Wojenna miłośćTekst

Autor:Doug Gold
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojenna miłość
Wojenna miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Wojenna miłość
Wojenna miłość
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIĄTY

BRUCE, KAIR,

LUTY 1940 – MARZEC 1941

„Spełnij swój obowiązek!”, krzyczały plakaty. „Nie siedź bezczynnie!”, wzywały reklamy w „Dominion”, wellingtońskiej gazecie. I nie były to zwykłe odezwy rekrutacyjne: w artykułach pełno było wzniosłych słów o tym, że każdy ma swoją rolę do odegrania, że powinien dołożyć swoją cegiełkę do imperialnego wysiłku wojennego. „Zaciągnij się już dziś”, zachęcały, „i pomóż swoim towarzyszom zwyciężyć siły zła. Wzywa cię duch ANZAC”[1].

To była potężna pokusa dla młodych mężczyzn łaknących przygód, których wyobraźnia wypełniała pustkę, jaką zostawili ich ojcowie, gdy ciszą odpowiadali na pytania, jak to było walczyć w Wielkiej Wojnie. Dla większości była to pewnie chęć podróży do odległych miejsc. Blackiego i Logiego też to dotknęło. W pubach mnóstwo było podobnych do nich młodych ludzi, przerzucających się fantazjami o dalekich krajach i egzotycznych kobietach.

– No więc – pewnego wieczoru powiedział Blackie, gdy oparli łokcie na barze w zadymionym Midland. – Nie wiem jak wy, żartownisie, ale ja zamierzam zaciągnąć się jutro z rana.

– Jeśli ty idziesz w kamasze – powoli odrzekł Logie – to ja, cholera, też.

Bruce dopił swoją szklankę.

– No to ja lepiej też pójdę – stwierdził. – Nie mogę pozwolić, żeby wszystkie zagraniczne ślicznotki zgarnęły takie marne dranie, jak wy.

– Słyszycie? – krzyknął Blackie, przebijając się przez hałas wieczornego ochlejstwa. – Jedziemy walczyć za Króla i Królestwo!

Wybuchła zgiełkliwa radość, ludzie klepali ich po plecach i stawiali drinki. Po czymś takim nie było odwrotu.

Następnego ranka zajęli miejsca w ogonku, w którym stali głównie młodzi, skacowani faceci, starający się udawać, że nie byli zakładnikami własnej brawury. Po kilku pobieżnych pytaniach zadanych przez oficera rekrutacyjnego – sprawiającego wrażenie surowego mężczyzny w wieku ich ojców, w schludnie odprasowanym mundurze z jednym czy dwoma bardzo błyszczącymi medalami na piersi – zostali skierowani do lekarzy na przegląd medyczny. Wszyscy, Bruce, Blackie i Logie, dostali kategorię A1, zdolni do służby. Bruce’owi przydzielono numer 32673 i wraz z oboma przyjaciółmi oficjalnie skierowano do 25. Batalionu NZEF[2]. Poinformowano ich także, kiedy mają się stawić w obozie szkoleniowym w Trentham. Teraz musieli już tylko powiedzieć o tym najbliższym. I właśnie na myśl o tym, że będzie musiał powiedzieć o tym Doreen, Bruce poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.


W Trentham dostali eleganckie, nowe mundury – i powiedziano im, żeby ich nie nosili. Zamiast tego dano im zwykłe drelichy. Bruce skrzywił się, gdy zobaczył w lustrze te bezkształtne szmaty. Jedyna pociechą było to, że nikt nie prezentował się w nich dobrze. Szkolenie podstawowe trwało piętnaście tygodni, a w tym czasie uczyli się czyścić buty, utrzymywać w należytym porządku swój ekwipunek, maszerować i strzelać z Lee-Enfielda SMLE .22, tego samego karabinu, jakiego ich ojcowie używali pod Gallipoli i we Francji. Gdy armia uznała, że nabrali jakiej takiej kondycji, dostali ostatnią przepustkę. Ostatnich dziesięć dni na nowozelandzkiej ziemi dla Bruce’a nie było szczególnie udanych. Doreen zdecydowanie nie była pod wrażeniem tego, że zdecydował się spełnić swój patriotyczny obowiązek. W miarę jak zbliżała się data jego zaokrętowania, celowo wychodziła z przyjaciółmi i późno wracała, a gdy kładła się do łóżka, odwracała plecami do męża. Gdy zaczynał gładzić jej ramię, prychała z irytacją i strząsała jego dotyk. Jakaś część Bruce’a żałowała, że się w ogóle zaciągnął. Jednak większa ogromnie się z tego cieszyła.


