Wojenna miłośćTekst

Autor:Doug Gold
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojenna miłość
Wojenna miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Wojenna miłość
Wojenna miłość
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95  20,97 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pamięci Bruce’a Murraya i Josefine Lobnik,

którzy w środku krwawego konfliktu odnaleźli miłość.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

BRUCE, STALAG XVIIID,

15 LUTEGO 1942

Miał potwornego kaca. Bruce Murray potrzebował kilku minut, żeby zrozumieć, gdzie jest. Powoli zaczął rozpoznawać szczegóły: z grubsza ociosane belki na ścianach baraku, pokrytą błotem podłogę z desek, usmarowane okienko w drzwiach.

Była niedziela. Dobre i to. Cholernie dobre, biorąc pod uwagę jego stan. Wyobraził sobie, jak by to było, gdyby niemieccy strażnicy zaczęli walić w drzwi, jak robili to w inne dni, rozkazując mu stawić się do pracy przymusowej w jakiejś słoweńskiej fabryce albo, co gorsza, przy którejś z ramp kolejowych w pobliżu obozu jenieckiego w Mariborze.

Wzdrygnął się. Zaczęły wracać do niego urywki poprzedniego wieczoru. Wybuchy śmiechu. Oczywiście zadymione powietrze. Wyciskający łzy z oczu, palący bimber – jakaś piekielna mikstura, którą chłopcy pędzili w tajemnicy z kradzionych ziemniaków i zapasów cukru, przynajmniej tak zrozumiał.

Lofty. Już wiedział. Lofty Collier miał dwudzieste pierwsze urodziny i to była wystarczająca okazja, żeby napić się wódy. Bruce’owi zdarzało się już mieć kaca, więcej razy niż pamiętał, ale ten był naprawdę wyjątkowy. Miał wrażenie, jak gdyby w skroń wbijało mu się wiertło, a język przyklejony do podniebienia był jak pokryty cementem. I jeszcze jeździło mu w brzuchu.

Jęknął.

W ciągu wieczoru nastrój zmieniał się gwałtownie. Na początku panowało rozbawienie – dowcipy, śmiech i poczucie wspólnoty. Potem pojawił się ostry zgrzyt, gdy ludzie przypominali sobie, jak rozwścieczyła ich ostatnia zniewaga ze strony tego czy innego strażnika. Oczywiście gdy mężczyźni dzielili się wspomnieniami i opowieściami o domu, zrobiło się ckliwie. W miarę jak zbliżała się północ, zaczęli się ożywiać i popłynęły śpiewy. Jakiś czas i kilka kubków grogu później, gdy schrypnięte gardła chóralnie zaintonowały refren „Auld Lang Syne”, co w tym wykonaniu brzmiało raczej jak „Old Lands Shine”, znowu wszyscy utracili radość. Pojawiły się łzy. Możliwe, że Bruce też kilka uronił.

Co było dalej, nie pamiętał już zbyt dużo.

W baraku śmierdziało. Jego koszula śmierdziała. Musiał wyjść na zewnątrz.

Bruce dźwignął się do pozycji siedzącej i przewiesił nogi przez skraj pryczy. Szorstki, szary koc zsunął się na ziemię. Barak zawirował, a Bruce’owi niebezpiecznie się odbiło. Przygotował się, stanął chwiejnie na nogach, odwrócił wzrok od ostrego odłamka zamglonego lustra, nałożył buty, wcisnął się w swój szynel i poczłapał do drzwi. Gdy je otworzył, powitał go powiew lodowatego powietrza. Zmrużył oczy, by chronić je przed blaskiem bijącym od śniegu. Być może, pomyślał, lodowaty wiatr go oczyści, wymiecie z niego toksyczne pozostałości minionej nocy. Siadł ciężko na odwróconej skrzynce ze znakiem Czerwonego Krzyża, na której czasem siadywał, gdy było cieplej, owinął się płaszczem i zaczął się zastanawiać, czy fajka sprawi, że poczuje się lepiej, czy gorzej.

Tam właśnie zastał go Frank Butler.

– Wstawaj, ty paskudny gnojku – powiedział Frank.

– Odwal się, Frank – odpowiedział Bruce.

