Rani z SigirijiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2018


ILUSTRACJE: Marta Blachura

KONSULTACJA: Agnieszka Kuczkiewicz-Fraś

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marta Blachura, opracowanie graficzne okładki Marek Pawłowski

REDAKTOR PROWADZĄCY: Waldemar Popek

REDAKCJA: Maria Rola

KOREKTA: Ewelina Korostyńska, Anna Milewska, Jolanta Stal



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-06728-4 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Wstęp

Skała

Dlaczego motyle przylatują do Sigiriji

Rodzinne kłopoty

Dom w niebie

Karmicielka i Królowie Skały

Panny z chmur

Obietnica Hanumana

Narada

Co robił ojciec Karmicielki w chacie biedaka

Horoskop

Ucieczka

Plan Widźaji

Niańka

Przygotowania do bitwy

Królowa Skały

Udawana bitwa

Przebudzenie

Juwaradźa

Narodziny syna

Tajemnica Hanumana

Następca tronu

Lęki Dhatusena

Dziesiąte urodziny Kassapy

Rozmowa

Bitwa

Umarł król, niech żyje król

Pogrzeb Dhatusena

Sigirija, Sigirija, Sigirija

Budowa domu w niebie

Pałac w niebie

O czym nie dowiedziała się Rani

Narzeczona

Czarne chmury nad Sigiriją

Koniec ludzkiego panowania na Skale

Ileż razy będę musiała tu wracać? Ile razy wąchać strach i pośpiech? One nigdy nie wyparują ze skalnych załomów, nie wypłucze ich deszcz, nie zdmuchnie wiatr. Nawet zapach kwiatów i wonnych kadzideł, nawet śmiech rozbawionych dzieci nie oczyszczą tego miejsca ze śmiertelnego potu. Rani spojrzała w dół. Zobaczyła czerwoną twarz turystki strudzonej stromizną wspinaczki. Kogoś jej przypominała, ale nie miała przecież ochoty na wspominki. Coraz częściej budziła się w niej niechęć do przybywających tu ludzi. Wiedziała, że nie powinna, ale niby to niechcący trąciła malutki kamyczek. Zaczął się toczyć, nabierając szybkości, by z kosmicznym przyspieszeniem odbić się od skały i runąć wprost na głowę turystki. Ta uchyliła się i kamyk zostawił na jej policzku tylko maleńką rysę. Rani odwróciła głowę. Nie chciała widzieć czerwonej kropelki spływającej po rozgrzanej skórze. Nie ciekawiło jej, co będzie dalej, i niespiesznie weszła na wyższy poziom. Usłyszała jeszcze okrzyk: — Och! Uciekła w inne czasy i inne miejsca. Lubiła je wspominać, choć nie zawsze było to miłe. Nie pamiętała wszystkiego tak, jak by sobie tego życzyła. Jednak zawsze wracała pamięcią do chwil, gdy była w ramionach Didi. Niańka o tym imieniu przyszła znikąd, a stała się najmilszym wspomnieniem minionych wcieleń.

Skała

Wznosiła się ponad równiną niczym cielsko wieloryba wyrzucone na płaski brzeg. Była tu od zawsze, to znaczy od czasów, gdy ziemią rządziły wulkany. Jeden z nich wypluł ją w chwili śmierci, jakby chciał zadośćuczynić zniszczeniom, jakich dokonał. Poturbowana ziemia goiła rany powoli, a skała trwała jak wulkaniczny wyrzut sumienia. Przysiadały na niej strudzone wypatrywaniem zdobyczy sępy. Kiełkowały niesione wiatrem nasiona. Węże kryły się w wydrążonych deszczem szczelinach, a małpy urządzały wspinaczkowe zawody.