Polecono im, by po zakończeniu przepustki wrócili do Trentham, gdzie ich status zmienił się na „w służbie czynnej” i spędzili kilka dni na gorączkowych przygotowaniach. 17 sierpnia 1940 roku pozwolono im włożyć nowe mundury i przeszli ulicami Wellington. Dziesięć dni później pomaszerowali do Terminalu Zagranicznego, gdzie kotwiczyły dwa okręty wojskowe – jeszcze przed miesiącem luksusowe liniowce, teraz pomalowane na wojskową szarość. Bruce miał płynąć na dawnej jednostce Cunarda, Mauretanii.

– Ja cię kręcę – powiedział jakiś młody facet w tej samej randze. – Wygląda na to, że czeka nas stylowa podróż.

Bruce nie rozstał się z Nową Zelandią ani z Doreen w szczególnie dobrym nastroju. Maszerując, wypatrywał swojej żony, ale zobaczył ją dopiero, i to dokładnie, gdy wchodził na trap. Ponad czułościami, obietnicami i łzawymi pożegnaniami słyszał jej krzyk.

– No to jedź! – wrzasnęła. – Odwal się i mnie tu zostaw! Wiesz, nie mam zamiaru zarosnąć pajęczynami. Jestem atrakcyjną kobietą, a ty sobie jedziesz i zostawiasz mnie samą.

Bruce poczuł, że palą go policzki. Wokół rozległy się śmiechy, ale kilka osób skrzywiło się ze współczuciem.

– Nie przejmuj się, stary. Tam, dokąd jedziemy, będziesz miał aż nadto zajęć.

Tak właśnie Bruce postanowił uciszać wątpliwości: skupi się na czekającej go przygodzie.

Wypłynęli z portu i jeszcze przez jakąś godzinę kołysali się na wodzie w Cieśninie Cooka, czekając na kolejny upiornie szary statek liniowy, który płynął z południa. Gdy Orkady do nich dołączyły, pojawiła się długa, śmiercionośna sylwetka krążownika opancerzonego, groźnie i sprawnie prześlizgując się przez fale. Był to Achilles z Eskadry Nowej Zelandii, bohater bitwy o River Plate. Kiedy przesuwał się na czoło ich małego konwoju, żołnierze wiwatowali, aż zdarli sobie gardła.

Achilles opuścił ich cicho u wybrzeży Australii, przekazując ich australijskiemu okrętowi wojennemu. Długie, powolne kołysanie zbierało swoje żniwo i Bruce nie był jedynym, którego męczyły mdłości, gdy leżał w hamaku w przepastnych trzewiach statku, z którego na obecne potrzeby usunięto wszelkie ślady luksusu.

Poza tym rejs był monotonny, przerywany tylko przez szkolenie, szkolenie i jeszcze więcej szkolenia. Nie pozwalano im maszerować po pokładach, bo gwoździe w ich butach rysowały deski, więc z braku zajęcia mnóstwo czasu spędzali, wypatrując wrogich okrętów podwodnych oraz spekulując, co ich czeka. Wiedzieli, że płyną do Kairu, ale poza mglistymi obrazami piramid i innych starożytności niejasno zapamiętanych z podręczników szkolnych i gazet to w zasadzie nie wiedzieli, czego się spodziewać. Kilka dni później Bruce, Logie i Blackie znaleźli się w grupce, która zanudzała podoficera, który był weteranem poprzedniej wojny.

– Kapralu, jaki jest Kair? – zapytał ktoś.

Na twarzy żołnierza pojawił się łagodny, rozmarzony uśmiech.

– Kair – westchnął. – No cóż. Kair jest jedyny w swoim rodzaju.

