Balią przez AmazonkęTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna: Waldemar Popek

Redakcja: Maria Rola

Korekta: Ewa Kochanowicz, Ewelina Korostyńska, Monika Ślizowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Rafał Kucharczuk

Opracowanie graficzne fotografii: Marek Pawłowski

Zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z archiwum autorki.

Redakcja techniczna: Robert Gębuś

ISBN 978-83-08-05946-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2017

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Marzenia

Jedziemy do Kolumbii

Aguti z napędem rakietowym

Leticia

Parque Nacional Natural Amacayacu

Churucos - anioły selwy

Co znaczy być jaguarem

Puerto Nariño

Znów w Yakurunie

Kapibary w Rezerwacie Marasha

Legenda Kurupiry

Anakonda

Powrót z Peru do Kolumbii

Nixon i... cała reszta

Różowe delfiny inie

Czarne i białe kajmany

Niewinne leniwce

Ptaki Amazonii

Tukany i papugi

Czubacze, harpie i niebieskie cud ptaszki

Kobiety w Kolumbii

Bankowe przygody i sok huito

Wodny świat - Natütama

Nocni lotnicy - nietoperze

Żołnierze w Kolumbii

Ropuchy

Wszędobylskie komary i pająki

Mrówki, jakich nie znacie

Smak kolumbijskiej kuchni

Wiem, że tam wrócę


Królowa rzek: Amazonka

MARZENIA

Dobrze pływam, ale zdarza mi się to najwyżej raz w roku, a poza tym mam za sobą ponad pół wieku życia. Nie myślałabym o tym, siedząc na brzegu basenu, ale tu, pośrodku Amazonki miałam ku temu powody! Jakiś niesiony prądem konar stuknął w burtę. Ale czy w ogóle można tak nazwać ledwie wystający nad poziom wody rant balii? Biała, płaskodenna, prawie okrągła łódka ledwie mieściła trzy osoby i dwa plecaki. Nie zastanawiałam się nad tym, gdy wsiadałam. Zatłoczony port w Leticii, upał i ponaglanie ze strony przewodnika nie dały czasu do namysłu. Teraz niezmierzony ogrom brązowej wody gnał z każdej strony. Wraz z nim zielone wysepki połamanych gałęzi, wielkie pnie drzew i wszystko to, co woda porwała z brzegów. Byliśmy dokładnie pośrodku królowej rzek — Amazonki. Drobny, wyglądający jak piętnastolatek przewodnik z plemienia Ticuna o mylącym imieniu Roberto, Tomek i ja. Siedziałam na kapoku, ale gdy oba brzegi wydawały się fatamorganą, tak samo nieosiągalną jak woda na pustyni, włożyłam ratunkowe wdzianko.

— Nie ma komarów — radośnie zauważył Tomek, a Roberto wyłączył silnik. A właściwie silniczek, podobny do tego, jaki można przytroczyć do roweru. Musiał jednak mieć siłę kombajnu, bo w tej samej chwili łódeczka zwolniła, osiadła głębiej i krople wody zaczęły wskakiwać do niej jak pchełki, w które grałam w dzieciństwie. Położyłam plecak na stopach, ale zaraz zdjęłam — po co mi suche ciuchy, skoro i tak pójdziemy na dno?

Roberto chyba zauważył moje obawy, bo powiedział, wyraźnie zwracając się do mnie:

— Pływam tędy już dwanaście lat.

Trochę się rozluźniłam i zrozumiałam, po co te przystanki. Ratowały nas przed kolizją z pływającymi pniami. Zaczęłam podziwiać kunszt żeglarski naszego przewodnika i byłam tym tak zajęta, że nie zauważyłam, kiedy dobiliśmy do peruwiańskiego brzegu. Kolumbia została po drugiej stronie i ledwie majaczyła na horyzoncie cienką jak włos kreseczką.