– No dalej, Brusie. Ruszże dupsko. Przejdziemy się, trzeba się rozruszać.

Frank złapał Bruce’a za ramię i dźwignął go na nogi. Przechadzka po Stalagu XVIIID była ich niedzielnym zwyczajem; częściowo dla ruchu, a częściowo dlatego, że mieli dzięki temu dodatkową okazję, by podrażnić strażników szyderstwami ostrymi jak otaczający obóz drut kolczasty, głównie żeby zabić okropną nudę.

– Rany, wyglądasz jak gówno – stwierdził Frank, zerkając na niego kątem oka. Obelgi były w ich rozmowach zupełnie normalne, ale Frank mówił poważnie. Rano o tej porze Bruce był zazwyczaj świeżo umyty, włosy miał przyczesane i ułożone, a ubranie wyglądało na tyle dobrze, na ile było to możliwe. Ale nie dzisiaj.

Bruce’a stać było tylko ma burknięcie w odpowiedzi.

Szli w przyjaznym milczeniu. Pod podeszwami ich butów poskrzypywał cal świeżego śniegu. Chmury nad ich głowami trochę się rozeszły i światło pojaśniało. Dla zaczerwienionych oczu Bruce’a to była tortura. Mocno zacisnął powieki i zgrzytnął zębami.

– No proszę – westchnął Frank. – A co my tutaj mamy?

Bruce otworzył oczy.

Znajdowali się na południu, trzydzieści jardów od miejsca, które nie podlegało bezpośredniej obserwacji strażników na wieżyczkach. Po drugiej stronie ogrodzenia bez ruchu stała jakaś postać – musiała być odważna albo zdesperowana, bo strażnicy raczej nie zachęcali miejscowych do kontaktów z osadzonymi. Sądząc po ubraniu, była to stara kobieta – miała na sobie bezkształtną, wełnianą sukienkę oraz dziergany szal z czarnymi frędzlami.

Jej obecność była czymś niezwykłym, czymś odstającym od monotonii życia obozowego.

– Chodź – powiedział Bruce. – Zobaczymy, czego chce.

Frank rozejrzał się uważnie. Nie było widać żadnych strażników, ale to nic nie znaczyło. W każdej chwili ktoś mógł się pojawić.

– Lepiej nie – mruknął. – Jak kogoś zobaczą, to zastrzelą.

– Nieee – przeciągnął Bruce. – Nic jej się nie stanie.

Kac trochę odpuścił. Odzyskał chęć do życia.

Frank został tam, gdzie stał. Bruce dziarsko podszedł do ogrodzenia. W przeciwieństwie do większości obozów dla jeńców wojennych, gdzie były podwójne ogrodzenia, które dzieliło dziesięć jardów martwej ziemi, Stalag XVIIID, w którym mieściły się baraki armii słoweńskiej, otoczony był pojedynczym, wysokim płotem z drutu. Pomimo niebezpieczeństwa miejscowi czasami przychodzili, żeby przehandlować jajka, chleb czy wełniane rękawiczki za rzadkie dobra luksusowe, takie jak konserwy mięsne czy czekolada, które trafiały do obozu w paczkach Czerwonego Krzyża.

Kobieta obserwowała, jak się zbliżał. Pochylona i bezkształtna, przypominała Bruce’owi starą Sis Moore, która terroryzowała okoliczne dzieciaki, gdy dorastał. Krążyły plotki, że dzieciaki, które szwendały się po jej ziemi, biła – a nawet zjadała.

– Dzień dobry – powiedział, gdy zbliżył się do ogrodzenia, i uśmiechnął się.

Kobieta zrobiła krok do przodu i wyciągnęła do niego ręce. Gdy na niego spojrzała, uśmiech zamarł mu na ustach – pod frędzlami szala jej oczy były zielone i bez wątpienia młode.

– Bitte – powiedziała. – Bitte, hilf mir.

Powiedziała więcej – kilka zdań cichym, naglącym głosem, głosem młodej kobiety – ale Bruce nie znał niemieckiego. Zrozumiał prośbę o pomoc, ale reszty już nie. Pokręcił głową.