Minęło pięć nużących tygodni, zanim zacumowali w Port Tewfik[3] i sami się przekonali, że powiedzenie, które dla Bruce’a stało się jednym z ulubionych, było prawdziwe. Okręt zalały oszalałe hordy arabskich tragarzy. Wszędzie były porozrzucane skrzynie i bagaże, rozlegała się kakofonia krzyków, ale jakimś cudem, pomimo tego chaosu, chyba każdy żołnierz dostał właściwy plecak.

Gdy już znaleźli się na brzegu, przemaszerowali niewielki kawałek z portu na stację kolejową. Dla Bruce’a, przyzwyczajonego do wysokich standardów osobistej i publicznej higieny, pociąg był obrazą. Rozgrzany i brudny, z wagonami pełnymi nieumytych ludzi, do których musiał dołączyć pocący się kontyngent Nowozelandczyków. A to był dopiero początek. Po długim oczekiwaniu i krótkiej jeździe zatrzymali się na stacji na obrzeżach Kairu, gdzie w pełni rozpoczęła się inwazja na ich zmysły.

Bruce’a przede wszystkim uderzyło panujące tam pandemonium: ludzie ganiający we wszystkie strony, ale chyba nigdzie niezmierzający; woły ciągnące chwiejne wózki wyładowane po samo niebo; wrogie spojrzenia Arabów wałęsających się w cieniu brudnych, bocznych uliczek; sklepikarze głośno zachwalający swoje towary. Za każdym razem, gdy pociąg się zatrzymywał – a zatrzymywał się często – boki wagonów oblepiały dziesiątki ulicznych handlarzy, którzy wpychali przez okna chude ramiona, oferując na sprzedaż Bóg wie co za nie wiadomo jaką cenę. Nic nie przygotowało surowych rekrutów na tę wrzawę, brud, ubóstwo, poszturchiwania i rozgardiasz – oraz wspaniałość – Kairu.

– Kair chyba faktycznie jest jedyny w swoim rodzaju – powiedział Bruce do Blackiego, który wytrzeszczał oczy i uśmiechał się. Blackie skinął głową.

Kair jednocześnie Bruce’a ekscytował i odrzucał. Było to miasto pełne sprzeczności: niezwykłość piramid i Sfinksa górujących nad starożytnymi traktami – a wzdłuż nich obskurne lepianki i kramy handlarzy – gdzie transport odbywał się wyłącznie za pomocą osłów, kóz i pojedynczych, rozklekotanych rowerów. A Bruce miał tę przewagę, że pochodził z miasta. Niektórzy z jego towarzyszy broni wychowywali się na krowich fermach w Taranaki albo hodowali owce w zapadłych wsiach w Mangaweka i nie mogli się otrząsnąć z szoku kulturowego po wylądowaniu w Lambton Quay. Żaden z nich nie był przygotowany na harmider Kairu. Bardzo to odbiegało od placu apelowego w Trentham, a także (jak się właśnie okazało) od małomiasteczkowego spokoju Wellington.

Ich celem nie był sam Kair, tylko obóz Nowozelandzkich Sił Zbrojnych w Maadi, mieszczący się na obrzeżach miasta. Jakkolwiek składał się tylko z kilku tymczasowych budynków i namiotów z rozpostartego płótna, to po tym, co właśnie widzieli, wydawał się oazą porządku. Gdy rozpakował swój plecak i zgodnie ze wskazówkami kwatermistrza poszedł do namiotu, który chwilowo mógł nazywać własnym, Bruce po raz pierwszy od wyruszenia poczuł tęsknotę za Nową Zelandią. Był także pełen obaw, bo wraz z przyjazdem do Maadi byli o krok bliżej do czynnej służby. Zastanawiał się, czy sobie poradzi, skoro wokół siebie widział tylko radosną brawurę. Nie był w stanie nawet pomyśleć, że mógłby zacząć panikować w obecności kolegów – ani ich zawieść.

 

Później tego wieczoru zwierzył się ze swoich obaw Logiemu.

– Trochę się boisz? – wykrzyknął Logie. – Ja jestem posrany! Tylko się rozejrzyj. Wszyscy są posrani. Jeśli ktoś twierdzi, że nie, to albo kłamie, albo jest pijany.

