Królestwo nadzieiTekst

Z serii: Królowe Kharu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dorota Pasek

Królestwo nadziei


ISBN 978-83-8202-197-4


Copyright © by Dorota Pasek, 2021

All rights reserved Redaktor Paulina Kaczmarek Projekt okładki i stron tytułowych Aleksandra Zwolankiewicz Ilustracje Mariusz Kula Aleksandra Zwolankiewicz Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.


1

Monah poczuł wilczy głód i nagle zdał sobie sprawę, że od wielu godzin nie miał nic w ustach. W południe podczas posiłku tylko pogrzebał w talerzu, bo na myśl, że za parę godzin będzie musiał patrzeć na kaźń Molekha, jego żołądek przewracał się do góry nogami. Wcale nie było mu żal Khara, wprost przeciwnie... Życzył Molekhowi długiej i bolesnej śmierci, bo ktoś, kto gwałci i dusi małe dziewczynki, nie zasługuje na litość. Takie było prawo i każdy porządny Khar się z nim zgadzał. Jednak świadomość tego, co będzie się działo po zachodzie słońca, pozbawiła Monaha apetytu.

Decyzja, by zjeść najmniejszą z możliwych porcji, okazała się wyjątkowo trafiona. Żołądek przewrócił się, gdy tylko pejcz rozorał plecy zbrodniarza głębokimi, krwawymi radlinami, a krew, fragmenty skóry i mięśni bryzgnęły na oficera wykonującego karę. Drugi raz Monah musiał zapanować nad bolesnym skurczem żołądka w chwili, gdy staruszka, która ledwie mogła stać o własnych siłach, zabiła Molekha. Potem Sinka i Przewodniczki rozpętały burzę z piorunami i dopiero teraz, w środku nocy Monah zawinął do bezpiecznego portu swojej kwatery. Natychmiast dopadł go głód. Żołądek zwijał się co chwila i koniecznie musiał go czymś napełnić. Wiedział, że kuchnia w koszarach była o tej porze jedynym miejscem, w którym znajdzie się coś ciepłego i pożywnego.

Chwycił kubrak i ruszył pustym korytarzem w stronę koszar. Dawniej poszedłby do draińskiej kuchni, ale po tym, co stało się w holu, prędzej podano by mu środek na przeczyszczenie niż smaczną zupę. Przez chwilę nawet się zastanawiał, czy dobrze robi, opuszczając kharską część Domu, ale wszędzie było cicho i pusto. Czyżby Draini tak spokojnie odpoczywali po tym wszystkim? Trudno było mu w to uwierzyć...

Lodowate zimno wdarło się pod ubranie, ledwo zamknął za sobą drzwi. Musiał przejść z pięćset kroków do palisady z ociosanych i zaostrzonych pali, którą postawili krótko po zajęciu Agneis przez sztab Generalnego Dowódcy. Naciągnął poły kubraka, by choć trochę ochronić się przed mrozem, i przyspieszył kroku. Pod wieczór wiatr ucichł, więc wokół zalegała martwa cisza i każdy jego krok, każde skrzypnięcie butów na zmarzniętym śniegu niosły się po okolicy dysharmonijnym echem.

Monah skinął głową strażnikowi ukrytemu przed mrozem w niewielkiej strażnicy, postawionej tuż przy palisadzie i bramie. Kiedyś wrota były cały czas zamknięte, więc ilekroć adiutant Dowódcy wchodził na teren koszar, obserwował, jak dwóch strażników mocuje się z nimi. Jednak od dnia, w którym Khaben zawarł z Sinką swoisty pakt o nieagresji, przejście stało otworem. Początkowo Askharid zwiększył tu obsadę do czterech uzbrojonych po zęby żołnierzy, ale teraz ograniczono ją do jednego. Odkąd nastały mrozy, wzniesiono też niewielką wartownię, by oddział strażników nie ucierpiał z powodu zimna i obficie padającego śniegu.

Monah znał z widzenia wszystkich żołnierzy przydzielonych do tego posterunku, jako że przechodził tędy nawet kilkanaście razy dziennie. Poza tym tę nudną i pozornie bezsensowną służbę pełnili wyłącznie Kolorowi. Kiedy Monah przychodził na posiłki do koszar, siadał przy ich stole, bo czuł się tam na miejscu. Był jednym z Kolorowych, traktowali go jak ziomka, który zaszedł nieco wyżej. Okazywali mu szacunek i czasami zasięgali jego opinii w ważnych sprawach. Monah jednak doskonale wiedział, że wykorzystywali tę znajomość, by załatwić ważne dla siebie sprawy. Choćby ta strażnica przy wrotach...

