Królestwo nadzieiTekst

Z serii: Królowe Kharu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Manipulował nią i doskonale odegrał swoją rolę. Wiedział, co powiedzieć, by ją wzruszyć i zmiękczyć. Nie pierwszy raz wykorzystał ją do swoich celów. Zamknął, odseparował i wykorzystał. Jednak... Kiedy mówił jej o zamachach i Kharach, nie kłamał. Miał wypisany na twarzy żal, smutek i rozgoryczenie. Na pewno miał!

A jeśli i to było kłamstwem?

Łzy obeschły, ale czarne myśli pozostały. Pierwszy raz, odkąd Khaben wywiózł Markuszę i Drawi, pomyślała, że chętnie by z nimi porozmawiała. One, dwie stare jędze, umiały wskazać jej właściwą drogę. Mimo że były tak wstrętne, to akurat potrafiły. Mimo że chciały ją zabić... Może miały rację, że zapomniała, po co ją tu pozostawiono. Przecież nie dla czarnych oczu tego Khara, nie dla jego drżących pocałunków... Nie po to! Została tu, żeby dowiedzieć się czegoś, by pomóc swoim, by ratować Drainów, a nie ich dowódcę. Zdradziła mu wiele rodzinnych sekretów, pokazała część ukrytych korytarzy, kiedy tylko poprosił. Całkiem bez oporu. Zrobiła to, ponieważ tego właśnie chciał. Otumanił ją opowieścią o swoich kłopotach, strachach, ukrytych pragnieniach, zaczarował kilkoma muśnięciami warg. Dała mu się zwieść. Opętał ją i robił z nią, co chciał.

Gorzko żałowała teraz swojej głupoty.

Jej wzrok zatrzymał się na książce. Oglądała ją, kiedy przyszedł. Ilustracje przodka przedstawiały krajobrazy. Jeden z nich — ten, który spodobał się Khabenowi — przedstawiał góry. Szeroką, białą skałę, stojący na niej zamek i masę szarych, niemal czarnych skał wokół. Zamek króla Kharu. Znał to miejsce.

Odwróciła się zdecydowanie, bo wydawało jej się, że ktoś za nią stoi.

— Karino, nie siedzisz w areszcie?

— Nie, już od kilku dni nie siedzę — odpowiedziała ze śmiechem. — Wszystkie wypuścili. Leonia pojechała do lasu. Mawin lata z kijem i walczy z soplami. Dwóch żołnierzy ciągle jest w pobliżu, nie odstępują jej na krok. Misa cały czas pokazuje Dralephowi, jak zlatuje z wysokości. Ja mam ochotę zabić Monaha i chętnie zaciągnę go do łóżka. Jak widzisz, wszystko w normie.

— Nie do końca. Poślij po Leonię — nakazała. — Dość tego uciekania do lasu. Niech ktoś natychmiast po nią jedzie.

— Jutro z rana... — machnęła ręką lekceważąco. — A ty? Płakałaś?

Wzruszyła ramionami, ale po chwili opowiedziała przyjaciółce rewelacje usłyszane dzisiaj od Khabena.

— Wykorzystuje mnie i oszukuje — wyznała obolałym tonem i widząc rozbawioną minę Kariny, pojęła, że jęczy jak nadąsana dzierlatka. Skrzywiła się i przestała się nad sobą użalać. — Powiedział dziś, że gdyby nie zapobiegał zamachom, gdyby nie był bezwzględny, to już dawno leżałby w rodowej krypcie. Gadał, że Kharowie są żądni władzy i gotowi do mordu, byle spełnić swoje ambicje. Tak się zastanawiam: czy stanowisko Generalnego Dowódcy jest dziedziczne?

— Tego nie wiem, ale... Słuchaj, ci jego przyjaciele są z najlepszych rodów, a on stoi wyżej od nich. Tak powiedział Monah. A jeśli on jest nie tylko dowódcą? — zapytała Karina z dziwnym uśmiechem. — Khaben ma swoją Radę, jest lepszy od innych, jest najlepszy. Co ty o nim wiesz?

— Niewiele. Jest skryty i mówi tylko to, co chce. Nie zdarza mu się zapomnieć. Kiedyś opowiadał mi o zamku na białej skale... Dzisiaj wyraźnie był pod wrażeniem tego rysunku... — wskazała dłonią. — Przeglądał książkę, przerzucał karta za kartą, zainteresowany, ale dość powierzchownie. Dopiero na zamku królów Kharu ręka przewracająca strony zamarła. Chyba nawet tego nie zauważył, ale w jego oczach...

Przyjaciółka wpatrywała się przez chwilę w piękną rycinę, a potem oddała książeczkę Since.

— Dom? — rzuciła Karina.