Bruce kiwnął głową. Prawda była taka, że poza kilkoma weteranami pierwszej wojny światowej żaden z nich nie wiedział, czego się spodziewać. Poza tym nikt nie miał pojęcia, jak sobie poradzą na polu walki. Bruce uznał, że po prostu będzie musiał dać z siebie wszystko.


W Maadi nie było łatwo. Od trąbki na pobudkę o szóstej rano aż do nocy życie wypełniało pasmo obowiązków. Poranny apel, od dziewiątej do południa, stanowił dla nich koszmar, a popołudniowy jeszcze gorszy, i to tak, że intensywne szkolenie, jakiemu podlegali, choć było ciężką harówką, okazywało się wyczekiwaną chwilą ulgi. Uczyli się wykonywania komend, obsługi broni, wyznaczania trasy marszu, czytania map, nawigacji na pustyni i innych manewrów, wciąż i wciąż, i wciąż na nowo.

Po kilku tygodniach uznano, że mogą wziąć udział w szkoleniu pustynnym.

– Jaka jest pustynia? – zapytał ktoś.

– Całe mile pieprzonego niczego – odparł kapitan.

I tak było. Najbardziej znaczącą cechą pustyni był dławiący upał. Po monotonii musztry i inspekcji wyposażenia powinno to stanowić niejaką odmianę, ale dźwiganie stu funtów sprzętu i broni nie było tym, co Bruce uważał za dobrą zabawę. Od czasu do czasu nad ich głowami strzelano ostrą amunicją, żeby mieli jakieś pojęcie o warunkach podczas prawdziwej bitwy. Jeśli mieli szczęście, uczyli się walki na bagnety albo walki wręcz, albo – co Bruce lubił najbardziej – rzucania granatami i strzelania z karabinu maszynowego Bren. Ale przeważnie życie w Maadi było nudne.


Tak jak wszyscy, Bruce nie mógł się doczekać pierwszej przepustki. Wraz z Logiem i Blackiem zdecydowali się połączyć fundusze i pozwiedzać Kair. Gdy ten dzień nadszedł, wózkiem zaprzężonym w osła pojechali do miasta. Bruce słyszał, że Empire Services Club organizował wycieczki po mieście. Nie mógł zrozumieć niechęci Blackiego. Logie wydawał się niezdecydowany.

– Chrzanić piramidy – wymamrotał Blackie. – Będę najzupełniej szczęśliwy, jeśli przez cały dzień będę oglądać sufit burdelu.

Logie miał głos rozstrzygający i tak znaleźli się w Service Club. Za osiem piastrów od głowy mieli trwającą pół dnia wycieczkę do piramid, Sfinksa, ogrodu zoologicznego i innych atrakcji, po której rozkoszowali się zimnym piwem pośród palm przy barze klubu. Na następny dzień zapisali się na całodniową wycieczkę do zapory na Nilu. Blackie zżymał się na cenę – piętnaście piastrów – ale Bruce zwrócił mu uwagę, że był w tym lunch. Ze swojej strony był zachwycony rolą turysty. Jednak kolejnego dnia, gdy zaproponował, by dołączyli do którejś z wycieczek do Memfis i Sakkary, albo nad Nil, albo do Starego Kairu i dziesiątek muzeów, meczetów i bazarów rozsianych po całym mieście, Blackie się zbuntował. Poprosił ich woźnicę, żeby wysadził go u wylotu podejrzanie wyglądającej alejki, w której znikał strumień mężczyzn w mundurach armii Nowej Zelandii.

– Widzimy się w obozie. – Pomachał im i zniknął w mroku uliczki.


Następnego dnia Blackie zaanonsował, że dziś to on będzie ich przewodnikiem. Logie wyglądał na zadowolonego i od razu się zgodził. Bruce niechętnie skinął głową i zastanawiał się, w co się właśnie pakuje.

Pod kierunkiem Blackiego znaleźli się mniej więcej w tej samej okolicy, co dzień wcześniej.