Tej nocy w kantynie nie było ani jednego Kolorowego, siedzieli tam sami Rodowi oficerowie. Monah poczekał, aż dyżurny poda mu przepisowy posiłek, i zabrał się do jedzenia. Zapomniał, że wciąż ma na sobie zakrwawioną koszulę. Pozostali uważnie obserwowali adiutanta i wkrótce padły pierwsze uwagi na jego temat; gdy udał, że nie rozumie, iż jest to ocena jego udziału w dzisiejszych wydarzeniach, jak z rękawa posypały się jeszcze bardziej kąśliwe komentarze dotyczące szaleństw w głównym holu i zachowania Straży Przybocznej.

Dotkliwe kpiny ciągnęły się więc za nim jak smród za kiprilem, kiedy odsunął pusty talerz i wstał, by wyjść. Narzucając kubrak, słyszał śmiech gwardzisty, który spojrzał na jego zakrwawioną koszulę i zakpił, że złotousty adiutant Khabena wreszcie stracił dziewictwo w walce — i to za sprawą kobiety, która upuściła mu krwi.

— Niewiele, jak to przy defloracji — zarechotał Enthal.

Zawsze się z niego natrząsali, że żaden z niego wojak; mieli rację, więc godził się na to. Odpłacał pięknym za nadobne, ale zawsze w starannie wybranym przez siebie czasie i miejscu. Jednak dzisiaj, po tym, co wydarzyło się w holu, Monah musiał odpowiedzieć na kpinę od razu i nie myślał o mieleniu ozorem. W ten szczególny wieczór miał ochotę spuścić komuś solidny łomot. Tak solidny, żeby opuściła go złość. Tak solidny, żeby żaden prędkousty gwardzista nigdy więcej nie odezwał się do niego w podobnie urągliwy sposób. Wszystko powinno być tak pokazowe, by nikt z tych Rodowych pięknisiów już nigdy nie mógł mu powiedzieć, że jest jak baba, bo nie umie się bić. Nie potrafi się obronić przed byle dzierlatką, która...

Zabronił sobie myśleć o Karinie i jej słowach. Później je rozważy.

Wiedział, że żaden z gwardzistów nie podniesie na niego broni. Gdyby którykolwiek z nich to zrobił, straciłby prawo do miana gwardzisty. Monah, jako adiutant Dowódcy, był nietykalny. Oczywiście nie broniło go to przed docinkami mężczyzn, którzy uważali go za gorszego od nich. Dziś jednak Monah miał już dosyć kpin. Dość udawania, że nie słyszy goniącego go szyderczego śmiechu wielu gardeł.

Nie po kaźni Molekha i jego zaskakującej śmierci. Nie po ataku Przewodniczek i bólu, jaki zadała mu Karina.

Nie, to nie była noc odpuszczania obelg. Buzowały w nim złość i frustracja. Jeśli chciał pozostać przy zdrowych zmysłach, musiał odpowiedzieć na te szyderstwa.

Nie umiał robić szablą, ale jeśli ci szlachetnie urodzeni panowie naprawdę myśleli, że ktoś, kto pracował i żył w dokach, nie umie się bić, to zaraz się przekonają, że są bandą głupców. Na zawsze zapamiętają, że nie powinni zadzierać z kimś, kto wie, jak użyć kija i pięści. „Głupcy!”, pomyślał, odwracając się od drzwi.

Śmiali się, gdy omiótł wszystkich wzrokiem. Wyłowił z tłumu Enthala, który zawsze najbardziej z niego szydził. Enthal i jego towarzysze — wysoki i zwalisty Prother oraz niższy, ale zwinniejszy Jader, doskonale władający nożami, i w końcu Qlthek — wyśmienity szermierz, ale łajdak, jakich mało. Wszyscy zasługiwali na solidne lanie.

— Szanowny adiutant o czymś zapomniał?! — zawołał Enthal.

Śmiali się, gdy szedł w stronę porządkowego. Ten wstał ze swego miejsca, gdy tylko Monah przed nim stanął, a potem powoli, bez słowa zdjął kubrak i podał mu go.

— Przypilnuj — rzucił adiutant Dowódcy.

Nie mógł zatłuc żadnego z szyderców, zresztą wcale nie miał na to ochoty. Zabicie kogoś gołą pięścią to sprawa brzydka i nieprzyjemna, a on chciał po prostu dać im nauczkę. Wiedział, że nieźle boksuje tylko kilku spośród tych mężczyzn, ale ich akurat nie było w sali. Reszta to łachmyty. Obserwował ich kiedyś na sali treningowej, gdy walczyli dla zabawy. Wtedy zrozumiał, że nigdy nie musieli bronić swego życia zaciśniętymi pięściami — boksowali zgodnie z zasadami spisanymi w pięknych księgach. Mężczyźni, którzy nauczyli Monaha skutecznie posługiwać się kijem i pięścią, kiedy trzeba chronić własne życie, nie znali liter i nie umieli pisać. Dla nich istniała tylko jedna zasada: „Wygrywasz albo zdychasz!”.

