Dziewczyna od trawnika

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,95  46,36 
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SPOTKANIE V
24 MAJA, CZWARTEK

— Halo… — jęknęła Marysia chrapliwie. Od dwóch dni leżała plackiem w łóżku z paskudną infekcją górnych dróg oddechowych. Smarkała, kaszlała i charczała. Nie wstawała nie tylko ze względu na zdecydowany zakaz braciszka, ale przede wszystkim dlatego, że nie miała sił. Gorączka potrafi powalić największego twardziela.

— To ty, dziewczyno od trawnika?

— Adam? Dzwonisz do mnie? — zapytała naprawdę zaskoczona i się rozkaszlała. Kiedy wreszcie złapała oddech, wydmuchała nos i poprawiła telefon przy uchu, usłyszała koniec jakiegoś zdania. Poprosiła, by powtórzył.

— Pytałem, czy mam zakaz dzwonienia do mojej prywatnej ogrodniczki, kiedy nie stawia się do pracy?

— Nie, skąd… — mruknęła i wyczyściła nos, trąbiąc w chusteczkę.

— Jesteś chora — stwierdził tonem wielkiego odkrywcy. — Coś poważnego?

— Zwykła infekcja. Za parę dni minie. Wytrzymasz beze mnie, prawda? — zapytała trochę bezmyślnie.

— Pewnie wytrzymam — stwierdził. Cisza w słuchawce wydała się jej nagle pełna napięcia. — Ale mój trawnik łka z tęsknoty za wodą.

— Każ wreszcie zamontować automatyczne zraszacze, to problem się rozwiąże — mruknęła i zakaszlała.

— Może tak właśnie zrobię — powiedział, gdy wreszcie umilkła. — Chciałem prosić, byś nie przychodziła w weekend. Moja rodzinka zwala się w liczbie przekraczającej moją wytrzymałość. Babcie, ciocie, wujkowie, dzieci, wnuki… Będzie wesoło — mruknął jakoś tak ponuro.

— Tobie nie? — zapytała cicho, nagle ciekawa jego odpowiedzi.

— Zloty rodzinne to nie moja bajka. Po prostu gdzieś w połowie wymiękam. Szczególnie, kiedy każą mi zachwycać się jakimiś niemowlętami. Może one są i słodkie, ale niekoniecznie dla mnie. Jakoś tak na nie patrzę…

— No, jak?

— To nie moje wiecznie jedzące i ryczące bobasy, więc niech je zabiorą z mojej drogi. Swoimi, kiedyś w przyszłości, się zajmę. Obce w ogóle mnie nie ruszają. Trochę męski punkt widzenia, co?

Marysi wydało się, że ta zgrabna odpowiedź pozwoliła mu zakończyć temat rodziny.

— Trudno, żebyś patrzył po kobiecemu… — zaśmiała się i natychmiast rozkaszlała. — Dobrze, mnie pasuje wolny weekend. Arek proponował, żebyśmy pojechali nad morze. Znalazł jakąś metę w Kołobrzegu.

— W Kołobrzegu? Czasami nie u Mini? — zapytał tonem całkiem innym, wykazującym nagłe, troszkę niezdrowe zainteresowanie. Takie plotkarskie wścibstwo. Ale Adam plotkarzem? — Mini ma tam kawalerkę po babci. Na ogół ją wynajmuje, ale widać teraz…

Marysia poprawiła się niespokojnie na łóżku.

— Myślisz, że mój brat spotyka się z Mini? — zapytała.

— Tak — odpowiedział tonem świadczącym o stuprocentowym przekonaniu.

— Ha! — mruknęła zaskoczona. — Nic mi o niej nie wspominał.

— Cóż… — odpowiedział i chyba usłyszała w jego głosie nutę sarkazmu.

— Co znaczy to „cóż…”?

— Dziwne, że ci o niej nie powiedział — wyjaśnił. — Widziałem ich kilka dni temu w knajpie. Wyglądali na bardzo sobą zainteresowanych. Bardzo…

— Serio?

— Tak.

— Nie wierzę — pokręciła głową.

— Nie? A dlaczego?

— Bo ona jest taka…

— No, jaka? — drążył, nagle zainteresowany.

— Przecież wiesz — mruknęła i kichnęła potężnie wprost do słuchawki. — Przepraszam.

— Spoko. Wiesz, Mini wygląda jak pusta lala, ale ma w głowie więcej szarych komórek, niż ludziom się wydaje.

