Królestwo nadzieiTekst

Z serii: Królowe Kharu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Wysokie rody. Najstarsze rody. Głowy wysokich rodów i ich krewni”, myślała gorączkowo Misa i patrzyła z zachwytem. Słyszała obok siebie przyspieszony oddech wystraszonej Loreny.

— Panowie — powiedziała wreszcie nieco zduszonym głosem, kiedy uporządkowali szeregi. Odwrócili się do niej jak jeden mąż. Byli tacy potężni, tacy dumni, groźni i wspaniali! Sama nie wiedząc dlaczego, chwyciła suknię w dłonie i ukłoniła się niczym dwórka, uginając kolana. Czuła, że Lorena robi to samo. — Panowie, to zaszczyt was poznać.

Patrzyli zaskoczeni, a kilku oddało ukłon.

— W którym miejscu chcecie się znaleźć? — zapytała rzeczowo stojąca z boku Leonia. — Poprowadzę was najkrótszą drogą.

Dyskutowali chwilę, a kharski wydał się Przewodniczkom na miejscu, pasował do nich.

— Gdzie możemy wyjść niezauważeni i najbliżej głównego holu?

Leonia nie odpowiedziała, tylko zdjęła ze ściany pochodnię.

— Jest warunek: nigdy nie widzieliście tego przejścia — powiedziała zdecydowanie.

— Nigdy nie widziałyście naszych kolorów — dopełnił jej warunek Luridh, a one zgodnie przytaknęły.

— Niech tak będzie — podsumował Monather, a za nim kolejni Kharowie.

— Dziękuję — szepnęła Leonia wzruszona, jakby złożyli sobie nawzajem świętą przysięgę, ale zaraz dodała głośniej: — Tędy proszę. Pojedynczo. Nie odchodźcie od ściany dalej niż na dwa kroki.

— Kharskie czy draińskie?

— Draińskie trzy.

— Nie ma tu więcej pochodni? — zapytał adiutant Askharida.

— Są, ale ich nie zapalimy. Nie chcę, byście zobaczyli coś więcej, niż do tej pory wam pokazałyśmy, panie. Takie było życzenie Sinki.

Ruszyła w głąb sali. Szła przed nimi, a stojącym najdalej ludziom Oklanga wydawało się, że światło unosi się coraz wyżej i wyżej, i wyżej, jakby porwał je ptak i uniósł w nocne niebo. Kiedy jednak ruszyli za Przewodniczką, zdali sobie sprawę, że to tylko długie, okrutnie strome schody wykute w skale. Zdawało się, że nie miały końca. Wreszcie poczuli powiew mroźnego, suchego powietrza.

— Uwaga na głowę — usłyszał Oklang i wyciągnął w górę ramię.

Sklepiony półokrągło korytarzyk był dla niego za niski, schylił więc głowę i w tej niewygodnej pozycji szedł w coraz zimniejszym powietrzu. Wreszcie dojrzał zarys przejścia. Wszedł do szerszego korytarza i po chwili się zorientował, że jest na obrzeżu wewnętrznego ogrodu, w środku obronnego muru, którego pilnowali nie wiadomo po co na żądanie Khabena.

Leonia patrzyła, jak wychodzą na mróz, a ich rozgrzane wspinaczką ciała parują na chłodzie. Luridh minął ją szybko, ale musnął jej dłoń palcami. Ostatni szedł Oklang.

— Zatrzaśnij, panie, wejście i zapomnij, że kiedykolwiek je widziałeś — zażądała.

Skinął głową i po chwili Leonia na powrót znalazła się w mroku wielkiej jadalni. Wsunęła pochodnię w kosz na ścianie i usiadła na stopniu. W dół po ścianie pełzł maleńki ogienek. Leonia wiedziała, że w murze wyżłobiono rowek, w którym położono sznurek konopny nasączony olejem. Wystarczyło zapalić go w którymkolwiek miejscu i poczekać. Ogień rozprzestrzeniał się i rozpalał kolejne pochodnie. Ostatnio wszystkie płonęły, kiedy składali tu zapakowane do skrzyń skarby. Meble i kobierce zdjęte ze ścian i podłóg. Szklane, grubo cięte naczynia i niezliczone srebra. Ławy z holu głównego inkrustowane masą perłową i kilkoma rodzajami drewna. Na końcu to, co najcenniejsze — wyprodukowane w posiadłości wełny, w tym te najbardziej pożądane, błękitne, a także rozłożone na części największe warsztaty tkackie. Tylko jedna trzecia z nich została w tkalni, reszta czekała na odejście Kharów w podziemnej jaskini.

