Królestwo nadziei

Tekst
Z serii: Królowe Kharu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy Since nic już nie groziło, kiedy stała twarzą w twarz z Khabenem i podniesionym, pełnym bólu głosem żądała, by nie brukał jej domu, Monah zobaczył, jak Misa pochyla się nad Dralephem i sprawdza, czy ten oddycha. Chyba jej ulżyło, kiedy jęknął.

Khaben rozkazał, by nie zabijać, ale nawet gdyby mieli to zrobić, nie wiadomo, jak szybko zdołaliby tego dokonać. Gdyby nie rozkaz Dowódcy, krew draińska i kharska zalałaby hol, ale efekt wcale nie był oczywisty. Lecz co mogło gołe ramię przeciw naostrzonej klindze. Nic. Absolutnie nic...

W tej chwili wyobraził sobie scenę w holu, gdyby Khaben pozwolił na atak. Porąbane ciała Przewodniczek zaścieliłyby podłogę, ich krew popłynęłaby rzeką... Nie miałyby szans przeżyć, ale przecież nie stałyby bezwolne jak bydlęta prowadzone na ubój. Ilu spośród nich udałoby im się poranić?

Monah nie rozumiał, dlaczego Khaben nie pozwolił zabić tych kobiet. Nie chciał rzezi? A może rozumiał punkt widzenia Sinki i przychylał się do niego? Od kiedy to Generalny Dowódca Wojsk Inwazyjnych wydaje rozkazy według widzimisię kobiety z podbitego narodu?!

Podniosły rękę na Khara — trup Molekha leżał pod słupem i był jak nieme pytanie: w jaki sposób staruszka pozbawiła go życia? Jak ona tego dokonała? Przecież mogła zagrozić każdemu z nich! Wiedział, że to pytanie krąży między Kharami i lepiej było jak najszybciej znaleźć na nie odpowiedź. Khaben kazał więc znaleźć Walim, bo w powszechnym zamieszaniu nikt nie zauważył, że zniknęła. Okazało się, że pozbawiła Molekha życia i po prostu wróciła do domu! Monah dostrzegł strach w oczach gwardzistów, którym nakazano ją aresztować i odprowadzić do koszar na przesłuchanie. Widział, jak szła między nimi — maleńka, drobna i milcząca. Długie, siwe włosy miała zaplecione w warkoczyki owinięte wokół głowy, ubrana w burą suknię bez żadnej ozdoby. Zwykła staruszka żyjąca w małym schludnym domku z mężem staruszkiem. Gwardziści powiedzieli, że przytulił żonę, jakby się z nią żegnał, i tkwił w drzwiach, gdy ją zabierali.

Przesłuchał ją stary Luridh. Monah stał w głębi celi, bo Khaben chciał natychmiast wiedzieć, co powie im ta kobieta. Była bardzo grzeczna, spokojna i wyczerpująco odpowiadała na każde pytanie z wyjątkiem jednego.

— Pani, wyjaśnisz mi, jak pozbawiłaś Molekha życia? — spytał Luridh, pewnie tak samo stary jak ona.

— Nie, panie Luridh. Tego nie mogę ci wyjaśnić. Mogłabym tylko pokazać, ale nie sądzę, byś chciał w ten sposób poznać odpowiedź. Co gorsza, nie mógłbyś już z nikim podzielić się swą wiedzą, więc przykro mi, ale nie odpowiem na to pytanie.

— Wiesz, że grozi ci śmierć?

— Jestem stara, nie boję się śmierci. Mogę ją sobie zadać w każdej chwili, nie ruszając nawet palcem. Ale widzisz, panie, obiecałam kiedyś mężowi, że umrzemy razem, więc póki on ma się dobrze, czekam.

Na pytanie, dlaczego zabiła Molekha, odpowiedziała, że poprosiła ją o to Sinka, bo nie mogła już znieść jego cierpienia.

— To musi być niezwykle trudne dla osoby tak wrażliwej jak Sinka, zmuszonej brać udział w czymś takim — westchnęła. — Zrozum, panie, my ją kochamy i chronimy; nie mogłam odmówić.

Kiedy Luridh zdał Khabenowi relację z tej rozmowy, dowódca kazał odprowadzić babinkę do domu. Askharid oburzył się, ale wystarczyło jedno spojrzenie Khabena, by skinął głową i wykonał rozkaz. Ustawił tylko w pobliżu domu Walim i jej męża uzbrojonych po zęby gwardzistów.

A co z pozostałymi Przewodniczkami? Na oczach wszystkich stawały przeciwko najlepszym żołnierzom Kharu! Gdy Sinka przemówiła, nagle zaprzestały walki i poddały się, unosząc dłonie w górę. Ustawiły się w kolumnę i czekały. Teraz przebywały w zamknięciu, ale to, że siedziały pod kluczem, każda w oddzielnej komnacie, bez kontaktu ze światem i ze sobą nawzajem — to było właśnie ich zwycięstwo! Przed rokiem leżałyby martwe!