– Tędy – powiedział i poprowadził ich w wąską boczną uliczkę. Mimo zimy dzień był gorący i cuchnący, dosłownie. Bruce nie mógł się do końca przyzwyczaić do tego, co nazywał „aromatem Kairu”: dławiącego odoru gnijących śmieci piętrzących się wysoko w bocznych uliczkach, mieszającego się ze słodkawą wonią mocnego, egipskiego tytoniu i haszyszu palonego w fajkach wodnych w kawiarniach i barach; smrodu otwartych rynsztoków i stęchłego smrodku niemytych ciał walczącego o lepsze z aromatami tysięcy przypraw; fetoru parującego łajna wołów, którym były zasłane ulice, dziwnie harmonizującego z zapachem palonego kadzidła wydobywającego się z okien.

Innym aspektem Kairu, do którego trzeba było przywyknąć – o ile to w ogóle było możliwe – był ciągły apetyt mieszkańców tego miasta na wszystko, co mogłeś im dać, z własnej woli lub nie.

Gdzie tylko poszli, Bruce, Blackie i Logie było atakowani słownie i zalewani błaganiami, próbowano coś od nich wyłudzić, schlebiano im, byli dręczeni i nękani przez mężczyzn, kobiety i dzieci sprzedające wszystko i nic, od usługi czyszczenia butów, przez pamiątki, artefakty i starożytności po swoje ciała. Gra w oszukane kości, sztuczki z dymem i lustrami, oszustwa, podejrzane transakcje i błyskawiczne kradzieże kieszonkowe – wszystko to było w repertuarze podstępów, które miejscowi stosowali, by pozbawić pieniędzy naiwnych żołnierzy.

Gdy przepychali się przez tłum, oko Logiego przyciągnął wyglądający na starożytny, kamienny posążek na stoisku obwoźnego handlarza. Zatrzymał się i uniósł go z namysłem.

– Masz dobre oko, Kiwi[4] – powiedział brzuchaty, pocący się obficie mężczyzna za stolikiem. – To jest uszebti. Starożytne i bardzo święte. Ma trzy tysiące lat i pochodzi z grobowca samego króla Tuta.

– Weź nie pieprz – odparł Logie, który wbrew sobie był pod wrażeniem. Uważnie oglądał figurkę.

– Nie kłamię – zaprotestował handlarz z urazą. – Spytaj, kogo chcesz. Jestem Abdul. Spytaj kogokolwiek, czy Abdul kłamie. Powiedzą ci. Abdul sprzedaje tylko prawdziwe rzeczy. Jest z tego znany.

– Ile? – zapytał Logie.

Abdul wymienił cenę. Logie odłożył figurkę i odwrócił się, żeby odejść. Abdul go zawołał. Robiąc całe przedstawienie ze swojej udręki, mamrotania o swojej biednej żonie i wielu dzieciach, zaproponował niższą cenę.

Logie od razu ją przyjął, zadowolony z siebie.

Przepychali się przez ciżbę w stronę stacji kolejowej. Natknęli się na tłumek wokół stolika. Zapuszczając żurawia ponad głowami miejscowych i żołnierzy Bruce, Blackie i Logie zobaczyli, że w centrum uwagi znajduje się zasuszony starzec, który pokręconymi palcami zwinnie przesuwał po stole trzy kubki odwrócone do góry dnem. Gdy je zatrzymał, jego klient – kolejny drobny Egipcjanin – palcem postukał w jeden z nich. Właściciel wydał z siebie niechętne burknięcie i odwrócił wskazany kubek, pod którym był groszek. Wyciągnął rękę pełną banknotów i ponuro potrząsnął głową. Nad tłumem poniósł się pomruk zadowolenia.

– To coś dla mnie! – powiedział Logie i przepchnął się do stolika.

Staruszek zawiadujący grą przywitał go uroczystym uściskiem dłoni, wziął od niego pieniądze i położył je sobie niemal delikatnie na kolanach. Wyciągnął groszek do Logiego, położył go na stole, przykrył go i zaczął przesuwać trzy kubki dookoła. Logie obserwował to uważnie, z pewnym siebie uśmieszkiem unoszącym kąciki ust. I faktycznie, gdy kubek, w który postukał, został uniesiony, znajdował się pod nim groszek.

Tak było też w kolejnych dwóch czy trzech rundach.

– Zgarnie szmal – wyszczerzył się Blackie przy czwartej. – Założę się.

Kubki stanęły. Logie bez wahania wskazał jeden. Chwila zawieszenia, staruszek uniósł go powoli i pokazał… nic.