— Zamek królów Kharu wybudowany naszymi rękami. Patrzył na ten zamek z takim wyrazem twarzy... To było rozpoznanie. Jakby zobaczył ukochane miejsce.

— Ty myślisz, że on go zna. Ale każdy Khar...

— Tak, każdy zna zamek królewski, ale... Ja myślę, że on jest ich królem — wyznała cicho, a widząc, jak jej zaskoczenie przechodzi w zrozumienie i akceptację, poprosiła, by na razie nie mówiła ani słowa innym.

— Bo? — Karina nie rozumiała, dlaczego tak ważne odkrycie trzymać w tajemnicy.

— Bo cię proszę — westchnęła Sinka. — Przecież widzisz, że to ma być wielka tajemnica. Nie rozumiem dlaczego, ale to widać, że chce tu być incognito. Niech sobie będzie... Przyjdzie moment, kiedy powiem mu, co wiem, ale nie teraz. Na razie trzeba zwołać Radę. Jeśli Kharowie zaczną tu walczyć między sobą, nam też się dostanie.

Karina prychnęła jakby pogardliwie i stwierdziła, że ich pilnują i muszą się meldować co kilka godzin.

— Jakoś tak słabo, nie uważasz? — westchnęła Sinka. — Ja od dawna nie widziałam Khara, oczywiście poza Khabenem i wcześniej starym Luridhem. Poza tym ty tu przyszłaś. Ktoś ci zabronił wejść?

Karina pokręciła przecząco głową, a po chwili przytaknęła, bo przyjaciółka poprosiła ją o zwołanie Rady na jutro, dwie godziny po wieczerzy, tam gdzie zwykle, w starej szkole.

Sinka czuła, że musi spotkać się z innymi Przewodniczkami. Potrzebowała ich wsparcia. Życie i bezpieczeństwo Drainów w posiadłości było najważniejsze. Musiała się postarać, by wszyscy przeżyli, bo najazd obcych, wściekłych na Przewodniczki Kharów — gotowych na wszystko zabójców — nie wróżył nic dobrego ani jej, ani posiadłości. Jeśli przeżyją, jeśli Khaben przeżyje, będzie miała czas sprawdzić, czy jej przypuszczenia co do osoby kharskiego króla są prawdą. Ale najpierw i on, i ona muszą przetrwać nadciągającą burzę.

Gdy następnej nocy wróciła do komnaty, na stole stała zimna kolacja, a ona miała o wiele chłodniejszą głowę. Przewodniczki zrozumiały zagrożenie, ale uspokoiły ją. Miała swoje zadanie, ciągle je wykonywała, nigdy nie zboczyła z drogi. Uważały, że wszystko, co do tej pory zrobiła, było słuszne i prowadziło do celu. Usłyszała, że nie mogą dopuścić, by go zabito. Tych jego oficerów też trzeba chronić. Po pierwsze dlatego, że zbyt wiele już nad nimi pracowały i można się było spodziewać, iż wreszcie przyniesie to efekty, a po drugie, śmierć w posiadłości osób tak ważnych jak członkowie głównego dowództwa nie wróżyłaby niczego dobrego. Śmierć Khabena i Straży Przybocznej byłaby też ich śmiercią. Zatem lepszy Khaben i jego gwardziści niż jacyś nowi, nieznani, mściwi, żądni władzy i zaszczytów. Generalny Dowódca i jego Straż nie mogą umrzeć.

— On jeszcze się otworzy, zobaczysz, że tak będzie!

Powtórzyły to kilka razy na różne sposoby. Podpowiedziały, że może warto trochę go przećwiczyć, zdystansować. Pokazać, że nie są bezbronne. Jak Sinka to zrobi, to już jej sprawa. Sama uzna, jaki sposób będzie najlepszy. Niech ten Khar nie myśli, że są bandą głupich kobiet, które dają się wykorzystywać. Poza tym bardzo był ciekaw, jak Walim zabiła Molekha, więc może warto mu pokazać?


5

Był środek nocy, zanim wreszcie załatwiono milion spraw i Khaben został sam. Poczekał, aż na korytarzu zrobi się cicho, zdjął koszulę, zmienił postać i pozwolił kharib poszaleć. Zdmuchnął świecę i położył się, sprawdziwszy naprzód, czy pod poduszką ma swojego wieloletniego przyjaciela — sztylet z najlepszej kharskiej stali. Długo leżał bezsennie, bo myśli kłębiły się w jego głowie jak chmury burzowe nad szczytami gór. Ogień przygasł, w komnacie zrobiło się ciemno, spokojnie i cicho... Czuł, jak kharib układają się do snu, jego ciało staje się ociężałe, a mózg wreszcie uwalnia się od myślenia. Zapadał w sen. Tak bardzo chciał zasnąć...