— Drgnij, a cię zabiję.

Słowa Kariny rozbrzmiały w jego głowie, jakby dopiero co wypowiedziane. Ciągle czuł nóż, długie cienkie ostrze na szyi, tuż pod żuchwą, czubek wbijający się ciało, gdy tylko się szarpnął, ciepłą strużkę krwi na szyi. Plama na koszuli była tego najlepszym dowodem.

— Kocham cię, ale zabiję.

Ten szept unieruchomił go. Powiedziała to, a on zmiękł i już nie walczył. Patrzył przerażonymi oczami na Khabena, który stał nieruchomo przed swoim fotelem i czekał na Sinkę. Ramiona zwisały mu na pozór swobodnie, ale Monah widział napięte mięśnie. Znał możliwości Khabena i wiedział, że Dowódca mógł ją zabić w każdej chwili — wystarczyłby jeden błyskawiczny piruet — a mimo to czekał. Patrzył, jak idzie ścieżką utworzoną przez Przewodniczki, pustym nagle szlakiem wśród kłębiących się gdzieniegdzie ciał.

Sinka nie miała żadnej broni, puste dłonie uniosła w górę i szła przed siebie. Może dlatego Khaben stał i pozwalał jej podejść? A może nie dlatego? Może tak jak on sam, tak jak inni po prostu nie mógł podnieść na nią ręki? Nie umiałby jej zabić? Może czuł to samo, co on? Ból w całym ciele i wielką trwogę?

Wszyscy zamarli, kiedy tych dwoje stanęło naprzeciw siebie. Pamiętał, że Sinka była blada, a w oczach dostrzegł szaleństwo. Jej głos drżał, a jednak stała dumna i wyprostowana, bez cienia uległości. Khaben górował nad nią, mógłby w sekundę ją zgnieść, ale ona jakby tego nie wiedziała.

— Zabraniam ci kalać mój dom — powiedziała rozkazująco. — Zabraniam!

Khaben nie odpowiedział. Stał poważny i skupiony.

— Nie powinieneś karać go tak okrutnie. Nie zabijamy w ten sposób nawet największych zbrodniarzy.

— Widziałem, jak zabijacie. Co zrobiła mu ta kobieta?

— Skróciła cierpienie. Nie mogłam już go znieść. Wciąż czuję smak jego bólu i zapach jego krwi. Ty wiesz najlepiej, że ja jestem inna. Wszyscy o tym wiecie. Nie mogłam znieść jego cierpienia...

— Zabiłyście Khara. Zaatakowałyście moich żołnierzy — mówił do Sinki, ale ona nie zdążyła nic odrzec, kiedy nagle odezwała się Karina.

— Tak. Taką podjęłyśmy decyzję — stwierdziła, a jej głos niósł się w ciszy holu. — Nie dałeś nam innej możliwości. Na szali leżało życie tego zbója lub Sinki. Wybrałyśmy, bo ona jest godna ocalenia, a on nie. Miałyśmy ją poświęcić? Jego zbrodnia i twój rozkaz były jednakowo barbarzyńskie. My nie jesteśmy barbarzyńcami. Zabijamy, jeśli trzeba, ale się tym nie napawamy. Kara ma dotyczyć skazanego, a nie okaleczać każdego, kto ją widzi, Kharze.

Słowa Kariny nie zaskoczyły Khabena. Nawet na nią nie spojrzał, chociaż nikt — odkąd Monah był w służbie u dowódcy — nie poważył się otwarcie wystąpić przeciwko niemu, z podniesionym czołem wyznając nieposłuszeństwo. Co gorsza, w tak obraźliwy i poniżający sposób!

Monah pamiętał tę scenę z najdrobniejszymi szczegółami. Jęknął, już kolejny raz tej nocy, bo z całego serca podziwiał Karinę. Była taka dumna, spokojna, taka... wspaniała, że aż musiał się zastanowić, czy to ta sama dziewczyna, która flirtowała z nim w Lesie Umarłych.

Ale musiał przyznać jeszcze jedno — na podwyższeniu stał wielki, dostojny Khar, przed nim niewysoka, drżąca Drainka, tymczasem on sam, adiutant Generalnego Dowódcy, w tamtym momencie nie wiedział, które z nich jest potężniejsze. Mierzyli się spojrzeniami. Milczeli, a razem z nimi wszyscy obecni w holu. Tylko Draleph jęknął, jakby właśnie wracała mu świadomość. Ten dźwięk przykuł uwagę Sinki. Rozejrzała się wokół i ponownie uniosła głowę w kierunku Khabena.

— Twoim żołnierzom nic nie jest — stwierdziła. — Żaden z nich poważnie nie ucierpiał. Tobie też nic nie grozi.