Monah lubił życie.

— Szlachetny Enthal uważa, że jestem jak wykastrowany kipril? — zapytał, podchodząc do stołu, za którym rozsiadł się przeciwnik. Mężczyzna zarechotał, wyraźnie rozbawiony tak jawną zaczepką. — Szlachetny Enthal uważa, że adiutant Khabena rósł w komnacie dla kobiet i miast walki uczył się haftu, więc teraz w wolnych chwilach siada u stóp draińskiej wiedźmy i wyszywa jej suknie? — rzucił wyzywająco i spojrzał przeciwnikowi w oczy. — Szlachetny Enthal łże, plecie jak stara bezsilna baba, która do obrony ma tylko ostry język. A wraz z nim jego towarzysze.

Mężczyźni szemrali między sobą, jakby słowa rzucane przez Monaha dotykały ich osobiście.

— Szlachetny Enthal nie jest wcale tak bardzo szlachetny, skoro szydzi z innego mężczyzny schowany za plecami przyjaciół.

Enthal zacisnął pięści, podniósł się i wyszedł zza stołu.

 

— Zamilknij, chłopcze — poradził.

— Bo co, każesz swoim pomagierom złapać mnie i skatować jak chłopaka w stajni, który ponoć źle oporządził twojego ochwaconego rumaka? — zapytał Monah i spojrzał wyzywająco na przyjaciół Enthala. Stali naprzeciwko, ciągle w grupie innych gwardzistów, jednak ich miny wskazywały na to, że sytuacja wcale im się nie podoba.

— Panie Monah... — zaczął Wordhel, spokojny gwardzista z rodu Askharida. — Do czego pan dążysz?

— Panie Wordhel, w zasadzie dążę do życia w dostatku i spokoju, ale moja matka podczas lekcji haftowania nauczyła mnie, żebym byle chujowi nie pozwalał sobą pomiatać. Dzisiaj jest dziwny wieczór, przyznasz pan, panie Wordhel. Kobiety atakują gwardię i Straż Przyboczną, a gwardia i Straż Przyboczna im na to pozwalają. Z wiadomych przyczyn... Ja się na to godzę, bo jestem posłuszny wyborom lepszych ode mnie. Ale przyznasz pan, panie Wordhel, nijak nie muszę się godzić na to, by byle kto ze mnie szydził. Rozeźlony jestem przeokrutnie, panie Wordhel... — powiedział Monah i strzyknął śliną na buty Enthala. — Ale do pana nic nie mam ani do większości tych panów. Jednak szlachetny Enthal jest mi dziś jak wrzód na dupie — i z powodu słów, które rzuca za moimi plecami, i z powodu pobicia niewinnego chłopca. Więc myślę sobie, że pokażę szlachetnemu Enthalowi, jak w dokach i stalowniach zmywa się plamy na honorze. Na ogół służy do tego nóż, bo załatwia sprawy szybko i bezgłośnie, ale w szczególnych okazjach, takich jak dzisiaj, może być zwykły kij. Albo i pięść. Czy szlachetny Enthal ma dość odwagi i honoru, by stanąć do walki na kije i pięści? — zapytał i spojrzał na niego wyzywająco. — Może jest tylko opasłym kiprilem, który w stadzie czuje się silny, ale pozostawiony samemu sobie zakrywa tylko ogonem blizny po obciętych jajach?!

W sali zaległa ciężka cisza. Kharowie milczeli zaskoczeni wypowiedzianymi słowami. Enthal stał nieruchomo, jakby nie do końca wiedział, co w tej sytuacji powiedzieć czy zrobić.

— Tak myślałem — zaśmiał się Monah ironicznie. — Tacy jaśnie oświeceni Rodowi jak wielmożny Enthal zawsze tylko warczą jak wściekłe kiprile, a smród wypowiadanych słów ciągnie się za nimi całkiem jak aromat dołu kloacznego, z którego wypełzli.

Enthal nie wytrzymał i z rykiem rzucił się na Monaha. Tak to się zaczęło.