— Hm…

— Co znaczy to „hm…”? — zapytał ze złośliwym śmieszkiem.

— Muszę przemyśleć.

— Przemyśl. Ona naprawdę jest całkiem porządną dziewczyną. Tylko wygląda jak…

— …latawica.

— Coś tak jakby — zaśmiał się. — Dobra, muszę kończyć, obowiązki wzywają. Do zobaczenia. Zdrowiej.

— Tak właśnie myślę — westchnęła.

Odłożyła aparat i zagrzebała się w kołdrę. Przemknęło jej jeszcze przez głowę, że Arek niby z Mini, ale oczy same się jej zamknęły. Zasypiała z chusteczką pod nosem i myślą, że to miło ze strony Adama Antoniego Kochańskiego, iż się zainteresował, co się z nią dzieje. Bo po tej awanturze po imprezie nie była pewna, czy jeszcze ją akceptuje. „Chociaż ta pożegnalna scena… Ale potem nie zadzwonił ani nic…”, myślała, odpływając w sen.

SPOTKANIE VI
1 CZERWCA, PIĄTEK

Marysia przejechała obok grupy znajomych Adama, wyłączyła silnik i zdjęła kask. Lubiła jeździć na skuterze bez kasku, ale rano wybrała się na cmentarz, więc wolała go mieć. Nigdy nie wiadomo, za którym krzaczkiem czy zakrętem drogi zaczają się niebiescy chłopcy. Nie miała ochoty być kolejnym jeleniem ukaranym mandatem.

Zaczynał się pierwszy weekend czerwca. Słońce grzało jakby w środku lata, wiatru prawie nie było, ot, taka przyjemna bryza znad wody. Marysia wcale się nie dziwiła tym kilku mieszczuchom, że wylegują się na leżakach na pomoście. Nie miała na dzisiaj zaplanowanej żadnej pracy, przyjechała po brudne ciuchy, nie spodziewała się, że zastanie w Różowej kogokolwiek. Nie kontaktowała się z Adamem od czasu rozmowy, gdy była chora. Czasami myślała o nim przez kilka chwil, ale starała się, by były to chwile nieliczne i krótkie. Wystarczyło spojrzeć na towarzystwo nad jeziorem, by pojąć, do jak różnych światów należeli. Światów z pewnością mało kompatybilnych.

Szybko zapakowała brudne ubrania do torby i rzuciła je obok skutera.

— Hej, ogrodniczko! Chodź na piwko! — wołał w jej stronę jakiś wyraźnie już podchmielony konus.

Ruszyła w stronę pomostu, dopiero gdy z leżaka podniósł się Adam i uśmiechnął na jej widok. Wiatr od wody przytulił materiał sukienki do nóg, uniósł rozpuszczone włosy. Marysia czuła na sobie spojrzenia niemal wszystkich osób. Może jedna Mini rozglądała się dookoła, jakby kogoś wypatrywała. Arka?

— Mówiłam, że to twoja ogrodniczka śmiga na skuterze — zaśmiała się hebanowa Ania. — Ale jakaś inna… Dobra wróżka się nią zajęła? Odmyła?

— Zamknij się, Anka, do cholery — warknął Adam i spojrzał przepraszająco w stronę Marysi, ale ona udała, że niczego nie słyszała i nie widziała, choć miała ochotę podejść do Anki i dać jej w twarz. Wizja odcisku dłoni na pięknym policzku, dźwięk plaśnięcia i zaskoczona mina tej wrednej suki wystarczyły, by upokorzenie rozpłynęło się we mgle odpuszczenia. Prędzej czy później powie tej lali, co o niej myśli, ale dzisiaj nie miała na to ani ochoty, ani siły. Zerknęła na blondyna, który od siedzenia na słońcu nabrał barwy rodowitego mieszkańca amerykańskich prerii. Nawet profil miał podobny, z nieco orlim nosem. Gdyby go ustroić w pióropusz z orlich piór…

Ze skrywanym rozbawieniem zaproponowała mu parasol, jeden z tych, które od zeszłej jesieni leżały w składziku. Facet zaśmiał się, zerwał z leżaka, poprawił spodenki i uśmiechnął do Marysi z wdzięcznością. Kiedy zawrócili w stronę budynku gospodarczego, ruszył za nimi Adam.