Wysiedliśmy na skrawek suchego, choć bagnistego lądu. Dalej trzeba było wyruszyć drewnianym czółnem przez dżunglę. Amazonka wylała i drogi stały się dostępne tylko dla łodzi. Przejął nas przewodnik z plemienia Cocama — Alberto. Płynęliśmy zielonym tunelem, żar lał się z nieba, Alberto pokazywał palcem biegające po gałęziach pigmejki, najmniejsze małpki świata, a ja poczułam przypływ niewiarygodnego szczęścia. Czy dwadzieścia lat temu mogłam przypuszczać, że trafię nad Amazonkę? Tylko marzyłam o tym, wspominając książki Arkadego Fiedlera. Potem życie zrobiło kilka zwrotów i jestem tu. A wszystko zaczęło się w Cybulicach pod Warszawą.

JEDZIEMY DO KOLUMBII

Od niepamiętnych czasów przyjaźnię się z Jackiem i Kają. Mają w sobie ten sam co ja z Tomkiem głód poznawania świata. Tyle że trasy naszych wędrówek rzadko się dotąd przecinały. Azja jest nasza, a Ameryka Południowa ich. Podczas jednego z biesiadnych spotkań zachwalaliśmy walory „swoich” rejonów podróży. Mnie nie trzeba było zbyt długo przekonywać, tym bardziej że już wcześniej snuliśmy wspólne plany „tropienia jaguara” w amazońskiej dżungli.

Był początek 2014 roku i sporo czasu na krystalizację planów. Zaczęłam myśleć o Amazonii coraz poważniej, a jak poważnie, to i odpowiedzialnie — nie znam hiszpańskiego, więc muszę się nauczyć. Dzięki Jackowi trafiłam na świetną nauczycielkę.

Aida jest Kolumbijką i od lat uczy Polaków języka hiszpańskiego. Spotykałyśmy się raz w tygodniu, a między lekcjami wciskałam do swojej starej głowy niełatwy do nauczenia dla Polaka presente de subjuntivo. Hiszpański brzmi pięknie zwłaszcza w piosenkach, ale tych nigdy wcześniej nie starałam się zrozumieć. Tengo la camisa negra Juanesa znaczyło dla mnie tyle co nic. Tym bardziej że nie kupowałam czarnych męskich koszul w hiszpańskojęzycznych krajach. Właściwie w żadnych krajach. Aż tu nagle kolejne słowa z dawno zapomnianych przebojów Julio Iglesiasa składały się w sens zdań. „Cada día, cada instante te recuerdo como aquella primavera, cuando tú eras flor temprana que jugaba a ser mujer por vez primera…”. „Każdego dnia, każdej chwili pamiętam ciebie niczym wiosnę, kiedy byłaś wczesnym kwiatem, który bawił się w kobietę po raz pierwszy”. Byłam zachwycona. Nie tyle słowami, ile tym, że je rozumiem. Kocham się uczyć, szczególnie w tych momentach, gdy czuję, że „wychodzę z lasu”. Kupowałam coraz to nowe płyty z hiszpańskimi piosenkami. Moi domownicy mieli dość, gdy po raz setny słuchałam tego samego. Jestem dokładna i chciałam zrozumieć wszystko. Nie da się jednak zrozumieć duszy świata tylko na podstawie piosenek.

Jako główny cel podróży do Ameryki Południowej wybraliśmy Kolumbię. To, co o niej wiedziałam, pochodziło z mediów, kilku książek i opowieści Jacka. Poza zachwytami Jacka informacje o tym kraju nie były zbyt zachęcające. Bardzo chciałam znaleźć kontakt do kogoś, kto zna Kolumbię od wewnątrz. I nagle mnie olśniło — przecież w Warszawie jest Ambasada Kolumbii! Zadzwoniłam i przemiła pani, jak się potem okazało tłumaczka, umówiła mnie na wizytę. Nie spodziewałam się zaszczytu spotkania z samą panią ambasador, a jednak tak się stało. Victoria González Ariza, Embajadora de Colombia en Polonia, zaprosiła mnie do swojego gabinetu. Mogłam wysłuchać długiej i barwnej opowieści o kolumbijskiej Amazonii. A potem wszyscy pracownicy ambasady służyli mi radą, dostałam listy polecające i kontakty do osób, które mogły udzielić mi pomocy na miejscu.

 

Odwiedzałam ambasadę jeszcze dwukrotnie i za każdym razem utwierdzałam się w przekonaniu, że Kolumbijczycy to niezwykle życzliwy naród. Nie pomyliłam się. Bardzo chciałabym im wszystkim podziękować, a równocześnie zasugerować, by polscy ambasadorzy tak samo odnosili się do obcokrajowców zainteresowanych naszym krajem.