Gdy było już po wszystkim, Monah rzucił na podłogę, tuż obok pozostałości stołka, wyrwaną z niego nogę i sięgnął po kubrak. Włożył go na podartą i okrwawioną koszulę. Nie zawiązał troczków, bo wciąż odczuwał ból w palcach, na które nadepnął Jader, znany z wyjątkowej zwinności. Na koszuli pojawiły się właśnie nowe krople krwi. Okazało się bowiem, że choć zwalisty Prother nie podskoczy wyżej własnych kolan, w które oberwał pałką, po czym zwalił się jak kłoda na posadzkę spływającą już krwią Enthala, to znakomity szermierz Qlthek potrafi też nieźle przywalić z łokcia.

Tak, przyjaciele szlachetnego Enthala rzucili się na Monaha, kiedy ten jednym mocnym uderzeniem pięści złamał szlachetnemu nos i, zalanego krwią, posłał pod stół.

— Waruj! — rozkazał, co doprowadziło tamtych do wściekłości.

Oberwali wszyscy, łącznie z Monahem. Ale ostatecznie to on wygrał. Wyszedł z sali na własnych nogach, gdy tamci dopiero próbowali się pozbierać. Korytarz był pełen obserwatorów, ale Monah szedł teraz wąskim przejściem między gwardzistami z dumnie uniesioną głową. Nie zastanowiło go to, że żaden z nich nie stanął do walki. Enthala nie wsparli nawet jego krewni — tylko obserwowali nierówny pojedynek i się nie wtrącali. Całkiem jakby uznali, że to nie ich sprawa, choć z tłoku na korytarzu można było wywnioskować, iż ostateczny wynik interesował ich wszystkich.

Chłód zimowej nocy otrzeźwił Monaha, ale po chwili wdarł się w rozpalone i obolałe ciało, by niemal całkowicie pozbawić go sił. Zamroczyło go — nie na długo, ale wystarczająco, by stracił kontakt z rzeczywistością. Na wpół świadomy dotarł do strażnicy i ciężko wsparł się o jej ścianę. Wymiotował długo i boleśnie, a gdy potem przysiadł, głowa sama opadła mu na piersi. Nie zauważył strażnika, ale poczuł, gdy ten chwycił go pod pachy i zaciągnął do ciepłego wnętrza. Na progu stracił przytomność.

Kiedy się ocknął, leżał na drewnianej podłodze. Stał nad nim dowódca straży Labhras i dwóch żołnierzy. Jeden miał przezwisko Kukhar — co mogło oznaczać kogoś o potężnym uścisku, ale oczywiście nie musiało — a drugiego Monah nie znał. Nie wiedział, kiedy przyszli, był jednak wdzięczny, że chwycili go pod pachy i posadzili. Sam by usiadł, ale z pewnością trwałoby to dłużej i było dlań o wiele bardziej bolesne.

— Nieźle ci przylali — stwierdził Labhras. — Ale oni nie wyglądają lepiej. Biorąc pod uwagę, że ich było czterech, a ty sam, to daje wiele do myślenia. Teraz kilka razy się zastanowią, zanim znowu postanowią ci dopiec. O co poszło?

— Słowa, słowa, słowa...

— A... jasne... — mruknął. — Enthal znany jest ze swojego jadowitego języka. Ale widać ten jeden raz powiedział za dużo i nie do tej osoby, do której mógł. Szkoda, że nie odgryzł sobie tego jęzora, kiedy zdzieliłeś go w łeb kijem. Gdzieś się tego nauczył?

— Czego? — zapytał Monah, bo nie do końca rozumiał, o co pyta dowódca.

— Tak udatnie machać dwiema nogami od stołka naraz.

— W dokach, spelunach, burdelach i aresztach... W zaułkach obcych miast. Uczyłem się przez całe życie. Pierwszą lekcję dali mi bracia, a potem się doskonaliłem.

Jeden z żołnierzy parsknął śmiechem, ale szybko umilkł, kiedy tylko Monah na niego spojrzał. Niewiele zresztą widział, bo stłuczona powieka mocno już puchła.

— Przynieś mu śniegu na oko, bo za chwilę niczego już nie będzie widział. A ty idź po hirudo, trzeba mu przystawić — zarządził Labhras i żołnierze zniknęli.

— Macie tu coś do picia? — zapytał Monah i już za moment trzymał w ręce drewniany kubek pełen wina zaprawionego wodą. Napój był kwaskowy i zimny, jak przyniesiony prosto z chłodnej piwniczki. Dopiero po jakimś czasie Monah uświadomił sobie, że nie ma tu żadnej piwniczki, jest tylko zimne pomieszczenie ze szparami w ścianach na grubość palca i smrodem dymu. Już wiedział, dlaczego strażnicy wychodzą stąd tak często mimo okrutnej pogody. Pił łapczywie, wielkimi haustami.