– Przykro mi – zaczął mówić, ale zamilkł. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po jego ramionach, a jej oczy – piękne oczy, co zauważył – lekko się rozszerzyły.

– Bitte – powtórzyła i znowu wyciągnęła dłoń w stronę ogrodzenia.

Bruce wyciągnął swoją i poczuł, że wpycha mu w palce skrawek papieru. A potem zniknęła. Można by uznać, że byli świadkiem cudu, gdy starucha się wyprostowała, uniosła skraj sukienki i jak gazela pomknęła w dół łagodnego wzgórza, w stronę odległych o jakieś sto jardów drzew.

– Halt!

Bruce się odwrócił i zobaczył, że obok Franka idzie jeden ze strażników, unosząc karabin. Machnął na Bruce’a, żeby usunął się z drogi, ale ten się nie ruszył. Strażnik zrobił krok w lewo, by mieć czysty strzał. Bruce zrobił krok w prawo, blokując go.

– Halt! – znowu wrzasnął strażnik głosem pełnym wściekłości.

– Uciekaj! – ryknął Bruce, nie spuszczając wzroku ze strażnika. – Szybciej!

Rozszczekały się psy, wydając dziki, zajadły dźwięk. Strażnik zrobił krok, by wyminąć Bruce’a, ale Bruce opuścił ramię i pchnął go. Zamiast strzelić do uciekającej dziewczyny Niemiec odwrócił się do niego. Twarz miał bladą ze złości i wypluł z siebie coś po niemiecku. Bruce uśmiechnął się do niego. Strażnik uniósł broń, ale gdy Bruce nawet nie drgnął, opuścił ją, zmienił uchwyt i walnął go kolbą. Bruce zdążył się odwrócić i przyjął uderzenie na dolną część pleców.

– Gnojek! – powiedział.

Teraz znowu czuł się żywy. Kac mu przeszedł. Patrzyli na siebie ze strażnikiem, ich oddechy parowały w powietrzu. Po kilku chwilach Niemiec zaklął, splunął na ziemię i odszedł z zamiarem – Bruce nie miał co do tego żadnych wątpliwości – narobienia mu kłopotów.

Dołączył do Franka.

– Udało się jej? – spytał.

– Nie wiem. Szybko biegła. Chyba coś sobie zrobiła tuż przed tym, jak dotarła do drzew. Musiała się zranić. Resztę drogi się czołgała. Jeśli puszczą za nią psy, to już po niej.

Psy nadal ujadały. Ale gdy Frank i Bruce wrócili do swojego popisu nonszalancji, ich jazgot zaczął przycichać. Ktoś krzyknął na nie po niemiecku. Minutę czy dwie później w obozie znowu zapanowała cisza.

– No i co, warto było dać sobie skopać dupę? – powiedział Frank. – Co ci dała?

Bruce ukradkowo otworzył dłoń i pokazał Frankowi kawałek papieru.

– Okantowała cię – stwierdził Frank.

Bruce tak nie uważał, nadal był pod wrażeniem tego spotkania. Przynajmniej było czymś interesującym. I przeszedł mu kac.

ROZDZIAŁ DRUGI

JOSEFINE, MARIBOR,

12–15 LUTEGO 1942

Tego dnia, gdy wszystko się zmieniło – 12 lutego 1942 roku – Josefine Lobnik szła po ulicach starej części Mariboru, zmierzając w stronę Vetrinjskiej, jak wcielenie wzruszającej niewinności. Ubrana była w stylu typowym dla Słowenek: miała czarną, sięgającą kostek spódnicę z wysokim stanem, białą, haftowaną bluzkę i czerwony płaszczyk z jedwabną podszewką. Cudowną falę jej kruczych włosów podkreślała obszyta koronką mantylka, a pod podszewką płaszczyka miała paczuszkę z dokumentami, które przenosiła między jedną a drugą grupą partyzantów.

 

Gdy znalazła się w pobliżu targu Glavni – jak większość Słoweńców, odmawiała nazywania placu miejskiego Adolf-Hitler-Platz, co zarządził nazistowski okupant – nagle wszędzie zaroiło się od niemieckich żołnierzy. Oddech uwiązł jej w gardle. Odkrycie dokumentów, które miała przy sobie, oznaczałoby nie tylko wyrok śmierci dla niej, ale także doprowadzenie do zdemaskowania wielu słoweńskich patriotów.