— Skąd mogę wiedzieć? — zapytał, z dłonią wciąż zaciśniętą na rękojeści paradnego miecza przodków.

— Obiecałam kiedyś, że nie podniosę na ciebie ręki, i dotąd żyjesz. Ja nie rzucam słów na wiatr. Dotrzymuję danego słowa.

— A jednak ten atak...

— Molekh był potworem — przerwała mu głosem cichym, ale stanowczym. — Wy, stojąc i patrząc na jego powolną śmierć, na to wielkie cierpienie, wcale nie jesteście mniejszymi! — Przerwała, odetchnęła głęboko i podjęła tonem już mniej wrogim, jakby tłumaczyła. — Kiedyś w końcu odejdziecie. Wrócicie do swoich domów, rodzin, posiadłości, zamków. Zawsze odchodzicie. Zawsze. Podbijacie kolejne państwa, łupicie je i odchodzicie. Ale mówią, że ty, Khabenie, nie zostawiasz po sobie spalonej ziemi. Nigdzie tego nie zrobiliście, więc i u nas nie zrobicie. Kiedyś odejdziecie, a my zostaniemy z krwią na posadzce, z krzykiem zamkniętym w murach i cierpieniem rozsadzającym serce. Kto będzie chciał tańczyć i śpiewać w sali, w której tak okrutnie zabijano?! — Zrobiła krok w jego stronę, ale nie drgnął, mimo że weszła na kolejne schodki i zadarła głowę, by spojrzeć mu w oczy. — To mój dom, moje dziedzictwo. Moja rodzina mieszka tu od zawsze. Niezliczone pokolenia. Muszę strzec mojego dziedzictwa i je chronić. Nie potrzeba mi waszych sposobów zabijania. Ani was. Wracajcie do domu, Khabenie. Odejdźcie.

— Nie możemy — odpowiedział, a Monah, znający Khabena o wiele lepiej niż większość gwardzistów, wyczuł dziwną nutę w jego głosie.

— Bo nie znaleźliście tego, czego szukacie? — zapytała Sinka, a Khaben znów mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza przodków. — Powiedz mi więc, czego szukacie. Może wiem, gdzie to jest? Może ona wie albo ona, albo ona. — Wskazywała po kolei Przewodniczki. — Pomyśl o tym i pamiętaj, że jesteśmy po to, by pomagać — szepnęła, jakby znużona ponad miarę. Patrzyła mu w oczy, ale ponieważ nic nie odpowiedział ani nie zrobił, nie drgnął mu nawet najmniejszy mięsień, westchnęła. — Teraz zdecyduj, co z nami zrobić. Jesteśmy Przewodniczkami, które się na was rzuciły, to z pewnością niedopuszczalne. Zdecyduj więc, Generalny Dowódco Wojsk Inwazyjnych, co zrobić z Przewodniczkami, które raz nie posłuchały twojego rozkazu. — Monah zauważył, jak Khabenowi rozbłysły oczy, gdy to usłyszał. — Powoli staniemy tu, na środku. Żadna z nas nie będzie walczyć. Żadna! — powiedziała głośniej, jakby nie tylko do niego. — Jeśli nakażesz swoim żołnierzom nas zabić, to zabiją. Ale więcej, Kharze, nie brukaj mego domu waszym barbarzyństwem!

 

Nic więcej nie dodała, nic nie zrobiła, ale Monah poczuł, jak Karina zwalnia jego wykręcone ramię i odsuwa nóż. Już nie czuł jej ciała przylegającego do swojego. Nie spojrzała na niego, gdy odchodziła.

Stanęły na środku, wszystkie razem. Tylko Mawin leżała nieprzytomna pod ścianą.

Askharid pochylił się i podniósł ją. Niezbyt delikatnie, ale wziął ją na ręce i stanął za innymi. Tym gestem wszystkich zaskoczył — on niosący pokonanego wroga na rękach, a nie jego głowę zatkniętą na pice? Khaben zapatrzył się na tę parę. Stał nieruchomo z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza i patrzył na Askharida trzymającego nieprzytomną Drainkę w ramionach.

— Wyprowadzić. Zamknąć w koszarach. Oddzielnie. Pilnować. Straż Przyboczna za godzinę w moim gabinecie — powiedział wreszcie. Obrzucił spojrzeniem hol, na chwilę zatrzymując wzrok na martwym Molekhu. — Gwardziści! Za godzinę ma płonąć stos pogrzebowy!

Odwrócił się i wyszedł, a Monah tylko ściskał poranioną szyję i patrzył, jak gwardziści otaczają kobiety zwartym szykiem i wyprowadzają je z holu w mroczną zimową noc. Drżał, bo... ten stos pogrzebowy... Dla kogo był przeznaczony?


