Uśmiech gekonaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Moja Azja

Piękni ludzie i kamienie (Abchazja)

Bogata piaskownica (Zjednoczone Emiraty Arabskie)

Przez Góry Kardamonowe (Indie)

Miasto wielu kultur (Kochi, Indie)

Moja ukochana wyspa (Koh Chang, Tajlandia)

Śpiewające gekony (Koh Kut, Tajlandia)

Nie bójmy się skolopendry (Koh Chang, Tajlandia)

Warany i Złoty Budda (Bangkok, Tajlandia)

Tajemnicze ruiny Angkor (Kambodża)

W ojczyźnie orangutanów (Borneo)

Raj nad rzeką Kinabatangan (Borneo)

Psia wyspa (Palawan, Filipiny)

Smutna strona Manili (Filipiny)

Łza Indii (Sri Lanka)

Żółwie jaja i cynamon (Sri Lanka)

Smak orientu (Turcja)

Mistrz muay thai (Koh Chang, Tajlandia)

Moja Azja w pigułce

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: ANNA DOBOSZ, DOROTA TRZCINKA, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z archiwum autorki.

Skład i łamanie: Infomarket

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Zdjęcie na okładce: © Juan Facundo Mora Soria / Getty Images

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2014

ISBN 978-83-08-05639-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

MOJA AZJA

Może to azjatyckie korzenie po tatarskiej prababce, a może fascynacja Dżyngis-chanem, ale Azja zawróciła mi w głowie już dawno. Wdzierała się powolutku. Najpierw w 1992 roku musnęła ciepłym wiatrem znad Morza Czarnego, aby po latach zaciągnąć mnie na Borneo. Już tak mam, że jeśli coś mnie zachwyci, muszę się tym podzielić. Azja zadziwia każdym aspektem życia, poczynając od przyrody. Kulturami kryjącymi tajemne moce religii, smakami i zapachami. Wspaniałe jest to, że ja – przybysz z Europy, a na dodatek „tylko kobieta” – spotkałam w Azji więcej życzliwych ludzi, niż mogłabym zamarzyć.


Czuję miłe łaskotanie w duszy, gdy wsiadam do kolorowego samolociku do Tratu.

Bangkok, Tajlandia


PIĘKNI LUDZIE I KAMIENIE

ABCHAZJA

Wszystko zaczęło się w 1992 roku, w lipcu. Wraz z grupą przyjaciół pojechałam do Abchazji, to znaczy ówczesnej Abchaskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Pośrednikiem w owej eskapadzie było biuro turystyczne Kalinka. Załatwiło przelot i hotel w nadmorskiej miejscowości Picunda. Towarzyszyły nam dzieci, w tym moja dziewięcioletnia córka Marta. Na owe czasy była to prawdziwie egzotyczna wyprawa nad Morze Czarne. Nie tylko ze względu na zasobność portfeli. Tak naprawdę to nasz wyjazd ufundowali moi kochani teściowie – Władysław i Bogusia Wójciccy. W Polsce zdążyło już powiać wolnością, ale zaraz po wylądowaniu w Suchumi, stolicy republiki, wiatr zmienił kierunek. Na lotnisku potraktowano nas jak potencjalnych złoczyńców i pod eskortą strażników wtłoczono do zdezelowanego autobusu. Ten trząsł się i sapał, wprawiając blachy w rozpaczliwy śpiew, ale dowiózł nas na miejsce. Kilka budynków przypominających osiedle pegeerowskie otaczał płot. W bramie strażnik. To był nasz hotel, na szczęście stał na plaży pośród sosnowego lasu.


Spotkałam w Azji więcej życzliwych ludzi, niż mogłam zamarzyć.

