Jak być przyzwoitym człowiekiem?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Wstęp

Przyzwoitość. Kilkanaście liter, a tyle treści. Czy przestępca, który nie wydał kumpla przestępcy, jest przyzwoity? Zachował się honorowo. Ale czy przestał być złoczyńcą? Czy zmazał tym swoją winę? Honor i honor złodzieja, moralność – ta prawdziwa, ta Kalego i pani Dulskiej, dobro i zło. Nie da się tego zważyć, nie da się zmierzyć. Ale można – a nawet trzeba – o tym mówić. Powołując się na dekalog, na Immanuela Kanta, na dziadka, na bohaterów wojen i szkolnych lektur. Na duchownych i uczonych, na polityków i dziennikarzy. Choć przyzwoitość to słowo – jak mówi profesor Mikołejko – „otwarte“ i każdy z nas może mu nadać własne znaczenie, w tradycyjnym rozumieniu oznacza zachowanie, którego nie musimy się wstydzić. Takie, które nikomu nie wyrządzi krzywdy. Nie zrani. Nie upokorzy. Ale też nie nadszarpnie naszej reputacji. Tylko jak to się ma do doniesień z pierwszych stron tabloidów, do serwisów plotkarskich i tweetów popularnych polityków? Czy nie jest tak, że dzisiaj sycimy się nieprzyzwoitością? Chcemy ją oglądać, chcemy o niej czytać, pławimy się w niej? Zapomnieliśmy, co to przyzwoitość. Nikt nas tego nie uczy, nikt nam tego nie przypomina. Kiedyś robił to dom. Dzisiaj matkę i ojca zastępuje sieć − pełna wszystkiego, tylko nie autorytetów. Ich miejsce zajmują ludzie oferujący proste lekarstwa na skomplikowane choroby. Gotowi w każdej chwili powiedzieć to, co chcemy usłyszeć. Pokazać winnych. Wiele obiecać, niewiele wymagając w zamian. A to zawsze kusi.

To nie jedno czy drugie ugrupowanie polityczne jest w opozycji. W opozycji jest przyzwoitość. Ta słynna linia podziału przebiega nie między zwolennikami tej czy innej partii politycznej. Ona przebiega pomiędzy tymi, którzy przyzwoitość uważają za niepotrzebną przeszkodę do osiągnięcia celu, i tymi, którzy – może utopijnie – wierzą, że to ona jednak uchroni świat, który znamy, przed zagładą.

W tej książce głos zabrali bohaterowie prawej strony, lewej strony i środka sceny politycznej. Przedstawiciele różnych pokoleń, wielu zawodów. Katolicy i ateiści, duchowni i świeccy, heteroseksualni i zdeklarowani geje. Ich poglądy bardzo się różnią. Ale wartości – łączą. I to jest moim zdaniem dla nas nadzieja. Bo koniec końców każdy wie, że nie warto być świnią. Warto być przyzwoitym człowiekiem. Wtedy się lepiej śpi.

Bardzo dziękuję wszystkim moim rozmówcom za poświęcony czas, szczerość i odwagę w wygłaszaniu swoich sądów.

Dorota Wellman

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

OJCIEC PAWEŁ GUŻYŃSKI
Niekorzystna przysięga

Co to znaczy być przyzwoitym człowiekiem? I czy dla Ojca jest to jednoznaczne z przestrzeganiem dziesięciu przykazań?

Kiedy w chórze zakonnym odmawiam psalmy, przynajmniej raz w miesiącu recytuję wersety: Kto będzie przebywał w Twym przybytku, Panie, kto zamieszka na Twojej świętej górze? […] ten, kto dotrzyma, choć przysiągł ze swoim uszczerbkiem (Ps 15). Od dawna właśnie z tym kojarzy mi się przyzwoitość. Człowiek przyzwoity robi coś więcej niż samo przestrzeganie przykazań. On dotrzymuje przysięgi także wówczas, gdy przestrzeganie przykazań powoduje jego uszczerbek! Przyzwoity człowiek zrobi to, co obiecał; potrafi być sprawiedliwy, gdy życie, mówiąc sprawdzam, ograbia go w sposób niesprawiedliwy. Michnikowski na cześć Dudka śpiewał takie słowa:

„Bo u mnie tak jest przyjęte,

że słowo musi być święte,

zachcieło się, zabrnęło się,

wypsynęło się − i siup!

Bo jakby mnie się tak zdarzyło,

żebym w takim stanie był,

to ja umarłbym ze wstydu,

gdybym potem nadal żył.