Żołnierze, grożąc karabinami, spędzili wszystkich na centralny dziedziniec. W pierwszej chwili Josefine sądziła, że zostanie aresztowana i przeszukana, ale gdy tylko znalazła się na placu, zrozumiała, co się działo.

Na rynku stała ciasno ściśnięta grupa dwudziestu ludzi. Z dachu Rotovž, pięknego ratusza w stylu renesansowym, zsuwały się zaspy białego puchu, spadając na ramiona zebranych. Śnieg prószył z ołowianego nieba i zmiękczał krawędzie budynku Ludvigshof i innych budowli o stromych dachach, które oskrzydlały plac; to powinna była być piękna scena. Jednak każdego wyjścia strzegli niemieccy żołnierze w swoich szarych mundurach, a tych kilku, którzy stali parę kroków od dwudziestu jeńców, trzymało pistolety automatyczne.

Przez tłum przemknął jęk przerażenia, gdy ludzie, tak jak Josefine, uświadomili sobie, czego świadkami mają być. Żołnierze zmusili mężczyzn i kobiety, by z grubsza ustawili się w rzędzie, a z tłumu zaczęły się podnosić okrzyki rozpaczy, w miarę jak widzowie rozpoznawali twarze. Wszyscy znali niskiego, baryłkowatego Miljenkę. Nikt nie pamiętał jego nazwiska, ale każdy kojarzył jego nalaną, czerwoną twarz z bulwiastym nosem poznaczonym niebieskimi żyłkami. Zawsze kręcił się gdzieś po centrum Mariboru, albo śpiąc w bramach, albo szwendając się po ulicach, niezmienne roztaczając woń taniego wina.

Josefine rozpoznała także Franca Gudeka, przyjaciela jej ojca. Franc miał dobrze po siedemdziesiątce, niegdyś handlował książkami, a obecnie był na emeryturze. Był drobnym człowiekiem o łagodnym sposobie bycia, uduchowionych oczach o opadających powiekach, wąskich, przygarbionych ramionach, ze smutnym uśmiechem na wąskich wargach i przerzedzonych, śnieżnobiałych włosach. Zawsze drżały mu wargi, a w lewym oku miał niekontrolowany tik, co razem dawało efekt taki, jakby miał zaraz zalać się łzami.

Josefine wzdrygnęła się, gdy rozpoznała też dwóch z braci Milaveców: Albina i Marjana. Albin miał osiemnaście lat, tyle samo, co Josefine; Marjan był o rok młodszy. Obaj byli wysocy, ale drobnej budowy, Marjan z brązowymi włosami zaczesanymi do tyłu, a Albin z czarnymi jak węgiel lokami rozdzielonymi przedziałkiem na środku. Josefine spotykała się z Albinem na niektórych lekcjach w szkole. Nie znała go dobrze, ale był pilny i zawsze wobec niej grzeczny – z pewnością nie był to typ, który wdawałby się w bójki na szkolnym boisku. O ile Josefine było wiadomo, nikogo nie skrzywdził.

– Albin – jęknęła. – Dlaczego ty?

Spojrzał na nią stojący obok mężczyzna.

– Bez powodu – powiedział. – To mógł być ktokolwiek. Mogłaś to być ty albo ja. Wszystko przez to, co się tam stało.