Przestrzeń powoli nabierała wymiaru. Z mroku wyłaniały się jasne, białoszarawe, kamienne ściany, pokryte gdzieniegdzie malowidłami z czasów, kiedy posiłki jadały tu adeptki Alabastrowej Szkoły Przewodniczek. Alabastrowe Panny, tak mówiono przed wiekami na wychowanki tej szkoły. Leonia żałowała, że nikt nie używa tej starożytnej nazwy, że nie ma szkoły ani adeptek... Teraz mówią Agneis. Sinka Agneis. Leonia z Mchowego Lasu.

Sklepienie naturalnej jaskini dzieliła od podłogi wysokość ponad dwudziestu mężczyzn, teraz w dwóch trzecich zastawiona skrzyniami i pakami. Leonia wiele ryzykowała, pokazując Kharom to wyjście. Jednak pokładała całą swą ufność i nadzieję w honorowej przysiędze szlachetnie urodzonych mężczyzn.

Podniosła się i zmęczona powlokła w dół. Była pewna, że zapłaci za tę wspinaczkę bólem mięśni, ale nie to ją dręczyło. Bardziej bolało serce, przygniecione pamięcią niedawnych mordów. Wyprowadziła Kharów, by zakończyli walkę. Nie chciała znowu brać w niej udziału.

Nim zeszła w dół, z mrocznych korytarzy zaczęli wychodzić mieszkańcy posiadłości. Zbierali się wokół stołów i wypytywali o wydarzenia. Nie wszyscy rozumieli, co się stało w Domu. Ktoś pytał o Sinkę. Ktoś płakał. Z ulgi czy ze strachu?

— Sinka jest w Domu. Ukryła się.

— Czy to prawda, że zabiła wielu Kharów w holu? — zapytała Liner, pracująca w kuchni niezamężna Przewodniczka. — Kto tam był?

— Zabiła.

To słowo zabrzmiało jak grzmot. Lorena stanęła na ławie i ze spokojem opowiedziała o wydarzeniach w holu. Ludzie słuchali, ale Leonia widziała, że nie wierzyli. Podeszła bliżej.

— Leoniu! — zaczepił ją rzeźnik Angu. — Czy to prawda?

— Tak.

— A ty? Zabiłaś jakiegoś Khara? — zapytał podekscytowany.

— Zabiłam — odpowiedziała i nogi się pod nią ugięły. Siadła na ławie. — Zabiłam wielu Kharów i niech mi Matka Ziemia wybaczy.

Ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się płaczem. Ludzie patrzyli chwilę, a potem nagle wszyscy zaczęli mówić, jeden przez drugiego. Chwalili, ganili, pytali, oskarżali... Leonia niewiele rozumiała. Czuła tylko strach i ból. Chciałaby zapomnieć o tym dniu, wymazać z pamięci twarze Kharów, których sama zabiła, ale bardziej tych, których zabiła Sinka.

Harmider, spotęgowany przestrzenią sali, obudził Monaha. Zerwał się, chciał dokądś biec, ale momentalnie przytrzymały go silne ramiona Kariny.

— Ani słowa! — szepnęła, kładąc mu palec na ustach. — Lepiej, żeby nie wiedzieli, że tu jesteś. Leż cicho.

Leżał więc i słuchał draińskich rozmów o Kharach walczących w Domu i tych z koszar, którzy ruszyli na odsiecz, oraz tych obcych, którzy wjechali wielką gromadą z rozwianymi kharib. „Złamali rozkaz Khabena”, pomyślał Monah i zastanowił się, gdzie jest i co stało się z resztą uciekinierów.

— Gdzie jest reszta?

— Poszli do Domu.

Poderwał się, a świat zawirował.

— Leż. Odpoczywaj. Masz guza wielkiego jak pięść. Nie mogłeś z nimi iść, ledwo cię tu dociągnęłam. Zrobiłam ci zimny okład, ale nic nie pomogło. Poproszę Leonię, żeby obejrzała.

Wyszła, starając się jak najmniej odsłaniać kotarę wiszącą w wejściu. Nie wróciła szybko. Słyszał jej podniesiony głos.

— To byli zamachowcy. Chcieli zabić dowódcę i jego oficerów.

— Trzeba było im na to pozwolić — krzyknął mężczyzna.

— Głupiś — mówiła jakaś kobieta. — Nasi Kharowie o niebo lepsi od innych. Wiesz, co się dzieje poza posiadłością? Wiesz, ile rodzin straciło domy? Ile dzieci jest bez rodziców, a matek bez dzieci? U nas nie zginął nikt. Ani... jeden... człowiek... — wyskandowała.

— Sinka pytała Rady Przewodniczek, co ma zrobić. Nie podjęła tej decyzji sama. My wszystkie się na to zgodziłyśmy.

Znał ten głos. To Mawin. Wydawało mu się, że walczyła ramię w ramię z Askharidem, ale może mu się tylko przywidziało. Nie pamiętał, jak dostał się do tego mrocznego pokoiku. Karina go tu przywlokła?

