa w partyzantce, i żeby zdradziła swoich towarzyszy.

– Sprawić? Co to znaczy?

Srečko zwiesił głowę.

– Anica jest silna – powiedział. – Nie sypnie. Jeśli nie nakłonią jej do mówienia, będą musieli ją wypuścić. Nie mają żadnego dowodu, że zrobiła coś złego.

– A ta koperta?

– Osobie, której ją przekazała, udało się wyrwać. Stąd wiem to wszystko.

– Co z nią będą robić?

Srečko tylko na nią popatrzył, a potem pokręcił głową. Wkrótce po tym, jak zamieszkał w ich szopie, Josefine podsłuchała, jak rozmawiał z Aniką. Słyszała, jak mówił, że niedawno został aresztowany, i choć nie dosłyszała, co jeszcze powiedział, to słyszała, jak jej siostra syknęła: „Nazistowskie ścierwa!”. Josefine próbowała później coś z niej wyciągnąć, ale Anica nie powiedziała nic o tym, co przeszedł. Josefine mogła sobie wyobrazić, jakie tortury stosowali – a przynajmniej tak jej się wydawało.

– Co możemy zrobić? – zapytała.

– Musicie czekać – odparł. – Tylko tyle możecie.


Z malowniczo bielonymi ścianami i dachami pokrytymi czerwonym gontem, otoczony trzema rojnymi placami, zamek mariborski był niegdyś dla Josefine powodem wielkiej dumy. Miał setki lat, zbudowano go w XV wieku w stylu barokowym, wyposażając go w ozdobną fasadę i wysoką wieżę z czarną kopułą. Teraz, gdy z masztów po obu stronach głównego wejścia zwieszały się flagi ze swastykami, a jej siostra marniała gdzieś w trzewiach budynku, był już tylko symbolem opresji. Josefine stała na placu, wpatrując się w zamek, aż zwrócił na nią uwagę jakiś Niemiec w brązowej koszuli, który ruszył w jej stronę.

– Was ist Ihr Geschäft? – zapytał. „Co tutaj robisz?”

– Mam się tu spotkać z przyjaciółką – odpowiedziała niepewnie.

Spojrzał na nią lubieżnie.

– Może ja zostanę twoim przyjacielem – powiedział.

Nie udało jej się powstrzymać grymasu obrzydzenia. Spuściła oczy, pokręciła głową i odeszła, mając nadzieję, że za nią nie pójdzie. Nie poszedł.

Nic nie mogła zrobić. Poszła do domu, do Limbuš, by dołączyć do ojca i Romana w modlitwie o bezpieczny powrót Aniki.


Wtedy ich świat jakby zaczął się rozpadać. Dwa dni później dostali wiadomość, że także Roman został aresztowany. Srečko o tym też wiedział. Próbował ich uspokoić.

– Roman powinien wyjść z tego bez szwanku – zapewniał. – Będzie kompletnie przerażony i na pewno go poturbują, ale Gestapo przede wszystkim będzie chciało wyciągnąć z niego informacje o Anice i jej towarzyszach z partyzantki. Ale ostatecznie jestem pewien, że go puszczą. To w końcu tylko dzieciak. Nadal chodzi do szkoły.

Srečko zamilkł.

– A co do mnie – podjął – muszę zniknąć. Jeśli zostanę, przyjdą mnie szukać, a jeśli mnie tu znajdą, to wasze życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Anica i Roman to nie jedyni, którzy zostali aresztowani. Mają też innych, którzy mogą się okazać nie tak silni jak Anica, i ktoś mnie może zdradzić.

Josefine i jej ojciec przylgnęli do siebie. Oboje szlochali. Po raz pierwszy w życiu widziała, że jej ojciec płacze, a jego chude ciało ciążyło jej w ramionach.

Srečko zajrzał do nich jeszcze, zanim odszedł.

– Napiszcie do mnie do domu mojego wujka w Villach. Znacie adres – powiedział. – Dajcie mi znać, jakie są wieści. I uważajcie, co mówicie!


Minął przeszło tydzień, zanim się czegoś dowiedzieli. Potem, o poranku 27 grudnia 1941 roku, frontowe drzwi się otworzyły i stanęła w nich Anica, z twarzą bladą i posiniaczoną, ze zwykle błyszczącymi włosami zwisającymi w tłustych strąkach. Poruszała się tak, jak gdyby każdy ruch łączył się z dużym wysiłkiem i bólem. Wzdrygnęła się, gdy Josefine ją objęła. Josefine się cofnęła.

– Biedna Anica – powiedziała. – Co oni ci zrobili?

Anica nigdy jej nie powiedziała. Ale Josefine dostatecznie dużo usłyszała od przyjaciół siostry, żeby móc sobie poskładać, co się działo. Po tym, jak została pojmana, zabrano ją do celi w głębinach zamku. Upierała się, że jest niewinna – twierdziła, że w tej kopercie, którą trzymała, był tylko oficjalny dekret gauleitera – ale nikt w to nie uwierzył. Naziści uważali, że była tam partyzancka propaganda albo, co gorsza, wykradzione dane wywiadowcze. Anica została przykuta do metalowego słupa i przesłuchiwana przez trzy godziny, bez łyka wody ani chwili odpoczynku.