Kharib drgnęły. Gdzieś na granicy upragnionego snu i niechcianej jawy coś się stało. Natychmiast zaczął nasłuchiwać. Odruchowo zacisnął pięść na rękojeści sztyletu i kiedy poczuł na ramieniu palce, zaatakował.

— Nie! — szepnęła przerażona Sinka.

Rozpoznał ją, ledwo pochwycił jej zapach i dostrzegł burzę włosów, ale wyćwiczony manewr został wykonany, zanim pomyślał. Leżała teraz obezwładniona, z ostrzem na szyi. Odsunął sztylet i pchnął ją delikatnie, ale upadła na podłogę. Szybko się od niego odsunęła.

— Oszalałaś?! Zakradać się tu, kiedy... — powiedział, siadając na brzegu posłania. Odłożył sztylet na poduszkę. Nie widział jej wyraźnie, bo na polanach pełgały już tylko pojedyncze języczki ognia i nie dawały wiele światła. Miał świadomość, że ciągle jest w kharskim ciele, ale wiedział, że ona też go nie widzi. Niestety. „Zastanów się nad tym”, nakazał sobie, odkładając na później rozważania, dlaczego chce, by Sinka zobaczyła jego kharib. Czy dlatego, że już wiedziała, kim jest? Nazwała go synem Krani! Te myśli przebiegły lotem błyskawicy, zapłonęły i zgasły, pozostawiając po sobie huk, który nim wstrząsnął.

— Przyszłam ci powiedzieć, że jeśli zajdzie taka potrzeba, Przewodniczki pomogą w walce ze spiskowcami — oznajmiła, odruchowo poprawiając na sobie ubranie.

— Nie wtrącajcie się — rozkazał. Naprawdę nie chciał, by wtrącały się w porachunki z Garlothem i jego kliką. Nic dobrego z tego nie przyjdzie ani jemu, ani im.

— Nie będziemy bez wyraźnej potrzeby. Ale to mój dom i ja decyduję, co się w nim stanie.

— Nie zapominaj się — mruknął nieco zirytowany. — Teraz my tu rządzimy. Nawet jeśli macie dużą swobodę, to my decydujemy, co się tu dzieje.

— Pamiętam... — mruknęła posępnie.

Gdyby mógł zobaczyć jej twarz, na pewno nie dojrzałby w niej niczego pozytywnego. Uraził ją podczas ostatniej rozmowy. Powinien bardziej uważać, zachować większy dystans. Niepotrzebnie gadał o kochaniu i pożądaniu, a potem, uciekając przed swoim pragnieniem, od razu wspomniał o korytarzach. Była obrażona i czuła się upokorzona jego zachowaniem. Na pewno myślała, że próbuje ją oczarować, by wygadała mu jakieś draińskie tajemnice. Kolejne zdanie, jakie padło z jej ust, potwierdziło te przypuszczenia.

 

— Wykorzystałeś mnie do swoich celów. Bez skrupułów naraziłeś na śmierć, żeby sprowokować zamachowców. I o to jestem wściekła! — Zamilkła na chwilę. — Pamiętam jednak również wiele miłych chwil i nie sądzę, by one były kłamstwem.

— Nie były — odpowiedział szybko i stwierdził, że go zaskoczyła. On na jej miejscu w życiu by nie przyznał, że łączy ich też coś pozytywnego. Szukałby negatywów. Nie miał jednak czasu roztrząsać tego problemu, bo Sinka podjęła rozmowę.

— Obiecałam sobie, że nie pozwolę ci na jakiekolwiek... — zająknęła się, jakby szukała słowa albo to, które przyszło jej do głowy, było nieodpowiednie, po czym szybko dokończyła — ...zbliżenie. Po prostu nie mogę ci ufać.

— Możesz — próbował zaprzeczyć, ale sam w to wątpił.

— Nie. Ja wiem i ty też wiesz, że dla Kharu i realizacji swojego zadania zrobisz wszystko. Tego mnie nauczyłeś w czasie jednej krótkiej rozmowy. I tego będę się trzymać, Kharze. Masz rację, każde z nas ma swoje cele i musi je osiągnąć. Ja mam przypilnować, by Agneis przetrwało wasz najazd bez jeszcze większych strat w ludziach i majątku, wy...

— Czyli jednak — przerwał jej, — straciłem więcej, niż zyskałem. Długo się zastanawiałem, czy powiedzieć ci prawdę. Zdecydowałem się, bo nie chcę, byście byli narażeni...

Sinka prychnęła gniewnie i zaśmiała się gorzko.

— Trzeba było zostać za górami!

Zacisnął pięści, a kharib zawirowały wściekle. Miała rację. Jeśli chciał ich chronić, powinien trzymać swoje wojska z dala od ich spokojnych domów.

— Może kiedyś odzyskam twoją przychylność — powiedział cicho.