Klasztor w Tracie, Tajlandia

Nie były to zwyczajne sosny. Takich nie można zobaczyć nigdzie indziej. Ten gatunek ma nawet swoją nazwę – sosna picundzka. Jest tak wysoka, że do jej końca prawie wzrok nie sięga, a jej szyszki są wielkości melona. Pnie sosen porastały klematisy obsypane fioletowym kwieciem. Widok jak z bajki. Byle tylko nie patrzeć na budynki. Obsługa hotelu od razu ruszyła do akcji. Wiadomo, goście z Polski zawsze mają coś do zhandlowania. Nie mieli, lecz to co mogli, oddali. A to dla dziecka, a to dla chorej babci. Pani w recepcji ostrzegała przed wychodzeniem za bramę, ale ile można siedzieć w „zagrodzie”. Mimo że słowo opasno – niebezpiecznie, brzmiało wciąż w uszach, już następnego dnia wsiedliśmy do lokalnego autobusu. Dotarliśmy do rybzawodu – spółdzielni rybackiej. Zaraz obok był targ. Miejscowy, nie dla turystów. I tu naprawdę zaczęła się picundzka przygoda.

Ludzie najpierw patrzyli na nas spode łba. Gdy usłyszeli, że rozmawiamy nie po rosyjsku, pytali – skąd? Z Polski? To wystarczyło, by zaskarbić ich sympatię. Wszyscy słyszeli o Lechu Wałęsie i mówili, że im przydałby się ktoś podobny. Każdy chciał nam coś podarować. Częstowali młodym winem i tym, co mieli na straganach. Pamiętam ogromne, słodkie figi i małe, równie słodkie gruszeczki. Najedzeni i napojeni poszliśmy na rybacką plażę, jakże inną od tej hotelowej. Wszędzie suszące się sieci i kozy. Tak, zwykłe kozule, jakie można spotkać i w Polsce. Gdy tylko zobaczyły obcych przybyszy, ruszyły chmarą. Zabrały Marcie niedojedzoną gruszkę, skubały nasze ubrania i zaglądały nam do kieszeni. Były tak pewne siebie jak królowe. I pewnie tak się czuły, bo we wszechobecnej biedzie tylko koza poradzi sobie bez kłopotu i jeszcze innych nakarmi mlekiem.

Potem była wycieczka do Gagry, popularnego wtedy kurortu. To przyklejone do gór Kaukazu miasteczko poraża urodą. Kamienne domki tulą się do skał, a krętą, wykutą w kamieniu drogę porastają magnolie. Nie wiem, skąd tutejsze magnolie czerpią soki, ale kwitną jeszcze piękniej niż te na nizinach. W Gagrze warto zwiedzić kompleks jaskiń. Nie wiem, jak to wygląda dziś, ale wtedy dojeżdżało się tam kolejką jadącą przez wykuty w skałach tunel.

Widzieliśmy potem błękitne jezioro podobne do Morskiego Oka – tak samo ukryte wysoko w górach. I pewnie zobaczylibyśmy więcej, gdyby nie wojna.

Po niespełna dziesięciu dniach, wcześnie rano w hotelu zaroiło się od umundurowanych ludzi. Nie wiem, czy byli to wojskowi, czy milicjanci. Kazali się pakować. Któraś z etażowych szeptała, że w pokoju obok zasztyletowano Rosjankę. Na ludzi padł strach. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nikt nam nie powiedział, że Abchazowie właśnie postanowili uwolnić się od gruzińskiej dominacji, a tak naprawdę i spod zwierzchności ZSRR. Nie baliśmy się o życie. Nam, Polakom, nie groziło zasztyletowanie. Przynajmniej na razie, ale przebywanie w ogniu walki mogło być niebezpieczne.


Kozy zabrały mojej córce, Marcie, niedojedzoną gruszkę, skubały nasze ubrania i zaglądały nam do kieszeni

Szybkie pakowanie i ten sam chory na duszności autobus. Kierowca tym razem był rozmowny. Pierwszy wypowiedział słowo „wojna”. Poinformował, że wiezie nas na lotnisko, ale nie wiadomo, kiedy i czy samolot odleci. Rzeczywiście, w poczekalni kłębił się tłum. Niektórzy turyści tkwili tam już drugi dzień. Kazano nam zgłosić wszystko, co wywozimy. Zainteresowanie wzbudziła moja wyjątkowo ciężka torba. Gdy celnik zapytał, co tam jest, odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że kamienie. Popatrzył z nadzieją – brylanty? Otworzyłam torbę i pokazałam kolorowe otoczaki.