Bo wszystko może być dęte,

a słowo musi być święte,

umierałeś według własnych słów,

to jest chamstwo chodzić zdrów!

Tak jest”.

Jest jeden wzorzec przyzwoitości?

Nie ma jednego wzorca przyzwoitości. Przyzwoitość jest bliska temu, albo ma coś wspólnego z tym, co w prawie nazywa się epikeią, czyli gdy wykładni przepisu dokonuje się w myśl domniemanego zamiaru prawodawcy, a nie według samej litery prawa. Dzieje się tak dlatego, ponieważ przepisy prawa zawsze odstają od fenomenu, jakim jest życie. Wtedy potrzeba rozsądku, mądrości i doświadczenia sędziego, który rozsądzi sprawę, która wykracza poza obszar znanych przypadków. Z przyzwoitością jest podobnie. Życie ciągle tworzy podobne, lecz odmienne sytuacje, w których przyzwoitość niejedno ma imię. Na przykład sprawa spadku. W jednym przypadku przyzwoitym będzie domagać się spadku, tego, co się nam słusznie należy. W innym − przyzwoitym będzie nawet nie wspomnieć o tym, że coś powinienem dostać, choć wedle litery prawa należy mi się niewątpliwie. Przyzwoitość to cnota w działaniu, odnalezienie słusznej miary dla jakiejś sytuacji.

Warto być przyzwoitym człowiekiem, czy to się nie opłaca?

Wszystko zależy od tego, jakie kto ma podejście do życia. Jeśli jest się zwolennikiem podejścia ściśle utylitarnego, czyli moja korzyść jest rzeczą nadrzędną, to nie opłaca się być przyzwoitym. Przyzwoitość nader często nie popłaca, bo nie rachuje korzyści. Ale jeśli popatrzymy na życie w sposób bezinteresowny, to doświadczymy szczęścia, jakiego nigdy nie posmakują pragmatyczni utylitaryści. Powołała się Pani na profesora Bartoszewskiego. On doświadczył tego, że życie jest na ogół historią tragiczną, że możesz zostać zamknięty w obozie koncentracyjnym bez własnej chęci, zgody i wyboru i wtedy przyzwoitość odgrywa fundamentalną rolę. Czy zachowasz się tak jak profesor lub Maksymilian Maria Kolbe i inni, którzy potrafili w tym odczłowieczonym świecie ocalić siebie, niekoniecznie ocalając życie. Odchodzić z tego świata w poczuciu, że żyłem bezinteresownie − jeśli życie na tym ostatecznie polega, to przyzwoitość jest bezcenna.

Czy przyzwoitość jest nam dana raz na zawsze?

W żadnym wypadku. Przez różnorodność sytuacji, w jakich życie nas stawia, może być tak, że dziewięć razy zdamy egzamin, a dziesiątego już nie, bo będzie dla nas za trudny. I zrobimy coś nieprzyzwoitego. Obudźmy wyobraźnię: trafiamy do banku, który nie jest strzeżony, pełen pieniędzy i możemy z niego wynieść swobodnie, ile ich tylko uniesiemy, i nikt tego nigdy nie wykryje, nie będzie żadnych śladów i dowodów. Nikt nas nigdy nie złapie i nie skarze. Zrobisz to czy nie zrobisz? Często właśnie w ten sposób życie nas sprawdza. Człowiek jest ambiwalentny, jest dynamiczny i nic w nim nie jest raz na zawsze. Ale zawsze może wszystko w sobie zachować. Ta nasza zmienność nie sprawia, że musimy się złamać. Nie jesteśmy bezwzględnie zdeterminowani w tym względzie. Przyzwoitość przez całe życie wymaga dużo pracy i wysiłku, ale wszystko, co dobre i szlachetne, nie jest łatwe.

Skąd się w nas bierze przyzwoitość?

To bardzo złożone zagadnienie. Jednego czynnika wymienić się tu nie da. Część badaczy tej problematyki jest przekonana, że decydujące jest reprodukowanie przekonań, postaw, wyobrażeń i uczuć. Przyzwoitość jest dla nich tworem nade wszystko kulturowym, kontekstualnym, uwarunkowanym środowiskowo. Względem takiego ujmowania sprawy, nie tylko jako osoba religijna, mam swoje zastrzeżenia. Oprócz czynnika kulturowego, czynnika psychologicznego, intelektualnego jest jeszcze element życia duchowego. Moim zdaniem analiza biografii wielu osób znacznie osłabia wspomniane stanowisko. Jedni ludzie mówią − właśnie dlatego, że byłem krzywdzony w życiu, nie będę tak postępował. A inni rzekną − właśnie dlatego, że byłem krzywdzony, będą krzywdzić innych do końca świata. Jak te wybory dokonują się w człowieku, że szala przechyla się na którąś stronę? Sądzę, że decyduje o tym czynnik duchowy. Jeśli ten pierwiastek uwolni się w nas od uwarunkowań lub im ulegnie, to wszystko jest możliwe. Tego, co o tym decyduje, nie widać gołym i technicznie uzbrojonym okiem. Widzimy włosy, oczy, ręce, nogi, znamy czyjeś środowisko, ale tego kim jesteśmy sami w sobie, nikt nie widzi, tylko Bóg.