— Nie sądzę — szepnęła rozdrażniona i chyba smutna. — Ale nie pozwolę, byś zginął z ich rąk w moim domu. Udany zamach to nasza śmierć, i dobrze o tym wiesz. Poza tym możesz być pewien, że żadna z przebywających tu Przewodniczek nie stanie przeciw tobie. Chyba że...

— Co?

— Chyba że mnie zdradzi.

„Tak, to też jest możliwe...”, pomyślał i tym razem on zaśmiał się gorzko.

— Dom pełen zdrajców? — zapytał.

— Wreszcie możesz się poczuć jak w Kharze — powiedziała za szybko, bez zastanowienia.

— Nie muszę mieć twoich zdolności, by wiedzieć, że jesteś na mnie zła. Uraziłem cię. Rozumiem, ale... To nie było... miłe...

Sam nie wiedział, jak nazwać jej słowa, by nie rozpętać jeszcze większej burzy. A milczeć też nie miał zamiaru.

— Nie miało być miło. I jeszcze jedno: powiedz mi, czego szukacie. Mam wieści o oddziale, który przetrząsa każdy, najmniejszy nawet skarbczyk, zagląda do niemal każdej dziury, krąży jak dym nad kominem. Wielu jest ciekawych, za czym tak gonią. Powiedz mi! Postaram się dowiedzieć, gdzie to jest.

— Nie mogę — powiedział zdecydowanie. — I nie chcę. Nie ufam Przewodniczkom. — w jego głosie zabrzmiała ta sama ironia, którą chwilę wcześniej usłyszał od niej.

— Niepotrzebna ta złośliwość. Stoję przed tobą i ofiarowuję pomoc. Robię to, bo wiem, że jeśli znajdziecie, czego szukacie, to odejdziecie. Uwolnicie nas od swojej obecności, swoich zdrad i kłamstw.

Bez cienia złośliwości stwierdził, że nie będzie wtedy przez nich płakać.

— Płakałam przez ciebie, nie przez was. To różnica. Wielka różnica. Jeśli jej nie widzisz, to znaczy, żeś większym draniem, niż myślałam.

— Sinko... — wyciągnął do niej dłoń, ale się odsunęła.

— Nie masz prawa mnie dotykać, nie masz prawa mnie całować. Zabraniam ci. Jeśli potrzebna ci kobieta, przyślę jakąś Przewodniczkę. Pewnie znajdzie się kilka chętnych. Jesteś, jak już mówiłam, wspaniale zbudowanym mężczyzną.

— Sinko?! — wyczuła w jego głosie wielki wyrzut. — Nie zasłużyłem na takie...

— Zasłużyłeś!

Wstał i podszedł do niej. Na pewno widziała w poblasku ognia jego silne, wielkie ciało, bo odsunęła się i ostrzegła, by się nie zbliżał. Zapytał, sprowokowany i upokorzony, co mu zrobi.

— To co Molekhowi. Chcesz poczuć, jak zabijają Przewodniczki?

Odsunął się o krok, ale zaraz podszedł o dwa kolejne. Stał tak blisko, że czuł miękkość materiału jej sukni na piersi. Ukrył kharib, bo już po nią sięgały.

— Sama sobie przeczysz — wyszeptał. — Mówisz, że w twoim domu nic złego mnie nie spotka, a potem straszysz, że zabijesz.

— Mieszasz moje uczucia, moje myśli, mój świat, Kharze — odszepnęła.

— W twoich ustach określenie „Kharze” brzmi jak przekleństwo.

— Może jest?! Dla mnie i dla ciebie.

Wspięła się na palce, chwyciła jego twarz w dłonie i pocałowała. Mocno, natarczywie, przywierając całym ciałem. Nie rozumiał jej zachowania, ale otworzył się i zapłonął w sekundę. Przygarnął, całował, jego dłonie sięgnęły w dół, by ją podnieść i wtedy, kiedy gotów był zapomnieć, kim jest, złamać swój własny rozkaz, kiedy miłe ciepło zaczęło rozchodzić się po ciele, kiedy krew żywiej zapulsowała, wtedy poczuł ból. Straszny, obezwładniający ból. Nie czuł kobiety obok siebie ani zimna na skórze. Gdzieś głęboko w czaszce rozlewał się ogień i palił w środku. Widział, czuł ogień spalający jego mózg, oczy, język, twarz, całe ciało, palący trzewia, wszystkie myśli prócz jednej — umrze, spali się! Jęknął bezwiednie, a wtedy oderwała dłonie od jego policzków. Odepchnęła go. Zachwiał się i upadł na kolana. Potem się przechylił i skulił na podłodze.

— Tak zabijamy. Teraz już wiesz. Która śmierć lepsza? Od bicza czy moich rąk?

