Jak jeż Jerzy został tatą

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Zaręczyny i ślub

Tajemnica Polnej

Skąd się biorą dzieci

Rodzenie dzieci

Jestem tatą!

Dzieciaki

Dziedzictwo

Ciąg dalszy opowieści pani Skorek

Dlaczego żmija zmienia skórę?

Ptasie tajemnice

Mleko

Dlaczego krew jest czerwona?

Czy bakterie znają języki?

Wały obronne

Historia pewnej Czeremchy

Zakochany Pomrowik

Na czym polega dorosłość?

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Zespół redakcyjno-korektorski: ANNA MILEWSKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK, ANETA TKACZYK, DOROTA TRZCINKA

Opracowanie graficzne ilustracji, projekt typograficzny: FILIP KUŹNIARZ

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: FILIP KUŹNIARZ

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2013

ISBN 978-83-08-05167-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę dedykuję Leonowi Barc


ZARĘCZYNY I ŚLUB

Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętacie. To ja, Jerzy. Przyjaciel Picusia, Polnej i Zygzakowatego. Jeśli się nie mylę, to zakończyłem swoją opowieść tego dnia, gdy przedstawiłem się najsłodszej damie świata. Już po chwili była damą mojego serca. Minęło sporo czasu, zanim mogłem jej to powiedzieć. Tak to już jest z kobietami – trzeba je zdobywać stopniowo, powolutku. A wszystko po to, aby ich nie zrazić i nie zniechęcić. Już po pierwszym spotkaniu, gdy mogłem się przedstawić i usłyszeć jej imię, zacząłem się zastanawiać, jak zdobyć serce Ireny. Nie ukrywam, nie miałem żadnego doświadczenia. Jak zwykle pierwszy przyszedł mi z pomocą Picuś. Już z daleka słyszałem jego pochrapywanie, tak charakterystyczne dla pekińczyków.

– I co? Jak ci się podoba nowa sąsiadka? Nie znam się za bardzo na urodzie jeży, ale ona wydaje mi się wyjątkowo urodziwa. A jaka dystyngowana! Prawdziwa dama. Podglądałem, jak jadła kolację. Żadnego mlaskania ani napychania się jak hipopotam...


– A kto to jest hipopotam? – zapytałem, przerywając opowieść Picusia.

– Potem ci powiem, teraz ucz się, jak powinieneś jeść. Ty mlaskasz jak prosiak, za to twoja sąsiadka bierze do ust po malutkim kęsku i łyka cichutko, a nie jak bocian zadławiony żabą.

– Krroak, kto mnie woła? Krroak, keker! Czy aby nie ma w pobliżu zaskrońca? Chciałbym poznać tego znakomitego jeża, o którym krążą niezwykłe opowieści.

Picuś zamilkł i wlepił wzrok w kępę trawy obok woliery.

– To chyba stamtąd – szepnął.

– Może to hipopotam? – zauważyłem nieśmiało.

– Co ty wymyślasz! U nas nie ma hipopotamów. One żyją w Afryce.

Już miałem zapytać, co to jest Afryka, gdy z trawy padło pytanie:

– Czy nic mi nie zrobicie? Chciałbym się przedstawić.

– Oczywiście, że niiic! – zawył Picuś. Też był ciekawy.

Nagle zielone zarośla się rozchyliły i bomba spadła wprost pod jego nogi. O, to wcale nie bomba, ale wielka żaba z przepięknym wzorem na szarobrązowej skórze. Wielka jak jabłko, których jeże wcale nie jedzą. Nie wiadomo, dlaczego ludzie zawsze portretują jeże z jabłkiem. Toż to absurd!


– Witam panów. Nazywam się Żaba Śmieszka, a raczej Żab Śmieszek, krroak! Jestem facetem tak jak wy, krroak. Już dawno chciałem poznać wasze znakomitości. Nikt na świecie nie słyszał, aby jeż przyjaźnił się z psem, kotem, żmiją i ropuchą. Dlaczego nie miałby zaprzyjaźnić się z żabą? Krroak! Marzę o tym, panie Jerzy, krroak!

– Ależ z największą przyjemnością zostaniemy pana przyjaciółmi – powiedziałem najgrzeczniej, jak umiałem. Picuś skłonił się uprzejmie i chciał powąchać gościa. Ten odskoczył niczym wystrzelony z katapulty.