Czy między pojęciami człowiek przyzwoity i katolik możemy postawić znak równości?

Absolutnie nie. Znakomity punkt wyjścia w postaci Ewangelii niczego nie gwarantuje.

Czy przyzwoitość jest nudna? Nie tworzy, nie kreuje bohaterów.

Tu przypominają mi się rozważania Umberta Eco o nudzie. Autor dokonuje zjadliwej krytyki mentalności ludzi znudzonych życiem, poszukujących zewnętrznej, zmysłowej stymulacji. Oni chętnie sięgają po wszelkie lubrykanty, gdy tryby życia się im zacierają, żeby tylko coś się działo. Eco ma rację, że świadczy to o płyciźnie przeżywania człowieczeństwa. Matematyka jest nudna, więc nie będę się jej uczył. Prawda też jest nudna, a jaka nudna jest sprawiedliwość. Jednak bez tego wszystkiego nie możemy się obyć. Na trzy lata przed wstąpieniem do zakonu, w 1989 roku, kiedy pracowałem w branży budowlanej, przerażały mnie dyskusje robotników wokół nadchodzących zmian. Mówili często: dla mnie niechby i diabeł rządził, byleby mi było dobrze. Taka postawa jest doskonałym podglebiem nieprzyzwoitości. Tych ludzi nie obchodziła wolność, demokracja, wolne sądy i tak dalej. Dziś jest podobnie, dlatego nieprzyzwoitość się panoszy, a nudę rozpraszają na przykład seriale o cudzym życiu.

 

Jak i czy w ogóle reagować na nieprzyzwoitość?

Zdecydowanie tak. Jednak często nie reagujemy na nieprzyzwoite zachowania ze względu na potencjalne negatywne skutki takiego działania. Ci, którzy chcieliby zareagować, chowają głowę w piasek. Kiedyś wracając późną porą z podróży, wsiadłem przy dworcu do tramwaju. W wagonie byłem ja, młoda dziewczyna i trzech „nawalonych karków”. Zaczęli niesympatycznie zaczepiać tę dziewczynę. Ja, jak wiadomo, gabarytowo nie jestem imponującą osobą. Nadto nie posiadłem umiejętności bójki w żadnym stylu wschodnim czy zachodnim. I co tu zrobić? Odstawić klasycznego Rejtana i zebrać łomot? Czy może wymyśleć inny sposób działania? Czasami jesteśmy bezsilni i poczucie przyzwoitości nie wystarczy, żeby zaradzić w trudnej sytuacji. Jednak rezygnacja z przyzwoitego zachowanie oznacza, że pojutrze będziemy mieszkańcami getta, w którym rządzą karki. Odwróciłem się i spojrzałem na nich. Zwrócili uwagę na mnie, a dokładnie rzecz biorąc: na mój amerykański, wojskowy kapelusz. A ty co, na rybach byłeś? − zapytali. Skoncentrowali się na mnie, a dziewczyna wysiadła na najbliższym przystanku. Skorzystała z okazji. Rozmawiałem z karkami, starając się nie prowokować do agresji.

Czy nieprzyzwoitości należy się wstydzić?

Jako ksiądz odpowiem, że należy się z tego spowiadać. Dzisiaj, kiedy mówimy o nieprzyzwoitym zachowaniu, kojarzymy je najczęściej z brakiem kultury osobistej lub pyszałkowatością. Raczej zapomnieliśmy o skromności cielesnej. Jednak i ten aspekt trzeba uwspółcześnić. Przecież ogromną nieprzyzwoitością są zachowania seksistowskie wobec kobiet. Gwizdanie na widok biustu, klepanie w pupę, chamskie zaczepki, obleśne propozycje. Powinno się uczyć tego, co kiedyś było fundamentem savoir-vivre’u, zbioru zachowań przyzwoitych i nieprzyzwoitych wobec kobiet. To działało, bo osoby, które nie dopełniły etykiety, spotykała słuszna kara ostracyzmu społecznego.