Od jakiegoś czasu widywano w okolicy ludzi na słoniach. Nie byli to zwykli kornacy zatrudnieni przy transporcie drewna ani żołnierze patrolujący okolicę. Teraz mały orszak zbliżał się do skały niespiesznie. Słonie strojne w kolorowe derki pobłyskujące świecidełkami leniwie stawiały ciężkie nogi, jakby ciążył im bagaż letnich lektyk. Zgrabnie wygięte bambusowe pręty obciągnięte cienką jak pajęczyna tkaniną miały chronić przed słońcem. Największego ze słoni w złoconym czapraku otaczały mniej strojne zwierzęta. Gdyby zajrzeć pod zwiewny namiot na grzbiecie złotego słonia, można by zobaczyć zadumaną twarz władcy.

To już ponad dziesięć lat od czasu, jak król Dhatusen z dynastii Morija zasiadł na tronie wyspiarskiego kraju, Lanki. Nie było mu łatwo pokonać sześciu władców z indyjskiego Tamilnadu. Poszatkowali kraj wedle własnego widzimisię. Przybyli z Indii, lankijskie wartości były im obce. Gdyby nie Dhatusen, nie wiadomo, co czekałoby mieszkańców jego ojczyzny. Udało mu się zjednoczyć kraj i ludzi pod wspólnym, buddyjskim sztandarem. Słońce prażyło niemiłosiernie, a on przynajmniej raz w tygodniu chciał zobaczyć skałę. Za największy swój sukces uważał zbudowanie zbiornika wodnego Kalawewa w mieście Anuradhapura. Zapewnił mieszkańcom dostatek wody nawet w najsuchszych miesiącach. Teraz miał nowy plan. Wybudować pałac „w niebie”. Skała miała to umożliwić, ale trzeba by na to równie jak ona wielkiej góry złota.

I teraz tu był. Wysunął zza zasłony dłoń i przywołał służącego.

— Przyślij mi Rani i Kassapę — powiedział, zniżając głos.

Lubił swoją nałożnicę i ich wspólnego syna. Mimo iż byli plamą na królewskim postanowieniu praktykowania dziesięciu cnót królewskich, cieszył go widok ślicznej jak poranek Rani i jedenastoletniego potomka. Był podobny do obojga rodziców. Tylko burza kręconych włosów na jego głowie była nie wiadomo skąd. Może jakiś przodek Rani przybył z tajemniczych wysp na południu, a może i w jego żyłach płynęło trochę czarnej krwi? Przestał zaprzątać sobie tym głowę, gdy zobaczył za zasłoną smukłą sylwetkę chłopca. Niczym małpa przeskoczył z jednego słoniowego grzbietu na drugi i nie czekając na zaproszenie, wskoczył do królewskiej lektyki. Wiedział, że tu może sobie pozwolić na znacznie więcej niż w pałacu. Zaraz za nim wśliznęła się młoda kobieta o oczach sambara. Rani to wielkie oczy i tajemniczy uśmieszek na czerwonych jak kwiat chińskiej róży ustach. Dhatusen lgnął z czułością do młodości tych dwojga. Gładził czuprynę Kassapy i gładką fryzurę Rani. Lubił, gdy upinała włosy z tyłu głowy i tylko kilka niesfornych kosmyków błąkało się nad czołem.

Nie był gadułą, ale lubił głośno snuć marzenia. Wydawało mu się, że Rani i Kassapa słabo orientują się w pałacowych intrygach, dlatego pozwalał sobie roztaczać przed nimi wizje wielkości, którą kiedyś obiecał mu Mahawiharaja. Ten prawie święty wyznawca buddyjskiej filozofii therawada przekonał króla, że jedyną drogą do doskonałości jest praktykowanie dziesięciu królewskich cnót. Dhatusen był jeszcze młody i uwierzył, że swoim życiem potrafi ją osiągnąć. Jakże się jednak przeliczył. Zaczął stąpać ścieżką ku oświeceniu. Przestał pożądać czegokolwiek. Milczał, gdy ministrowie pytali o rady. Nie chciał oglądać popisów swoich żołnierzy. Nie brał udziału w ucztach. Nikogo nie zapraszał do swojego łoża i nie odwiedzał cudzych sypialni. Czuł jednak, że ten stan jest wynikiem porażki, a nie wyboru. Gdy stracił nadzieję na pełną doskonałość buddyjskiego władcy, popadł w depresję. Może stało się tak dlatego, że wcześniej bluźnił wiarą w dorównanie Buddzie?