Gdy kupiliśmy bilety, czas zaczął gnać jak opętany. Okazało się, że Jacek leci z nami, ale tylko na dziesięć dni. Praca nie pozwalała mu na dłuższy urlop, a Kaja musiała zostać z chorym psem Tuptusiem.

Wylecieliśmy z Tomkiem 2 lutego 2015 roku. Najpierw do Berlina, potem do Madrytu, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg; dotarliśmy tam późnym wieczorem. Hotel miał być blisko lotniska, ale taksówkarze i tak życzyli sobie sowitej zapłaty. Nie było wyjścia, bo zbliżała się północ. Hotel okazał się bardzo przyjemny i po krótkim świętowaniu rozpoczęcia urlopu poszliśmy spać. Tym spokojniej że rano miał nas zabrać na lotnisko hotelowy bus. Odjeżdżał o ósmej, więc na śniadanie stawiliśmy się godzinę wcześniej. Gdy schodziliśmy na hotelowy parking, nie zajrzałam do pokoju Jacka. Przecież przed chwilą widzieliśmy się na śniadaniu. Bus czekał na nas z otwartym bagażnikiem. Wrzuciliśmy plecaki, czekamy na Jacka. Za pięć ósma wysłałam Tomka na zwiady. Wrócił z wiadomością, że Jacek w piżamie i jeszcze niegotowy. Mamy zaczekać kilka minut. Zaczekaliśmy, ale bus nie zaczekał. Po jego odjeździe pojawił się nasz przyjaciel z rozbrajającym uśmiechem. I jak tu się złościć? Wsiedliśmy do taksówki i na szczęście nie spóźniliśmy się na samolot do Bogoty.


Bogota

Stolica Kolumbii przywitała nas ciepłem i uśmiechami mieszkańców. Tu już bez pośpiechu dotarliśmy do zarezerwowanego w Warszawie na jedną noc hotelu. Na zdjęciach wyglądał zachęcająco, zresztą nie miało to dla nas specjalnego znaczenia, bo rano wylatywaliśmy do Leticii nad Amazonką. Tej nocy nie zmrużyłam oka. I to nie z powodu braku ciepłej wody czy niewielkiej przestrzeni na wciśnięcie stóp między łóżko a resztę pokoju. Łóżko zajmowało prawie całą jego powierzchnię. Nawet zimna cerata pod prześcieradłem nie była tak straszna jak myjnia samochodowa pod nieszczelnymi oknami. Działała całą noc, a jej pracownicy dodawali sobie animuszu, puszczając na cały regulator muzykę z ustawionych na ulicy głośników. Brak snu wynagrodziło mi pyszne śniadanie w restauracyjce na dachu hotelu i sprawne działanie moich towarzyszy podróży.

Z Bogoty do Leticii leci się tylko dwie godziny, ale i tak nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę Amazonkę. Nie wiedziałam, że już przy pierwszym spotkaniu trochę mnie nastraszy. Lotnisko w Leticii jest malutkie, więc pas startowy też nie bije rekordów długości. Samolot musi podchodzić do lądowania nad rzeką, zniżając się tak bardzo, że widać, co niesie jej nurt. Miałam wrażenie, że to nie będzie lądowanie, ale wodowanie. Odetchnęłam, gdy poczułam podrygiwanie samolotu na nierównościach pasa.

Wysiedliśmy na zalaną słońcem łączkę ogrodzoną płotem. Poczułam dotyk równikowego upału i byłam u siebie. Nie wiedziałam jeszcze, że tutejsze ciepło potrafi wygrać nawet z tropikiem borneańskiej dżungli. Przeszliśmy przez osiatkowaną bramę i byliśmy w Amazonii. Przed lotniskiem tłoczyli się taksówkarze polujący na klientów. My czekaliśmy na samochód z hotelu Yakuruna. Jeszcze w Warszawie polecił go nam pan konsul, zapewniając, że to miejsce piękne, bezpieczne i na pewno nam się spodoba. Potem Jacek prowadził internetowe pertraktacje z właścicielem, który obiecał podwózkę z lotniska. Gdy już prawie wszyscy pasażerowie samolotu odjechali, a po nas nikt się nie zgłosił, wsiedliśmy do taksówki. Nie mieliśmy pojęcia, czy bardzo daleko jest do Yakuruny, więc zgodziliśmy się, jak się potem okazało, na dwukrotną stawkę za kurs.