— Zawsze ufaliście Since, a teraz chcecie się od niej odwrócić? Teraz, kiedy będzie was potrzebować bardziej niż kiedykolwiek wcześniej? Ilu z was pomogła? Ile razy pomógł wam jej dar? Może i to, co wydarzyło się w holu, zrobiła, by was strzec? Was, nie Kharów! Bo co by się stało, gdyby to Kharowie z zewnątrz zaczęli tu swoje rządy? Tacy sami jak ci, co się tu wdarli?! — krzyczała i ludzie ucichli, jakby jej słowa zmusiły ich do milczenia.


7

Sinka niczego nie czuła. Bezmyślnie otworzyła przejście i czekała na Khabena. Szedł o własnych siłach, jeszcze mocny, napędzany euforią walki, choć już nieco zbyt blady. Kurtka i spodnie nasiąkały krwią. Plama w dole brzucha nieustannie rosła. Wiedziała, że daleko nie zajdzie. Pociągnęła go w głąb korytarza.

— Zabiorę cię w bezpieczne miejsce — powiedziała spokojnie — tylko nie mdlej, nie udźwignę cię. Nie mam siły.

Coś mruknął, ale szedł z nią, starając się robić to o własnych siłach, lecz na wszelki wypadek podpierała go, wsuwając się pod ramię. Nie oponował, wprost przeciwnie, była pewna, że przyjął pomoc z ulgą.

— Postój sam. Muszę otworzyć drzwi, obie ręce mi potrzebne.

Oparła go i czekała sekundę, czy nie upadnie, ale stał. Otworzyła drzwi i pociągnęła go.

— W dół po schodach. Piętnaście stopni.

Szli, ale ciążył jej coraz bardziej.

— Jeszcze kawałek, wytrzymaj, zaraz cię opatrzę, poleżysz.

Mówiła z trudem, bo już prawie go niosła. Brakowało jej sił i oddechu, a drzwi, przez które musieli przejść, były nieziemsko ciężkie. Przepchała go na drugą stronę, zatrzasnęła przejście i prawie zniosła z pięciu niewielkich, krzywych schodków wykutych przed wiekami w skale. Chciała go położyć, ale wysunął się jej z rąk i zwalił bez sił. Upadła obok i leżała chwilę, dysząc. Khaben wyraźnie cierpiał, więc uniosła się na łokciu i obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Blady, zaciśnięte usta, ból wypisany na twarzy, dłonie przytknięte mocno do plamy czerwieni na brzuchu. Uklękła obok.

 

— Pokaż, jak to wygląda. Pokaż, nie broń się. Khaben! — krzyknęła, bo nie mogła oderwać jego rąk od brzucha.

— Co?

Bardziej jęknął, niż powiedział. Patrzył na nią, ale wzrok miał nieprzytomny. Nie wiedziała, czy ją rozpoznaje. Chwilę błądził oczami po jej twarzy.

— Kim jestem?

— Sinka — sapnął boleśnie.

— Pokaż mi ranę, weź ręce. No weź!

Odsunął dłonie i zaraz zacisnął w pięści. Przymknął oczy. Sinka nie bała się krwi ani ran, już dosyć się na nie napatrzyła. Matka ciągle kogoś leczyła, ale gdy zawinęła koszulę, zrobiło się jej słabo. Cięcie przebiegało od ostatniego żebra po lewej stronie w dół do prawego biodra. Brzegi były równe. Kiedy leżał nieruchomo, wydawało się, że to tylko nikła smuga na brzuchu. Gdy się poruszył, pręga rozchylała się i zalewała brzuch nową falą krwi.

— Mamusiu, co ja mam z tym zrobić? — jęknęła. — Trzeba to zszyć — odpowiedziała sama sobie. — Słyszysz? Muszę to zszyć. Będzie boleć.

Chyba chciał parsknąć przez nos, ale tylko się wzdrygnął i zakaszlał.

— Leż spokojnie, zaszyję to. Powoli, spokojnie, kawałek po kawałku. — nie wiedziała, czy ją słyszy, zresztą mówiła do siebie. — Robiłam to już. Mama leczyła ludzi. Wiele razy szyłam rany. Słyszysz? Nie bój się. Będzie dobrze — mruczała. — Jeśli chcesz, możesz zemdleć. Będzie łatwiej. Mnie i tobie. Nie będzie cię boleć. Mdlejesz czasami? Dużo krwi straciłeś, słaby jesteś, możesz zemdleć.

Nie bała się, nie czuła nic, była pusta, wyprana z wszelkich emocji. W nim czuła ból i strach. Patrzył na nią, jak ogląda rany, jak zdejmuje halkę i wyciera w nią zakrwawione ręce, jak ociera czoło, zostawiając krwistą smugę.

— Sinka — szepnął.

— Co?

— Jak to wygląda?