Morze Czarne ma niewiele piaszczystych plaż. Z reguły są to skały. Nie studiowałam geologii, ale w Picundzie „skarby” leżały u stóp. Otoczaki we wszystkich kolorach i wzorach. Nie mogłam się oprzeć. Do dziś przechowuję kilka. Celnik najpierw przyglądał mi się podejrzliwie, a potem machnął ręką i zajął się kimś innym. Pewnie uznał, że nie wszystko ze mną w porządku. Potem zaczęło się czekanie. Nikt nie umiał powiedzieć, kiedy odlecimy i czy w ogóle. Godziny mijały coraz wolniej. Było gorąco, a my nie mieliśmy pojęcia, co będzie dalej. Siedzieliśmy w milczeniu. Nawet dzieci straciły normalną werwę.

 

Nie pamiętam już, po jakim czasie przez lotnisko przebiegł szept – będzie samolot do Warszawy. Szybko przerodził się w tumult. Każdy coś pokrzykiwał i pchał się do wyjścia. Ruszyliśmy z innymi. Nie było biletów ani numerowanych miejsc. Co gorsza, ich liczba nie pozwalała na wygodną podróż. Niektórzy musieli znaleźć miejsce na podłodze. Jako zadośćuczynienie dostaliśmy zgodę na spożycie wszelkich używek. Oczywiście we własnym zakresie.

Natychmiast poszły w ruch butelki. Ludzie podawali sobie plastikowe kubki z zaciekami od pasty do zębów. Nasza ekipa pozostała trzeźwa. Ale szybko przekonałam się, że to był błąd. Udało mi się znaleźć dla Marty miejsce przy oknie, potem usiadłam obok niej. Zaraz po starcie zauważyłam, że ze spojeń na skrzydle wypadają nity. Wyskakiwały jak żaby z trawy. Na początku je liczyłam, ale potem wolałam nie patrzeć. Samolot skrzypiał i charczał nie gorzej niż autobus w Suchumi. Po trzech godzinach wylądowaliśmy na Okęciu. Wszyscy uznali to za cud. Dopiero tutaj przyjrzałam się maszynie, która wróciła nam wolność. Z całą pewnością od dawna była na emeryturze, lecz zanim to się stało, wiodła intensywne życie.

Mimo tych traumatycznych przeżyć dobrze wspominam Abchazję, malutką krainę górali i rybaków. Do dziś nie uporała się ze swoimi problemami. Szkoda, bo Abchazowie to nie tylko bardzo mili, ale i piękni ludzie. Trochę podobni do Gruzinów, ale mają w twarzach coś z drapieżnych ptaków i wolnych ludzi gór. Nie mają za sobą łatwej przeszłości. Od bardzo dawna uginali się pod okupacją – a to Turcji, a to Rosji czy Gruzji. Nawet dziś nie są do końca wolni. Niby mają autonomiczną republikę, ale oficjalnie nie uznaje jej większość państw, z Polską włącznie.


Zaczęło się czekanie. Nikt nie umiał powiedzieć, kiedy odlecimy i czy w ogóle.

Lotnisko w Suchumi

BOGATA PIASKOWNICA

ZJEDNOCZONE EMIRATY ARABSKIE

Czas mijał, a ja ciągle wspominałam subtropikalny klimat i ciepłe morze. W 1996 roku jesienią zadzwonił do mnie Maciek, kolega ze studiów. Od wielu lat mieszkał i pracował w Dubaju. Zaproponował mi pracę w tamtejszej lecznicy weterynaryjnej. Zgodziłam się od razu. I to wcale nie z powodu zarobków. Nie były szokujące. Ale przygoda! Pustynia, wielbłądy i gorące morze! A do tego moja kochana mama, która natychmiast oświadczyła: – Jedź, ja tu o wszystko zadbam. – Pojechałyśmy z Kają, moją przyjaciółką i współpracownicą.