Podjeżdżamy pod bramę posiadłości, a tu kłódka. Stukamy, wołamy i nic. Taksówkarz chyba miał nadzieję, że zarobi więcej, bo nie odjeżdżał. W końcu ktoś zareagował na nasze dobijanie się. Młody człowiek był więcej niż zaskoczony. Przepraszał, że nic nie wie o naszej rezerwacji, i wydzwaniał do właściciela hotelu. Ten musiał być bardzo zajęty, bo długo nie odbierał. Żar lał się z nieba, my trochę zmęczeni po locie z czterema przesiadkami trzymaliśmy się dzięki resztkom podróżniczej adrenaliny. Jak to zwykle bywa w takich momentach, czas wlókł się niemiłosiernie i tylko urok osobisty Gerarda, młodzieńca stojącego na straży Yakuruny, nie pozwalał okazać zniecierpliwienia.

Nasza cierpliwość została w końcu nagrodzona. Señor Hernando odebrał telefon i w okamgnieniu rzeczywistość nabrała rumieńców. Okazało się, że zapomniał o naszym przyjeździe. Za piętnaście minut był na miejscu i rozlokował nas w ładnych, czystych i wygodnych domkach. Domkach, to za mało powiedziane, bo zarówno wystrój, jak i ich architektura świadczyły, że nie są przeznaczone dla biednych turystów. Wiedzieliśmy, że cena nie jest najniższa — w przeliczeniu sto złotych od osoby bez śniadania, więc postanowiliśmy zostać tylko trzy dni. Nie wiedzieliśmy natomiast, że hotele w Leticii są nie tylko droższe, ale też o niższym standardzie, i że Yakuruna jednak stanie się naszą przystanią między wypadami w inne rejony Amazonii.

Na razie najbardziej przydatny okazał się basen. Niezbyt duży, ale dawał wspaniałą ulgę w upale. Wskoczyliśmy zaraz po rozlokowaniu się i zmęczenie szybko uleciało. Dopiero teraz dotarło do nas, że poza nami nikt nie gości w Yakurunie. I to też dodawało uroku temu niezwykłemu miejscu. Dlaczego niezwykłemu? Z wielu powodów. Pierwszym była sauna w domku Jacka. Kto w takim klimacie buduje saunę? Pojechaliśmy do Kolumbii w zimie, a temperatury nieraz przekraczały pięćdziesiąt stopni Celsjusza. W lecie są codziennością. Może señor Hernando szykował się na wizytę zziębniętych mieszkańców Skandynawii? Nie wiem, ale lodowi goście nie przyjechali, a sauna nigdy nie była używana. My też z niej nie skorzystaliśmy. Za to szybko zaczęliśmy doceniać prawdziwe uroki mieszkania w Yakurunie.

Hotel znajduje się sześć kilometrów od Leticii. Domki stoją na dość dużym terenie przylegającym do dżungli zwanej tu selwą. Tak naprawdę to selwa wdziera się do Yakuruny gąszczem zieloności i rozlewiskami wezbranej Amazonki. Właściciel, za co mu chwała, chce być nie tylko wielbicielem natury. Bierze udział w programie ochrony amazońskich ryb, a szczególnie arapaimy zwanej w Kolumbii i Peru piraruku. Poza tym señor Hernando lubi kontakt ze zwierzętami, na co dowodem jest swobodnie spacerująca po terenie hotelu gromadka drobiu z dumnym indorem na czele, stawy pełne ryb i żółwi, pies Zeus i trochę „zakręcona” koza. Cierpi ona na coś w rodzaju niezborności ruchowej, ale ma wszystkie wygody i wygląda na zadowoloną.

Niestety to nie koniec listy mieszkańców Yakuruny. Sympatia do zwierząt nie powinna im szkodzić, ale jeśli idzie w parze z brakiem podstawowej wiedzy na ich temat, prowadzi do bardzo przykrych konsekwencji. W Yakurunie mieszkają trzy papugi ary, para płochliwych gryzoni aguti i małpa kapucynka o imieniu Pepo.