– Co? – wrzasnął Logie, a tłum ryknął śmiechem.

Podczas kolejnej rundy nie spuszczał oczu z kubków. Znowu przegrał, ku sporemu rozbawieniu tłumu, i znowu, i znowu, i znowu.

Rozwścieczony wrócił do Blackiego i Bruce’a.

– Złodziej! – oświadczył. – To musi być jakaś sztuczka. Jakaś dziura w stole czy coś.

– Rozchmurz się – zaczął Blackie, ale Logie zatrzymał się ze zszokowaną miną.

– Co jest? – spytał Bruce.

Logie wyjął rękę z kieszeni. Spomiędzy jego palców posypał się piasek, a na dłoni leżało kilka kawałków czegoś, co wyglądało jak gips. „Prawdziwe” uszebti Abdula okazało się gipsem, pomalowanym tak, by wydawał się stary.

– Banda złodziei! – krzyknął Logie. – Wszyscy jak leci. Banda złodziei!

Bruce i Blackie zgięli się wpół ze śmiechu.


Podczas drugiej przepustki złapali pociąg do Bab-el-Louk, głównej stacji w dystrykcie Sharia Wah El Birket, na którą żołnierze nowozelandzcy mówili po prostu Birka. W chwili, gdy zeszli na peron, rozpoczęło się oblężenie: pucybuci, taksówkarze, sprzedawcy pamiątek, uliczni handlarze, woźnice, stręczyciele i kieszonkowcy, wszyscy rzucili się na oliwkowe mundury; hałaśliwy motłoch różnej maści łotrzyków i krętaczy, szarpiących mocno za ubrania i nachalnie wciskających swoje towary. Mało brakowało, żeby kuląc się, wsiedli w pierwszy pociąg powrotny.

– Kurwa, Bruce, zabierajmy się stąd – zahuczał głośny, pozbawiony ogłady głos Blackiego, gdy odpychał od siebie dłonie czepiające się każdego cala jego ciała. – Jezu Chryste! Zaraz mnie szlag trafi. Ci gnoje macają mnie, jakbym był pieprzoną poduszeczką do szpilek!

Bruce bał się, że zanim dotrą do wyjścia z dworca, rozpęta się rozróba. Ale jeśli nawet miejscowi poczuli się urażeni, to tego nie okazali. Wraz z Logiem zdołał przeciągnąć Blackiego przez tłum na relatywnie bezpieczną ulicę, gdzie otoczyło ich zamieszanie innego rodzaju.

Birka była znana ze swoich burdeli, o tak szlachetnych i uwodzicielskich nazwach, jak „Tygrysia Lilia”, czy „Dom Rozkoszy Fleur i Maxine”. Piękne, wyzywająco ubrane dziewczęta stały na zewnątrz, kusząc ryzykantów, by weszli do środka, jednak te domy uciech rzadko dostarczały egzotycznych doświadczeń, którymi nęciły ich lubieżne szyldy. Prawdziwe dziwki, które najlepsze dni miały dawno za sobą, pracowały w słabo oświetlonych pokojach, które były łaskawsze dla ich przywiędłych wdzięków, i gdzie żołnierze na przepustkach – zdesperowani, samotni i prawie zawsze pijani – nadskakiwali im, jak gdyby były królowymi piękności.

Blackie poprowadził ich do „Pałacu Fantazji Fifi”. Wspięli się po obskurnych schodach i weszli do maleńkiej, kiepsko oświetlonej, zadymionej recepcji z farbą obłażącą z wyblakłych ścian.

– Moja kolej, Bruce! – huknął Blackie i machnął ręką w stronę ściany przy wejściu. Przy drzwiach krzywo wisiał „Spis usług”, a w nim najróżniejsze usługi seksualne opisane w kiepskiej angielszczyźnie. Bruce domyślał się niektórych. Co do innych, mógł tylko zgadywać.