— Źle. Wielka, długa rana, ale chyba nie rozwalił ci nic w środku. Nie widać flaków. Kiedyś matka rozcięła jednego umierającego... — powiedziała i nakryła ranę halką. — Flaki to paskudna rzecz. Obrzydliwa. Ale twoich nie widać. Masz solidne mięśnie. Ostrze nie doszło do środka, zahaczyło cię tylko. Mocno krwawisz, trzeba to zaszyć i zabandażować. Za dużo krwi tracisz. Za dużo. Nie mam nic na ból. A to będzie boleć.

— Wiem. Miałem już szytą nogę. Jeśli umrę, to...

— Cicho. Czym ja mam cię zaszyć? Niczego tu nie mam...

— Sinka, jeśli umrę, to...

— Bądź cicho! Nie umrzesz! — krzyknęła na niego.

Rozejrzała się wokół. Oczy zatrzymały się na starej ozdobnej skrzyni. Otworzyła ją. Na wierzchu leżała mała tacka, na niej niewielki nożyk, a pod spodem zwoje srebrzystych nici. Zamarła na moment. Wzięła szpulę leżącą na wierzchu, a po chwili w drugą rękę mały nożyk.

— Mam cię czym zszyć.

Mówiła bez wyrazu, zupełnie bez emocji. Pochyliła się nad nim i raz jeszcze obejrzała ranę.

— Mamusiu, pomóż. Pomóż — szeptała.

Chwyciła stary obrzędowy nóż, którym przecinano nici życia podczas tkania. Nieduży, ale niezwykle ostry; wąskie, długie na pół palca ostrze przyciskało się do kciuka na tkanej nici. Matka miała czasami pokaleczone opuszki palców. Sinka dobrze pamiętała sieć nacięć i strupków, jasnych i nakładających się na siebie blizn. Pamiętała swój kciuk po śmierci matki. Cały był pokryty mnóstwem drobnych ran. Wiele razy cięła nić jej życia. Nawijała na szpule i ucinała, jeśli było za wiele.

Teraz nóż i jedna ze szpul leżały na jej kolanach. A on leżał obok, osłabiony, bezsilny, zakrwawiony... Mogłaby wsunąć ostrze w ranę i wbić głębiej. Wiedziała, gdzie powinna to zrobić, by spowodować krwotok. Nikt by nie spostrzegł w jednej paskudnej ranie drugiej, maleńkiej. Poczeka trochę, zanim się wykrwawi. Już jest słaby, pewno nie potrwa to zbyt długo. Straci przytomność, a potem to samo się stanie. Widziała kiedyś kobietę wykrwawiającą się po porodzie. To było tak szybko, tak cicho. Osłabła i wyglądała, jakby zasnęła. Khaben nie będzie cierpieć. Odejdzie w ciszy skarbca. Wśród schowanych przed nim i jego armią kosztowności, wspaniałych mebli, tkanin, z których słynie Agneis... Czy to nie byłoby sprawiedliwe?

Klęczała i patrzyła na nić matki. Lśniła w zakrwawionej dłoni, migotała nierówno. Co zrobiłaby matka? Zabiłaby go czy uratowała? Był słaby, nie miał sił ani szans się bronić. Tyle krwi przelał, warto przelać jego. Jedno nacięcie. I trochę czasu. Mieli go dużo, na pewno by wystarczyło. Na życie i na śmierć.

Upłynęło kilka chwil, a Sinka nadal klęczała nieruchomo. Nie czuła ani żalu, ani trwogi. Rozważała na zimno, jak powinna postąpić... Patrzyła na swoje ręce, jak na szale wagi. Matka, jej nici w jednej dłoni. Nóż w drugiej. Matka i Khaben. Ofiara i kat. Matka, jej przedwcześnie zakończone życie i ten, który to życie odebrał. Bezsilny. Bezbronny. Czy ma dokończyć to, co zaczął tamten zdrajca? Nóż lśnił, podobnie jak nici. Zdradzi go, zabije. Potem ukryje się, nigdy jej nie znajdą. Usiadła na piętach i podniosła na niego wzrok.

Patrzył na nią bez drgnienia, bez mrugnięcia. Nie oddychał, jakby wiedział, o czym myślała. Czekał z rosnącym w oczach napięciem. Odłożyła nici na podłogę tuż obok, a po chwili nóż.

Pochyliła się nad nim i rzuciła okiem na ranę. Dotknęła go, wytarła krew koszulą. Wzięła nóż i przesunęła dłoń nad raną. Poczuła, jak Khaben napina mięśnie. Podwinęła zakrwawione płótno koszuli i przecięła aż po pęknięcie pod szyją. Odsłoniła brzuch i tors.

— Muszę znaleźć jakąś igłę albo coś takiego. Gdzieś tu powinny być igły babci Bakim... Poszukam, poczekaj.