Pepo nie wie, czy jest kapucynką, czy kimkolwiek innym, bo wychował się pośród ludzi

AGUTI Z NAPĘDEM RAKIETOWYM

Miały tu świetne warunki, do dyspozycji spory, ogrodzony teren przylegający do dużego rozlewiska. Tylko ono dzieliło je od dzikiej selwy. Kiedy pierwszyraz przechadzałam się po Yakurunie, mignął mi za siatką szybki jak strzała cień. Nie był większy od kota, kształtem przypominał pocisk rakietowy. Po prostu bombę. Nie miałam pojęcia co to. Nie wiedziałam, czy wolno mi przekroczyć furtkę i zatopić się w zielonych zaroślach. Szybko okazało się, że jest to nawet mile widziane. Señor Hernando lubił chwalić się swoim dobytkiem. Bomba okazała się południowoamerykańskim gryzoniem zwanym aguti.

Zwierzątko może osiągnąć nawet ponad siedem kilogramów wagi, ale najczęściej waży tylko połowę z tego. Wygląda jak długonoga i smukłogłowa świnka morska z napędem rakietowym. Gdy się przestraszy, znika w ułamku sekundy. Jak większość gryzoni aguti jest łakomym kąskiem dla wielu drapieżników. Jedynym dla niego sposobem na zachowanie życia jest ucieczka, więc „przestrasza się” bardzo często. Byle szmer czy nieznany cień — on czmycha.

Señor Hernando wziął kilka bananów i otworzył furtkę. Weszliśmy w wysoką trawę i piri piri, czyli jedni z dokuczliwszych krwiopijców Amazonii, wprost zawyły z radości na widok moich gołych łydek. Do dziś nie udało mi się ustalić ich pełnej tożsamości, są malutkie i przypominają pchły, ale kąsają jak kosmiczne bestie. Między drzewami było sporo cienia, który w pełnym słońcu wydawał się jeszcze bardziej mroczny. Z takiej czarnej dziury wychynęła zgrabna główka. Oczy jak paciorki i śliczne okrągłe uszy przylegające ciasno do czaszki. Ruchliwy nosek wyczuł znajomy zapach. I wcale nie chodziło o banan. To señor Hernando był w łaskach swojego podopiecznego. Dorodny samczyk wspiął się na kolana dumnego opiekuna i z godnością przyjął poczęstunek. Zaczął jeść w takiej samej pozycji, w jakiej robią to myszy. Przysiadł na krągłym kuperku i pałaszował owoc, trzymając go w przednich łapkach. Zerkałam na drobne, chwytne czarne paluszki, które nijak mi nie pasowały do szybkości, jaką osiąga aguti podczas ucieczki, a on cały czas sprawdzał, czy nie wykonuję „groźnego” ruchu. Zrobiłam tylko minikroczek, by być bliżej ulotnej istoty, i… uleciała, to znaczy umknęła w kępę krzaków.

Trudno opisać niewinność, jaka bije od aguti, i nie bardzo rozumiem, jak ktokolwiek mógłby chcieć je skrzywdzić. A jednak. Zwierzęta trafiły do Yakuruny po odebraniu ich przemytnikom. Miały pojechać do jakiegoś barbarzyńcy ze Stanów Zjednoczonych. Strażnicy przyrody sprawdzili, czy señor Hernando ma odpowiednie warunki do reintrodukcji zwierząt, czyli umożliwienia im powrotu do natury, i uznali, że mogą tę parkę tu zostawić. Samiczka była znacznie bardziej płochliwa niż jej partner.

Aguti łączą się w pary na całe życie. Nieznane są im rozwody. Tylko śmierć może zakończyć związek. To zdeklarowani weganie. Żywią się owocami i nasionami. W okresach urodzaju zakopują nadmiar nasion. Oczywiście zapominają o przynajmniej połowie spiżarni. Trudno zliczyć, ile drzew i innych roślin selwy posadziły aguti. Te z Yakuruny nie cierpiały z powodu nieurodzaju. Codziennie dostawały wiaderko nasion i sadziły je jak opętane. Może dlatego nie chciały wrócić do selwy. Inaczej niż ich dzieciaki. Jak się później dowiedzieliśmy, para dochowała się czwórki w dwóch rzutach. Wszystkie po osiągnięciu dojrzałości wybrały wolność. Niestety nie dane mi było zobaczyć maluchów. Pani aguti była w następnej ciąży, gdy wyjeżdżaliśmy. Przypuszczam, że i tak bym ich nie zobaczyła, bo płochliwa matka przekazuje dzieciom swoje sposoby na przetrwanie. I całe szczęście, bo inaczej żadne zwierzę nie dożyłoby w selwie starości.