Bruce zamówił piwo – przynajmniej u Fifi było prawdziwe piwo, a nie Stella, miejscowy wyrób, o którym powiadano, że warzą go z cebuli – i usiadł, żeby poczekać na Blackiego i Logiego, którzy poszli się zabawić. Był napalony jak każdy gorącokrwisty dwudziestoczterolatek – może nawet bardziej niż większość, biorąc pod uwagę, jak przez kilka miesięcy przed wyjazdem wyglądało jego małżeństwo. Nie chodziło tu o brak libido czy nawet o ukłucia poczucia winy wobec Doreen. To był strach, czysty i prosty. W przypadku Bruce’a wykłady wygłaszane w obozie przez ponure pielęgniarki, a potem przydział zapewnianych przez armię prezerwatyw trafiły na podatny grunt. Nie był w stanie sobie wyobrazić, że miałby żyć z upokorzeniem, gdyby złapał trypra i z powrotem w Maadi musiał się ustawić w kolejce na leczenie czy powiedzieć Doreen albo swoim rodzicom…

Nawet nie zdążył skończyć piwa, gdy pojawił się najpierw Blackie, a potem Logie, obaj wyraźnie zadowoleni z siebie.

– Nie boicie się, że coś złapiecie? – spytał Bruce.

Blackie wzruszył ramionami.

– Wolałbym umrzeć – powiedział spokojnie. – Ale uważam. A z tego, co wszyscy wiemy, to może być ostatnia taka okazja na jakiś czas. Może nawet zupełnie ostatnia.

 


Tak właśnie wyglądała ich rutyna w Kairze: ciężka orka i monotonia w obozie rozjaśniana czasem przepustek. Picie było preferowanym sposobem spędzania wolnego czasu. Gdy byli w mieście, ich ulubionym wodopojem był Mannering’s Bar, który reklamował się jako „przyjazny każdemu Nowozelandczykowi”. Lubili także Klub Nowozelandzkich Sił Zbrojnych na Sharia Malika Farida, a gdy byli w obozie i po służbie, cieniste schronienie przed bezlitosnym, pustynnym słońcem oferował kawałek przestrzeni przed The Lowry Hut.

Oczywiście sami też potrafili się zabawić. Któregoś dnia Bruce zobaczył, że Logie pogrążony jest w rozmowie z jednym z gazeciarzy, którzy prowadzili w obozie swój handelek, sprzedając „Egyptian Mail”. Wyglądało na to, że Logie daje chłopakowi lekcję języka, bo mówił bardzo powoli i wyraźnie, a chłopca namawiał, żeby powtarzał. Wreszcie z aprobatą skinął głową, klepnięciem w plecy odesłał dzieciaka i podszedł do Bruce’a.

– Co jest? – zapytał Bruce, węsząc psikusa.

– Tylko poczekaj – odparł Logie.

– Bardzo dobre wiadomości – wrzasnął gazeciarz. Ci malcy nie mówili po angielsku, ale wszyscy mieli do niego doskonałe ucho. – Bardzo dobre wiadomości – powtórzył. – Generał Fryberg przyłapany na ciupcianiu z wielbłądem.

Ruszył przez obozowisko, wykrzykując to ku uciesze i śmiechowi żołnierzy.

Nie trzeba mówić, że obozowy sztab byłby zachwycony, jeśliby się dowiedział, kto był odpowiedzialny za ten żarcik. Gdyby ktoś się wygadał, Logie spędziłby kilka tygodni w karcerze, ale nikt nie sypnął.

Wieczorami australijski przedsiębiorca, niejaki Thomas Shafto – Shifty Shafto dla żołnierzy – otwierał stare, odrapane kino, gdzie puszczał powtórki filmów klasy B i C. Owo „kino” zbudowane było z lichych desek i marnego dachu, który Shifty pozszywał z nadwyżek płótna i wszelkich worków czy skrawków materiału, na których zdołał położyć łapy. Za trzy piastry można było wejść do tego ledwie stojącego namiotu i odgnieść sobie tyłek na twardej, drewnianej ławie. Za pięć piastrów dostawało się popękane, wiklinowe krzesło, które kłuło drzazgami. Robactwo nie dyskryminowało nikogo: owady gryzły wszystkich po równo, nieważne, czy siedziałeś na tanim miejscu, czy na wytwornym krześle. Jak większość szeregowców, którzy zarabiali pięć szylingów dziennie, Bruce, Blackie i Logie optowali za ławami.