2

Po kaźni i ataku Przewodniczek Monah nie poszedł za Dowódcą i kobietami. Pochylił się nad Dralephem i ocucił go.

— Wstawaj, Khaben wzywa na naradę! — mówił, uderzając w blade policzki mężczyzny. — No dalej! — warknął poirytowany, kiedy ten kolejny już raz tracił przytomność.

Draleph otworzył oczy, zamknął je ponownie i bardzo cicho zapytał, co się stało.

— Nie wiesz?

— Nie. Głowa mi pęka... Co się stało? Zabiły Molekha, szły do Khabena, a... potem?

— Potem nas załatwiły... i tyle!

— Załatwiły? Co ty, kurwa, pleciesz? — zapytał już przytomniej i spróbował wstać.

Monah lubił Dralepha — może dlatego, że był kolorowy, a może za jego niewyparzoną gębę, albo za jedno i drugie — więc opowiedział mu pokrótce, co się wydarzyło, ale musiał powtórzyć całą historię dwa razy, bo Khar nie pojmował, o co chodzi. Monah nie wiedział, czy to z powodu zawiłej opowieści, czy niedowierzania, czy oszołomienia z powodu ciosu, jaki otrzymał. Ostatecznie przywołał jednego z gwardzistów, który stał bez celu pod galerią, nieopodal ozdobnego fotela, ustawionego tam dla Khabena na czas kaźni. Zażądał, by ten pomógł mu przetransportować Dralepha do czerwonego gabinetu.

Kiedy wreszcie do niego dotarli, siedziała tam już prawie cała Straż Przyboczna Khabena: Askharid, Luridh, Oklang, Nepril i Monather — Kharowie z wysokich rodów. Z Dralephem byli więc wszyscy, którzy na stałe mieszkali w Agneis. Najstarsi synowie, spadkobiercy wielkich rodów — założycieli Kharu. Potomkowie Wygnanych. Wszyscy byli mniej więcej w wieku Khabena, znali się od dzieciństwa i razem spędzili całe lata w zamkach ojców; nawet w Khaben Morthen byli w tym samym czasie. Walczyli razem w zgodnym szyku, wyćwiczonym podczas wielogodzinnych treningów. Rozumieli się bez słów. Używali tajemnego kodu gwardii, czyli opracowanych przed wiekami ruchów palców, które umożliwiały porozumiewanie się bez konieczności wypowiadania choćby jednego dźwięku. Monah rozumiał wiele znaków, ale ciągle potrafili go nabrać. Czasami dla zabawy czy żartu wysyłali komunikaty tak skomplikowane, że się gubił.

Jednak to, co powiedziały palce Khabena w holu, zrozumiał od razu. Khaben trzy razy rozkazał, by nie zabijać Przewodniczek. Zaatakowały, a on nie pozwolił ich zabić. Nie chciał ich śmierci, mimo że za atak na Khabena i jego straż była tylko jedna kara. Najwyższa. Mimo to nie zabił ich. Nie kazał tego zrobić. Monah nie rozumiał dlaczego. W jego głowie ciągle tłukło się to pytanie. Dlaczego je ocalił? By później skazać na śmierć? Khaben nie był potworem, nie bawił się ludźmi w ten sposób. Owszem, mówili o nim „czerwony demon”, ale z całkiem innych powodów niż bezsensowne, mściwe rozlewanie krwi.

A może ocalił je z tego samego powodu, dla którego jemu skakało serce na widok Kariny, a szlachetny Askharid nosił na rękach Mawin? Czyżby Khaben... Nie, lepiej tak nie myśleć. Khaben i Drainka? Khaben i Przewodniczka? Niemożliwe, w Kharze by się wściekli, gdyby przywiózł sobie draińską kochankę. Doskonale o tym wiedział. Znał przecież zasady!

Monah nie należał do grona Rady. Nie pochodził z wysokiego rodu i niejeden raz usłyszał z ust szlachetnie urodzonych, gdzie w związku z tym jest jego miejsce. Nie przejmował się, bo jako adiutant Generalnego Dowódcy był bliżej Khabena niż niejeden z wysokiego rodu. Teraz też siedział w jednej sali z pierwszymi synami najlepszych i najstarszych kharskich rodów. I podobnie jak oni był bardzo zasępiony.

Wszyscy milczeli. Oklang popijał wino z kubka, Luridh bawił się piórem. Draleph przykładał do karku mokrą, zimną szmatę i wyraźnie cierpiał. Monather chodził w tę i z powrotem po gabinecie.

— Usiądź, do cholery! Działasz mi na nerwy! — warknął Askharid.

Monather przystanął na moment przy oknie, ale zaraz znowu podjął marsz.

— Słyszałeś? Siadaj!

— Weź się odpierdol! — krzyknął Monather. — Zaraz mnie tu rozniesie! Największy wstyd mojego życia! Straż Przyboczną pokonała banda bab!