– Krroak! Panowie! Tylko bez dotykania! Moja skóra jest niezmiernie wrażliwa. Delikatna. Pokryta warstwą ochronnego śluzu. Bez niego jest narażona na wysychanie i atak bakterii, grzybów i wirusów. To takie malutkie istotki. Niektóre z nich są chorobotwórcze i mogą mi bardzo zaszkodzić.

– Ależ ten pan Śmieszek mądry! – zdziwiłem się i już chciałem zapytać, skąd to wszystko wie, gdy on podjął na nowo:

– Znam się trochę na medycynie. Kiedyś źli ludzie złapali mnie i wzięli na jakieś doświadczenia, to się nasłuchałem. Na szczęście trafiłem na miłą dziewczynkę, córkę pewnego naukowca. Zabrała mnie i wypuściła do stawu. Tu, zaraz obok. Ale, ale! Słyszałem waszą rozmowę. Czyżby szanowny pan się zakochał? Może mógłbym coś doradzić? Jestem nie tylko największą z polskich żab, ale i znanym podrywaczem. Uwielbiam towarzystwo dam i wiem, jak je sobie zjednać.

Nie dopuścił mnie do głosu, a chciałem powiedzieć, że w tych sprawach najlepiej kierować się głosem serca. Rozgadał się na całego, a my słuchaliśmy.

– No więc, szanowny panie jeżu Jerzy, najpierw trzeba znaleźć staw. Może być nawet kałuża. Zaczaić się tuż przed zachodem słońca i zacząć śpiewać serenadę. Nauczę pana kilku pieśni miłosnych. Damy są bardzo wrażliwe na muzykę. Śpiewajmy!

Nadął się jak bania i usłyszeliśmy głos zakochanej Żaby Śmieszki:

– Krroak, keker, kreker, kroak, krroak, keker!!! Kreeeeeeeker!!! – Złapał oddech i znowu zaczął: – Kreeeeeeker!!!

Tak się zapamiętał w śpiewaniu, że nie było jak mu przerwać, a nam puchły uszy. Bałem się nawet, że Irena mnie zacznie podejrzewać o te dźwięki.

– Panie Śmieszku! Ja nie jestem żabą! Nie lubię wody i nie umiem śpiewać. O Matko Naturo, zrób coś, zanim ogłuchnę albo zwariuję!

W końcu zamilkł i patrzył na nas wyczekująco swoimi dużymi oczami. Nie było wyjścia, trzeba było bić brawo. Czy ktoś widział jeża lub pekińczyka klakiera? Nikt. I nikt nie zobaczy, bo mimo usilnych starań nie udało nam się klasnąć ani razu. Pan Śmieszek był rozczarowany, ale pożegnał się grzecznie i życzył mi udanej kąpieli. Nie dopuszczał myśli, że można nie lubić wody.

Picuś sapał przez chwilę, po czym oznajmił:

– Zaręczyny! Tylko zaręczyny mogą cię wyrwać z miłosnych tarapatów.

– A co to są zaręczyny? Przecież nie mam rąk, tylko malutkie łapki. Może to załapczyny?

– Dobra, dobra. Niech będą załapczyny. Trzeba się do nich dobrze przygotować. Kłopot w tym, że każdy gatunek inaczej je celebruje.

Nie wiedziałem, co oznacza słowo „celebruje”, ale uznałem, że i tak zadałem już za dużo pytań jak na jeden dzień. A co gorsza, nie dostałem na nie odpowiedzi. Nadal nie wiedziałem o hipopotamie nic więcej poza tym, że mieszka w Afryce. Chciałbym też wiedzieć, co to jest Afryka, ale Picuś w skupieniu myślał o załapczynach i nie miałem śmiałości go rozpraszać.

– No więc mogę ci powiedzieć, drogi przyjacielu, jak to jest u nas, psów. Znam także ludzkie zwyczaje, ale nie mam pojęcia, jak oświadczają się jeże. Nic ci nie mówi intuicja? No, Jerzy, rusz głową. I sercem, oczywiście!

– Ruszam, ruszam! Dla jeża kręcenie głową nie jest takie łatwe, zaraz mi odpadnie. Ale zanim to nastąpi, powiedz mi, co to jest intuicja?

– Och, to takie przeczucie. Wewnętrzny głos.

– Na razie słyszę tylko, jak mi kiszki marsza grają.

Nagle poczułem coś dziwnego. Nie, to nie dziwne, ale wspaniałe! Zapach Ireny! Dzień miał się ku końcowi, wyszła więc ze swojego domku. Potem wszystko potoczyło się jakby poza mną. Sam nie wiem, co kazało mi rozpocząć taniec. Zacząłem wirować w szalonym, jak na jeżowe możliwości, tempie.