Ruszyła do sekretnych drzwi, które sama mu wcześniej pokazała, zanim pozbierał się na tyle, by nie skomleć. Leżał na dywanie, jednym z tych, które zdobiły hol w czasie równonocy, skulony jak cierpiące zwierzę. Przeraziła go tą niespodziewaną mocą, zaskakującym atakiem. Mogła go zabić i nikt nie wiedziałby, co się stało. Przeraził go ten ból. Jęknął.

A potem poczuł ją obok siebie. Uniosła go, otuliła jego płonącą głowę ramionami i ukoiła. Czuł, jak przerażenie, ból i strach odchodzą. Czuł, jak zabiera z niego to wszystko razem z palącym pożądaniem. Oddychała powoli, jakby z namysłem.

— Tak boli śmierć — wyszeptała po chwili. — Wiele osób umarło na moich rękach. Pomagałam im, by nie cierpiały. Bo ludzkie cierpienie, Khaben, jest jak mroczna otchłań, która wsysa wszystko inne. Jest takie cierpienie, które nie widzi miłości, współczucia, litości. I wtedy wielu błaga o śmierć, która ma być wyzwoleniem od cierpienia. Tak błagał Molekh, a ja nie mogłam go ukoić w żaden inny sposób, jak tylko pomóc mu szybciej skonać. Dałam ci jego ból na chwilę. Byś wiedział, czym jest śmierć, i szanował życie. Byłam okrutna. Wybacz mi.

Leżał w jej ramionach, w całkowitej ciemności, kharib oplatały jej dłonie. Ból odszedł. Pozostawił po sobie jakąś pustkę i mrowienie na skórze. Khaben niewiele myślał, ale czuł, że dała mu coś ważnego. Rozumiał jej słowa. Rozumiał ją. I tę naukę. Wybaczył jej ten atak. Westchnęła z ulgą. Pocałowała go delikatnie w czoło i uwolniła palce od kharib. Odsunęła się bardzo powoli, ułożyła go na podłodze. Słyszał, jak odchodzi, ale brakło mu siły, by ruszyć za nią. Żałował, że odeszła. Jej obecność koiła go. Wywoływała też nieporządek uczuć, ale to było ożywcze... Czy gdyby miał Sinkę przy sobie, jego życie byłoby spokojniejsze? W chaosie uczuć znalazłby ukojenie? Ta myśl, groteskowo bezsensowna, wydała mu się ważniejsza od wiedzy o umieraniu. Owszem, pokazała mu obezwładniający ból umierania, ale dała również ukojenie.

Zimno pełzało po półnagim ciele, usiadł więc, sięgnął po kilka szczap drewna i patrzył, jak zajmują się ogniem. Pojął, że Sinka potrafiłaby zadać śmierć. Potrafiła być okrutna. A jednak rozpalała w nim pożądanie, pragnął jej i teraz ona o tym wiedziała, poczuła to na pewno. I to, że jest świadoma jego uczuć, też go przerażało. Nie wolno mu było angażować się w jakiekolwiek związki z Drainkami. Po pierwsze, zabronił tego własnym żołnierzom. Po drugie, byli wrogami. Po trzecie, ze związków z kobietami silnymi i niezależnymi zawsze wychodził pokonany. Zachwycały go i nie umiał się im oprzeć. Taka wydała mu się Lopherna, nim pojął, na jak długiej smyczy trzyma ją ojciec i jak umiejętnie potrafi nią kierować.

Ale Sinka była inna. Mądra. Niezależna. Silna. Owszem niekiedy płakała w chwilach smutku, miewała niezrozumiałe nastroje, kierowała się często mało logicznymi impulsami, lecz była wspaniała. Wiele by dał za to, by móc z nią spędzić nieco czasu bez dotychczasowych ograniczeń. Tyle że one istniały i sam je na siebie nałożył.

Poprosił kharib, by choć trochę go pocieszyły, i na czworakach zawlókł się do łóżka. Usypiał w gąszczu kharib pachnących jej rękoma, z mrowieniem minionego bólu w ciele i z palcami zaciśniętymi na rękojeści sztyletu.


6

Sinka przez kilka następujących po sobie dni czuła niepokój. Kręciła się wokół codziennych spraw podenerwowana, burczała coś niewyraźnie pod nosem i fukała niezadowolona. Wszędzie rosło napięcie, snuło się jak lepki, słodki smród i doskwierało niczym wbita w palec drzazga. Ludzie schodzili Since z drogi, bo nie oszczędzała nikogo, kto znalazł się w zasięgu wzroku, rzucając kąśliwe uwagi i ironiczne komentarze. Wreszcie podczas obiadu, który wydawał się wyjątkowo niesmaczny, zdała sobie sprawę, że odczuwane złość i niepewność napływały z kharskiej części domu. W połowie posiłku odłożyła łyżkę i wstała. Draini zebrani we wspólnej spojrzeli na nią zaskoczeni.