— Przewodniczek... — spokojnie sprostował Luridh. — Rozkaz był wyraźny, każdy z nas widział! — dopowiedział po chwili.

Monather jakby oklapł, nie powiedział już ani słowa, tylko podjął wędrówkę po gabinecie.

— Ojciec będzie miał używanie, jak się dowie, że takie cycate małe coś... — mruknął poirytowany Askharid.

— Ale na rękach ją nosiłeś... — stwierdził ironicznie Oklang.

— Spierdalaj, nie twój interes, kogo noszę. Sam lepiej znajdź kogoś, kto ci na to pozwoli.

— Już widzę, jak by ci pozwoliła, gdyby wiedziała, że to...

— Dość! — przerwał im Khaben, który właśnie pojawił się w drzwiach. Nie miał na sobie paradnego munduru ani żadnej broni, za to na jego twarzy malował się wielki spokój. Monah wiedział jednak, że im bardziej martwe wydawało się oblicze Khabena, tym mocniej poplątane były jego myśli. — Nie chcę od was wiele. Powiedzcie mi tylko, co mam z nimi zrobić? — zaczął.

— Sam sobie radź, skoro nie pozwoliłeś ich zabić — prychnął Askharid oburzony.

Gdy Monah któregoś razu, na początku, usłyszał, jak ze sobą rozmawiają, przeżył szok. Przed pierwszą wyprawą nie pozwalał sobie nawet na taką myśl, by w dyskusjach traktować Khabena jak równego sobie. Gdy dowódca pytał go o zdanie w jakiejkolwiek sprawie, zawsze odpowiadał jak komuś lepszemu od siebie, uniżenie i ważąc każde słowo. Wiele czasu upłynęło, zanim nauczył się mówić, co naprawdę myśli, bardzo umiejętnie dobierając słowa. Nauka wygłaszania nie wprost trudnych prawd zaczęła się podczas pierwszego spotkania z Khabenem, kiedy nie mógł mu powiedzieć, czym naprawdę się zajmuje, a kłamać też nie chciał. Wydało mu się wtedy, że swoim krętactwem rozbawił tego ponuraka i chyba dlatego ten wziął go na służbę. Mimo to jako adiutant wciąż uważał na to, co mówi, i miał kłopoty z wyrażaniem myśli. Spotkania w gronie Rady bardzo mu pomogły. Zrozumiał, że tak naprawdę Khaben jest dobrym człowiekiem, ale różne sytuacje niejednokrotnie zmuszają go do postępowania wbrew sobie. Robił, co musiał, sam zresztą mówił, że jest niewolnikiem piastowanego stanowiska.

— Powiedzcie, co mam z nimi zrobić — to chyba niewiele? — westchnął ciężko Luridh w odpowiedzi na pytanie Khabena. Nie zwrócił uwagi na kłótnię Askharida z Monatherem, zresztą ci dwaj nieustannie się kłócili, zazwyczaj z powodu nieokiełznanego charakteru tego ostatniego. — Kpisz z nas? To jest najważniejsze. Zaraz wokół zaczną krzyczeć, że nie umiemy zapewnić ci ochrony, że jesteśmy nic niewarci!

— Rozłożyły nas na łopatki. Leżymy i walimy dłonią o matę, by darowały nam życie...

— Przez ciebie ten wstyd. Nie pozwoliłeś ich zabić! — Nepril był wściekły. — Żadna kobieta nigdy mnie nie pokonała!

— Bo żadna nigdy nie próbowała — dociął mu Oklang. — Prędzej ty je próbowałeś brać na wszelkie możliwe sposoby! — zarechotał głupio, ewidentnie wstawiony.

— Oklang, dość wina! Czy my jesteśmy na pikniku?! — przerwał mu Khaben stanowczo. — Gdy pytam, co z nimi zrobić, po prostu odpowiadacie, a nie dowcipkujecie. Puścić je? Zabić? Stos pogrzebowy już płonie...

— Po to je chroniłeś, by zabić? Masz nas za idiotów? — warknął Askharid.

Spojrzeli po sobie, a potem na Khabena, który stanął przy kominku i ogrzewał dłonie.

— Odseparujmy je w jakimś mało przyjemnym miejscu... Może cele w koszarach bez okien... Przynajmniej na jakiś czas, żeby nie myślały, że wszystko im wolno — zaproponował Nepril. — W końcu jest tak, jak mówiła ochmistrzyni...

— Żadna z niej ochmistrzyni — mruknął Oklang.

— Odkrywczy jesteś, że czapki z głów! — odburknął Askharid.