Kciukiem wskazał w kierunku Pohorje, gór wznoszących się na zachód od miasta. Josefine wiedziała lepiej niż ktokolwiek, że kilka dni wcześniej na zalesionych zboczach partyzanci zasadzili się na niemiecki patrol. Kiepsko wyposażeni partyzanci nie powinni się porywać na tego zdyscyplinowanego wroga z jego nowoczesną bronią, ale znajomość trudnego terenu dawała im znaczącą przewagę, zwłaszcza zimą, gdy głębokie, podstępne zaspy sprawiały, że warunki były jeszcze trudniejsze. W wyniku krótkiego i gwałtownego starcia zginęło czterech Niemców. Straty po stronie partyzantów to dwóch lekko rannych – i triumfowali po cichu, gdy wracali do swojej górskiej kryjówki i bezpiecznej, dobrze ukrytej bazy. Radosny nastrój panujący w pewnych, tajnych kręgach Mariboru był podszyty niepokojem ze względu na złe przeczucia. Wszyscy wiedzieli, że dowódca sił okupacyjnych wydał dyrektywę, zgodnie z którą za śmierć każdego Niemca życie straci pięćdziesięciu Słoweńców. Raczej dla wygody niż z litości na targu Glavni zgromadzono tylko dwadzieścia osób. Ofiary zostały wybrane zasadniczo losowo; po prostu było to pierwszych dwadzieścia osób, na które naziści się natknęli na placu. Dla nich ten dzień zaczął się jak każdy inny – kupowali chleb, zajmowali się swoimi obowiązkami, wyprowadzali psy, oraz, w przypadku Miljenki, pili wino – teraz jednak wszystko to miała zakończyć śmierć. Pół godziny wcześniej, a w sieć katów wpadłaby także sama Josefine.

– Ale oni nawet nie są partyzantami – powiedziała Josefine, po czym z przestrachem zerknęła na mężczyznę, uświadamiając sobie, co mógł wywnioskować z jej słów.

Skinął głową.

– No właśnie – mruknął ponuro.

Cztery ofiary, w tym Franc i Albin, spoglądały na swoich katów, mając w oczach wyłącznie pogardę i bunt. Franc miał zupełnie nieruchomą twarz; Josefine myślała o tym, że nie doceniała jego odwagi. Na biednego Albina ledwie była w stanie patrzeć.

Niemiecki oficer próbował przemówić, ale jego głos utonął pośród płaczu tłumu. Jego frustracja rosła. Zgromadzeni jęknęli, gdy dwóch z dwudziestu zemdlało, a stojący obok dźwignęli ich z powrotem na nogi, podtrzymując ich w pasie.

Ktoś zawołał, żeby wezwać księdza, by udzielił ostatniego namaszczenia, a okrzyk został podchwycony przez tłum. Prośba została zignorowana. Potem, znienacka, jedna z ofiar zaczęła mówić. W głosie mężczyzny był strach, ale także bunt.

– Naš Oče, ki je v Nebesih… Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Dwudziestka złapała się za ręce. Tłum momentalnie zamarł, a potem dołączył do modlitwy ofiar. Nawet Miljenko, który był permanentnie pijany, a poza tym uważany za nieco opóźnionego, wydawał się wiedzieć, co się stanie. Pochylił ramiona i mamrotał z innymi.

Zanim modlitwa dobiegła końca, jedna z kobiet stojących w rzędzie osunęła się, padając na ziemię mimo wysiłków pozostałych, żeby ją podtrzymać. Rozległo się ostre szczeknięcie ognia maszynowego. Josefine nie dosłyszała rozkazu, by otworzyć ogień. W tłumie narastał jęk. Z zakamarków i daszków starych, kamiennych budynków otaczających plac setki gołębi poderwały się do lotu tak, jak te oszołomione dusze. Na wydeptanym śniegu pod bezładną stertą ciał rosła szkarłatna plama.

Spokojnie, bez pośpiechu, nazistowski dowódca dobył z kabury swojego walthera P38 i podszedł do tej kobiety, która zemdlała; teraz szlochała, leżąc na ziemi. Wycelował starannie i dwukrotnie strzelił jej w głowę. Krzyki tłumu zostały wzmocnione przez mroczny pomruk. Może jednak, ponuro pomyślała Josefine, Adolf-Hitler-Platz było odpowiednią nazwą.

– Kundle – wyszeptała.

– Tak – zgodził się mężczyzna obok niej. – Sądzą, że to zastraszy nas tak bardzo, że nie będziemy wspierać partyzantów. – Splunął na ziemię. – No, to się zdziwią.

Z wyjątkiem kilku osób, które próbowały dostać się do ciał – i były trzymane na muszce, by się nie zbliżyły – tłum zaczął się rozchodzić. Josefine pozwoliła mu się ponieść. Jej początkowy, tępy szok zastąpiła dzika, bezlitosna wściekłość. Przy wyjściu z placu stał wyglądający na przestraszonego niemiecki żołnierz, potrącany przez tych, którzy go mijali; Josefine, przechodząc, opluła go.