Przygoda! Pustynia, wielbłądy i gorące morze

Wiem, że to, o czym teraz opowiem, już nie istnieje. Tamten Dubaj przepadł bezpowrotnie. Utonął w morzu wieżowców i luksusowych hoteli. W 1997 roku zajmował obszar nie większy od Grójca. Z trzech stron pustynia, a z czwartej cudowne wody Zatoki Perskiej. Małe lotnisko w środku miasta. Halę przylotów odgradzała od oczekujących słomiana mata. Pierwszy raz zobaczyłam tylu mężczyzn w białych diszdaszach i zwojach na głowie. Kobiet widać było znacznie mniej. Otulone w czarne abaje, niektóre z zakrytymi twarzami.

Maciek czekał na lotnisku. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, owiał nas ciepły wiatr. Pachniał czymś nowym, egzotycznym, a palmy daktylowe kłaniały się zielonymi czuprynami. Był styczeń, w Polsce mróz, a tu takie ciepłe powitanie. Już samo to wywołało w nas życzliwość wobec Półwyspu Arabskiego. Potem było jeszcze ciekawiej.

W ojczyźnie nasłuchałyśmy się o zagrożeniach ze strony muzułmanów, ale to, co nas spotkało, zaprzeczało tym teoriom. Ludzie byli więcej niż życzliwi. Myślę, że nie zepsuła ich jeszcze zachodnia cywilizacja, a na dodatek żyli w wielkim dobrobycie. Nie czuli się zagrożeni, więc nie było powodów do niechęci.

Praca w lecznicy nie odbiegała specjalnie od pracy w Polsce. Tyle że oprócz psów i kotów trafiały do nas kury, papugi i farbowane gołębie. Kury też bywały jak malowane farbką do pisanek. Poza tym nie różniły się od naszych. Skąd u mieszkańców Półwyspu Arabskiego takie farbiarskie skłonności? Myślę, że z nudów. W czasie letniej suszy pustynia nie jest specjalnie kolorowa. Tylko słońce maluje na niej cienie i blaski. Kury i gołębie to też nie rajskie ptaki, więc farbowano je na różowo i niebiesko. A ponieważ na pustyni deszcz pada bardzo rzadko, kolory pozostają dość długo.


Dubaj w 1997 roku zajmował obszar nie większy od Grójca

Najwięcej atrakcji dostarczał nam ówczesny szef straży pożarnej Ali Sajed. Zabierał nas do swojej posiadłości w górach Al-Hajar, do miejscowości Hatta, odpowiednika naszego Zakopanego. Hatta leży na skrawku ziemi podarowanej kiedyś Emiratom przez króla Omanu. Dzięki temu bywaliśmy i w Omanie. Ali oprócz tego, że był gościnny, bardzo chciał się pochwalić znajomością tajemnic arabskiej przyrody. Pokazywał nam malutkie, ale bardzo jadowite skorpiony ukryte pod kamieniami, jadalne owoce na kolczastych suchoroślach – wyglądały jak suszone mirabelki, lecz smakowały podobnie do rodzynek – dzikie osły przebiegające między skałami, aksolotle w nielicznych strumykach. Ze swojej pasji był bardzo dumny.

Półwysep Arabski to z pozoru wielka piaskownica. W niektórych miejscach poprzecinana górskimi pasmami przypominającymi księżycowy krajobraz. Otoczona morzami i niewyobrażalnie bogata w złoża ropy i gazu. Właśnie to całkowicie zmienia dziś jej oblicze.

Pozornie piaszczyste pustynie przywodzą na myśl zbiornik z piachem. Trzeba poznać je z bliska, dojrzeć ukryte w piasku piękno, ale i grozę. Strome jak góry ruchome wydmy odkrywają tajemnicę mieszkańców pustyni. Miliony drobnych śladów, odciski wężowych ciał, lekkie jak piórko pancerzyki ofiar skorpionów i innych drapieżców. W lecie gorący wiatr wieje od lądu. Wypala wszystko i pustynia zdaje się martwa niczym po wybuchu bomby atomowej. Nic bardziej mylnego. Wystarczy zajrzeć tu o zmierzchu. W tropikach trwa on tylko chwilę, trzeba więc zaopatrzyć się w latarkę.