— Faktem jest — ciągnął Nepril, jakby nie słyszał tej wymiany zdań — że nigdy nie zrobiły nam nic złego, choć miały ku temu wiele okazji. Na ten przykład twoja choroba. Siedziała przy tobie sama, zanim posłaliśmy Oklanga. Mogła cię zadusić i powiedzieć, żeś umarł. Pewnie byśmy uwierzyli, okoliczności temu sprzyjały... Ona jednak cię ratowała. Dziwna kobieta. Kharka na jej miejscu by cię zabiła.

— Prawo każe je zabić — stwierdził z ponurą miną Luridh.

— Nie zrobiły nam nic złego — mruknął Draleph znowu. — Poza tym muszę się dowiedzieć, jak to się stało, że zemdlałem, a teraz głowa pęka mi z bólu. Nawet nie zauważyłem, kiedy podeszła. Nie wiem kiedy, co ani jak. Muszę się dowiedzieć.

— Prawo...

— Nie bądź nudny, Luridh — przerwał mu Oklang. — Dobrze, kurwa, wiemy, co napisali w kodeksie!

— Ma rację, prawo nakazuje... — poparł go Khaben.

— To idź i zabij Sinkę! No idź! Ja za tobą! Jakoś się nie zrywasz, nie biegniesz! — krzyknął Askharid, machając ręką w stronę drzwi. — Nas nie oszukasz, tylko ci oczy błyskały, gdy szła w twoją stronę! A rękę żeś zaciskał, żeby jej nie zarżnąć czy nie zerżnąć?! — krzyczał dalej, pryskając śliną wokół. Khaben podniósł głowę i ku zaskoczeniu wszystkich uśmiechnął się do przyjaciela. Ten opadł na fotel i potarł twarz rękoma. Kiedy odezwał się po chwili, jego głos wydał się pokorny. — Dobrze wiemy, że mówiła prawdę. Odejdziemy stąd, wrócimy do domu, zostawiając Aberię za sobą. Po co je zabijać? Są wspaniałe, co nie? — zapytał i stwierdził, że nie tylko on tak uważa. Nepril z niechęcią, ale przytaknął, Oklang zaśmiał się, a Draleph tylko jęknął.

— Intryguje mnie co innego... Zastanówmy się, czy powiedzieć im, czego szukamy. Może pomogą... — zaproponował Luridh.

— Nie! — Khaben powiedział to tak zdecydowanie, że nikt nie protestował.

— One mówią, że są po to, by pomagać zagubionym w świecie Kharom — wtrącił znienacka Monah.

— Wierzysz w to, Monah? — zakpił Askharid.

— Wierzę — powiedział, ale po chwili asekuracyjnie dodał: — Chyba wierzę. Dziś dały nam niezłą nauczkę. Tak nas załatwiły, że aż pomyślałem, że szkoda by było nie wykorzystać ich zdolności. One umieją dziwne rzeczy. Widziałem, jak ta Misa skoczyła z galerii, a ona ma przecież ze dwa łatry*! I nic! Nic sobie nie zrobiła! Wyglądało to tak, jakby powoli, spokojnie opadała w dół.

— Skoczyła z galerii?! — zapytał pobladły Draleph. — Mówisz, że skoczyła z tej galerii i sfrunęła?!

— Zatkało mnie, jak ją zobaczyłem. A wtedy Karina zaszła mnie od tyłu... — skończył ponuro i dotknął szyi.

— Dość o tym — Khaben najwyraźniej nie miał ochoty roztrząsać niezwykłych zdolności Przewodniczek. — Moja propozycja jest taka: potrzymamy je tydzień w odosobnieniu, o chlebie i wodzie. Przesłuchujcie je, dowiedzcie się jak najwięcej. Pogadajcie z nimi o tym, jak wam zrobiły to i owo. A później ja trochę je nastraszę, nałożę areszt domowy, niech siedzą z miesiąc w draińskiej części domu. Potem je wypuścimy.

— Z tym straszeniem to może być ciężko, panie — rzucił Monah, a reszta pokiwała głowami.

— One nie z tych strachliwych — potwierdził Nepril.

— Co za kobiety! — westchnął Askharid.

— Wystarczy! — Khaben miał dość ich głupich min. — Mamy większe problemy. Monah przysłuchiwał się rozmowie Luridha z tą Walim, ale nie dowiedział się, w jaki sposób zabiła Molekha. Nigdy nie widziałem czegoś takiego... Wypytam o to Sinkę, wy też spróbujcie się czegoś dowiedzieć. Drugi, ważniejszy problem, to zeznania Molekha. Zapoznaliście się z raportem. Słyszeliście, co mówił.

 

Wszyscy jak jeden mąż zapomnieli o Przewodniczkach i skupili się na Dowódcy.

— Co zrobimy w sprawie kolejnego spisku? Mam dość tych wiecznych spisków. Który to już w tym roku? — zapytał ponuro.

— W tym roku pierwszy, ale dopiero były Gody, więc mamy niezły początek. W ubiegłym były cztery — stwierdził Luridh. — Trzy zdusiliśmy w zarodku. Czwarty...