 

– Jerzy, co ci się stało? – Pekińczyk był wyraźnie zaniepokojony. – Może pobiegnę po pomoc. Nie można tak ciągle biegać w kółko.

Pognał do domu i przyprowadził ludzką mamę. Wraz z nią przybiegły pozostałe psy i koty. To chyba nie najlepsza sytuacja. Moja sublokatorka, Polna, boi się kotów. Pamiętacie, że dzielę lokum z myszą polną? Wiem, wiem, to niezwykłe, ale ja jestem niezwykłym jeżem. A do tego zakochanym!!!

Mama nachyliła się nad wolierą i powiedziała:

– Chyba czas, abyś oświadczył się Irenie.

Skąd ona to wszystko wie?! Tylko czy Irena będzie zadowolona?


Drzwi woliery się otworzyły i uniosłem się w ludzkich dłoniach. Znam je i lubię. Nigdy nie zapomnę ich zapachu. Przez zapach znajomych dłoni przebijała się woń mojej wybranki. To ona! Irena! Nagle stanąłem oko w oko z najpiękniejszą ze wszystkich dam świata.

Ach, nie wiem, czy ktoś z was był już zakochany. To cudowny stan. Skłoniłem się nisko, co nie było proste, bo sam jestem niziutki, i zapytałem:

– Czy szanowna pani zechce mnie gościć w swych progach?

Nie żebym sam znał takie grzeczności. To szkoła Picusia.

Irena wahała się przez chwilę. Jakby nie była pewna, czy jest gotowa na moją wizytę. Gdyby jeże mogły się zarumienić, to z pewnością wyglądałaby jak pomidor.

– Och, panie Jerzy! Nie wiem, czy mam coś na ząb, ale zapraszam, zapraszam.

I czmychnęła do swojego domku. Dziwne to przywitanie. Może poszła szukać jakiegoś smakołyku? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jeżowe załapczyny to ciągła gonitwa. Ona ucieka, a on ją goni. Trochę jak zabawa w berka. Wewnętrzny głos, o którym mówił Picuś, znowu się odezwał. Ruszyłem za Irenką. Była zwinna jak mucha (swoją drogą, tęsknię za Bolimuchą). Nie przeszkadzało mi nawet to, że wszystkie oczy były w nas wpatrzone. Po chwili zaczęło się ściemniać i oczy poszły spać. Biegaliśmy do północy. Księżyc oświetlał nam trasę szalonego tańca. Tańca z gwiazdami, bo te upstrzyły całe niebo. W pewnej chwili Irena się zatrzymała. Stanęliśmy nos w nos. Spojrzałem jej w oczy. Mówiły: „Kocham cię, Jerzy”.

– Irenko! Ja też cię kocham i proszę cię o łapkę.

– Proszę. – I podała mi swoją malutką jeżową dłoń.

– Czy zostaniesz moją żoną?

– Tak, choć wiem, że jeżowe małżeństwa nie są trwałe. Ale wiem także, że ty jesteś wyjątkowy, i mam nadzieję, że nie opuścisz mnie zaraz po weselu.

– Ależ nie! Zresztą dokąd miałbym pójść? Nie znam świata poza naszą wolierą.

I tak zostaliśmy mężem i żoną. Właściwie załapczyny były także ślubem. Gości nie było wielu. Spali. Mysz się obudziła i zamiast nam pogratulować, zapytała:

– Czemu tak tupiecie?

– Ależ Polna! To nasze wesele!

– Jeśli tak, to zaproście nietoperze. One też nie śpią. Ja powinszuję wam jutro. Jestem strasznie zmęczona. Poza tym nie chcę spotkać tego oszusta matrymonialnego, Gacka. Najpierw złamał mi serce, a potem odleciał. Tak się kończy zadawanie się z lotnikiem. Ale przystojny to on był – dodała rozmarzonym głosem i ucichła.

Zostaliśmy sami. Nie miałem obrączki dla ukochanej, ale wystarczyły nam rozgwieżdżone niebo i śpiew słowika.

Nad ranem usnąłem w nie swoim domu. Co tu dużo mówić, sam też czułem się nieswojo. Na szczęście ludzka mama wyjęła z woliery dzielącą nas siatkę. Teraz nie było granicy między naszymi „posesjami”. Najmniej zadowolona z tego była Polna, bo nie chciała uwierzyć, że Irena nie zrobi jej krzywdy.