 

Gdy stał już na skraju całkowitego załamania, w pałacu pojawił się Maga Bramin. Dziwny mnich z Persji. Wyznawał wiarę w jednego Boga uosabiającego trzy wcielenia — Ojca, Syna i Ducha Świętego. Opowiadał, jak Bóg Syn, którego nazywał Jezusem Chrystusem, umarł na krzyżu, by zmartwychwstać i zjednoczyć się z Ojcem w niebie. Dhatusen słuchał Magi Bramina z dużym zaciekawieniem, ale nie umiał zrozumieć okrutnej śmierci Jezusa na skrzyżowanych balach drewna. „Po co?”, pytał Magę Bramina. Ten tłumaczył, że w taki sposób odkupił on ludzkie winy. „Ale przecież ludzie nie przestali grzeszyć!” Mimo wątpliwości król lubił rozmowy z chrześcijaninem i zwierzył mu się ze swojego kłopotu. Była to chyba jedna ze szczęśliwszych chwil w życiu Dhatusena, a Magę zesłały mu chyba anioły. Mnich uświadomił królowi, że praktykowanie dziesięciu cnót nigdy jeszcze nie doprowadziło nikogo do sukcesu.

— To niemożliwe — tłumaczył — nawet najwytrwalsi perscy królowie nie osiągnęli celu. Żaden człowiek z krwi i kości nie wytrzyma „postu od życia”. Jesteśmy za słabi, by wyrzec się siebie. Tym bardziej królowie, narażeni na setki pokus, nie mają szans — dodał na koniec.

— No to jak mają mnie zapamiętać ci, którzy przyjdą po mnie? — zapytał władca.

— Zostań Królem Gór, Parwata Raja — odpowiedział krótko Maga.

Jednym z warunków uzyskania tego tytułu było wybudowanie pałacu na niedostępnej skale. Dhatusen ujrzał oczami wyobraźni królewski dom na szczycie skalnego wieloryba i od tej pory marzył, marzył i marzył.

Podjechali bliżej i słonie zatrzymały się przed kamienną ścianą, na której małpy uganiały się za motylami. O tej porze roku całe ich chmary obsiadały skalne ustronie. Rani zgrabnie ześliznęła się z wierzchowca. Nie czekała na służących z drabinkami. Za nią zeskoczył Kassapa. Dhatusen patrzył z podziwem, jak zwinnie wspinają się na skalne występy, by złapać choćby jednego motyla. Ludzie wierzyli, że niebieski motyl, przytrzymany chwilę w dłoniach, w zamian za wolność zapewni pomyślność na cały rok. Ruchy Rani zawsze przyprawiały króla o zawrót głowy. Gdyby nie jej uroda, mogłaby być jednym z makaków. Syn odziedziczył zręczność po matce i już po chwili trzymał w dłoniach kilka motyli.

— Tylko ich nie zgnieć, żeby mogły odlecieć! — krzyknął ojciec do chłopca.

Służący pomogli władcy zejść ze słonia i rozłożyli na ziemi zdobne kobierce i poduszki. Jednak król nie miał zamiaru odpoczywać. Też chciał złapać swojego motyla. Dhatusen nie był wysoki, ale proporcjonalnie zbudowany i smukły, co w przypadku władców było rzadkością. Zazwyczaj ich kształty zaokrąglały się sukcesywnie wraz z każdym rokiem panowania. On nie wyglądał na swoje trzydzieści osiem lat i gdyby nie strój dodający powagi, mógłby uchodzić za osiemnastolatka. Miał gładką twarz z bardzo nikłym zarostem, który zresztą depilował wzorem niektórych mnichów. Nie było to bolesne, bo rosło mu zaledwie kilka twardych włosów na podbródku. Czasem zazdrościł innym mężczyznom bujnej brody, ale w jego rodzinie nikt nie mógł się nią szczycić.