— Przepraszam za to, co dzisiaj wygadywałam, ale... — przerwała niepewna, czy chce tłumaczyć im, skąd w niej tyle cierpkich uczuć. — Coś złego wisi w powietrzu... — stwierdziła, a Przewodniczki obecne w sali popatrzyły po sobie znacząco, bo wiedziały doskonale, co ma się wydarzyć. Znały ryzyko, jakie niósł ze sobą plan Khabena. — Uważajcie na siebie — kontynuowała Sinka. Oczy wlepiła w drzwi prowadzące do kharskiej części domu, jakby stamtąd miało nadejść niebezpieczeństwo. — Jeśli dojdzie do jakichś nieporozumień czy walki, zejdźcie do starej szkoły. Kharowie tam nie trafią. Po obiedzie przygotujcie zapasy, leki, ubrania potrzebne na kilka dni, koce... Jeśli coś zacznie się dziać, coś złego, niebezpiecznego — ukryjcie się.

Ludzie patrzyli na nią wystraszeni tą nagłą złowieszczą deklaracją, szeptali między sobą, wypytywali najbliżej siedzących Przewodniczek, o co chodzi, co może się wydarzyć, co ci dzicy Kharowie znowu wymyślili. Szum się wzmagał. Sinka czuła niepokój zebranych.

— Skończcie obiad i zabierzcie się do pracy. Tylko spokojnie i dyskretnie. Żadnego biegania i pokrzykiwania. Jeśli coś zacznie się dziać, Przewodniczki zostają w Domu.

Zgromadzeni, jakby ukojeni jej nakazującym i pewnym siebie tonem, pokiwali głowami i zabrali się do jedzenia. Jeśli Sinka wietrzyła niebezpieczeństwo, lepiej było dobrze się najeść. Pojęli, że zagrożenie jest naprawdę duże. Popatrzyli po sobie, kilka osób wymieniło ciche uwagi, ale po chwili w sali zaległa cisza pełna oczekiwania.

Sinka nie skończyła posiłku. Ruszyła do swojej komnaty. Miała zamiar wejść do Khabena i dowiedzieć się, skąd w powietrzu tyle napięcia. Jednak komnata Khara była pusta, a na korytarzu stali dwaj strażnicy, nie mogła więc przemknąć do tajemnego przejścia, które prowadziło do oficjalnych pokoi. Usiadła w swoim ulubionym fotelu, spojrzała na ogród zasypany śniegiem i splotła nerwowo dłonie. Zamarła w oczekiwaniu. Starała się skoncentrować, postawić barierę, która odcięłaby ją od napływających zewsząd emocji.

Przez wiele lat w Kort uczyła się panować nad wpływem obcych ekscytacji na własne uczucia. Kosztowało ją to mnóstwo pracy. Miesiącami badała własne reakcje, drgnienia serca i szaleństwa emocji, słowem uczyła się siebie, by to, co czuje, nie mieszało się z tym, co czuli ludzie. W natłoku wrażeń musiała odróżniać to, co wypływa z jej serca, z jej myśli i pragnień, od tego, co pochodziło z zewnątrz. Ileż się kłębiło w ludzkich sercach i umysłach! Niejeden raz wpadała w pułapkę cudzych namiętności. Nauczyła się więc stawiać bariery, za które nie docierały. Koncentrowała się na sobie i odgradzała od ludzi.

Ta umiejętność wpłynęła na nią samą. Bywały chwile, kiedy sprawiała wrażenie całkiem obojętnej, zimnej i nieczułej. Niektórym wydawało się, że nie ma uczuć, bo nawet w najbardziej emocjonujących momentach umiała pozostać spokojna. Nikt jednak nie wiedział, ile wysiłku kosztowało ją odcięcie się od świata zewnętrznego.

Teraz siedziała w swoim pokoju, a zza murów i drzwi napływał niepokój. Rozumiała, skąd się bierze: Kharowie szykowali się do konfrontacji ze zdrajcami, a Draini, niewiele rozumiejąc z jej polecenia, oczekiwali najgorszego.

 

Koncentrowała się, kontemplując wzór haftu zdobiący obrzeża rękawów sukni. Liście, zielone i sztywne, a między nimi orzeźwiająco pachnące czerwone jagody... Poczuła ich smak, kwaśny i drażniący. Ślina napłynęła do ust, więc przełknęła ją, odnosząc wrażenie, że to haust soku.