Kiedy tylko byliśmy w Yakurunie, odwiedzałam królestwo pary aguti. W naturze mają znacznie większe terytoria, za to kryjówki takie same jak na wolności. Ciasny tunel w gęstych zaroślach, szczelina między korzeniami drzewa, dobrze zamaskowana nora. O zachodzie słońca, gdy jego promienie prześwietlały największą gęstwinę, mogłam zobaczyć wtuloną w siebie parę. Obok ich lokum rosła na wpół powalona palma. Pod nią zamieszkał ogromny żółw. I przynajmniej on nie uciekał, gdy zaglądałam, czy jest ktoś „w domu”.

Kilka godzin po przyjeździe do hotelu usłyszałam krzyk Tomka — małpa! Wyjmowałam nasze rzeczy z plecaka i spojrzałam w okno. Ktoś przyglądał mi się zza szyby, i z całą pewnością nie był to Tomek. Nawet kiedy to piszę, kręci mi się w oku łza. Mam poczucie winy wobec wszystkich zniewolonych małp, a spojrzenia Pepa nigdy nie zapomnę. Robił do mnie dziwne miny i sądzę, że sam nie znał ich znaczenia. Tylko instynkt zapisany gdzieś w głębi duszy (jeśli ktokolwiek ma duszę, to nie my, a zwierzęta!) kazał niebieskawym powiekom mrugać nerwowo. Gdy wyszłam na zewnątrz, lustrował mnie, podgryzając przewód elektryczny rozciągnięty między domkami. Potem, jakbyśmy znali się od dawna, wskoczył mi na kark i rozsiadł się wygodnie. Od tej pory stałam się rumakiem dwuletniego chłopaczka z rodu kapucynek. Nie każdy zdaje sobie sprawę, co to znaczy. Małpi jeździec nie opuszcza swojego rumaka, nawet gdy się posila i załatwia inne potrzeby fizjologiczne. W związku z tym nosiłam na głowie fryzurę upstrzoną rozgniecionym bananem i lepkim sokiem guarany, a na plecach… Lepiej to przemilczeć.

 

Pepo nie wie, czy jest kapucynką, czy kimkolwiek innym, bo wychował się pośród ludzi. Po stracie rodziny señor Hernando kupił małpiego oseska, licząc, że ten zastąpi mu bliskich. Nie pytałam o okoliczności tragedii, jaka spotkała naszego gospodarza, a on nie palił się do wyjaśnień. Nie pytałam też, dlaczego ktoś sprzedawał małpią sierotę. Jednego i drugiego łatwo się domyślić.

Jeszcze niedawno Kolumbia borykała się z ogromnymi problemami. Wystarczy cofnąć się do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Inspirowany rewolucją na Kubie, powstał tu ludowy ruch FARC — Las Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia. Oddziały partyzanckie szybko przekształciły się w okrutną organizację terrorystyczną. Porwania dla okupu, rozkwit narkotykowego rynku, zamachy i rzezie całych wiosek stały się codziennością. Taki stan trwał kilkadziesiąt lat. Dziś sytuacja zmieniła się radykalnie. Kolumbijskie wojsko kontroluje wszystkie rejony, w których dogorywa FARC-owski terroryzm. Można więc uznać, że Pepo także jest ofiarą FARC. Ale to nie do końca prawda. Tysiące lat przed pojawieniem się terroryzmu ludzie też umieli zabijać. Indianie polowali na bardzo różne zwierzęta, w tym małpy. Jeśli zabili matkę, dziecku darowali życie. Matkę zjadali, a malucha wykorzystywali jako żywą maskotkę. To samo dotyczyło innych gatunków zwierząt. Z racji bardzo naturalnych warunków życia Indian maluch po wyjściu z niemowlęctwa często wracał na wolność. Czasy nieskażonej przyrody bezpowrotnie minęły i Indian niekorzystających z „dobrodziejstw” naszej cywilizacji prawie już nie ma. Niestety zwyczaj, costumbre, trzymania w domach małpich dzieci nie minął. Dziś zabija się ich matki, by je sprzedać.