Dotknął podbródka i poczuł, że czas wyrwać przynajmniej jeden włos. Spojrzał w górę i zobaczył, że skała paruje w promieniach słońca. Rani siedziała na skalnym występie, a służąca masowała jej stopy. Upał stawał się nieznośny i Dhatusen zapragnął ochłody. Po deszczach skalne niecki wypełniły się czystą wodą, a wystające ze skalnej „matki” głazy dawały chłodny cień. Nie musiał długo czekać, by wyścielono miękkim suknem podejście do tego naturalnego basenu, a także jego dno. Gdy zdjęto mu szaty, zanurzył się w krystalicznej wodzie. Była ciepła, ale chłodniejsza niż rozgrzane powietrze. Kassapa dołączył do ojca, prychając jak źrebak. Tylko Rani gdzieś zniknęła.


— Gdzie matka, synu? — zapytał chłopca.

— Weszła do jaskini, ojcze. Zawsze tam wchodzi, gdy tu przyjeżdżamy. Pójść po nią?

Dhatusen się obruszył: — Ty, królewski syn, nie jesteś posłańcem! Jeśli zechcę, poślę służącego. I przymknął oczy, rozkoszując się kąpielą.

Rani nie wracała i zaniepokojone służki wspięły się do małej jaskini powyżej. Dhatusen usłyszał ich krzyki. Nim zdążył wstać, wyniosły omdlałą i w zmiętym stroju. Ocknęła się i gdy otworzyła usta, zobaczyli, że są pełne motyli. Tłuste, pełne jaj odwłoki motylic są przysmakiem makaków, ale żeby królewska nałożnica…

Dlaczego motyle przylatują do Sigiriji

Gdy słońce wysusza nawet najmniejsze kałuże, tu zawsze można znaleźć malutkie sadzawki. Woda ma lekko słonawy smak i daje prawdziwe orzeźwienie. Tu motyle nabierają ochoty na miłość. Od tysięcy lat przylatują na skałę, by napić się miłosnego nektaru i przedłużyć gatunkowy łańcuch życia. Makaki też wiedzą, że woda z Sigiriji ma cudowne właściwości. Gdy deszcze obmywają pradawną skałę, wypłukują z niej wszystko to, co zapamiętała przez wieki. Dzięki niej można nie tylko narodzić się na nowo, ale i przenieść się w czasy odleglejsze, niż sięga pamięć śmiertelnika. Motyle żyją krótko, ale ich ciała mogą przekazać więcej niż tylko pożywne białko. Nie bez powodu spijają pełną minerałów wodę, której skale nigdy nie brakuje. Dzięki niej następne pokolenia są coraz liczniejsze. Chętnych na nie jest dużo. Jednak ani jaszczurki, ani ptaki czy małpy nie przerwą odradzania się licznych pokoleń błękitnych lotników. Skała daje im siłę.

Goszczą krótko, tylko na czas godów. Najwięcej zwierząt gromadzi się przy niewielkiej jaskini po lewej stronie skały i dzielących ją schodów. Można się tam wspiąć bez trudu, ale jest ciemna i ciasna, więc chętnych jest niewielu. Małpy korzystają z niej, żeby ochronić się przed deszczem. Czasem też zmieni tu skórę wąż lub wpadnie zagubiony motyl.