TAJEMNICA POLNEJ

– Ależ, Polna, moja żona jest cywilizowaną osobą! Złożyliśmy sobie nie tylko jeżową przysięgę małżeńską, ale i taką, że nigdy nie tkniemy nikogo żywego. Nawet dżdżownice mogą przy nas czuć się bezpiecznie. No, chyba że odwiedzi nas mój kuzyn Kret.

Polna zrobiła zdziwioną minę.

– Przysięgę? Jaką? Teraz to mnie zaskoczyłeś. My, myszy, żyjemy zbyt krótko, aby starczyło czasu na przysięgi. Opowiedz mi o tym.

– No wiesz, ja też nie jestem specjalistą od przysięgania, ale jak kogoś bardzo lubisz, to zaraz chcesz mu coś obiecać.

– To ty mnie bardzo polubiłeś, bo obiecałeś mnie nie zjeść. I dotrzymałeś słowa.

– No właśnie! Nie tylko cię lubię, ale co ważniejsze, dotrzymałem słowa. Tak sobie myślę, Polna, że nie jest dobrze cokolwiek obiecywać, jeśli brakuje pewności, że się tej obietnicy dotrzyma. Tak samo jest z przysięgami.


Udało mi się ją przekonać. Uwierzyła, że nic jej nie grozi. Zresztą Irena zaraz po ślubie zabrała się za porządki w domu. Nie interesowało jej nic innego jak tylko układanie źdźbeł wrotyczu poprzeplatanych rumiankiem i miętą. Co ona tam robi? – zastanawiałem się, gdy Polna przerwała moje zamyślenie i powiedziała:

– Muszę z tobą poważnie porozmawiać.

– Och, czy coś się stało? Może zawołam Picusia?

– Nie, nie trzeba! Nie wołaj nikogo! Ja chcę rozmawiać z tobą! Z nikim innym.

– No ale żonę to chyba mogę zaprosić?

– Nie, proszę, nie. To bardzo osobista sprawa, a ja nie znam jeszcze twojej żony zbyt dobrze.

Nadstawiłem uszu, jak tylko jeż potrafi. Co chce mi powiedzieć Polna? Co to za osobista sprawa?

– Więc... No, nie wiem, od czego zacząć... Jest wiosna, a raczej wczesne lato. To czas miłości nie tylko dla jeży. Spotkałam uroczego kawalera. Odwiedzał mnie codziennie. Nic ci nie mówiłam, bo bałam się, że się nie zgodzisz. Tym bardziej że zaprosiłam całą jego rodzinę. Myślałam... Myślałam, że jak się zakochałeś, to na stałe wyniesiesz się do Ireny.

Nie do końca zrozumiałem – ja miałbym porzucić swój dom? Nigdy w życiu. Każdy jeż, nawet żonaty, ma własne malutkie mieszkanko.

– Oj, Polna, Polna, czyżbyś chciała zająć moje lokum?

– Nie, nie, przepraszam! Ja tylko tak sobie pomyślałam. Nie gniewasz się?

– Nie bój się. Jestem wyrozumiałym jeżem, choć przyznam, że nie cieszę się z większej liczby sublokatorów. Będą hałasować, a wiesz, że lubię sobie pospać. Ale, ale, czy ty nie przytyłaś zanadto?

– Właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać. Będę mamą.


Zakręciło mi się w głowie. Nie wiem, czy od wizji stada małych, niesfornych mysiątek, czy z powodu szalonego lotu jakiejś bezczelnej muchy. Przeleciała tuż przed moim nosem i usiadła mi na uchu. Potrząsnąłem głową, ale nie uciekła. Nawet nie powiedziała „dzień dobry”, tylko zabzyczała piskliwie:

– Hola, hola! Nie zachowuj się jak rumak. Jesteś krótkonogim jeżem, a nie koniem wyścigowym.

– A może byś się przedstawiła? To nieładnie tak bez pytania wtargnąć do czyjegoś domu, a na dodatek deptać po uchu gospodarza.

I tak byłem już zdenerwowany, a tu jeszcze nieproszony gość.

– No, czekam. Jak się nazywasz?

– Myślałam, że mnie rozpoznasz. Przyjaźniłeś się z moją matką, Muchą Bolimuchą. Ja nazywam się Musia Bolimusia, bo jestem jeszcze bardzo młoda. Nie bój się, nie ugryzę. Mam pełny brzuszek, a poza tym nie kąsam znajomych. Chciałam posłuchać, o czym mówicie. Mogę?