Odeszła w głąb, zabierając jedyne źródło światła, lichą świeczkę. Płomień migotał, nie rozświetlając prawie mroku skarbca, ale znalazła pudełko z igłami, długimi i srebrnymi, polerowanymi przez wiele wieków. Leżały tam od śmierci babci, bo nie było nikogo, kto umiałby haftować całuny z nici przodków. Babcia robiła je pół życia. Kilka do tej pory leżało nietkniętych, wiecznie czekających na swoją kolej.

Z daleka dobiegł jęk. Szuranie. Jęk i znowu zrobiło się cicho.

Wróciła do niego. Leżał na brzuchu, kilka metrów dalej, niż go zostawiła. Na podłodze zobaczyła smugę krwi. Chyba próbował wstać, ale na szczęście zemdlał. Przewróciła go na plecy. Jęknął i otworzył oczy. Przez chwilę nie wiedział, co się dzieje.

— Pozszywam cię. Znalazłam igły babci. Wielkie są, nie do tego służą, ale... Mam nici. Pewnie będzie bolało, ale pozszywam cię i zabandażuję. Tracisz za dużo krwi.

— To nie nici. — ledwo było go słychać.

— Nici. Może trochę dziwne, ale nici. Za grube, za sztywne, ale nie mam nic innego... Nie ruszaj się.

Odcięła kawałek nici, na jej kciuku pojawiła się kropla czerwieni i szybko zmieszała z krwią Khabena. Pochyliła się i zaczęła grzebać w ranie. Musiało boleć, bo zacisnął pięści. A może ciągle się bał? Odsunęła się i popatrzyła krytycznie. Odcięła drugi kawałek. Potem kolejny. Przy piątym już wiedziała, jak zrobić to najlepiej. Dłonie były coraz pewniejsze, coraz sprawniej szło zakładanie kolejnych pętli. Nie patrzyła mu w twarz, tylko pracowała, próbując zasklepić ranę kawałkami nici życia matki, połyskującej nierówno, wiecznie się zmieniającej, lśniącej.

Zakończyła pracę tak szybko, jak mogła. Spojrzała na Khabena. Był blady, spocony.

— Nie ma tu bandaży, ale potnę halkę i na razie tym przykryję ranę. — znowu mówiła bardziej do siebie niż do niego. — Potem zobaczę, co się dzieje na górze. Może uda mi się przynieść mroczne ziele. Trochę by ci ulżyło. Boli, prawda? Zimno tu. Strasznie ciągnie od podłogi. Przyniosę coś, nakryję cię — mówiła chaotycznie, jakby nie do końca wiedząc, od czego zacząć.

— Sinko — szepnął, ale nie spojrzała na niego.

Znów poszła w głąb ciemnego pomieszczenia i pochyliła się nad jedną ze skrzyń. Z trudem podniosła wieko. W środku, jeśli dobrze pamiętała, były wspaniałe rodowe materie, kobierce z posagu matki. Oparła pustą i strasznie ciążącą głowę o brzeg kufra. Nie miała sił. Zamknęła oczy i odpłynęła... Dopiero jęk wyrwał ją z niebytu. Spojrzała za siebie — leżał tam, półnagi, zakrwawiony i bardzo blady. Potrzebowała czegoś, by po pierwsze, go ogrzać, a po drugie, ubrać. Nie mógł leżeć na kamieniach posadzki. Z pewnością jest osłabiony, dostanie gorączki i umrze. Nie po to go ratowała, by teraz pozwolić mu skonać. Zarzuciła na ramiona spory rulon i z szacunkiem ułożyła na podłodze. Rozwinęła i wpatrzyła się w piękno wzoru. Lubiła go; wisiał w małym gabinecie, tym z fotelami z czarnego drewna. Fotele też gdzieś tu były. Kiedyś umówiła się z matką, że będzie jej. Skoro jej, to nie Kharów. Wstawili im byle jakie meble. Chyba właśnie tam mieszkał Askharid...

Wróciła do Khabena i rozłożyła kobierzec obok niego.

— Trochę na bok. Pomogę ci. Nie możesz leżeć na kamieniu.

Jęknął, gdy go ruszyła. Szybko podsunęła mu dywan pod plecy i opuściła go spokojnie. Był blady, ale patrzył niezwykle przytomnie. Poszła jeszcze raz w głąb pomieszczenia i przyniosła skarb — wełnę tkaną w posiadłości. Zwoje cieniutkiej, miękkiej, ciepłej i bardzo wytrzymałej materii. Kupcy płacili za nią krocie. Zarzuciła na niego kilka warstw, troskliwie go opatulając.

— Będzie ci teraz cieplej. Śpij, jeśli możesz. Pójdę na górę. Nie bój się. Wrócę.