Aguti łączą się w pary na całe życie, nieznane są im rozwody

„Taki jest zwyczaj” — powiedział señor Hernando, gdy tłumaczyłam mu krzywdę, jaką wyrządził małej małpce. Na szczęście zdawał już sobie sprawę z tego, co zrobił, ale wcale nie na skutek rozumienia moich argumentów. Gdy Pepo był malutki, nie sprawiał większych problemów. Wraz ze zdobywaniem coraz większej sprawności stawał się jednak bardziej kłopotliwy. Jego opiekun miał nadzieję, że gdy Pepo spotka przedstawicieli swojego gatunku, odejdzie z nimi. Puścił go wolno na teren hotelu, który co pewien czas odwiedzają dzikie kapucynki. Przychodzą zawsze, gdy graniczące z dżunglą bananowe poletko żółci się dojrzałymi owocami. Gdy Pepo zobaczył swoich kuzynów, wpadł w popłoch. Schował się tam, gdzie czuje się bezpieczny. U papugi imieniem Chilo.

Tak, największym przyjacielem dwuletniej kapucynki jest ara. To tak samo dziwne, jak smutne. Sądzę, że zarówno Chilo, jak i Pepo w ludzkim środowisku musieli być bardzo samotni. Coś sprawiło, że poczuli się lepiej, gdy znaleźli się blisko siebie. Nie mam pojęcia, co to było, ale więź pozostała i jestem pewna, że nigdy nie osłabnie. Oczywiście jeśli człowiek nie rozłączy przyjaciół.

Chilo, tak jak pozostałe dwie ary, nie siedzi w klatce ani nie jest trzymany na uwięzi. Ma problem z lataniem, bo z pewnością przycięto mu lotki. Mieszka pod wiatą na tyłach posiadłości, ale co rano spaceruje po okolicy. Nie utrzymuje żadnych kontaktów z dwiema papugami, które objęły w posiadanie frontową część hotelu.

Na początku nie wiedziałam, gdzie nocuje Pepo ani kto poza mną jest dla niego ważny. Gdy tylko słońce zaczynało dawać znaki, że to już dzień, Pepo meldował się przy drzwiach naszego lokum. Cienkim głosikiem wołał: — Wychodź szybko! Czekam na ciebie! Bardzo czekam!

Oczywiście nie pozwalałam mu czekać „za bardzo”. Wskakiwał mi na kark i kazał się nosić. Gdy tylko usiadłam, dostawał „małpiego rozumu”. Gryzł mnie w policzki i szyję, a gdy broniłam ich dłońmi, w palce. Nie były to prawdziwe ugryzienia, tylko bezkrwawe szczypanie, ale na tyle niemiłe, że szybko wracałam do roli rumaka. Spacerowaliśmy po sporym terenie — a to zajrzeliśmy do psa, a to do kozy. Odwiedzaliśmy szybkie jak strzała aguti, patrzyliśmy na ryby w rozlewisku, aż w końcu przyszła pora na wizytę pod wiatą.

Wiedziałam od gospodarza, że Chilo nie przepada za ludźmi. Na mój widok dawał do zrozumienia, że zbliżanie się grozi kolizją z jego wielkim dziobem, ale Pepo zeskoczył mi z pleców i wziął w objęcia papugę. Wtulił się w nią jak w poduchę. Ara zaczęła czule ćwierkać i pieścić dziobem cieniutkie rączki kapucynki. Po chwili Pepo postanowił zbadać, co kryje dziób, a nawet gardło przyjaciela. Chilo zniósł to ze spokojem. Zaoponował dopiero, gdy małpka zaczęła przerzedzać mu czuprynę. Przy kolejnym traconym piórku pokrzykiwał coraz głośniej. Teraz zrozumiałam, dlaczego Pepo reagował poluźnieniem szczęk tylko wtedy, gdy wrzeszczałam przeraźliwie. Ale Chilo był cierpliwszy niż ja i krzyczał ciszej. Młody, dojrzewający samiec kapucynki pękał od nadmiaru energii. Część jej wyładowywał na papudze. Ta nigdy go nie skarciła, a przecież mogła uciąć małpią dłoń jednym kłapnięciem dzioba.