Gdy to okazało się nieskuteczne, jej oprawcy zintensyfikowali tortury. Z Aniki, nadal przykutej do słupa, zdarto ubranie. Bała się, że zostanie zgwałcona, ale pod kierunkiem kolejnego człowieka, który dołączył do postępowania – starszego mężczyzny znanego jako „Markiz”, na pamiątkę po niesławnym markizie de Sade – raz za razem wpychano ją do lodowatej wody i trzymano w niej tak długo, aż sądziła, że się utopi. Josefine ledwie mogła myśleć o tym, co te nazistowskie szumowiny swobodnie mogły zrobić z jej piękną siostrą. Gdy Anica nadal się upierała, że nie ma żadnych związków z partyzantami, znowu zmienili taktykę. Tym razem przez cztery godziny musiała stać bez ruchu z rozstawionymi nogami i rękami złączonymi nad głową. Gdy opuszczała ręce, była bita gumową pałką. Ponieważ nadal nie mogli jej złamać, przypalali jej piersi papierosami.

 

Ale Anica niczego im nie powiedziała i wreszcie musieli ją wypuścić. Josefine była z niej ogromnie dumna. Zastanawiała się, czy ona miałaby w sobie dość odwagi, by wytrwać, gdyby znalazła się na miejscu siostry.

– A co z Romanem? – powiedziała Josefine.

– Z Romanem? O co ci chodzi? – odparła Anica, wyraźnie zaskoczona tym pytaniem.

Potem do niej dotarło.

– O mój Boże, nie! Nie Roman! Mój Boże, to wszystko moja wina! To przeze mnie Švabi go zwinęli. Będą go maglować i bić, aż im powie, co chcą wiedzieć. Biedny Roman. To wciąż tylko chłopiec.

Po jej czarnych i spuchniętych policzkach popłynęły łzy.

– Tylko modlitwa nam pozostała – powiedziała Josefine, przyciągając do siebie siostrę.

Trzy dni później ich modlitwy zostały wysłuchane. Rozległo się pukanie do drzwi i do domu wszedł Roman, poobijany i zakrwawiony, opierając się na bezzębnym starym wieśniaku, który znalazł go leżącego na ulicy po drugiej stronie miasteczka. Ledwie zdołał przeżyć. Pomimo swojego wieku – miał zaledwie piętnaście lat – był bity drewnianą pałką i chłostany biczem z metalową końcówką. Ale nic nie powiedział.

Gdy przemoc nie przyniosła oczekiwanych efektów, naziści uciekli się do innej strategii. Roman przetrzymywany był w tym samym więzieniu co Anica. Codziennie prowadzono go do celi wychodzącej na dziedziniec, skąd widział Anikę i kolejne obrażenia, których doznawała podczas kolejnych dni tortur, podczas gdy ona go nie widziała, ani nawet nie podejrzewała, że tam był. Dwukrotnie zabrano go na plac miejski, by był świadkiem egzekucji domniemanych partyzantów. Przesłanie było jasne. Wcześniej czy później – przypuszczalnie wcześniej – pośród nich znajdzie się Anica. Wystarczyłoby jednak, żeby opowiedział im o powiązaniach swojej siostry, a wypuszczą ich oboje.

Roman im nie uwierzył. Nic nie powiedział.

Wreszcie został wepchnięty do bagażnika sztabowego mercedesa – kierowca wcześniej rozłożył tam plandekę, żeby nie zostały ślady krwi – i wyrzucony tam, gdzie znalazł go ten wieśniak.

Josefine zgodnie z obietnicą napisała do Srečki i kilka dni później dostała jego równie ostrożnie sformułowaną odpowiedź.

Droga Pepico! Bardzo Ci dziękuję za list, który dostałem dzisiaj. Cieszę się z nowin o Anice. Ucieszyła mnie wiadomość, że odzyskała wolność, jako że nie zrobiła nic złego – to były słowa na wypadek, gdyby list przechwycili niemieccy cenzorzy – i chciałbym wiedzieć, czy do nas wróci… Odnosił się do możliwości powrotu Aniki do jej oddziału partyzanckiego; ludzie, którzy doświadczyli tortur, wycofywali się z ruchu oporu albo byli zbyt straumatyzowani, żeby być użyteczni w jakikolwiek sposób.

Anica nie miała takich problemów. Wróciła i natychmiast dostała awans na oficera łącznikowego.

To właśnie po tym, co spotkało Anikę i Romana, Josefine wreszcie podjęła decyzję. Nic nie mówiąc Jožefowi albo Anice, skontaktowała się z partyzantami i tak, jak kilka miesięcy wcześniej Anica, złożyła przysięgę, że „zniszczy faszystowskich najeźdźców i będzie walczyć bezlitośnie przeciwko krwiożerczemu wrogowi… nie szczędząc krwi bądź życia”.