— Czekajcie, pójdę z wami. Ciągle nie wiem, co jeszcze kryje się w zakamarkach tego domu — powiedział. Po chwili przystanął i odwrócił się. — Wiktor, chodź pomóc!

Brodacz sączący piwo odkrzyknął, że już idzie, ale nawet nie drgnął. Zamiast niego z maty rozpostartej na deskach pomostu sprężyście poderwał się napakowany brunet. Wsunął na stopy klapki i ruszył w kierunku Adama, uważnie przyglądając się jednak nie gospodarzowi, tylko Marysi.

— Jestem Kuba — przedstawił się Indianin. — Dzięki za ten parasol. Jutro będę wyglądał jak Apacz. Wiesz, jaką mam ksywkę? Wodzu. Przezwali mnie tak po wypadzie na kajaki w technikum i zostało na zawsze. I chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego? Zawsze się spiekę na raczka i potem cierpię. Karnacja taka i obciach… Delikatna skóra jest tak mało męska — zaśmiał się ironicznie.

Marysia uśmiechnęła się ni to z rozbawieniem, ni ze współczuciem, ale nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy zrównali się z nimi idący z tyłu.

— Przedstaw mnie pani — zażądał napakowany od Adama.

— I mam rzucić moją dziewczynę od trawnika na pożarcie takiemu lwu jak ty? A kto zajmie się moimi krzakami, jak ją zbałamucisz? — Adam oburzył się głośno i ostentacyjnie. Zbyt ostentacyjnie, jak na gust Marysi.

— Będę jej pomagał w najcięższych pracach, wyzyskiwaczu. Słowo honoru. No, dalej, nie każ damie czekać w niepewności.

— Marysia Tamulska — Maurycy Kubicki — zaprezentował Adam, ale nie zatrzymał się, by ułatwić kumplowi zapoznanie.

— Cześć, piękna.

Głos Maurycego był nieco piskliwy, ale klatę, z mięśniami pectoralis major rozbudowanymi cokolwiek ponad normę, wyprężył zachęcająco.

— Cześć — odpowiedziała, ale bez cienia zachęty.

— Maleńka, nie przejmuj się szefem — zaczął protekcjonalnie. — Możesz mi wyznać, że czekałaś na tę chwilę całe życie.

— Czekałam — przytaknęła, tonem ciągle pozbawionym entuzjazmu. Znała ten typ, lepiej było nie wchodzić z nimi w dyskusję. Potrafili przyczepić się jak rzep do psiego ogona i pozbycie się ich wymagało nie lada manewrów. Prężyli się jak koty, tokowali jak głuszce i ryczeli niczym jelenie na rykowisku, a wszystko po to, by podbudować swe wątłe ego. Tak, Maurycy pasował jak ulał do wzoru mężczyzny, który zakłada lustra w sypialni, by podczas seksu podziwiać swe wyćwiczone na siłowni ciało. „Naprawdę…”, zaśmiała się w duchu Marysia. Co za czort każe jej tworzyć wizualizacje zachowań ludzi, których los postawił dziś na jej drodze?

— Weź na taczkę te ciężarki — poprosiła Maurycego i spojrzała mu w oczy. Były ładne, brązowe tym głębokim, nasyconym brązem, który przywodził na myśl czekoladę. Jednak te miło kojarzące się oczy patrzyły na Marysię z niejakim niedowierzaniem. — Nie powiesz mi chyba, że taki muskularny facio nie da rady tego dźwignąć. Jestem mięśniakiem, wiesz, dziewczyna od trawnika musi mieć krzepę, więc byle słabizna mi niepotrzebna. Do niczego się po prostu nie nada.

 

Adam zerknął zaskoczony, ale zaraz zaśmiał się cicho i puścił do niej oczko, a Kuba uśmiechnął się pod nosem, kiedy Maurycy dźwignął pierwszy z ciężarków. Marysia, nie oglądając się już na nic, weszła do składziku, chwyciła parasol i ruszyła w stronę jeziora. Miała nadzieję, że minie kilka minut, nim Maurycy upora się z nieporęcznymi blokami betonu. Sama chowała je we wrześniu zeszłego roku i nieźle się napociła, zanim udało się je przydźwigać pod ścianę garażu. Adam i Kuba zostali z Maurycym. Słyszała ich dyskusję, ale słowa cichły w miarę, jak się oddalała.