Co zrobić, kiedy nie można zachować się przyzwoicie?

Będę się upierał, że zawsze można się zachować przyzwoicie. To tylko kwestia ceny, jaką się za to płaci.

Kto jest dla Ojca wzorem przyzwoitości?

Dla chrześcijanina oczywistym wzorcem jest Jezus. Nie chodzi mi tu o słodko-pobożną laurkę. To, co możemy o Nim przeczytać na stronach Ewangelii, jest opisem nieugiętej przyzwoitości. To osoba, która w najróżniejszych kontekstach społecznych mówiła i robiła to, co słuszne. No i zapłaciła za to najwyższą cenę. Niezwykle przyzwoitymi ludźmi były moja Babcia i moja Mama. Moja Mama była klasyczną przedwojenną toruńską mieszczanką, której pewne rzeczy nie mieściły się w głowie. Dla niej było zupełnie naturalne to, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi. Człowiek przyzwoity pewnych rzeczy nie robi i to jedyny rodzaj pewności, jaki możemy drugiemu człowiekowi ofiarować. Dlatego to jest takie cenne. Spotykam człowieka przyzwoitego i z jego strony nic mi nie grozi. Przyzwoity mężczyzna nie będzie bił kobiety, nie będzie jej poniżał i nie trzeba mu będzie tego tłumaczyć. Człowiek przyzwoity ma w sobie granice, których nigdy nie przekracza.

Ojcu zdarzyło się zachować nieprzyzwoicie?

Patrząc autokrytycznie, mam do siebie pretensje za zbytnią swobodę językową. Moja mowa czasami jest nieprzyzwoita. Kiedyś w „Piaskiem po oczach” ostro wypowiedziałem się o arcybiskupie Hoserze. Chociaż jego zachowanie było fatalne, to mogłem je nazwać bardziej elegancko. W debacie publicznej zdarza mi się przeszarżować. W czynach raczej jestem powściągliwy.

Dlaczego mamy w sobie taką dwoistość. Przyzwoitość w słowach i na sztandarach, a nie w czynach?

To historia stara jak człowiek, a kluczowe słowo to hipokryzja. Przepaść między słowami a czynami, rozdźwięk miedzy słowami a życiem. To tylko podkreśla wagę przyzwoitość. Bez niej jesteśmy obrzydliwie niespójni.

Jak w trudnych czasach zachować przyzwoitość?

Goethe napisał, że: „Pospolitym jest żyć według własnego upodobania. Człowiek szlachetny dąży do porządku i prawa”. Trzeba zatem być człowiekiem zasad. Ludzie, którzy nie są platonikami, bo nie są zapatrzeni bezinteresownie w świat doskonałości idei, raczej nie będą cenić prawdy, dobra, piękna dla nich samych. A ta bezinteresowność i przyzwoitość są ściśle ze sobą związane. Dlatego jeśli chcemy w trudnych czasach się ostać, to musimy wyjść z jaskini. Musimy mieć trzecie oko zapatrzone w prawdę, dobro, piękno i miłość. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie (Mt 5, 10). Kim są owi błogosławieni łaknący czegoś? To ci właśnie, co mają trzecie oko utkwione na przykład w idei sprawiedliwość. Patrzą i tęsknią. Wtedy relatywna trudność czasów, w jakich żyjemy, jest łatwiejsza do zniesienia.

Czy polityk powinien być przyzwoitym człowiekiem?

Niestety, postpolityka polega na tym właśnie, że współcześni politycy doszli do wniosku, że nie muszą być przyzwoici. Kiedyś najwybitniejszych polityków nazywaliśmy mężami stanu, właśnie z tego powodu, że to byli ludzie przyzwoici. Dawali przykład i bezpieczeństwo, bo wiadomo było, że pewnych rzeczy nie zrobią. Ostatnią osobą, którą pamiętam z takiego zachowania, był marszałek Marek Jurek. Udowodnił, że także w polityce pewnych rzeczy się nie robi. Chciałbym, żeby politycy każdej barwy politycznej właśnie tak postępowali. Życzyłbym sobie polityków przyzwoitych, którzy nie zmieniają ugrupowań i przekonań jak rękawiczek. Wierność zasadom prezentowali profesor Bronisław Geremek, profesor Krzysztof Skubiszewski, minister Krzysztof Kozłowski. To byli ludzie z gliny przyzwoitości. Najlepsi ludzie Solidarności tacy byli i na szczęście nie wszyscy jeszcze wymarli.