Gdy słońce chowa się za horyzont, robi się trochę chłodniej. Można też liczyć, że jakaś mgiełka wilgoci skropli się na suchych patykach. Piasek zaczyna się poruszać. Tu i tam wyłazi życie. Ma czasem sześć, a czasem osiem nóg. Bywa, że nie ma ich wcale albo przykładnie cztery lub dwie. Tak, nawet tu zdarzają się ptaki, bo przecież nie mam na myśli ludzkich nóg. Niewielkie papugi gnieżdżą się w wyschniętych pniach akacji.

Największe wrażenie zrobiły na mnie ogromne zaleszczotki. Nasze są małe jak główka szpilki i chronią książki przed zjadaczami papieru i pleśnią – stąd nazwa „zaleszczotek książkowy”. Tamte, pustynne, były ogromne, szaroróżowe. Pokazywały się po zmroku i lgnęły do światła. Robiły piorunujące wrażenie. Powolne, podobne do krabów czołgi szukały organicznych resztek i żywych ofiar. Dla człowieka zupełnie niegroźne pomimo imponujących szczypców. To wszystko przy świetle latarki, a za dnia żar i pustka. Tylko wielbłądy szukające cienia.

Szczęśliwcy zapuszczający się w odludne rejony mogli zobaczyć arabskie oryksy. Antylopy obywające się bez wody, czasem przez całe życie. Podobno do dziś można spotkać pustynnego lamparta. Jego reintrodukcją zajmuje się obecnie rezerwat szejka Maktuma. Kiedy głową państwa był szejk Sajed, jego młodszy brat Maktum postawił na ochronę natury. Założył na pustyni coś w rodzaju Arki Noego. Do dziś stara się odradzać zagrożone gatunki zwierząt nie tylko ze swojego regionu. Zorganizował też najnowocześniejszy wówczas na świecie szpital dla koni i drugi szpital dla sokołów.

Piaszczysta pustynia zmienia się wraz z przyjściem zimy i wiatru od morza. Powietrze staje się wilgotne i to zupełnie wystarcza, aby piaskownica zakwitła niczym ogród. Tu widać najwyraźniej, że woda to życie. Nagle okazuje się, że suche badyle to drzewa, a coś na kształt wysuszonej trawy aż razi zielenią. Z piasku wyłażą różowe kwiaty podobne do bezlistnych hiacyntów, nie wiadomo skąd pojawiają się mrówki i cała rzesza czarnych żuków o nienaturalnie długich nogach. Zimą pustynia jest naprawdę zielona. Umiera, gdy letnia susza zabiera całą wilgoć. Inaczej wygląda to w górach. Tu, mimo trudnych warunków, życie kwitnie cały rok. Znów za sprawą wody. Są miejsca, gdzie nawet w najgorętsze dni lata płynie krystalicznie czysta woda. W encyklopediach i przewodnikach można wyczytać, że to okresowe potoki zwane uadi, ale ja kąpałam się w najczystszej ze słodkich wód świata, gdy na pustyni upał sięgał sześćdziesięciu stopni Celsjusza.


Aby odkryć piękno gór Al-Hajar, trzeba mieć dżipa i wytrawnego kierowcę przewodnika


Z daleka góry Al-Hajar nie mają w sobie nic zachęcającego. Szarordzawe skały i hałdy skalnego gruzu. Wyglądają jak wymarłe. Niewiele dróg pozwala na przejechanie zwykłym samochodem. Aby odkryć ich piękno, trzeba mieć dżipa i wytrawnego kierowcę przewodnika. Nasi umieli „chodzić” kołami po skalnych występach. Wokół suche skały i kamieniste zbocza, aż tu nagle pas soczystej zieleni, ukryty między zboczami, jakby specjalnie chował swój skarb – wodę. Dzięki stromiznom potok tworzy malownicze wodospady, a te wymywają w skałach naturalne baseny. W nich pływają kolorowe ryby, jakby wprost ze sklepu akwarystycznego.