Pomiędzy liśćmi i owocami palce hafciarki wyczarowały delikatne iskierki śniegu. Sinka wiedziała, że wyszyto je Nićmi Przodków. Odkąd nieomal wyzionęła ducha po tkaniu klejnotu umierającej kobiety w ciąży, w każdej sztuce ubrania miała co najmniej kilka takich nici. Na wszelki wypadek, tak by zawsze, obojętnie, gdzie jest i co robi, miała otwartą drogę powrotu do swoich. Teraz te srebrzyste iskierki lśniły, pobudzając do życia kolory owoców i liści.

Skupiła się, odseparowała od cudzego strachu i niepewności. Dawno nie zaglądała we własne uczucia i odkryła kilka nieoczekiwanych, splątanych wokół Khabena. Niepokoił ją, ponieważ nie rozumiała ani jego poczynań, ani własnych reakcji na obecność Khara. Zaskoczyło ją, gdy odkryła, że podziwia go za upór w dążeniu do celu. Nie wiedziała, co to za cel, ale pojmowała, że dąży do niego od wielu lat. I nie ma zamiaru zrezygnować. Rozumiała, że gotów jest na bardzo wiele, żeby ten cel osiągnąć. Po raz pierwszy uzmysłowiła sobie, że ona i jej posiadłość oraz Draini nie mają wielkiego znaczenia; że jeśli będzie musiał, poświęci wszystko wokół. Ta myśl ją przeraziła, bo oznaczała, że nie można z nim wygrać. Nie można zmusić go do ustępstw czy uległości... Może jedynie siłą. Tak, może gdyby zderzył się z potęgą większą niż on sam i jego wojska, pochyliłby głowę w geście pokory. Nie, nie pokory. To byłaby akceptacja czyjejś wyższości. Była pewna, że Khaben nawet w takiej sytuacji umiałby zachować godność. Był wielki, wspaniały, jak to król...

Zamarła, przejęta, bo poczuła jeszcze większy strach. Jeśli Khaben jest kharskim królem, to co się stanie, gdy spiskowcy go zabiją? Powiedział o swoich rodakach, że są żądni władzy i zaszczytów. Jeśli go zabiją, wszystko się zmieni. Tłumaczył jej to przecież, starał się, by pojęła, choć nie odkrywał kart. Zirytowała się wtedy, że traktuje ją jak naiwną dziewczynę, która nic nie wie o świecie i ludzkich pragnieniach. Jakże się mylił... Spędziła dziesięć lat w Kort, z tego sześć w Domu Rady, wśród Przewodniczek, które wynosiły się nad innych, miały ambicję, by zostać członkiniami Rady, i niejeden raz, by osiągnąć swe cele, robiły podłe rzeczy. Doskonale znała smak ich żądz. Niewiele różniły się w tym od Kharów. Pamięta doskonale jedną staruchę, która...

Coś wdzierało się za barierę, jaką postawiła... Oderwała wzrok od haftu i spojrzała na drzwi. Świat wydał się jej mroczniejszy, mimo że słońce ciągle oświetlało wnętrze pokoju. Wsłuchała się w odgłosy domu. Z korytarza napłynął tupot wielu stóp. Zerwała się z fotela. Stała, ściskając dłonie na piersi. Nabrała głęboko powietrza i się otworzyła.

Momentalnie zwaliły się na nią dziesiątki uczuć. Świat stał się mroczny, jakby słońce zakryła burzowa chmura. Powietrze zgęstniało. Zabrakło jej oddechu. Serce ścisnęło się boleśnie, więc jęknęła bezwiednie. Zacisnęła pięści, wbijając paznokcie w skórę dłoni. Wiedziała, że musi się uspokoić i czym prędzej raz jeszcze odgrodzić od szaleństwa napływającego zza murów. Udało się po chwili, która wydawała się trwać w nieskończoność. Emocje nieco opadły, ale nieustannie czuła, z jaką siłą próbowały się wedrzeć.

Nie mogła ich przyjąć. Wiedziała, że nie przeżyje takiego kontaktu. W holu, podczas chłostania Molekha, czuła jego cierpienie i przerażający w swej intensywności strach przed śmiercią. Jej ciało było jego ciałem. Szrama na plecach zabliźniła się tak niedawno... A teraz, mimo że była daleko od holu, od Kharów, czuła ich emocje. Tak wiele... Tak silnych.

Po raz pierwszy, odkąd pojęła swój dar, naprawdę się przeraziła i zrozumiała, że to może ją zabić. Nie chciała umierać rozszarpana przez mroczne lęki i pragnienia kharskiego wojska!

Otworzyła drzwi i w świetle pochodni wiszącej na ścianie dostrzegła siną mgłę snującą się po posadzce korytarza. Gdzieś przed nią było jej źródło, wielkie kłębowisko ludzkich uczuć. Ze wstrętem weszła w gęstniejące pasma mroku. Czuła, jak pełzają po niej czyjś ból, strach, wściekłość, pogarda... Nie rozpoznała wśród tych uczuć ani jednego ciepłego. Ale były odwaga i wierność, które dodały jej sił. Otrząsnęła się, kiedy poczuła, jak cudza złość oplata jej palce. Nie chciała, by jej dotykała.