– Mam nadzieję, że spłoniecie w piekle! – krzyknęła, ale jej klątwa zginęła pośród głośniejszych przekleństw ciskanych przez innych.

Zupełnie przestała myśleć o tym, że ma zadanie do wykonania. Dokumenty spoczywały bezpiecznie w sekretnej kieszonce jej płaszcza, ale o ile tego popołudnia wyruszyła z poczuciem, że zrobi wszystko, żeby sprzeciwić się okupacji, teraz miała wrażenie, że to zdecydowanie za mało. Przysięgła sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy – poświęci własne życie, jeśli to będzie konieczne – by uwolnić swój kraj od nazistowskiej zarazy.

Gdy zmierzała w stronę mostu, który musiała pokonać po drodze do domu w wiosce Limbuš, poczuła nagły, przemożny dreszcz. Właśnie o dom chodziło; cały czas chodziło o dom. Gdy przed dziesięcioma dniami aresztowano jej brata, Poldego, była pewna, że był bezpieczny. W niewoli, ale bezpieczny. Słyszała pogłoski o masowych egzekucjach – że młodych mężczyzn i kobiety wleczono do lasów otaczających miasto i rozstrzeliwano – ale tyleż w nie powątpiewała, co, jeśli miała być ze sobą szczera, nie chciała zmierzyć się z prawdą. Tak, jak inne koszmary wojny, wydawało się to zbyt odległe. Teraz jednak, po tym, czego świadkiem była na targu, nagle wszystko, co najgorsze, zyskało upiorny rys prawdopodobieństwa.

Gdy była blisko domu, zaczęła biec, początkowo powoli, potem szybciej, jakby w pięty kąsał ją strach. Gdy wpadła przez drzwi, natychmiast wybuchła płaczem.

W drzwiach kuchennych pojawiła się jej starsza siostra, Anica.

– Pepi, co się stało? – spytała, zwracając się do Josefine tak, jak nazywano ją w rodzinie. – Co się stało?

Josefine pokręciła głową, nie będąc w stanie mówić. Anica ją przytuliła i pogładziła po włosach.

– Co się dzieje? – powtórzyła po minucie czy dwóch, gdy Josefine wciąż szlochała. Mówiła tym płaskim, pozbawionym emocji tonem, którym posługiwała się, odkąd kilka tygodni wcześniej pojawiła się po swojej niewyjaśnionej nieobecności. To był głos osoby, która przeżyła horror i spodziewa się, że przeżyje go ponownie.

– Anica – wyszeptała Josefine. – Zabili Franca. Franca Gudeka. Zastrzelili go, i innych też. Albina, Marjana…

Nie była w stanie mówić dalej.

– Albina? Chłopaka Milaveców? – spytała Anica.

Josefine skinęła głową.

– I jego brata, Marjana.

– To tragedia. Byli tacy młodzi. Ojciec będzie zdruzgotany – powiedziała Anica. – Franc był dobrym przyjacielem. Dobrym człowiekiem. Powiedz mi, co się stało.

– Zastrzelili dwadzieścia osób na placu targowym – chlipnęła Josefine. – Dwadzieścia. Po prostu… ich zastrzelili.

Potrząsnęła głową, żeby pozbyć się tego powidoku: czarnych wzgórków ciał i rozszerzającej się plamy pod nimi. Trzasku pistoletu: raz, dwa. Spazmatycznego drgania nogi tej kobiety. Josefine widywała już zwłoki – wyznający katolicyzm Słoweńcy odprawiali czuwania przy martwych w otwartych trumnach – ale nigdy nie widziała, jak ktoś umiera, nie mówiąc już o gwałtownej śmierci.

Anica milczała. Obejmowała Josefine i mechanicznie gładziła jej włosy.

– Polde – zdołała wykrztusić Josefine. – Co z naszym drogim bratem?

– Musimy mieć nadzieję na najlepsze. – Anica wyrecytowała rodzinną mantrę, ale w jej głosie brakowało spokoju. – Zatrzymują ludzi za nic, te bydlaki – powiedziała po chwili, niemal jakby mówiła do siebie. – Bez namysłu wymordują nas wszystkich. Dla tych świń życie Słoweńca nie ma żadnej wartości.