Jak często w kazaniach mówi się o przyzwoitości?

W najszerszym sensie tego pojęcia − o przyzwoitości mówi się stale. Jednak człowiek potrafi wszystko oswoić, bo gdy ksiądz mówi o przyzwoitości, to nas to przecież nie dotyczy. Sąsiadki tak, ale nie mnie. Kowalska owszem, Wiśniewski tak, wiadomo. Wszyscy myślimy o innych jako o nieprzyzwoitych, tylko nie o sobie.

Czy przyzwoitości da się nauczyć?

Z przyzwoitością jest tak: można komuś wyłożyć zasady, przepytać go z ich znajomości, ale czy to sprawi, że ten ktoś stanie się człowiekiem przyzwoitym? Nie sądzę. Zachodzi tu ta sama różnica, jaką odnajdujemy pomiędzy wiedzą i mądrością. Są ludzie, którzy mają ogromną wiedzę, ale pozostają głupi jak but. Wiedza im wyraźnie nie służy, nie czyni ich mądrymi. Mistycy mówią, że największa odległość we wszechświecie jest między rozumem a sercem, czyli między wiedzą o zasadach a zdolnością życia wedle nich.

Czy będąc przyzwoitymi ludźmi mamy większą szansę na zbawienie? Czy przyzwoitość jest drogą do zbawienia?

W Ewangelii padają pytania: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? Lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?”? Jezus zaś odpowiada: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Zachowali się przyzwoicie, a nawet nie wiedzieli, że Bogu służą. To jest Ewangelia, która opowiada o tym, jak będzie wyglądał sąd ostateczny. Kozły na lewo, owce na prawo i egzamin z przyzwoitości: podaliście kubek wody spragnionemu? Przyjęliście przybysza? Odwiedziliście chorego? Pomogliście potrzebującym?

OJCIEC PAWEŁ GUŻYŃSKI

dominikanin, rekolekcjonista. Działał w toruńskim oddziale Ruchu „Wolność i Pokój”, kolportował ulotki i wydawnictwa podziemne. W 1988 roku był zatrzymany i przesłuchiwany przez SB. Był duszpasterzem akademickim w Poznaniu oraz w Rzeszowie, a także przeorem klasztoru Dominikanów w Łodzi. Współpracował z Religia.tv, gdzie prowadził program „Rozmównica”. Publikuje w Natemat.pl i prowadzi wideobloga „Mimochodem” w Boska.tv. Został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności.

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO
Przyzwoitość ma wiele znaczeń

Czym jest przyzwoitość według Pana?

Nie ma jednej definicji przyzwoitości. I jednej jej miary. To słowo i zjawisko wieloznaczne − i prowadzi ono w różnych kierunkach. Ma też swoją przeszłość, swoją dziejowość. Jedno ze znaczeń mówi więc, że przyzwoity to „obyczajny”, zgodny z obyczajami, z przyjętymi w społeczności normami i zasadami. Ale to ma sens w świecie, w którym istnieją jakieś zasady i normy, jakieś autorytety, w miarę trwałe systemy wartości oraz reguły gry. W świecie, w którym to wszystko podlega atrofii, rozmyciu, ten sens zaczyna ginąć. Podobnie zresztą jak i inne znaczenia, mówiące na przykład, że przyzwoity to „dostateczny”. To jednak ważne, bo sugeruje się tu, że przyzwoity to „godziwy”, prawda? Chodzi więc o godziwą miarę czegoś. Czyli ma to taki sens, który dotyka poczucia godności, ale i godziwości. Nie bez racji przecież powiadamy o czynach i ludziach godnych i niegodnych, godziwych i niegodziwych. Przyzwoitość oznacza bowiem rodzaj zatroskania o własne godziwe postępowanie i o godziwe traktowanie innych − miarę swych możliwości. Nie jest to zatem słowo wielkie, z tych górnolotnych i patetycznych, pisanych wielką literą. Dlatego słowo „przyzwoitość” bardzo mi się podoba. Wskazuje ono na pewien umiar i nie jest słowem brutalnie normatywnym: raczej mówi o kierunku naszego postępowania, niż o czymś, co musimy w sobie mieć na stałe i twardo się tego trzymać. To zresztą sprawa czasu. Kiedyś więc łączyło się tym słowem znaczenie mocniejsze, pewien rodzaj represyjności. Goethe na przykład powiedział gdzieś, że są dwa rodzaje pokojowej przemocy, a mianowicie prawo i przyzwoitość. Jeszcze zatem w jego czasach to słowo wiązało się z obyczajem. I Goethe zdawał sobie sprawę, że obyczaj jest w jakiś sposób represyjny. Tymczasem ewolucja, przemiana tego słowa spowodowała, że ono zaczęło zależeć w znacznej mierze od naszego wewnętrznego poczucia godności, sprawiedliwości, dobra i zła, dotykając wielu rozmaitych odczuć i przeżyć.