Widziałam najprawdziwsze aksolotle – duże traszki, które osiągają dojrzałość płciową w stanie larwalnym i nigdy nie opuszczają wody. Ale przecież żyją tam nie tylko aksolotle. W tamtym czasie w górach było na tyle dziko, że spotkanie człowieka graniczyło z cudem. Podziwialiśmy dzikie kozy wspinające się po pionowych skałach i obgryzające nieliczne zieloności. Ścieżkami przemykały grupki osiołków, w załomach skalnych kryły się jaszczurki i skorpiony. Wzdłuż potoków skakały żaby, a węże zażywały kąpieli słonecznych. My nurkowaliśmy pośród ryb w samym środku skalistej pustyni.

Podczas jednej z takich wypraw popsuł się nam samochód. Potężny, dotąd niezawodny nissan odmówił współpracy. Nasza ekipa była dość liczna i choć mieliśmy jeszcze dwa czterokołowe rumaki, nie zmieścilibyśmy się w nich wszyscy. Poza tym pozostawienie wypełnionego sprzętem samochodu na noc w górskich bezdrożach równałoby się z jego utratą. Zaczęło się ściemniać. Wkoło tylko góry i gwiazdy. Czy się bałam? Nie, i było to całkiem irracjonalne. Poza Kają i rodziną Maćka nie znałam zbyt dobrze nowych, emirackich przyjaciół. Wiem, że Maciek znał ich od dawna, ale też nie wszystkich.

Byliśmy na terytorium Omanu, nie mieliśmy omańskich wiz. W rzeczywistości nic nas nie chroniło. Na szczęście jeden z tubylców przypomniał sobie, że gdzieś niedaleko jest górska wioska. Postanowił pojechać po pomoc. Zabrał ze sobą brata i ostatnią czynną latarkę. Wyglądali jak duchy. Białe diszdasze – suknie do ziemi, i nakrycia głowy przypominające welony powiewające w oddalającym się samochodzie. Wrócili po dwu godzinach. Nie sami. Przywieźli mechanika. Drobny mężczyzna w szmacianej sukience. To znaczy spódniczce, bo tors miał nagi. Ściskał w dłoni sfatygowaną, plastikową torbę z napisem Marlboro. Przywiózł potrzebne narzędzia. Poznać było fachowca, w torbie miał nawet żarówkę i przewody do połączenia z akumulatorem.

Najpierw coś sprawdził pod maską. Robił to ze zręcznością MacGyvera. Potem bez trudu wsunął się pod dżipa i za dziesięć minut mogliśmy ruszać. Oczywiście najpierw odwieźliśmy go do domu. Mieszkał w małej, skalnej chatce z jednym otworem służącym jednocześnie za drzwi i okno. Powiewała nad nim chorągiewka z napisem AUTO MOTO. Była na właściwym miejscu.

Odwiedziłam Emiraty jeszcze kilka razy. Każda kolejna wizyta utwierdzała mnie w przekonaniu, że rozwój naszej cywilizacji jest największym barbarzyństwem zadanym Ziemi. Nie ma już dzikich plaż. Aby zakosztować widoku pustynnych wydm, trzeba jechać kilkadziesiąt kilometrów, bo to, co widzimy w mieście i jego okolicach, jest stworzone sztucznie. Wszystko. Nawet wyspy. Dubaj upodabnia się do Las Vegas. Bezpowrotnie stracił swój egzotyczny urok. Nawet klimat jest już inny, że nie wspomnę o ludziach.