W jaskini nic się nie zmienia od tysięcy lat. Była tu, gdy skała wypadła z trzewi wulkanu i jeszcze parowała ich ciepłem, była, gdy pewna młoda kobieta szukała schronienia dla swojej tajemnicy. Jej stękanie zamieniło się w jęk, gdy wspinała się do ciemnego wnętrza. Musiała podciągnąć się na rękach, ale przeszkadzał jej brzuch. Była w ciąży i szczęśliwie nikt się nie zorientował. Pętała łono ciasną chustą, ale gdy poczuła bóle, brzuch zrobił się twardy i wypukły. Chciała jak najszybciej schować się w miejscu, w którym nikt jej nie znajdzie. Nie mogła ujawnić swojego stanu, bo wówczas ojciec nie darowałby matce swobód, jakie dawała córce.

Ojciec pochodził z Indii i mimo iż ożenił się z Syngalezką, nie potrafił zaakceptować swobodnych obyczajów wyspiarzy. Bywał okrutny, gdy coś mu się nie podobało, a nie podobało mu się prawie wszystko. Miał zrobić majątek na handlu złotem, spłodzić syna, który w przyszłości przejąłby interes, miał dokonać wielu rzeczy, ale w końcu niczego się nie dorobił i wszystkie plany spaliły na panewce. To znaczy miał córkę, ale ta nie bardzo miała ochotę czcić zwyczaje indyjskich przodków. Teraz jednak błagała o pomoc boga Hanumana. Wiedziała, jak jest sprytny i zaradny, i wiedziała, że jaskinia bywa domem jego przybocznej świty — małp.

Bóle zaczęły przybierać na sile. Rodziła pierwszy raz i bardzo się bała. Nie miała pojęcia, jaką przyjąć pozycję. W pewnych chwilach ból był tak silny, że nie mogła powstrzymać się od krzyku, a myśl o śmierci nie chciała jej opuścić. Trochę jej ulżyło, gdy uklękła i pochyliła się do przodu. Powtarzała modlitwę do Hanumana pewnie już setny raz. Modliła się, by dziecko przyszło na świat martwe lub by bóg je zabrał i wychował jak własne. Nagle do jaskini wleciał motyl i jakby wpadło za nim trochę światła. Zobaczyła, że zniknął w czyjejś dłoni, która na ułamek sekundy wychynęła z ciemności. Poczuła, że została wysłuchana. „On tu jest”, pomyślała, gdy malutkie ciałko ześlizgnęło się na ziemię.

Była tak zmęczona, że nie od razu sprawdziła, czy niemowlę żyje. Żyło, a raczej żyła, bo urodziła dziewczynkę. Zawinęła ją w chustę, pod którą ukrywała swój stan, i wyciągnęła dłonie z zawiniątkiem w ciemność, w której zniknął motyl.

Kiedyś słyszała od znajomej, że sznur łączący matkę z dzieckiem najlepiej przegryźć, a to, co było dziecinną kołyską w matczynym łonie, zakopać pod drzewem. Zanim oddała córkę Hanumanowi, przegryzła pępowinę, i miała teraz w ustach słony smak krwi. Czekała, aż „kołyska” opuści jej ciało, i słuchała dziwnego, monotonnego szmeru dochodzącego z czeluści jaskini. Tak jakby szemrał jakiś mały strumyczek albo jakby ktoś monotonnym głosem odmawiał mantrę.

Nie słyszała płaczu córki, ale nagle zapragnęła ją zobaczyć. Tym bardziej że poczuła, jak nabrzmiały jej piersi. Wiedziała, że powinna nakarmić noworodka. „Hanuman zrozumie”, pomyślała i nie bacząc na zwisającą pępowinę, bo łożysko nie opuściło jeszcze jej ciała, zaczęła wczołgiwać się w ciemność. Pachniała wilgocią i wewnątrz było tyle miejsca, że kobieta bez trudu uklękła. Oczy zaczęły się przyzwyczajać do mroku. Światło wpadające przez wejście co prawda ginęło za zakrętem, ale nawet w półmroku widać było mech porastający ściany. Pośród omszałych kamieni spływała malutka strużka wody. Tuż obok niej dostrzegła sylwetkę drobnej postaci.