– Musisz zapytać Polnej. Zanim jednak to zrobisz, zejdź z mojego ucha i powiedz coś więcej o swojej mamie.

Byłem mocno zdziwiony, bo bez gadania opuściła moje ucho i przysiadła na źdźble perzu. Polna też wyglądała na zaskoczoną. Pamiętała obcesowe zachowanie Bolimuchy, a tu jej córa taka ułożona.

Mysz odezwała się cieniutkim głosikiem:

– Witaj, Bolimusiu. Pamiętamy twoją mamę, pamiętamy. A skoro już jesteśmy przy tym temacie, to ja też zostanę mamą. Miałam nic nie mówić przy obcych, ale szanując pamięć Bolimuchy, pozwalam ci zostać. Zresztą za chwilę i tak wszyscy się dowiedzą.

Zadrżałem.

– Ile czasu nam zostało? To znaczy tobie, Polna.

– Nie wiem dokładnie, ale chyba niewiele, bo dzieci strasznie hasają w moim brzuchu. – I Polna spuściła oczy.

– Jak to?! To ty nie składasz jajek? – Mucha była wyraźnie zdziwiona.

Nagle spostrzegłem, że ktoś jeszcze przysłuchiwał się naszej rozmowie.

Picuś roześmiał się po psiemu, to znaczy prychnął nosem.

– Och, ty rzeczywiście jesteś jeszcze bardzo młodziutka i nie masz pojęcia o najważniejszych sprawach. Nie podsłuchiwałem! Nie myślcie tak! Spałem sobie tuż obok, a gdy się obudziłem, głupio mi było wam przerywać.

– Ale nie zdradzisz nikomu mojej tajemnicy? – Polna była zaniepokojona.

– Jasne, że nie! Nie wiem tylko, czy mucha jest w stanie dochować sekretu. No co, Bolimusiu? Jak to jest z waszą gadatliwością? – Picuś spojrzał na skuloną Bolimuszkę.

– Ja... ja nie wiem, ale nikomu nic nie powiem. – Mucha wydała się jeszcze mniejsza, niż była.

– No to trzymam cię za słowo. – Picuś zrobił poważną minę. – Muszę wam wyjaśnić, skąd się biorą dzieci.



SKĄD SIĘ BIORĄ DZIECI

Byłem bardzo śpiący, ale temat wydał mi się niezmiernie ciekawy. Czekałem niecierpliwie, gdy Picuś wdrapywał się na starą skrzynkę po jabłkach. Chciał, abyśmy go dobrze widzieli i słyszeli. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć, jak przyszedłem na świat. Mama nie zdążyła mi powiedzieć. Teraz miałem okazję poznać tajemnicę życia, bo Picuś zaczął opowiadać:

– W pewnym sensie wszystkie dzieci biorą się z jajka. Tak, tak, moi drodzy, jajko to nadzieja każdego gatunku. Czy wiecie, co to jest komórka?

– To taki mały domek, składzik na narzędzia! – zawołała mucha radośnie. – Słyszałam, jak pewna pani powiedziała, że schowa grabie do komórki.

Picuś prychnął w odpowiedzi.

– Nie o takiej komórce chcę wam powiedzieć. Słuchajcie! Wszyscy, jak tu jesteście, składacie się z maluśkich, malusieńkich komórek. I nie ma w nich grabi ani łopat. To żywe komórki. Dopóki one żyją, wy też możecie cieszyć się życiem. I nie ma znaczenia, czym jesteście – psem, jeżem, myszą, muchą czy człowiekiem. Są jednak komórki większe od tych budujących nasze ciała: jajka. Nie tylko kury i muchy znoszą jajka. Robią to miliony zwierząt: owady, pająki, skorupiaki, ryby, płazy, gady i ptaki. Każde jajko jest trochę inne. Jedne są pokryte skorupką, drugie skórzastą osłoną. Jeszcze inne są delikatne, jak rybia ikra czy skrzek żaby. Z tych jajek wylęgną się dzieci owadów, pająków, ryb, żab, jaszczurek i ptaków. Pewnie zastanawiacie się, jak to jest z nami, ssakami. Ach, nie powiedziałem wam najważniejszego!!! Jajka znoszą tylko samice, czyli damy. – Tu Picuś skłonił się Polnej.

– Ale ja nie znoszę jajek! – krzyknęła urażona mysz.

– Prawda, nie znosisz, ale nosisz je w sobie – powiedział Picuś bardzo poważnie.

Zapadła głucha cisza. Nawet Bolimusia przestała czyścić swoje skrzydełka.