 

Kiedy byłam tam ostatnio w 2008 roku, w ciągu dwóch tygodni tylko przez dwa dni świeciło słońce. Deszcz kropił prawie codziennie. A doskonale pamiętam wielkie święto w 1997 roku, gdy po siedmiu latach spadł deszcz. Lał się z nieba niczym Niagara. Ulicami płynęły rwące potoki, a ludzie tańczyli po kolana w wodzie. Dziś deszcz to normalna sprawa. Nawadnianie i obsadzanie pustynnych terenów zielenią gromadzi ogromne ilości wilgoci. Poza tym wybudowano wiele sztucznych wysp. Na wszystkich stworzono ogrody. Nie istniałyby, gdyby nie woda z odsalarni. Każde drzewo i każdy krzaczek ma swoją rurkę z wodą. Gdyby przestała płynąć, umarłyby wszystkie ogrody. Ludzie też stracili wolność. Jeszcze trzydzieści lat temu radzili sobie bez klimatyzacji i basenów. Latem uciekali w góry, a na pustyni budowali domy z doskonałą wentylacją. Nie ustępowała klimatyzacji. Czy dziś umieliby zbudować taki dom?


Dubaj bezpowrotnie stracił swój egzotyczny urok


Jeszcze za mojej pierwszej bytności w Emiratach lokalni mieszkańcy nie dawali się wciągnąć w wir cywilizacji, gdy ta runęła na nich jak powódź. Zostali zalani pieniędzmi. Nie od razu umieli liczyć. Wydawali na luksusowe samochody, domy i kupowali każdą „nowoczesność”. Budowali wielkie biurowce i hotele, ale nie umieli się w nich odnaleźć. Z czasem się nauczyli, lecz trochę to trwało. Najtrudniej było zmierzyć się z czasem. Zegarek – ładne cacko, ale nie dowódca. Nie potrafili zrozumieć naszego pośpiechu. Stąd moje kłopoty z odebraniem emirackiego prawa jazdy. Zrobiłam je w styczniu 1997 roku i wyznaczono mi odbiór dokumentu za dwa tygodnie o dziesiątej rano. Oczywiście stawiłam się punktualnie. Urzędnik wyglądał na bardzo zmęczonego. Uśmiechnął się serdecznie i zaczął grzebać w papierach. Po kilku minutach oznajmił, że dokumentu jeszcze nie ma i jeśli Allach pozwoli, to może będzie jutro. Widocznie Allach miał wątpliwości, czy powinnam prowadzić samochód, bo prawo jazdy odebrałam dopiero w pierwszych dniach marca.

Tak było z większością dokumentów, z wizami włącznie. Na początku pobytu bardzo nas to denerwowało. Potem i my zwolniliśmy tempo. Zrozumieliśmy, że w tym klimacie pośpiech może zabić. Powolutku obserwowaliśmy świat pełen inności. Przestaliśmy się dziwić, że pięcioletni chłopiec prowadzi samochód. Zbyt mały, by sięgnąć do pedałów, więc siedział na kolanach ojca, który obsługiwał gaz i hamulec. Taki widok był normą na dubajskich ulicach i autostradach. To także miało posmak wolności. Policjanci uśmiechali się życzliwie do małych kierowców, nie widać było wypadków. A jeśli już się zdarzały, to spowodowane przez przyjezdnych.

Nie wiem, czy teraz takie wyczyny nadal są tolerowane, ale na pewno nie zmieniły się sposób jedzenia i – mam nadzieję – menu. Arabskie jedzenie jest naprawdę pyszne. Szczególnie to rodem z Libanu. Na pierwszym miejscu zawsze humus – pasta z ciecierzycy, oliwy, sezamu i zależnie od fantazji kucharza miliona dodatków. Można nim smarować arabski chleb i jeść jako dodatek do wszystkiego. Warzyw, mięs i ryb, podawanych w tysiącu postaci. Na surowo, z rusztu, garnka, patelni i ogniska. Bez względu na to, co leży na talerzu, nie używa się sztućców. Gdy byłam mała i chciałam pomóc widelcowi lub łyżce palcem, mama robiła karcącą minę, a dziadziuś Piotr mówił: „Najpierw Bozia dała palce, a potem widelec”. Na Półwyspie Arabskim mogłam sobie pofolgować. I było to w jak najlepszym tonie. A jedzenie palcami naprawdę smakuje inaczej.