Nie zamknął oczu, patrzył i cicho postękiwał. Starał się panować nad bólem. Próbował spojrzeć jej w oczy. Unikała tego spojrzenia, jak mogła.

— Boli? Postaram się coś przynieść. Może znajdę zioła...

Pozbierała zakrwawione szmaty, resztki halki, zawinęła je w jak najmniejszy tłumoczek i poszła na górę. Wyjrzała przez wizjer, korytarz był pusty. Długo stała i nasłuchiwała, ale wyglądało na to, że draińska część domu została opuszczona. Jej rodacy umieli zniknąć i nie pozostawić po sobie śladu. Ruszyła szybko przed siebie i błyskawicznie zanurzyła się w mrok kolejnego tajemnego przejścia. W starej części domu były one nieregularne, nie łączyły się, często trzeba było przeskakiwać z jednego do drugiego przez ogólny korytarz. Biegała w tę i z powrotem kilka razy, zanim zgromadziła rzeczy potrzebne jej u wejścia do skarbca. Kiedy wreszcie zniosła wszystko, była tak zmęczona, że prawie nie miała sił ustać na nogach. Jednak musiała uciec na dół, bo wydało się jej, że zza ścian nadciąga kolejna fala nienawiści i strachu.

Khaben spał. Ciężkim, kamiennym snem, od czasu do czasu podrywając się niespokojnie, jakby we śnie raz jeszcze przeżywał niedawną bitwę. Jak pies, który we śnie łapie zająca — przebiera łapami, kłapie pyskiem, nawet szczeka. Uśmiechnęła się głupio. Khaben jak pies śniący o zającu. Co za myśl?! Jak mogła porównać jego cierpienie ze snem psa. Co się z nią działo? Skąd ta nieczułość, obojętność?

Z kieszeni spódnicy wyjęła niewielką buteleczkę, oskrobała wosk z butelki wina i wyjęła zatyczkę. Ręce jej drżały, gdy odmierzała krople mikstury. Jeśli doda zbyt wiele, Khaben może się więcej nie obudzić. Dwadzieścia kropli na kubek, więc na butelkę sześćdziesiąt. Nie mogła się skupić, chyba się pomyliła. Straciła rachubę. Zatkała butelkę poranionym kciukiem i wymieszała. Spróbowała. Mroczne ziele było paskudnie gorzkie, jednak nie wyczuła w winie zbyt wiele tej goryczy. Dodała więc jeszcze dwadzieścia kropli.

Pochyliła się nad nim. Patrzył na nią niepewnie.

— Khaben, wypijesz to. Jest gorzkie, ale uśmierzy ból i zaśniesz. Wypoczniesz. No, dalej... Parę łyków.

Wypił. Postawiła butelkę obok drugiej z sokiem.

— Wystarczy. To niebezpieczny środek. Trzeba z nim uważać. Dam ci soku, chcesz? Trochę złagodzi ten paskudny smak. Parę łyków. Wody nie ma, bo nie było w co zabrać. Sok z jesieni za to stoi wszędzie. Tyle w tym roku było jabłek. Lubisz jabłka, Khaben? — Nie odpowiedział, bo już spał. — Dobrze. Ja też się troszkę napiję. Muszę się przespać.

Położyła się koło niego, zmęczona i brudna, na brzegu dywanu. Pomyślała, że w ten sposób będzie jej wygodniej sprawdzać, co z nim. W ustach czuła gorycz mrocznego ziela. A może to w środku, wokół serca zbierało się stado gorzkich myśli? Może z powodu tego, co zrobiła w holu? Zasypiając, wciąż myślała o tym, czy Khaben coś widział. Co dokładnie dostrzegł? Przeraziło ją to, co pamiętała, a wiele spraw pozostawało przecież jak za mgłą. I jeszcze ta myśl, by go zabić! Mama nigdy by tak nie pomyślała. Na pewno nie. Powiedziałaby, że jest po to, by służyć, a nie zabijać. Tego ją uczyła. Pomagać, kochać, być wiernym. Mama wiedziała, kim jest. Sinka nie.


8

Kiedy się obudziła, leżał wpatrzony w sufit, a ona, obolała i zmarznięta, tuliła się do jego boku. Od podłogi ciągnęło chłodem. Usiadła, ale z nosa natychmiast popłynęła fala krwi. Chwyciła kawał szmaty i próbowała zatamować krwotok. Czuła silne zawroty głowy. Położyła się i odchyliła głowę do tyłu.

 

— To przez tkanie w holu? — zapytał i dotknął jej głowy. Chciał chyba odsunąć włosy.

— Może — jęknęła.

Ułożyła się powoli na boku, skuliła i usnęła. Śnili się jej jacyś przodkowie, krzyczący, że ma zabrać stąd tego barbarzyńcę, że jak śmiała... Obudziła się wystraszona. Khaben spał. Usiadła powoli i tym razem krew nie popłynęła. Na czworakach podpełzła do przyniesionych rzeczy. Otworzyła butelkę wina, dosypała do niego ziół, pomieszała i odstawiła. Sięgnęła po inną i się napiła.