Skąd ten Picuś to wszystko wie? – pomyślałem i chciałem podrapać się w ucho, gdy nagle ujrzałem czyjeś łapy i ogon, a nawet skrzydło. O Matko Naturo! Tu jest całe zbiegowisko! – chciałem krzyknąć, ale tylko rozejrzałem się ostrożnie. Psy, koty, żaby, ropuchy, zaskroniec, ślimaki, jaszczurki i żuczek gnojowy, nawet pani Skorek z gromadką dzieci – wszyscy z uwagą słuchali Picusia. Na gałęzi przysiadła sroka, a w krzaku skrył się kos. Nikt nie czaił się na nikogo. Wszyscy byli zainteresowani wyłącznie opowieścią Picusia, a ten wziął głęboki wdech i kontynuował:

– Tak, moja droga myszko. Widzę, że za kilka chwil i ty zostaniesz matką. Czemu się chowasz? To nie powód do wstydu, ale do dumy!

 

Polna zrobiła głupią minę.

– Ależ Picusiu! Ja się wcale nie wstydzę! Powinieneś wiedzieć, że nie wolno mi ujawniać swojej sytuacji. Jestem myszą i cała rzesza drapieżników czyha na mnie i moje dzieci.

Picuś chrząknął.

– Hm, masz rację, ale tutaj, gdzie żyjemy, nic ci nie grozi. Powinnaś o tym pamiętać. Przecież mieszkasz z jeżem i przyjaźnisz się ze żmiją. A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do jajka. Każde jajko powstaje w ciele samicy. Nie ma znaczenia, czy samica jest myszą, sroką, żabą czy kobietą. W ich ciałach są narządy podobne do kwiatów z opuszczonym kielichem. To jajniki. Jak już się domyślacie, to w nich tworzą się jaja. U ciebie, myszko, i u innych ssaków są one bardzo malutkie, ale są. Pozostają w ciele ssaczej pani i czekają na inną komórkę. Jeśli ją spotkają, zacznie się nowe życie.

Każdy miał ochotę zapytać, jaką komórkę ma spotkać jajo, ale wszyscy byli onieśmieleni wiedzą Picusia. Ja zastanawiałem się, skąd on to wie. Przecież nie umie czytać i nie słyszałem, żeby cokolwiek studiował. Zresztą psów na uniwersytety nie przyjmują. Pewnie same by nie chciały. Uczą się od swoich opiekunów i Matki Natury. Och, już wiem! Nasza ludzka mama jest lekarzem! Musiał słuchać, gdy opowiadała o składaniu jajek. Trzeba przyznać, że pamięć to on ma.


Z zamyślenia wyrwały mnie słowa Picusia:

– Pewnie jesteście ciekawi, co to za komórka? Jest mniejsza od najmniejszego jaja. Wygląda zupełnie jak kijanka. – Tu skłonił się w kierunku pana Śmieszka, który właśnie wgramolił się na kamień.

– Co kijanka? Moje dziecko? Nie dosłyszałem, przepraszam. Czy mogę też posłuchać?

– Ależ oczywiście!

Picuś skłonił się żabie i mówił dalej:

– Ta malutka ruchliwa komóreczka pochodzi z ciała samca. I właśnie wtedy, kiedy spotkają się dwie komórki stworzone w organizmach rodziców, w jaju zaczyna tętnić nowe życie. U zwierząt, które znoszą jaja, życie malucha rozpoczyna się zazwyczaj poza ciałem matki. Tak, tak, panie Śmieszku, wasze śliczne kijanki siedzą w jajach zanurzonych w stawie. Tymczasem maluszki naszej kochanej Polnej siedzą w jej brzuchu i zaraz pewnie przyjdą na świat. Ale, ale! Gdzie ona jest? Polna!!!

Wołanie Picusia odbiło się echem innych głosów. Wszyscy wołali, ale Polna się nie odezwała. Poczułem się nieswojo. Czyżby obraziła się za ujawnienie tajemnicy? I znowu z zamyślenia wyrwały mnie słowa Picusia:

– Kochani, koniec na dzisiaj. Musicie szybko stąd iść. Myślę, że Polna rodzi i nie wolno jej przeszkadzać. Rodzenie dzieci wymaga spokoju i skupienia. To naprawdę poważna sprawa. No, uciekajcie już.

Rozeszli się i tylko Bolimusia zwlekała chwilę, aby zapytać, czy może pomóc.

Miła jest ta mała, pomyślałem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?