Jednak nie wszystko może zachwycać. Czy kogoś zastanowiło, dlaczego opisując dziecko za kierownicą samochodu, napisałam „chłopiec”? Otóż nigdy nie widziałam dziewczynki prowadzącej samochód. Bo nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie starała się o prawo jazdy. Wszystko zależy od mężczyzny, który aktualnie jest jej... No właśnie: kim? Nasuwa się słowo „właściciel”, ale nie chciałabym go użyć. Zastąpię je opiekunem. Samotna kobieta niewiele znaczy. Gdy jest dzieckiem lub panną, o jej losie decyduje ojciec. Jeśli go zabraknie – wuj, dziadek albo brat. Po zamążpójściu mąż jest panem prawie każdego wyboru małżonki. To on decyduje, czy będzie zakrywała twarz. To on wyraża zgodę na każde wyjście z domu i tak naprawdę na wszystko, co się z tym łączy. A przecież nie da się zrobić prawa jazdy, nie wychodząc z domu.

Młode żony nie mają łatwego życia. Opuszczają swoją rodzinę i wchodzą do domu męża. Tu rządzi też teściowa. Najczęściej odbija sobie na synowej wszystkie krzywdy, których kiedyś doznała w podobnej sytuacji. Powinno być odwrotnie i może gdzieś tak bywa, lecz chyba bardzo rzadko. Nigdy o tym nie słyszałam, a poznałam sporo kobiet w czarnych abajach. Spotkałam również takie, którym udało się uniknąć dzielenia życia z teściową. Na dodatek wcale nie ubierały się jak muzułmanki. Wszystko dzięki niezwykle liberalnemu mężowi, bo i tacy się zdarzają. Żona mojego szefa – właściciela lecznicy, w której pracowałam, była blondynką, chodziła w minispódniczce. Trudno uwierzyć, bo jej mężem był Saudyjczyk. Poznali się, gdy robił interesy w Niemczech. Ona Polka – też przyjechała do pracy. Tam wzięli ślub i po kilku latach zamieszkali w Emiratach Arabskich. O dziwo, nic to nie zmieniło. Żona pana Abdulasisa nie straciła nawet grama wolności. To naprawdę wyjątkowa sytuacja, bo w lwiej części podobnych scenariuszy życiowych jest zupełnie inaczej. Po powrocie do kraju mąż muzułmanin wraca do korzeni i żona staje się niewolnicą.

Nasz szef nie poprzestał na traktowaniu żony jak równego sobie człowieka. Urodziło im się dwoje dzieci. Córka i syn. Postanowili, że syn tak jak ojciec będzie muzułmaninem, a córkę wychowają zgodnie z religią matki. Na katoliczkę. Niestety panów Abdulasisów nie ma zbyt wielu.

Nie wiem, jak dziś, ale w latach dziewięćdziesiątych panował w Emiratach zwyczaj odbierania paszportów zatrudnianym osobom. Właściciel instytucji zamykał paszporty pracowników w kasie pancernej. Kilka dni po przyjeździe i nas to spotkało. Jakoś źle się z tym poczułam i już następnego dnia odwiedziłam mojego szefa. Powiedziałam, że pochodzę z kraju, gdzie przez lata nie wolno było mieć w domu paszportu i w związku z tym nie czuję się dobrze. Poprosiłam o zwrot dokumentu, co zrobił bez mrugnięcia okiem. Po prostu otworzył sejf i wręczył mi paszport. I to z uśmiechem. Mam wrażenie, że od tamtej pory darzył mnie szczególną sympatią. Ja też go polubiłam. I to wcale nie z powodu paszportu. Miał psa i traktował go jak przyjaciela. Niby nic wielkiego, ale trzeba pamiętać, że wyznawcy islamu nie pałają sympatią do psów. Twierdzą, że to zwierzęta nieczyste. A wszystko za sprawą pewnego zdarzenia sprzed ponad tysiąca lat, kiedy to pies ugryzł Mahometa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?