Zauważyła, że nie spał, a jego oczy pałały w ciemności od gorączki.

— Chcesz pić?

— Zimno mi. Mam dreszcze — odpowiedział.

Zerwała się. Poczuła krew na ustach, więc wytarła ręką, rozmazując ją na policzku. Miał rozpalone czoło. Napoiła go i przykryła. Kolejne godziny spędziła na siedząco, oparta o kufer, z głową Khabena na kolanach. Bała się. Nie chciała, by umarł. Poiła go chłodnym sokiem z butelki i żałowała, że nie ma choćby miseczki wody, by zrobić mu okład na rozpalone czoło. Na szczęście w skarbcu było zimno, powietrze chłodziło więc policzki i dłonie. Głaskała go, nuciła, ale nic nie pomagało. Szamotał się, jęczał i majaczył. Próbował wstawać, odpychał ją. Gorączka niby nie rosła, ale był coraz bardziej niespokojny, krzyczał coś i rzucał się, by po chwili zapaść w całkowity bezruch, tak że przestawał nawet oddychać. Truchlała wtedy ze strachu.

— Khaben! — krzyczała i potrząsała nim. — Nie umieraj, nie umieraj — szeptała, tuląc do piersi bezwładną głowę. — Błagam cię, nie umieraj... Nie chcę, żebyś umarł...

Żył, ale dryfował gdzieś w innym świecie. Nie wiedziała, jak długo to trwało. W ciemności i ciszy skarbca czas płynął inaczej niż zwykle. Miała wrażenie, że minuty rozlewały się w nieskończoność i toczyły leniwie, wciągając ją i Khara w powolny nurt. Wydawało się jej, że tkwią w zawieszeniu między życiem a śmiercią, nieruchomi w wiecznej ciemności. Wreszcie Khaben uspokoił się na tyle, że mogła choć trochę odpocząć. Sięgnęła po butelkę stojącą nieopodal i się napiła. Gorycz mrocznego ziela w winie zaskoczyła ją. Była przekonana, że w butelce był zwykły sok! Kilka razy poiła Khabena z tej butelki. Może dlatego miał tak niespokojne sny? Wystraszona oplotła jego głowę ramionami i przytuliła. Nie zauważyła nawet, kiedy mroczne ziele zabrało i ją do krainy snów.

Gdy otworzyła oczy, wysoko ponad nią coś połyskiwało. Kropla światła w morzu ciemności. Nadal siedziała na podłodze, ale za plecami nie miała już kufra, ukrytego w komnacie wykutej przez przodków w wiecznej skale pod rodzinnym domem. Wyciągnęła dłoń przed siebie i powiodła ramieniem wokół, ale czuła tylko lodowate, jakby nigdy nieogrzewane powietrze.

— Khaben? — powiedziała, a jej głos zadudnił, jakby cudownie wzmocniony. — Gdzie jesteś? — spytała o wiele ciszej, ze strachem.

Jej głos poniósł się echem, ale nikt nie odpowiedział.

— Gdzie jesteś? — powtórzyła.

Uniosła głowę do połyskującego w górze punktu. Coś się od niego oderwało i spadało w jej kierunku. Pojęła, że to kropla, niewielka kropla gęstej substancji. Czas zwolnił i mogła obserwować jej lot, powoli zniżając głowę. Spadła wreszcie na podłoże, na leżącą u jej stóp bladą dłoń i rozszczepiła się na milion krwawych odprysków. Skóra momentalnie zabarwiła się na czerwono. Dotknęła jej palcem. Dłoń, wbrew jej oczekiwaniom, nie była ani mokra, ani lepka. Była sucha, ciepła i niemal całkiem czerwona. Czerwona skóra?

— Khaben? — zawołała.

Z mroku wypłynęła twarz. Dziwne, nieznane jej oblicze. Czerwone, ale pocięte siecią drobnych czarnych linii. Czarne wielkie oczy patrzyły jakby znajomo.

— Krwawy demon.

Poruszył ustami, ale nie usłyszała żadnego dźwięku. Cofnął się, a jego twarz znikała w gęstym, czarnym oparze. Tylko oczy lśniły. Zacisnęła dłoń na długich czerwonych palcach.

— Powinniśmy stąd iść — powiedziała w kierunku twarzy, która już zniknęła.