A skąd się w nas bierze przyzwoitość?

Gdybym chciał myśleć tradycyjnie − może nawet muszę myśleć tradycyjnie, bo mam swoje lata − powiedziałbym, że w moich czasach przyzwoitość brała się z wychowania. Z wychowania głównie w rodzinie. Chociaż oczywiście można zauważyć nawet u zwierząt pewne zasady, zatem mają one także biologiczne podłoże. Ale − najogólniej − o przyzwoitości decyduje kultura i wychowanie. U starożytnych Greków określano to jako paideia i było to o wiele ważniejsze niż edukacja zmierzająca tylko do wiedzy. Odejście od tego sposobu wychowywania okazało się tragiczne w skutkach. Po 1989 roku chociażby wszystkie liberalno-lewicowe formacje zrezygnowały z paidei. Także Kościół zrezygnował z paidei, przestał pełnić funkcje wychowawczo-moralne. I w społeczeństwie, w którym zaczęła dominować edukacja odwołująca się tylko do wiedzy − na dodatek w kontekście rozmaitych, nierzadko drapieżnych, gier ideologicznych − rozchwiały się mocniej normy przyzwoitości. Postawiono więc w nauczaniu na pragmatyzm, na skuteczność, na wyniki. Mówi się tu więc tu jakby w karykaturalnej przeróbce Biblii: „Po owocach ich poznacie”. Kiedyś odnosiło się to do moralnych, duchowych skutków uczynków. Dzisiaj ten owoc oznacza natomiast osiągnięcie jakiegoś praktycznego celu, zdobycie jakiejś materialnej czy społecznej pozycji, jakiegoś namacalnego i konkretnego dobra. Owocem może być więc zniszczenie przeciwnika, wdeptanie go w błoto, owocem może być oszukanie kogoś. Krótko mówiąc: oddalamy się od tego, co zakładała przyzwoitość. Lubię tu cytować Marcina Wrońskiego, autora bardzo dobrych powieści kryminalnych, osadzonych głównie w przedwojennym Lublinie. Pan Marcin powiedział zatem w jednym z wywiadów, że przed wojną była przyzwoitość, a teraz jest polityczna poprawność. Ta różnica jest zasadnicza. Mam zarazem teorię, że w Polsce XIX wiek trwał do roku 1989. Bo do tej daty mieliśmy te same przeklęte problemy społeczne, kulturowe, mieliśmy to samo zniewolenie, co w XIX stuleciu − no i, w konsekwencji, takie samo myślenie. Ale jakoś łatwiej nam było zachować przyzwoitość. Wiadomo było, kto jest zły, kto dobry. „Z grubsza”, bo oczywiście zdarzali się przyzwoici ludzie aparatu władzy i nieprzyzwoici ludzie opozycji. Ale jakoś się to dawało odczytać i uporządkować. Po 1989 roku zmusiliśmy się jednak, by uciec do pewnego porządku ideologicznego zwanego polityczną poprawnością. Lecz płynąca z całej − że tak powiem – odziedziczonej po XIX wieku formacji kulturowej, mentalnej i etycznej, przyzwoitość ma się do niej nijak. „Przyzwoitość” ma nas bowiem nie tyle przeanielić, co wskazać nam drogę. Słynne, bo tak często przywoływane zdanie profesora Bartoszewskiego, że wypada być przyzwoitym, czy powoływanie się na naszych dziadków − „Jak nie wiesz, jak masz się zachować, to zachowaj się przyzwoicie” − to więc jedynie wskazanie drogi. To jest formuła otwarta, ogólna wskazówka. Każda sytuacja życiowa jest przecież inna, niepowtarzalna. Nieustannie, za każdym razem, musimy dokonywać wyborów między dobrem a złem, bywa, że karkołomnych. Słowo „przyzwoitość” mówi tymczasem: starajmy się dążyć do dobra według własnego rozeznania. Oczywiście nikt z nas nie jest Bogiem, nikt nie ma obiektywnej miary dobra i zła. Przyzwoitość jest więc tylko pewną niczego nienarzucającą i jakby na swój sposób dyskretną postawą wobec świata. I nie ma w sobie stanowczości dekalogu. Kiedy mówi się bowiem „nie kradnij”, niezbicie wiadomo, o co chodzi. Słowo „przyzwoitość” nie ma natomiast w sobie tej jednoznaczności, tej twardości i tej precyzji. Zwłaszcza że należy być przyzwoitym nie tylko wobec ludzi, ale i świata, jaki został nam dany: zwierząt, natury, obiektów kultury, tradycji, duchowego i materialnego dziedzictwa. Bliskie jest to temu, co jeden z największych europejskich filozofów, Immanuel Kant, nazwał imperatywem kategorycznym. Imperatyw jego ma kształt formalny, to znaczy nie zawiera żadnych konkretnych przypisów, nie jest skierowany do żadnych konkretnych grup czy osób. Nie mówi stanowczo „nie kradnij”, lecz o wiele łagodniej i ogólniej: „Postępuj wedle takiej tylko zasady, co do której mógłbyś chcieć, żeby stała się prawem powszechnym”. Jeśli chcesz zatem, żeby wszyscy kradli, to kradnij, jeśli chcesz, żeby wszyscy byli uczciwi − bądź uczciwy. Tutaj gdzieś zresztą styka się intuicja potoczna z myślą wielkiego filozofa. I sądzę, że właśnie w tym imperatywie przyzwoitość, mimo że jest ona otwartym terminem i zjawiskiem, znajduje potwierdzenie, że jest to jednak nakaz moralny. Imperatyw po polsku znaczy w końcu tyle co nakaz. Nie odwołuje się to zarazem do „twardej” wiedzy, raczej do uczuć. Inaczej więc niż pochodząca z kultury ideologicznego pragmatyzmu poprawność polityczna przyzwoitość apeluje do kultury uczucia, do wewnętrznego przeświadczenia. To trochę romantyczne.