— Wiem, ilu zabiłem...

— Zabiliśmy — sprostował Luridh. — Ich krew spada też na nas. Nie przypisuj sobie wszystkiego, Khaben. I tak masz dosyć kłopotów.

— Właśnie — mruknął Monather.

— Co robimy? — z westchnieniem zapytał Nepril.

— To co zawsze. Wpuścimy ich tu i wytniemy co do jednego! — Oklang, jak zwykle w podobnych sytuacjach, nie widział problemu. Zawsze twierdził, że niemal wszystko da się załatwić ścięciem kilku gorących głów.

— Myślisz, że będzie tak prosto? — przerwał mu Luridh. — Nie wiemy, jakie to naprawdę zatoczyło kręgi, kto się przyłączył, kto czeka na swoją okazję i myśli, że wykorzysta kolejne zamieszanie, by się wybić.

— Niektórym spodobały się draińskie włości. Chętnie by tu zostali i ustalili nowe zasady. Po co wracać do domów i tam trudzić się nad zdobyciem każdego garnca zboża, skoro tu po prostu rośnie? — wtrącił Monah.

— Tak, myślę, że to dobry powód do buntu. Zapewne nie jedyny, ale dobry. Tyle tylko, że to nie jest nasz dom — stwierdził zdecydowanie Khaben. — W Kharze czekają na nas. W Kharze zostały nasze rody i wiele setek rodzin kolorowych, za które wzięliśmy odpowiedzialność, tworząc Radę. Mam wyrecytować słowa przysięgi, którą złożyliśmy?

Spojrzał na każdego z nich po kolei. Pamiętali. Był pewien, że nie zapomnieli ani jednego słowa.

— Poza tym w Kharze jesteśmy u siebie — powiedział spokojniej i ciszej. — Tu zawsze będziemy najeźdźcami. Zawsze. Nieważne, co zrobimy. Nikt nigdy nie zapomni nam zabitych na Polu Księżycowym, pod szczytem Orlicy ani tych wszystkich pozabijanych po Domach.

Zamilkli na chwilę, tak jakby każdy z nich odtwarzał w pamięci własne dowody na niemożność do wybaczenia. I każdy wiedział, że jest ich sporo. A zanim zakończy się ta wojna, lista czynów niewybaczalnych jeszcze się wydłuży.

— Zawsze to wiedzieliśmy: nie ma wybaczenia. Co zatem radzicie? — spytał Khaben.

— Poczekajmy na atak — poradził Draleph. — Na pewno nastąpi niebawem. Mają powód, by myśleć, że nie jesteśmy zdolni cię ochronić.

Ta uwaga poderwała Askharida z miejsca. Natychmiast stanął przed Khabenem.

— Dlatego nie pozwoliłeś ich zabić? Żeby dać pretekst do ataku? Stworzyć wizję nieudolnej gwardii, by ich tu przyciągnąć? Pozwoliłeś im na to, by...

— Tak — przerwał mu Khaben, patrząc przyjacielowi w oczy. — Właśnie tak zrobiłem. Zakazałem wam walczyć, by sprowokować zamach.

— Ty draniu — mruknął Oklang, dopił wino i z hukiem odstawił kubek. — Dawno to wymyśliłeś?

— Nie. Przyszło mi to do głowy, gdy na nas ruszyły — wyznał cicho Khaben, patrząc Askharidowi w oczy.

Ten westchnął i usiadł. Inni milczeli, spoglądając na siebie nawzajem.

— Tak... Przyznaję, że dałeś im doskonały pretekst, by się ujawnili — podsumował Monather. — Szkoda, że przy okazji wyszliśmy na nieudolnych głupców.

Znowu zapadła cisza. Każdy z nich przyswajał teraz nowe informacje i próbował uporządkować wydarzenia ostatnich tygodni, które doprowadziły do obecnej sytuacji.

— Wiadomo już, kto za tym wszystkim stoi?

— Tylko jakieś insynuacje... Nikt konkretny. Ale można się spodziewać, że to kolejna robota frakcji Garlotha. Lopherna nie żyje, nie ma więc żadnych powodów, by musiał się powstrzymywać przed atakiem na mnie. Póki żyła, nie mógł się na mnie rzucić, to takie niehonorowe, a on tym kharskim honorem ciągle sobie wyciera gębę, więc aż taki głupi nie był, żeby za jej życia... Ale teraz ma wolną drogę.

— Szybki jest — stwierdził Luridh.

— Jak dla mnie zbyt szybki. Musiał to planować już wcześniej — stwierdził Askharid. — Ta nagła śmierć Lopherny...

— Chcesz powiedzieć, że on za tym stoi?! — zapytał Draleph, oburzony i zszokowany. — Przecież to jego córka!