Chciała wstać, ale jakiś niewidoczny ciężar przygniatał jej nogi do ziemi. Spojrzała na kolana. Nic na nich nie było, ale gdy przesunęła po spódnicy wolną ręką, wyczuła wyraźny kształt. Włosy sprężyste niczym krótka, niedawno przycięta trawa. Doliny oczu, szczyt nosa, wzgórki ust. Przypomniała sobie, że śpi z jego głową na udach. Chciała go zobaczyć. Zapragnęła światła, które rozświetliłoby panujący wokół mrok. Zamknęła oczy i pomyślała, jak by to było przyjemnie posiedzieć na łące i grzać się w słońcu lub w sadzie pełnym kwitnących jabłoni, gdy wokół rozlewa się zapach kwiecia, a ptaki śpiewają...

Kiedy znów rozchyliła powieki, wokół rozlewało się światło szarej godziny, kiedy to mrok rozprasza zaledwie kilka promieni wschodzącego słońca. Gdzieś zaczynał się dzień. Przestrzeń wokół powoli wypełniały dziwne, monstrualne, geometryczne kształty. Kapała woda. Wysoko ponad jej głową zapłonęło światło, pojedynczy promień wdarł się do środka i padł na płaską, jakby wypolerowaną powierzchnię, gładką i przejrzystą niczym lód. Światło wniknęło do środka, przebiegło kolumnę na wskroś i eksplodowało milionem kolorów, które odbijały się od kolejnych powierzchni, zalewając wszystko feerią barw.

Sinka krzyknęła z wrażenia i zmrużyła oczy, jednak po sekundzie otworzyła je, by chłonąć piękno widoku. Kolumny błyszczały, rozsiewając wokół setki kolorowych refleksów. Światło padające z góry odbijało się od kryształów, zmieniało barwę, lśniło tęczowo.

— Jak pięknie... — szepnęła. — Khaben, jak tu pięknie!

Spojrzała w dół, ale mimo że wciąż go nie dostrzegała, czuła ciężar jego głowy na kolanach, czuła, jak zaciska dłoń. Westchnęła ze smutkiem, gdy tęczowy blask rozproszył się i złagodniał. Olbrzymie kryształy, rozbijające światło na milion barw, ciemniały. Przez chwilę widziała swoją twarz odbitą w ich gładkich powierzchniach. Była wykrzywiona w grymasie pełnym trwogi i bólu. Usta miotały gniewne słowa, ale widziała tylko ich ruch. Wokół panowała cisza. Widziała siebie, krzyczała coś z twarzą wykrzywioną nienawiścią. Stała z uniesionymi wysoko ramionami, a jej palce przypominały ptasie szpony. Wokół niej gęstniał mrok. Przelewał się, kłębił niczym burzowa chmura. A ona zagarniała go i dokądś wysyłała. Przestrzeń wypełniła się krzykami pełnymi bólu, jękami konających ludzi, wołaniem o pomoc. Nie rozumiała słów, ale czuła zwierzęcy strach i bezgraniczne cierpienie. Kharowie wokół niej umierali.

— Nie chciałam tego. Nie chciałam — załkała.

Płakała długo w zimnej i mrocznej pustce, a oni krzyczeli i umierali bez końca, jakby raz to było za mało. Skulona w ciemności, tuliła leżącą na kolanach głowę. Poczuła jej ciepło i usłyszała cichą melodię. Pamiętała ją. Khaben nucił ją kiedyś w niewielkim pokoiku. Masował jej stopy, ogrzewał własnymi dłońmi i nucił. Głos drżał tak samo, jak wtedy. I tak jak wtedy uspokajał. Krzyki wokół ucichły, ciemność przestała straszyć. Przytuliła się do ciepłego kształtu obok niej i pozwoliła, by zabrał ją sen.

Obudziła się zesztywniała z jego głową między ramionami, przytulona do ciepłego ciała mężczyzny. Wokół było ciemno i zimno. Wydało się jej, że znowu jest w skarbcu, ale realność niedawnego snu kazała jej zwątpić we własne odczucia.

— Khaben?

— Jestem. Świeczka zgasła. Strasznie ciemno.

Położyła mu dłoń na czole i odetchnęła z ulgą. Po omacku znalazła kuferek ze świecami i zapaliła jedną. Napiła się, dała jemu, a potem po kromce chleba w rękę. Żuła suchy chleb i próbowała poradzić sobie z obrazami ze snu. Jeszcze raz poczuła tamten ból i strach. Zalało ją wspomnienie chwili, kiedy zastanawiała się, czy nie zabić Khabena. Gryzła kromkę, ale wzbierał w niej szloch i po chwili nie mogła już przełknąć kolejnej porcji rozmiękczonego chleba. Nie chciała się rozklejać przy Kharze. Wstydziła się, ale nie miała dokąd uciec. Skuliła się więc na podłodze, plecami do niego i płakała. Zesztywniała, gdy poczuła dłoń delikatnie głaszczącą ją po włosach. Odwróciła się i przywarła do jego boku.

— Myślałam, czy cię nie zabić — wyszlochała.

— Wiem.

— Zabiłam wielu Kharów w holu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?