 

Mamy kryzys przyzwoitości?

Mamy kryzys przyzwoitości − i to ogromny, bardzo radykalny. We wszystkich zresztą społeczeństwach Zachodu. To niechciane i nieprzewidziane dziedzictwo kulturowej rewolucji lat sześćdziesiątych. Skutek uboczny zjawiska, które głośna antropolog amerykańska Margaret Mead nazwała „kulturą prefiguratywną”, kulturą „tajemniczych dzieci”, czyli taką, w obrębie której młodsze pokolenia przekazują wiedzę pokoleniom starszym, w obrębie której odwraca się kierunek przekazywania wartości, norm oraz wzorów, świat staje się zrozumiały − odmiennie niż w społeczeństwach tradycyjnych − tylko dla młodych, a dorośli nie są w stanie nadążyć za zmianami i pojąć je. Jest to kultura w nikłym stopniu represyjna, a − jak się powiada − przyzwalająca, permisywna. Sam jestem oczywiście dzieckiem tej rewolucji lat sześćdziesiątych i produktem, w znacznej mierze, jej sposobów pojmowania i konsumowania wolności. Ale to poszło chyba za daleko. Nie stawiając zatem w porę tamy wyzwolonemu nazbyt systemowi przyzwolenia, musieliśmy w końcu zderzyć się z anarchizacją systemów wartości. No i teraz tego nierzadko żałujemy, doświadczamy rozmaitych frustracji i żalów. Ot, chociażby we Francji architekci reformy edukacji opartej na owym permisywizmie parę lat temu ogłosili manifest, w którym żałują za grzechy. I przyznali, że taki sposób wychowania doprowadził do wyhodowania chmary ludzi roszczeniowych, którzy nie znają w swoich roszczeniach żadnych granic. Jasne, że nie wszyscy dzisiaj są skrajnie roszczeniowi, ale daliśmy jednak przestrzeń i możliwość artykułowania bez ogródek tego, co roszczeniowe, uruchomiliśmy populizmy nowego rodzaju. Te populizmy zaczynają być teraz bardzo groźne. I zagrażają jedności naszej wspólnoty, naszemu porządkowi kulturowemu czy po prostu naszemu zwykłemu istnieniu. Społeczeństwa Zachodu − od Polski i Węgier po Anglię, Włochy czy Grecję − chwieją się więc pod naporem tych anarchicznych, nieznających granic przyzwoitości roszczeń. Pod naporem ludzi, którzy nie są skłonni do pracy, którzy nie przeszli przez twardy system edukacyjny, nie sprostali żadnym wymaganiom czy obywatelskim powinnościom, lecz uznają, że należą im się „z automatu” jakieś pieniądze, jakieś świadczenia. Na tym oczywiście opierają swoje działania wszystkie formacje populistyczne, mieszające cwanie lewicowość z prawicowością. Te przedziwne konglomeraty polityczne − skrajnej prawicy ze skrajną lewicą − jak populiści greccy, którzy doszli nie tak dawno do władzy na fali rozchełstanego konsumpcjonizmu, który nagle musiał zderzyć się z brutalnymi prawami gospodarki. Dzisiejszy PiS to także zresztą absolutna mieszanka imponderabiliów narodowo-patriotyczno-katolickich z radykalnie lewicowym − żeby nie powiedzieć: lewackim − programem ekonomiczno-społecznym, przynajmniej w propagandowych hasłach. Zostawmy to jednak.