— Garloth nigdy nie był wzorem ojcowskiej miłości, używał córki jako karty przetargowej — stwierdził cicho Khaben. Podszedł do ściany ze starym freskiem i usiadł w fotelu stojącym między dwoma oknami. Nie patrzył na nikogo. Mówił z namysłem, jakby do siebie. — Wymógł nasz ślub i miał nadzieję, że pozwolę się wodzić za nos i córce, i teściowi, ale szybko się przekonał, że to tylko jego pobożne życzenia. Zmarnował Lophernie życie. Zmusił ją do ślubu ze mną, choć wiedział, że... — zamilkł i westchnął. — Ten człowiek nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel. Myślę, że jeśli byłoby mu to na rękę, mógł zlecić zamordowanie Lopherny. A w świetle tego, co mówili Molekh i Worth, wykorzystuje nasz najazd na Aberię do realizacji własnych planów.

Zamilkł, bo choć podejrzewał, jakie to plany, nie miał żadnych dowodów i wolał nie rzucać słów na wiatr — nawet w tak zaufanym gronie. W gabinecie znów zapadło milczenie.

— Uprzedzimy Przewodniczki? — zapytał wreszcie Nepril.

— Nie — zdecydowanie odpowiedział Askharid. — Brakuje nam tylko wściekłej Mawin latającej z szablą po całym Domu...

— A ja uważam, że wprost przeciwnie — stwierdził Khaben. — W odpowiednim czasie powiem o wszystkim Since.

Patrzyli na niego zaskoczeni, ale ponieważ nie powiedział już nic więcej, nie pytali. Przez lata przywykli do tego, że działania Khabena, choć czasami zaskakujące, na ogół miały sens. Chwilę później rozeszli się na jego wyraźne polecenie, by złapać choć kilka godzin snu.

Monaha głód zagnał wówczas do koszar i wiadomo, co było dalej... Pobił czterech rodowych. Co z nim będzie, jeśli złożą skargę? W komnacie strażników rozchodziły się odgłosy zasłużonego odpoczynku. Monah zasypiał spokojniejszy. Raz jeszcze odtwarzając sobie wszystko, co widział i słyszał tego wieczoru, próbował to uporządkować. Był pewien, że ta sytuacja i pobłażliwość Khabena wobec Przewodniczek jeszcze się zemści, ale doskonale rozumiał i dowódcę, i członków Rady.

A siebie?

Rozładował wieloletnie napięcie, tłukąc się dzisiaj z czwórką gwardzistów. Bolały go dłonie i żebra, ale w głowie miał większy porządek i było mu lżej na duszy. Nikt już nigdy nie powie mu, że jest jak baba. Czuł to, idąc korytarzem pełnym gwardzistów, którzy tylko usuwali mu się z drogi.

A Karina?

Przyznał, że serce by mu pękło, gdyby musiał przyczynić się do jej śmierci. Powiedziała, że go kocha. Przewodniczka, kobieta tak inna od wszystkich, jakie do tej pory znał, szepnęła coś tak czułego w chwili, gdy mogła zginąć...

Musiał przemyśleć, co jej powiedzieć...

I przygotować się do odparcia kolejnego zamachu na Khabena... I na karę za bójkę z rodowymi...

Zasypiając, Monah dobrze wiedział, że Khaben mu tego nie daruje. Kilka chwil po przebudzeniu nadal tak myślał, przypominając sobie wydarzenia poprzedniego dnia. W sypialni strażników było teraz pusto i jasno. Przez chwilę nie rozumiał, co mu nie pasuje, aż wreszcie pojął, że za oknem świeci słońce. To oznaczało, że dzień wstał już dawno i on, adiutant Khabena, też powinien wstać już dawno temu. Zazwyczaj wyskakiwał z łóżka godzinę przed świtem. Musiał doprowadzić się do porządku, zjeść śniadanie i przygotować tacę z posiłkiem dla Khabena. Gdy wchodził do komnaty dowódcy, był już całkiem rozbudzony i miał dokładny plan tego, co i w jakiej kolejności w danym dniu będą robić.

Poranek po bójce w koszarach zastał go całkowicie nieprzygotowanego i okrutnie obolałego, o czym przekonał się, próbując wstać. Gdy pomału uniósł się na posłaniu, stwierdził, że na stołku obok łóżka stoi kubek z cieczą o zapachu ziół. Usiadł i wypił parę łyków. Rozpoznał ten sam napój, którym strażnicy uraczyli go poprzedniego dnia. Nie chciał niczego, co uśpiłoby go czy otumaniło, ale wczoraj po tym naparze rozmyślał całkiem trzeźwo, więc wychylił zawartość kubka i powoli wstał. Oddychał dość płytko, bo obite żebra mocno mu dokuczały. Tłumiąc przekleństwa, włożył cudzą, lecz czystą koszulę, buty i kubrak.