— Hanuman! — zawołała i padła na twarz. Bała się spojrzeć i przez głowę przelatywało jej tysiące myśli. „Ojciec, choć składa swoim bogom ofiary, nie wierzy w nich na tyle, by przyjąć do wiadomości, że ja, niewierna, spotkałam Hanumana. A może to jakiś zły duch, który żywi się dziećmi? Co ja zrobiłam?”, łzy kapały na wilgotną skałę, a z ust dobywał się skarżący szloch.

I nagle usłyszała słowa. Jakby mała strużka wody miała dar mowy.

— Czemu płaczesz? Przecież nie chciałaś tego dziecka?

— Ale teraz chcę! — krzyknęła. — Pomyliłam się, zawierzyłam bogu ojca. Oddaj mi córeczkę — dodała ciszej.

— Już za późno, ale mam dla ciebie dobrą nowinę. Możesz przychodzić tu codziennie i karmić małą, dopóki nie zacznie jeść tego co my — usłyszała w odpowiedzi.

— Mówisz „my”. Kim jesteście? — zapytała dziewczyna.

— Teraz pytasz? Przecież krzyknęłaś „Hanuman” — odpowiedział głos.

Powoli podniosła głowę.

— Dobrze. Zgadzam się. Daj mi dziecko, to je nakarmię.

Gdy brała maleństwo z czyichś rąk, nie śmiała spojrzeć, do kogo należą. Bała się, że jeszcze stanie się coś gorszego. Obmyślała, że karmiąc małą, będzie się przesuwać w stronę światła, potem skoczy w dół i może uda się im uciec. Przytuliła córeczkę, a ta od razu wiedziała, do czego służy mama. Ssała jak mały smok.

— Nie uciekniesz — usłyszała, gdy wykonała pierwszy prawie niedostrzegalny ruch. — Stąd nikt nie wychodzi jak złodziej. To święte miejsce, tu się nie kradnie. Twoja córka dostała imię Rani. Po mojej matce i królowej wszystkich małp, które przybyły z Indii. Nie ukradniesz dziecka, bo ci nie pozwolę, ale nie martw się o małą. Przyjdź jutro o tej samej porze, a powiem ci więcej.

Rani usnęła w matczynych ramionach, ale nie na długo. Drobne, owłosione dłonie uniosły ją w ciemność jaskini. Zmęczona porodem dziewczyna zasnęła i nawet nie poczuła, gdy zabrano malutką. Kiedy się ocknęła, jaskinia była pusta. Tylko strumyk szemrał cichutko i kręciło się przy nim kilka zagubionych jak ona motyli. Przez chwilę zastanawiała się, czy to był sen, ale zakrwawione ubranie i wyglądające jak kawałek porzuconego mięsa łożysko mówiły same za siebie.

Rodzinne kłopoty

Co ci się stało?! — krzyczał Kassapa, pochylając się nad matką. Rani wyglądała na równie przerażoną jak jej syn.

— Nie wiem, nic nie pamiętam — sepleniła, wypluwając resztki niebieskich skrzydeł. Służki biegały w kółko, nie wiedząc, jak pomóc królewskiej nałożnicy, a król patrzył na wszystko oczyma zdziwionego dziecka. Nie wiedział, co powiedzieć, tym bardziej że Rani zawsze go zaskakiwała.

— Możeś brzemienna? — rzucił w jej stronę.

— Może — odpowiedziała, spuszczając powieki. „Ale po co jadłam motyle?”, zapytała samą siebie.