Josefine słyszała, jak inni mówią to samo, jednak po raz pierwszy poczuła, że w tych słowach jest prawda.


Rano po wydarzeniach na targu Glavni Josefine ponownie przekroczyła most do Mariboru. Tym razem spotkała się ze swoim kontaktem i przekazała dokumenty. Potem rozpoczęła poszukiwania brata. Ktoś, jak uznała w trakcie długiej, bezsennej nocy, musi coś wiedzieć.

Na wszelki wypadek porozmawiała ze starymi przyjaciółmi Poldego. Szukała ludzi, którzy często go odwiedzali. Męczyła swoje kontakty w ruchu partyzanckim, rozmawiała nawet z tymi, o których wiedziała, że zostali aresztowani przez nazistów, a potem zwolnieni. Kilku ludzi wiedziało, że Polde został pojmany – takie wieści szybko się rozchodzą – ale nikt nie potrafił powiedzieć nic o okolicznościach jego aresztowania, i nikt nie miał najbledszego pojęcia, co się z nim dzieje. Najlepsza przyjaciółka Josefine, Jelena Kunstek – Jelka – pracowała nocami jako sprzątaczka w Kommandantur, niemieckim biurze administracyjnym, i często miała dostęp do informacji, które przekazywała ruchowi oporu, ale nawet jej nie udało się znaleźć niczego, co rzuciłoby jakieś światło na los Poldego.

Josefine, odkładając na bok niechęć, zawitała nawet do znajomej sprzed wojny, którą podejrzewała o kolaborację, ale ta kobieta też niczego nie słyszała.

Ludzie mieli natomiast różne teorie. Być może Polde został wysłany na północ, do Austrii, albo na wschód, do Niemiec, gdzie podobno były obozy dla „przesiedlanych” dysydentów? Może marnieje w którymś z lokalnych więzień, jak to pod zamkiem Maribor? To oznaczałoby, że jest torturowany; Josefine odpychała od siebie myśl, że to mogłaby być prawda. Żadna z osób, z którymi rozmawiała, nie wspomniała o innej możliwości, tej, o której nie miała śmiałości myśleć: że ciało Poldego spoczywa w płytkiej mogile, gdzieś w lesie. Ale ta myśl i tak była, niewypowiedziana.

 

Jedyny cień nadziei dał jej człowiek powiązany z partyzantami, który miał przyjaciół często wzywanych do Stalagu XVIIID, obozu jenieckiego na obrzeżach Mariboru, by dokonać różnych napraw. Josefine wiedziała, że Słoweńcy byli przetrzymywani w części wschodniej, i spytała, czy byłaby możliwość, żeby tam popytać, ale mężczyzna pokręcił głową.

– Moi przyjaciele nigdy tam nie chodzą. A z zewnątrz nie da się porozmawiać z więźniami. Słowiańska część jest zbyt mocno strzeżona. Nie uda ci się tam podejść.

Na widok wyrazu twarzy Josefine mówił dalej.

– Jedyna szansa, żeby się dowiedzieć, czy twój brat tam jest, to znaleźć kogoś, kto mógłby popytać pośród angielskich więźniów. Oni być może byliby w stanie dowiedzieć się czegoś od Słowian.

– A jak mogłabym porozmawiać z Anglikami? – spytała podniecona Josefine.

– Ludzie czasami chodzą tam handlować – odparł. – Jest takie miejsce przy ogrodzeniu, gdzie strażnicy niezbyt często się zapuszczają. – Zamilkł na moment. – Powiedziałaś „ja”. Chyba nie masz zamiaru sama próbować, co? To zbyt niebezpieczne.

– Oczywiście, że nie – skłamała Josefine. – To była figura retoryczna.


Josefine dowiedziała się, że angielscy więźniowie, normalnie kierowani do zakładów pracy, niedziele spędzali w obozie. A ponieważ był to dzień odpoczynku, ci, którzy mieli odwagę przenosić kontrabandę do Stalagu XVIIID, uważali ten dzień za najbezpieczniejszy, bo również strażnicy wydawali się na to patrzeć przez palce.