— Powoli, chłopcze, bo wszystko wyrzygasz, jak będziesz się tak spieszyć — usłyszał i posłusznie odstawił kubek na podłogę.

Drzwi skrzypnęły. Wszedł Kukhar i wyjął zza pazuchy gliniane naczynko. Zanim Monah pomyślał, wokół oka już zwisali mu mali krwiopijcy. Znał te zwierzątka, niejeden raz widział je przy robocie. Wysysały krew, więc znawcy sposobów leczenia stłuczeń i krwiaków przykładali je osobnikom potraktowanym tak jak Monah.

— Zabrałem wszystkie — stwierdził Kukhar. — Te chuje już ich szukają, ale niczego nie znajdą. Jutro nie będą wyglądać tak, jak życzyłby sobie tego ich dowódca. A my go znamy... Cierpliwy jest i ma doskonałą pamięć. Poczeka, aż dojdą do siebie, i wymyśli im jakąś karę. Nienawidzi bójek, ale doskonale wie, że żaden gwardzista nigdy nie wyjawi, kto z kim się tłukł ani o co. Bo gwardia nie bije się na pięści. Gdzieżby... — zakpił. — Chociaż cały garnizon już pewnie mówi o łomocie, jaki im sprawiłeś, dowódca nawet nie zapyta. Uda, że o niczym nie wie, poczeka i za byle głupotę każe im zrobić coś, czego nigdy w życiu nie chcieliby zrobić.

Monah słuchał strażników, ale się nie odzywał. Myślał. Zastanawiał się, co powie jutro Khabenowi, gdy ten zapyta, skąd te siniaki i zadrapania.

— Muszę wracać do siebie... — mruknął i spróbował się podnieść.

— Na mój gust to nieco za daleko. Proponuję odwrotny kierunek. W naszej kwaterze zawsze są wolne łóżka.

— Nie chcę kłopotów.

Dowódca strażników zarechotał, a za nim Kukhar i ten bez imienia.

— Kłopoty to chyba już masz. Chodź, chłopcze, opatrzymy cię i odpoczniesz. Nie wiem, czy rano będziesz mógł się ruszyć, ale pomogę ci, jak umiem. Potraktuj to jako wyrównanie rachunków za tę budę. Może jest tu zimno, ale nie tak, jak na dworze. Da się przeżyć. Chodź! — rozkazał i Monah ku własnemu zaskoczeniu posłuchał. Podźwignął się z podłogi i wsparł na ramieniu Kukhara. Poszli przez boczne wejście i dalej schodami na górną kondygnację. Nie było tu nic poza paleniskiem, pryczami, niewielkimi kuferkami i długim stołem. Monah usiadł na ławie i podparł głowę ramionami.

— Głodnyś? — zapytał ktoś za jego plecami.

— Nie, ale chce mi się pić.

Po chwili trzymał w dłoni kubek ciepłego naparu. Wypił kilka łyków i odstawił.

— Chcecie mnie otruć?

Labhras parsknął śmiechem. Monah wiedział, że to dobry i pogodny człowiek, choć wymagający i surowy w wyrokach za różne przestępstwa, jakich dopuszczali się jego żołnierze. Nigdy jednak nie był okrutny. Kary były dotkliwe, ale nie cielesne. Nikt nigdy nie słyszał, by dowódca straży skazał podwładnego na karę chłosty.

— Nie, pij spokojnie. To — machnął ręką w stronę kubka — pozwoli ci zasnąć. Tamto łóżko jest wolne. Ale zanim zaśniesz, chcę cię obejrzeć. Jak twoje żebra?

— Nie są złamane, co najwyżej nieźle potłuczone. Boli inaczej niż złamane — stwierdził, a kiedy Labhras uniósł brwi w niemym pytaniu, dodał: — Tak, miałem już połamane żebra.

— Zdejmij koszulę, obejrzę — rozkazał dowódca i Monah, bezwiednie posłuszny, wstał i zdjął najpierw kubrak, a potem resztki zakrwawionej koszuli.

Monah unikał roznegliżowania, chociaż większość gwardzistów ćwiczyła półnago. To staranie nie umknęło jakiemuś uważnemu obserwatorowi i przez pewien czas śmiano się z niego, że kryguje się w kąpieli jak panna czy dziewica. Jak bardzo się mylili... Nigdy się publicznie nie rozbierał, bo widok skóry na łopatkach, spalonej kiedyś przez rozżarzoną sztabę żelaza, przyprawiał niektórych o mdłości. Poza tym ludzie zawsze dopytywali o okoliczności wypadku, a Monah nie chciał o nich mówić. Nigdy też nie widział swoich pleców. Zagoiły się, ale wiedział, że blizny są rozległe i okropne. Tak powiedziała mu kobieta, której płacił za opiekę i jedzenie.