Kiedyś, gdy zepsuł się projektor – co zdarzało się z nużącą regularnością – jakiś pijany gbur z armii brytyjskiej zepchnął Blackiego z ławy. Blackie usiadł z powrotem, decydując się zignorować tę rozmyślną prowokację.

– Rusz się, ty nowozelandzki palancie bez jaj – powiedział Angol, znowu go popychając. – Tu nie ma miejsca dla nas obu.

Blackie udawał zainteresowanie czarnym ekranem.

– Co jest z tobą? Jesteś równie głupi, co paskudny? – spytał Angol, znowu szturchając Blackiego.

Wszyscy z zaciekawieniem wpatrywali się w Blackiego. Był znany z tego, że ochoczo korzysta z okazji do bójki. I faktycznie, po krótkiej chwili przywalił Brytolowi pięścią w nos i wstał.

– Ktoś jeszcze ma ochotę? – podwijając rękawy, zapytał podpitych brytyjskich żołnierzy. I się zaczęło. Połowa zgromadzonych dołączyła do bijatyki, podczas gdy druga połowa śmiała się i zagrzewała do walki.

– Najlepszy film, jaki w życiu widziałem – powiedział potem Bruce do Blackiego, gdy ten opatrywał sobie krwawiące kłykcie.


Na początku marca 1941 roku kairska zima ustępowała miejsca wiośnie. Dni były coraz dłuższe i cieplejsze, temperatura trzymała się w okolicach dwudziestu dwóch stopni. Noce były przyjemnie łagodne, nawet gdy młyn mielący plotki w Maadi rozgrzewał się do czerwoności. Wszyscy w obozie – oraz, zdaje się, połowa Kairu – mówili o zbliżającej się nieuchronnie relokacji 25. Batalionu. Widoki na zmierzenie się z Hunami wywoływały w ludziach po części podniecenie, po części strach. Po całym tym ciężkim szkoleniu i niekończących się, ociekających potem godzinach wypełnionych dźwiganiem w upale i kurzu karabinów i plecaków, byli dobrze przygotowani, jeśli nie pod względem psychicznym, to przynajmniej militarnym.

Dowództwo milczało co do tego, dokąd zostaną wysłani, co napędzało spekulacje i zakłady. Niektórzy uważali, że mogą trafić do Libii. Większość obstawiała Grecję. Innym było wszystko jedno – po prostu chcieli mieć to już za sobą. Egipscy handlarze, pracze, kierowcy, gazeciarze – nawet kairskie dziwki – wydawali się lepiej poinformowani niż ci młodzi ludzie, którzy wkrótce mieli się znaleźć na froncie. „Jedziecie do Grecji”, powiadali z pewnością siebie. Albo „We wtorek wypływacie do Aten”, wraz z kiwaniem głową i mrugnięciem.

Bruce chyba czuł się gotowy. Karabiny były przygotowane, bagnety ostre jak brzytwy, a reszta wyposażenia wypolerowana, naoliwiona, wyczyszczona, sprawdzona, ponownie sprawdzona, i sprawdzona po raz trzeci. Wszystko, co należało zrobić, zostało zrobione. Teraz albo nigdy.

Wreszcie, 17 marca, 25. Batalion załadował się do pociągu jadącego do Aleksandrii, gdzie wsiadł na pokład HMS Orion. Nadal nie było oficjalnego komunikatu co do ich celu. Jakiś gryzipiórek z kwatery głównej uznał, że żołnierze, z których wielu pewnie na loterii życia wylosowało bilet w jedną stronę, „w celu zachowania poufności” powinni być trzymani w niewiedzy. Bruce jakoś nie widział w tym sensu. Przecież i tak wszyscy wiedzieli, że płyną do Grecji. Byłby naprawdę zaskoczony, gdyby Hunowie też tego nie wiedzieli.

Ostatecznie, uznał, nie miało to wielkiego znaczenia. Nadszedł czas, by zrobili to, po co się tutaj znaleźli.

[1] ANZAC – Australian and New Zealand Army Corps – Korpus Wojskowy Australii i Nowej Zelandii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] NZEF – New Zealand Expeditionary Forces – Nowozelandzkie Siły Zbrojne.

[3] Obecnie Port Suez.

[4] Kiwi – zwyczajowe określenie żołnierzy nowozelandzkich.