Zatem w niedzielę Josefine stała, drżąc, na skraju lasu u stóp wzgórza, na którym wznosiło się ogrodzenie z drutu kolczastego otaczające obóz. Ubrana była jak staruszka – jej zwykłe przebranie, gdy wykonywała zadania dla mariborskiego ruchu oporu – ale licha sukienka z wełny nie nadawała się tę pogodę. Chłodny wiatr przewiewał ją na wskroś.

Żołądek miała ściśnięty. Wiedziała, że Niemcy strzelają do każdego, kto w pobliżu ogrodzenia zachowuje się podejrzanie – albo, wcale nie lepiej, spuszczają za nim psy. Podczas swoich zadań w Mariborze wielokrotnie ryzykowała, ale niebezpieczeństwo zawsze wydawało się czymś abstrakcyjnym. Teraz, mając w głowie świeże wspomnienie z targu Glavni i z widocznymi raz po raz strażnikami, którzy z karabinami na ramieniu patrolowali teren obozu, było aż nadto realne.

Dwukrotnie już zebrała się na odwagę, żeby ruszyć w stronę ogrodzenia, gdy pojawiał się strażnik i z walącym sercem musiała przykucać między drzewami. Przyszło jej do głowy, żeby może lepiej dać sobie spokój z tą wyprawą, ale liścik, który miała w kieszeni, sprawiał, że czekała. Wreszcie, gdy strażnik niespiesznie minął płot i zniknął za rogiem budynku, wzięła głęboki wdech i zmusiła się, żeby ruszyć.

To było najdłuższych sto jardów w jej życiu. Gdy dotarła do ogrodzenia, nikogo tam nie było. Zupełnie, jakby obóz spał. Na to nie była przygotowana. Zakładała, że będzie tu ktoś, komu od razu będzie mogła przekazać liścik i uciec. Zamiast tego zmuszona była, żeby tam stać, czując, że rzuca się w oczy tak, jak gdyby była naga.

Wreszcie zobaczyła dwóch mężczyzn, obu w obcych mundurach. Zgadywała, że byli to Anglicy. Jeden z nich ją zobaczył i przystanął. Drugi uniósł wzrok.

Po chwili ten drugi ruszył w jej stronę.

– Proszę – powiedziała po niemiecku, wyciągając liścik. – Proszę, pomóż mi. Naziści zabrali mojego brata i sądzimy, że może być tutaj więziony. Nie ma go od dwóch tygodni.

Spojrzała mu prosto w twarz. Był nieogolony i miał zaczerwienione oczy, a na koszuli podejrzane smugi. Zobaczyła, jak zareagował, gdy dojrzał jej twarz: dłoń instynktownie podniósł do włosów – dziwny gest, biorąc pod uwagę, jakie były tłuste i niechlujne.

Mężczyźni, pomyślała. Są w stanie myśleć tylko o tym, jakie wrażenie robią na kobietach.

– Proszę, pomóż mojej rodzinie dowiedzieć się, co się z nim stało – powiedziała.

Mężczyzna zaczął coś mówić po angielsku, ale uwagę Josefine przyciągnął jakiś ruch za jego plecami – błysk szarości. Niemiecki żołnierz.

Wepchnęła karteczkę przez druty, a tamten mężczyzna ją wziął. Żołnierz krzyknął, ona zaś odwróciła się i pobiegła, w każdej chwili spodziewając się strzału. W panice oddychała szybko i chrapliwie, aż bolało ją gardło. Wydawało się, że las w ogóle się nie przybliża.

Rozległ się kolejny krzyk, potem jeszcze jeden. Nadal nikt nie strzelał. Do drzew miała dwadzieścia jardów. Teraz zaczęły szczekać psy, a ją przepełnił atawistyczny, pierwotny strach. Właśnie wtedy o coś się potknęła – o kamień, korzeń, dziurę w ziemi – i noga wykręciła jej się boleśnie. Krzyknęła i upadła naprzód. Kolano zapłonęło bólem. Próbowała się podnieść, ale kolano nie było w stanie utrzymać jej ciężaru. Gorączkowo zaczęła się czołgać w stronę drzew.

Błagam, myślała. Błagam. Tylko nie psy.