Skoro zatem nie mamy miary dobra i zła, nie mamy też świadomości, kim jesteśmy. Cały czas w związku z tym narasta w nas z jednej strony roszczeniowość, a z drugiej strony zwątpienie w siebie. Niewiedza co do siebie samego, co do swojego miejsca w świecie, co do wartości własnych uczynków, niewiedza co do tego, jak mamy postąpić w jakiejś sytuacji życiowej. Kiedyś wiedzieliśmy więcej.

A teraz nie wiemy.

A teraz nie wiemy. Pamiętam na przykład z opowieści dziadka Antoniego, że jeśli oficer przed wojną zachował się niegodnie, ci sami ludzie, z którymi pił wódkę, chodził „na dziewczynki”, polował, zwoływali sąd koleżeński. I ci kumple od polowania i „wódeczki” wydawali wyrok. Jeśli był niekorzystny, oznaczał kompletny ostracyzm. Skazanemu dosłownie nikt nie podawał ręki. Dotyczyło to zwłaszcza klasy średniej, bo to ona zawsze jest nośnikiem zarówno starych, trwałych wartości, jak i środowiskiem narodzin wartości nowym. A dzisiaj widzimy, jak ludzie się chwalą swoją niegodnością, swoją nieprzyzwoitością. Jak karmią się tym media, tabloidy. Jak wzbudzają niezdrowe fascynacje − zachwyty nawet − nieprzyzwoitymi uczuciami i postawami. A cóż my biedni, wrzuceni w ten kiepski szalony młyn, mamy zrobić? Błąkamy się więc, szukamy wzorów, macamy po omacku. A niektórzy próbują uciec w twarde systemy, w fundamentalizmy. Tak, to jest właśnie ważne źródło ucieczki w stronę fundamentalizmów religijnych, kulturowych, narodowych czy moralnych.

Bo tam są twarde nakazy.

Tak. I proste recepty.

A tu się nam wszystko „rozjechało”.

Tak, oczywiście − a tu tymczasem się „rozjechało”. Młodzież dlatego idzie w stronę prawicowo-nacjonalistycznych ugrupowań, jeśli to prawda − ja o prawdziwości tego zjawiska nie jestem do końca przekonany − bo tam są twarde prawdy, a młodzież zwykle szuka prostych recept, prostego wzoru egzystencji i jej niejako kośćca − gdyż boleśniej doświadcza rozchwiania świata, niepewnych dróg.

Przyzwoitość nam ułatwiała życie, gdyż widzieliśmy, czego możemy się spodziewać po drugim człowieku.

I czego spodziewać się po sobie samym. Jeśli zatem o kimś mówiono, że się zachowuje nieprzyzwoicie, jeśli łapano go na gorącym uczynku, był piętnowany. Oczywiście, artystom czy innym ludziom wybitnym wybaczano więcej. Ale również społeczność wiejska miała swoje mocne kodeksy, swoje normy moralne, swoje miary przyzwoitości. I wiadomo jej było, co jest dobre, a co złe.

My nie reagujemy na nieprzyzwoitości. To jest przyzwolenie na nieprzyzwoitość?

Zaszliśmy daleko w procesie „rozmycia” ocen i burzenia systemów wartości. Rzeczywistość zawsze była daleko od ideału. Jeśli jednak kiedyś ktoś się zachował nieprzyzwoicie i ty odpowiedziałeś krytycznie na tę jego nieprzyzwoitość, mogłeś liczyć bardziej na wsparcie innych. Teraz natomiast na ogół wszyscy się przyglądają reakcji na nieprzyzwoitość niczym pojedynkowi − powiedzmy − dwóch równoprawnych osób czy sił. Jakby to był rodzaj teatru, spektaklu za szkłem, gdzie nie ujawniają się jakby żadne racje moralne. Gdzie nie wiadomo, po której stronie − i czy w ogóle − powinno się stanąć.