Szła korytarzem w gęstniejącym z każdą chwilą tumanie. Z przodu dostrzegła znajome sylwetki, ale nie zatrzymała wzroku na żadnej z Przewodniczek. Usłyszała krzyk Kariny:

— Walczą w holu! Co robić?!

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie chciała o tym myśleć, nie mogła się rozpraszać. Poczuła, jak ktoś szarpie ją za ramię. Spojrzała w ciemne oczy. Strach... Przerażenie... Dłonie, które ją trzymały, zniknęły. Ruszyła w stronę holu, a za nią ciemne pasma.

Zza dębowych wrót dobiegał przytłumiony zgiełk. Ale hałas czyniony przez walczących, zgrzyt metalu uderzającego w metal, wrzaski i jęki, nie docierał do Sinki z całą mocą. Usta Przewodniczki poruszały się, jakby wypowiadała jakieś słowa, ale były one tak ciche, że nikt ich nie słyszał.

Wielobarwne poszarzałe pasma wiły się, płynęły nieprzerwanym strumieniem, zalewając korytarz i kotłując się wokół Sinki. Ona jednak ich nie wpuszczała, nie pozwalała się zbliżyć. Nie miała zamiaru tkać tego, co zwalili na nią walczący obcy wojownicy. Nienawidziła Kharów, sprawiali tyle bólu!

Szła z pobladłą twarzą i rozwianymi włosami, a wokół niej płynęła coraz gęstsza, bardziej lepka i ohydnie kłębiąca się mgła. Pasma czepiały się jej palców, dłoni, spódnicy i wędrowały coraz wyżej. Lecz zanim dosięgnęły twarzy, wykonała zdecydowany ruch, strzepując je z siebie, a one opadły i przywarły do jej stóp niczym posłuszne psy, gotowe ruszyć na jedno skinienie.

Wtedy powoli, krok za krokiem, wyszła z korytarza i natychmiast się zatrzymała, bo niczym taran uderzył w nią potężny ból. Przerażenie. Niemal namacalne poczucie triumfu. Wiedziała, że właśnie w tej chwili zraniono Khabena. Otrzymał potężny cios, który nim wstrząsnął. Cierpiała razem z Kharem, jak on przerażona i wściekła jednocześnie. Po ułamku sekundy zalała ją jeszcze fala grozy, jęk trwogi i nagły strach, który wbił się jak ostrze. W odruchu buntu krzyknęła! Nie chciała czuć tych potworności! Ze wstrętem wyrzuciła z siebie to, co obce. Zdała sobie sprawę, że krzyczy, głosem groźnym, rozwścieczonym, złowrogim, głosem, który obiecywał cierpienie i zagładę. Skupiła się, rozejrzała po holu. Przewodniczki, zgodnie z tym, co wcześniej ustaliły, wyprowadzały z holu Kharów mieszkających w posiadłości. Mawin walczyła ramię w ramię z Askharidem, Karina ciągnęła skołowanego Monaha, dwóch potężnych gwardzistów niemal niosło bladego Khabena. Nikt nie zwrócił uwagi, że jeden z nich lśnił błękitem i zielenią, a jego kharib szalały ze strachu. Mawin obok Askharida i jeszcze dwaj gwardziści chronili umykających za potężne wrota, oddzielające hol od pomieszczeń mieszkalnych. Minęli Sinkę, pozostawiając za sobą rozbłyskujące złotawo pasmo bojowej euforii i podniecenia.

Tkaczka Klejnotów została sama. Zrobiła krok w stronę atakujących Kharów. Widziała, jak cofnęli się z obrzydzeniem i trwogą, nagle niepewni, co zrobić. Krzyknęła. Zwinięte u jej stóp emocje drgnęły. Wszystkie uczucia wiszące w holu czekały gotowe na jej skinienie.

Krwawiący Khaben, Straż Przyboczna i gwardziści skryli się w korytarzu za plecami Sinki. Potężne dębowe wrota zamykały się powoli. Napastnicy ruszyli do przodu, ale krzyk Przewodniczki, stojącej na ich drodze, nakazał się im zatrzymać. Sinka niemal widziała ich myśli. Przeklęte Drainki ratowały Kharów, prowadziły ich w głąb domu! Potrzebowali chwili, by dorwać, pokonać Khabena! Mogli zwyciężyć! Nareszcie mieli szansę wygrać! Rozgromić! Zatopić ostrza w ich sercach! Nadziać na piki odcięte głowy! Czuli smak triumfu! Jedna kobieta na ich drodze nic przecież nie znaczyła! Rozniosą ją na szablach!