Dhatusen powinien się ucieszyć odpowiedzią nałożnicy, ale miał dosyć gderania Samghi, swojej drugiej żony i matki jedynego syna z prawego łoża — Mogallana. Choć ten był młodszy od Kassapy, to jemu pisana była królewska spuścizna. Samgha zdawała sobie sprawę z uczuć, jakimi Dhatusen darzy Kassapę i jego matkę. Poza tym widziała, jak bardzo chłopcy się różnili. Niestety na korzyść Kassapy. Mogallan zawsze wycofany, niepewny siebie. Kassapa — ulubieniec wszystkich, roześmiany, odważny i mimo młodego wieku władczy. Samgha winiła męża za taki stan rzeczy, a Dhatusen w duszy przyznawał jej rację. Wolał towarzystwo nałożnicy i rozbrykanego bękarta niż prawowitego syna, zawsze schowanego za matczynymi plecami. Mimo to nie planował przekazać Kassapie następstwa tronu. Miał wobec młodszego syna jak najbardziej uczciwe zamiary, choć żona w nie wątpiła. „A teraz miałaby się dowiedzieć o ciąży znienawidzonej nałożnicy? — pomyślał. — Przecież zatruje mi życie”. Chciał jak najszybciej wracać do pałacu i porozmawiać z pierwszą żoną Dhewiką.

 

Dhewika była starsza od Dhatusena i traktowała pałacowe intrygi z dystansem. Król miał z nią córkę, Lakszikę, o którą od wielu lat starał się siostrzeniec indyjskiego generała Miagary. Nikogo by to nie dziwiło, gdyż w tym rejonie swatanie kilkuletnich dzieci nie było niczym nadzwyczajnym, ale kłopot w tym, że Miagara służył zbuntowanemu bratu Dhatusena — Simhawarmanowi.

Przed wielu laty Simhawarman zdradził swój kraj i wraz z tamilskimi książętami zbiegł, skuszony obietnicą odwetu na bracie jednoczącym Sri Lankę pod swoimi rządami. Nie godził się na koronę dla brata i znalazł sprzymierzeńców w zwyciężonych i wygnanych z kraju dawnych okupantach. Indyjscy książęta dotrzymali słowa i osadzili Simhawarmana na tronie w południowych Indiach. Dysponował sporą armią i od pewnego czasu starał się nawiązać przyjacielskie stosunki z bratem. Dhatusen, nawet wbrew sobie, nie mógł pozostać obojętny na gesty pojednania ze strony brata. Teraz poczuł, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na królewskich barkach. Z jednej strony nie chciał oddać córki potencjalnemu wrogowi, z drugiej nie za bardzo miał wyjście — wolał nie podsycać dawnego konfliktu. Strach przed ewentualną ciążą Rani przyćmiły nowe obawy. „Jak powie Lakszice, że ma opuścić Sri Lankę? — myślał. — Jej matka już wie i płacze nocami, bo nie chce przedwcześnie martwić córki”. Nagle zdał sobie sprawę, że uspokaja się tylko przy Rani i Kassapie. Tylko przy nich marzy o zamku na skale i o tytule Parwata Raja.

Nawet nie zauważył, że jego orszak dotarł do pałacu. Jakby odpłynął w inny wymiar. Samgha czekała na stopniach przy głównej bramie. Chciała sprawdzić, w czyim towarzystwie dziś bawił. Zawiodła się, bo wierni służący wprowadzili Rani i Kassapę bocznym wejściem.

Dhatusen ożenił się z Samghą z dwóch powodów. Pierwsza żona urodziła mu trzy córki i przestała zachodzić w ciążę, a wszyscy czekali na męskiego potomka z prawego łoża. Poza tym Samgha miała wspaniałe, książęce pochodzenie, a jej rodzina cieszyła się wpływami w środkowych Indiach. Król potrzebował sprzymierzeńców poza granicami Sri Lanki.

Gdy Dhatusen podszedł do żony, mały Mogallan jak zwykle chował się za matką.

— Boi się ciebie, tak rzadko cię widujemy, zjedzmy dziś razem wieczerzę — powiedziała miękkim głosem.