Nie rozbierał się publicznie również dlatego, że przez pierś biegła druga blizna: poszarpana, nierówna, pełna zgrubień i dziur w miejscach, z których znachorka wycięła mu kawałki ciała, gdy zaczęło ropieć. Brzegi rany przypaliła rozpalonym do białości nożem — cudem nie postradał wtedy zmysłów.

Przez żebra po lewej stronie biegła długa, wąska blizna po ranie zadanej nożem w dzielnicy portowej na wyspie Tato. Poszedł z innymi marynarzami na dziwki, ale zamiast między nogami hojnie opłaconej kurewki, skończył na stole cieśli, który zacerował go całkiem umiejętnie. W porównaniu z innymi ta blizna była niemal elegancka.

Gdyby zdjął spodnie, gwardziści zobaczyliby jeszcze jedną pamiątkę po burzliwej przeszłości adiutanta — wyraźne zgrubienie na kości piszczelowej po pęknięciu lub złamaniu. Sam nie wiedział, co wtedy stało się z jego nogą, bo gdy wpadł do skalnej rozpadliny, wokół nikogo nie było. Przez tydzień wlókł się, z nogą przywiązaną do kija, po skale zasłanej ostrymi odłamkami, w ciemności i chłodzie...

Tak, Monah już kilkakrotnie był bliski śmierci. Błagał o śmierć, wolał ją niż ból. Może dlatego doskonale rozumiał błagalne jęki Molekha w holu?

Ze spokojem zniósł badanie. Zresztą Labhras był na tyle delikatny, na ile mógł w tej sytuacji. Obejrzał go dokładnie, opukał, obmacał i stwierdził, że nic mu nie będzie.

— Sporo siniaków i otarć, ale nie widzę żadnych trwałych uszkodzeń. Żebra są całe.

Kukhar dał mu koszulę i z zaciekawieniem zerknął na jego blizny.

— Nie miałeś spokojnego życia, co?

Monah tylko wzruszył ramionami. Nie chciało mu się gadać o przeszłości. Zamknął ją za sobą raz na zawsze w chwili, gdy w przydrożnej karczmie zgodził się zostać adiutantem Khabena. Kukhar nie naciskał, więc Monah położył się na twardej żołnierskiej pryczy i przykrył ciepłym, wełnianym pledem. Poduszka była nędzna i śmierdziała potem, ale nic go to nie obchodziło.

W komnacie zaległa cisza, strażnicy powoli układali się do snu. Wyraźnie wyczuwalne było jednak napięcie wywołane ostatnimi wydarzeniami, kłębiły się niewypowiedziane pytania i wątpliwości.

— Co te kobiety zrobiły w holu, panie Monah? — usłyszał spokojny i rzeczowy ton Labhrasa, ale nie umiał odpowiedzieć w jasny i prosty sposób. Po pierwsze, zaatakowały ich, a coś takiego po prostu przechodziło wszelkie pojęcie! Po drugie, nie mógł zrozumieć, dlaczego Khaben nie pozwolił ich zabić! Kilkakrotnie wyraźnie powtarzał, że nie mają ich zabijać. I żadna nie padła, choć wszystkie powinny teraz leżeć martwe na posadzce.

Problemem było również to, że o rozkazie Dowódcy wiedziała tylko gwardia — to oznaczało, że nikt poza nimi nie dowie się o kontrowersyjnym rozkazie Khabena. Pozostali Kharowie nie będą mieli o tym pojęcia. Dla nich będzie jasne, że grupa Przewodniczek zwróciła się przeciwko Generalnemu Dowódcy, a jego sławna Straż Przyboczna nie zdołała sobie z nimi poradzić! Będą krzyczeć, że to wstyd i wielka hańba! Kilka bab gadających o równowadze i Matce Ziemi stawało jak równy z równym z najlepiej wyszkolonymi szermierzami Kharu! Nikt tego nie zapomni. Nigdy!

 

Poza tym Monah ciągle miał przed oczami widok Przewodniczki zabijającej Molekha. Taka drobna staruszka... Chuda, siwa, z powykręcanymi reumatyzmem dłońmi... To Sinka ją wywołała. Słyszał to wyraźnie, wszyscy słyszeli. Każdy obecny w holu słyszał też rozpaczliwe jęki Sinki i wszyscy widzieli, jak jej ciało zwijało się z bólu przy każdym uderzeniu pejcza w plecy Molekha. Monah pamiętał kamienny wyraz twarzy Khabena, gdy po kolejnym ciosie na plecach Przewodniczki ukazała się smuga krwi, tak jakby razy zadawane Molekhowi raniły i ją.