Największym przyjacielem kapucynki była ara o imieniu Chilo

Pepo nie miał pojęcia, że jest kapucynką czubatą, gatunkiem najchętniej niewolonym przez człowieka. Nie wiedział, że w naturze jego pobratymcy nie spoufalają się z papugami, a jedyne, co ich łączy, to skradzione przez małpy jaja. Nie mają wegetariańskiej diety. Równie chętnie jak owoce czy orzechy zjadają drobne zwierzęta i ukradzione ptakom jajka. Żyją w dużych grupach rodzinnych, którym przewodzi samiec — król, i to w koronie. Dojrzały „pan” kapucynki czubatej ma na głowie czub, a raczej dwa czuby z gęstego ciemnobrązowego futra, które wieńczą jego czoło jak laur lub korona.

Kapucynki są nie tylko urodziwe, ale ich styl pracy powinien służyć ludziom za wzór. To, że używają narzędzi, nie jest aż tak zaskakujące, bo wiele innych zwierząt też to robi. Ale jak używają… W skład diety tych małp wchodzi wiele orzechów w twardej jak stal skorupie. Rozbicie ich bez specjalnego „dziadka” nie wchodzi w grę. Znajdują więc kapucynki duży, wklęsły kamień-kowadło; ale to nie wszystko. Trzeba jeszcze znaleźć mniejsze kamienie, odpowiednio twarde i ostre, które posłużą za młotki. Gatunków orzechów jest wiele i do każdego potrzebny jest inny młotek lub młoteczek. W ten sposób powstaje prawdziwy warsztat, w którym wszystkie narzędzia pełnią swoją funkcję. W miarę zużywania się kamienie są uzupełniane i robi to ten, komu „dziadek” się „zepsuje”. Ktokolwiek przyjdzie do warsztatu, by rozbić orzech, odkłada potem kamień na „półkę”. Nie ma mowy o bałaganie, musi być przestrzegany porządek, by każdy, kto chce skorzystać z narzędzi, łatwo mógł znaleźć potrzebny młotek. Z „dziadka” do orzechów mogą korzystać wszyscy, którzy wiedzą, gdzie można go znaleźć. Nawet kapucynki z innych grup. Byle uważały na twórców warsztatu, którzy niekoniecznie wpuszczą obcych między siebie. Choć i to się zdarza. Bywa, że kapucynki z innych grup rodzinnych korzystają z cudzego warsztatu i choć właścicielki nie są zachwycone, to najczęściej tolerują gości. Zazwyczaj rozłupywaniem orzechów zajęta jest jedna lub dwie kapucynki, więc gdy dołączy kuzynka z innego plemienia, nie protestują. W warsztacie najwięcej czasu spędzają matki z maluchami. Muszą nauczyć swoje dzieci, jakie młotki najlepiej nadają się do jakich orzechów.


Pepo wołał: — Wychodź szybko!

Czekam na ciebie! Bardzo czekam!

Kapucynki czubate są najczęściej jedynakami, ale zdarzają się bliźnięta. Pod troskliwą opieką matek osiągają dorosłość około piątego roku życia, by w wieku sześciu lat stać się zupełnie samodzielne. Pepo niestety nigdy się nie usamodzielni i nie wróci do dzikiego życia. Nie zna języka kapucynek. Nie zna ich zwyczajów. Lubi uderzać okrągłymi przedmiotami w co się da, ale nie wie, dlaczego to robi. Rozumie język ar, ale to też w niczym mu nie pomoże. Pewnego dnia trafi do klatki, bo gdy dorośnie, zacznie używać prawdziwej siły swoich zębów wobec ludzi, których uzna za niesympatycznych.

Tęsknię za małym łobuziakiem i serce mi pęka, gdy myślę o jego losie. Tym bardziej że zaufał mi do końca i nie schodził z pleców nawet wtedy, gdy pływałam w basenie.