Zgodził się: — Ale po rozmowie z matką Laksziki.

Służący przynieśli mu świeże szaty i nim je włożył, wykąpał się w jednym z pałacowych basenów. Ulubiony masażysta już czekał. Czujnie śledził każdy ruch króla. Dzięki temu wiedział, które części królewskiego ciała najbardziej potrzebują uzdrawiającego dotyku.

Po krótkim masażu Dhatusen był gotowy na trudną rozmowę. Nie spodziewał się zastać obu kobiet w jednej komnacie. Lakszika rzadko spędzała wieczory z matką. Interesowały ją lecznicze zioła, poświęcała im znacznie więcej czasu niż rodzinie. Przygotowywała napary według najstarszych receptur i wypróbowywała je na służbie. Nie, nie robiła nikomu krzywdy, ale zioła nie zawsze skutkowały zgodnie z oczekiwaniem. Dziś siedziała skulona z twarzą ukrytą w dłoniach. Król od razu domyślił się dlaczego. Dhewika uwolniła męża od najtrudniejszego. Była pod każdym względem dobrą matką. Ani razu nie skorzystała z pomocy mamki, a urodziła troje dzieci. To, że wszystkie trzy dziewczynki przekroczyły dziesiąty rok życia, też należało do rzadkości i bez wątpienia było głównie jej zasługą. Złe duchy tak często zabierają nowo narodzone dzieci, ale Dhewika umiała sobie z nimi poradzić.

A teraz Lakszika była już gotowa na ożenek.

— Masz siedemnaście lat, to najwyższy czas — powiedział Dhatusen, przekraczając próg.

Dziewczyna nie odsłoniła twarzy, choć powinna to zrobić. Ojciec-król zasługiwał na szacunek.

Dhatusen jednak nie czuł złości, ale ogromne współczucie. Wiedział, że w Indiach kobieta, nawet dobrze urodzona, ma małą szansę, by o sobie decydować. Co innego tu, w jego rodzinie. Teoretycznie mogłaby się sprzeciwić, ale wówczas inni kandydaci do jej ręki baliby się narazić na gniew Simhawarmana, a los starej panny nie jest godny pozazdroszczenia. Dlatego pogodziła się ze swoim losem.

Lakszika z czasem połknęła ostatnie łzy i zaczęła brać udział w przygotowaniach do wyjazdu. Od czasu do czasu przybywali posłańcy od narzeczonego z darami i coraz to nowymi portretami całkiem przystojnego młodzieńca. Młodsze siostry zaczęły jej zazdrościć i to też miało wpływ na poprawę jej nastroju. Myśli Dhatusena także nie były już tak mroczne, tym bardziej że Rani wcale nie była w ciąży.

Zbliżał się termin ślubu i król chciał się godnie przygotować do pożegnania z córką. Poprosił o spotkanie z Mahawiharają. Prośba o spotkanie w ustach króla? Dziwne, ale Dhatusen poza wielkim szacunkiem do leciwego mnicha czuł się wobec niego winny. Od spotkania z Magą Braminem zapomniał o rozmowach z filozofem, a raczej nie chciał mu tłumaczyć, dlaczego zarzucił ścieżkę dziesięciu królewskich cnót. Mnich swoim zwyczajem spędzał mnóstwo czasu na medytacjach i nie narzucał się królowi. Ucieszyła go wiadomość o królewskim zaproszeniu. Wiedział, że kiedyś to nastąpi, ale i tak pościł w tej intencji. Był tak chudy, że Dhatusen ledwie go poznał.

Medytowali prawie całą noc i król poczuł ogromną ulgę. Powiedział o tym buddyjskiemu mnichowi, a ten spojrzał nań ze zwykłą sobie życzliwością i powiedział:

— Panie, ciesz się każdą ulgą, gdy trwa, ale nie zapomnij błogosławić ciężarów, gdy spadną na twoje barki.