Karina trzymała przyjaciółkę w ramionach, a inne kobiety zgromadziły się wokół, ciasno, jedna koło drugiej, jakby w tym szukały pomocy lub siły. A może chciały chronić Sinkę? Już widział, jak to robiły — wtedy, w sali balowej, gdy ochmistrzyni zrobiła klejnot. Więc może dlatego zbiły się w gromadę...

Nie patrzyły na kaźń, chociaż z uwagą śledziły, jak gwardziści wprowadzają Molekha. Ten podlec srał w gacie ze strachu, tak że gwardzista musiał go popychać w stronę podwyższenia, na którym ustawiono paradne krzesło dla Khabena. Potem Luridh ogłosił wyrok, a Molekha uwiązano do słupa. Gdy padł pierwszy raz, one odwróciły się jak na komendę. Żadna nie patrzyła, ale przecież wszystko słyszały. Musiały słyszeć, bo nikt się nie odzywał, w holu było cicho jak w grobowcu rodzinnym. Świst pejcza i ten mokry wizg, kiedy rzemienie opadają na skórę, słyszał wyraźnie każdy z nich.

A potem, kiedy Sinka zawołała staruszkę i nakazała: „Uwolnij go!”, one — te kobiety, Przewodniczki — ruszyły w kierunku Molekha i nikt nie potrafił ich zatrzymać. Kharowie, którzy stanęli im na drodze, leżeli na podłodze; nie byli ani ranni, ani martwi, ale leżeli tam, bo te kobiety postanowiły doprowadzić staruszkę do Molekha. Adiutant pamiętał doskonale dwie oślizgłe staruchy, które mieszkały obok Sinki, oraz ich umiejętności. Sam kilka razy myślał, że płonie, kiedy ta kulejąca dotknęła go z wyraźną złośliwością w oczach. Monah jęknął, gdy przypomniał sobie Lunis przechodzącą tanecznym krokiem między dwoma gwardzistami. Zwinęli się z bólu, chociaż ledwie ich dotknęła.

Błysnęło kilka niebacznie wyjętych ostrzy, ale nie było rozkazu walki, więc nikt nie zaatakował. W holu zebrali się przecież gwardziści, a nie wataha tępych rębajłów; oni nie atakują bez rozkazu, nawet jeśli się boją. I to kogo? Grupki kobiet! Monah westchnął, bo ta myśl rozdrażniła go nie bardziej niż to, co stało się później.

Wszyscy patrzyli, jak Przewodniczki odcinają Molekha od słupa. Był na wpół przytomny, rzęził, ale po kharsku, więc żadna z Przewodniczek na pewno go nie rozumiała. I to chyba dobrze, bo mówił na ich temat ohydne rzeczy. Dwie starsze kobiety podtrzymały bezwładne ciało, a Misa chwyciła go za włosy i gwałtownym ruchem podniosła jego głowę w górę. Skazaniec musiał nieco oprzytomnieć, bo na jego twarz wypłynęła zwierzęca trwoga. Bał się, choć pochyliła się nad nim tylko stara kobieta... Monah widział, jak ujęła jego głowę w dłonie o grubych węzłach kostek, które zaraz zniknęły pod czarną gęstwiną kharib. Tak, Molekh już dawno stracił panowanie nad przemianą, więc u nóg Drainki leżał teraz opasły Khar o czarno-sinej skórze, a jego kharib zwijały się w panice. Żadnej z Przewodniczek to nie obeszło. Trwały przy Walim, a ta, patrząc Molekhowi w oczy, dotknęła jego czoła swoim. Kharowie zobaczyli, jak mroczne ciało się napręża, jak skazany napina wszystkie mięśnie; słyszeli wydobywający się z jego ust cichy, długi i przeciągły jęk. Widzieli dłonie kobiety zaciskające się coraz mocniej, jej ściągnięte policzki i napięte mięśnie ramion, jakby potrzebowała wszelkiej dostępnej siły, by wykonać to, czego się podjęła. Wreszcie po kilku sekundach ciało Molekha zaciążyło w ramionach Przewodniczek, drgnęło i opadło całkiem bezwładne. Położyły je na podłodze i się odsunęły.

To trwało chwilę; serce załomotało w piersi Monaha ledwie kilka razy, a Molekh już nie żył.

Wystarczyła chwila, ale układ sił w holu wyraźnie się zmienił. Skoro jedna mała staruszka może zabić gołymi rękoma takiego byka jak Molekh, to czego mogą dokonać inne Przewodniczki, silniejsze, młodsze, uzbrojone...

Ledwo Molekh zdechł, Przewodniczki porzuciły jego ciało. Sinka wyprostowała się z grymasem bólu na twarzy, kilka razy powoli i głęboko odetchnęła, a potem z pomocą Kariny wstała z kolan, podniosła głowę i ruszyła w stronę Khabena. Błysnęły kolejne ostrza i zamigały palce Khabena. „Nie zabijać!”

„Nie zabijać!”, powtórzył znowu, a na jego twarzy wyraźnie widać było nieugiętą wolę i świadomość wydawanego rozkazu.

Sinka szła więc wśród gwardzistów bez pośpiechu, jakby nie miała sił; zatrzymała się dopiero wtedy, gdy stanęła twarzą w twarz z Dowódcą. Szła swobodnie, chociaż Straż Przyboczna tak bardzo pragnęła ją zatrzymać... I nie ma nic do rzeczy fakt, że walczyli nie po to, by zabić.

— Cóż, panie Labhras... Jedna z Przewodniczek zabiła Molekha, jak mówiła staremu Luridhowi, w obronie pani Sinki. To bardzo dziwne... ale ona... jakby... Nie wiem, co myśleć, bo Molekha chłostali, a pani Sinka miała rany na plecach. Krwawe smugi wykwitły na jej plecach, materiał sukni nasiąkł krwią. Lekarz mówił, że rany nie są głębokie, szybko się zagoją, ale...

— Wierzysz w to? — przerwał mu Labhras.

— Wierzę w to, co widziałem w holu na własne oczy! — Przez dłuższą chwilę w komnacie panowała cisza, a potem dowódca zapytał, co stało się później. — Gdy Molekh zdechł na rękach Przewodniczek, to pani Sinka doszła do siebie. Podźwignęła się z podłogi, bo wcześniej upadła na nią z krzykiem... Ale jak Molekh już nie żył, to ona jakby siły odzyskała. Dźwignęła się, rozejrzała i ruszyła do Khabena. On siedział w wielkim fotelu na podwyższeniu, wokół niego Straż Przyboczna w szyku, jak należy, ale ona... Ona po prostu szła między Kharami i Drainkami spokojnie, jakby niczego się nie bała. Jakby wiedziała, że nic jej nie grozi.

Monah zamilkł, zamknął oczy i raz jeszcze zobaczył tę scenę.

— A nasi? Nie walczyli?

— Dotarła do samego Khabena, bo te cholerne Przewodniczki zrobiły dla niej bezpieczny korytarz! Nikt ze Straży Przybocznej nawet się nie zbliżył. Nie było szans się do niej zbliżyć! Wszystkie te baby odwróciły od niej uwagę i ściągnęły gwardzistów na siebie! Zupełnie jakby wykonywały jakiś jej niewypowiedziany rozkaz! Sinka chciała dotrzeć do Khabena i zrobiła to, a ja mam za to dziurę w szyi! — jęknął i dotknął miejsca, w którym sztylet przebił skórę. — Te kobiety... — zaczął, ale nie dokończył.

Widział, jak Mawin stanęła na wprost Askharida. Dosłownie wyrosła przed nim jak spod ziemi! Monah nie zauważył nawet, który z gwardzistów stracił szablę, ale ta cycata białka miała ją w ręce i już stała naprzeciw Askharida. Monah widział, jak Askharid wzniósł ramię i je opuścił — mocno, bezpardonowo wyprowadził cios, ten, którego nie umieliby powstrzymać najwięksi Kharowie! Najpotężniejsi wojownicy uginali się przed siłą Askharida, a ona — mała, cycata kobieta — zdołała go powstrzymać! Fakt, że ramię jej omdlało i upadła na kolana, ale zatrzymała go tam, gdzie chciała! Widział twarz Askharida, malujące się na niej niedowierzanie i zachwyt! Fakt, że potem ogłuszył ją jednym uderzeniem pięści w skórzanej rękawicy nabijanej żelaznymi ćwiekami, ale gdy upadła mu pod nogi, zawlókł ją pod ścianę, żeby ochronić.

A Draleph? Na samą myśl o nim znów jęknął. Zawsze stawał blisko Khabena, bo był silny i zwinny. Nawet Askharid nie mógł go pokonać, bo Draleph miał swoją technikę — dziwną, niezrozumiałą, ale tak skuteczną, że czasami dla zabawy walczył nawet z Khabenem i nieraz był bliski zwycięstwa. Ten sam Draleph leżał nieprzytomny u stóp swojej tancerki. Jak go obezwładniła? Monah niczego nie dostrzegł, ale ona naprawdę to zrobiła.