Na pomoście zastała Ankę, Mini i jeszcze dwie dziewczyny. No i oczywiście zajętego piwem brodacza.

— Jestem Karolina, dziewczyna Kuby. Dzięki za ten parasol — powiedziała rudawa blondynka o uroczym uśmiechu. — To jest Andżela.

— Moja laska — powiedział brodacz i obejrzał Marysię uważnie, bez cienia skrępowania. A ją aż zmroziło, bo rozpoznała w nim faceta, który odwołał Miśka z tarasu. Był na tamtej imprezie z panienkami. — Jestem Wiktor i mam zamiar zalać się dzisiaj w trupa. Mieszkasz tu?

— Tak, we wsi.

— I naprawdę pracujesz u Adama jako ogrodnik?

Marysia znowu przytaknęła. Anka, wyraźnie niezadowolona od chwili, kiedy Adam kazał się jej zamknąć, nie raczyła obdarzyć Marysi nawet jednym spojrzeniem. Za to Mini czekała na chwilę, kiedy ich spojrzenia się skrzyżują. Marysia westchnęła. Spędziła z bratem weekend nad morzem i doskonale pamiętała rozmowę o Mini. To nieskrywane zainteresowanie… Uśmiechnęła się, wspominając minę Arka, gdy powiedziała mu wprost, że jak na jej gust, to zakochuje się w małej, cycatej blondi.

Teraz patrzyła, jak Mini wierci się i wzdycha, jakby niepewna, czy zaczepić Marysię, czy może lepiej dać spokój.

— Co słychać, Mini? — zagadnęła wreszcie pierwsza.

— W porządku — rzuciła Mini z promiennym uśmiechem. — Wiesz, że widać, ile tu zrobiłaś od ostatniego razu?

— Naprawdę? — upewniła się zaskoczona. Nie spodziewała się po Mini takiej szczerej pochwały. — Cieszę się! Obiecałam sobie, że do jesieni zrobię to, co najważniejsze, żeby w przyszłym roku już tylko dopieszczać.

— I myślisz, że w przyszłym roku też cię zatrudnię?

Odwróciła się. Adam stał kilka kroków za nimi i czekał na Maurycego, który mocował się z taczką. Marysia się uśmiechnęła.

— Czyżbym zrobiła coś, co się panu nie podoba?

— Pewnie. Nawet kilka cosiów.

— Tak? A jakie to cosie?

— Nie przywitałaś się, jak należy. Nie znalazłaś mi gos­posi. I nadal nie mam nikogo do sprzątania — wymieniał, odginając kolejne palce.

Marysia podeszła do Adama. Stanęła przed nim i wykonała dworski ukłon.

— Boją się, jaśnie panie. Młode to, płoche, do pracy we dworze pełnym uciech nienawykłe.

Andżela zaśmiała się znowu, ale oczy Adama nagle stały się czujne. Zniknął z nich błysk radości, który lubiła. Kiedy to się stało, że polubiła uśmiech jego oczu, nie wiedziała, ale tak było i świadomość tego dotarła do Marysi właśnie w tej chwili. Zaskoczyła ją tak samo jak wiedza, że on na pewno nie chciał wracać do rozmowy o tamtej imprezie. Zresztą ona też nie. Wspomnienie napalonego Miśka powinno odejść w stan spoczynku, w mrok niepamięci. I czuła, że Adam też chciałby tamtą imprezę wymazać z kalendarza rzeczy minionych. Dlatego nic nie powiedział. Dlatego stał nieco sztywny i czekał na jej kolejne słowa. Kiedy zrozumiał, że nie padną, odprężył się, złagodniał. Nieznacznie schylił głowę, jakby coś akceptował lub potwierdzał.

— Można się tu kąpać? — zapytał Wiktor, wyrywając ich z milczącego porozumienia.

— Można, ale woda jeszcze za zimna — odpowiedziała Marysia i odwróciła się w stronę plaży. — Jezioro jest głębokie i, prawdę powiedziawszy, nigdy nie jest ciepłe. Nawet w najbardziej upalne lata woda na pewnej głębokości jest tak zimna, że aż strach.

— Pływasz? — zapytał Adam.

— Jasne. Jak można żyć nad jeziorem i tego nie umieć? — zaśmiała się, ale zaraz dodała, że ojciec ją nauczył. — Znał się na pływaniu, więc i mnie nauczył pływać.

— I kosić trawniki — szyderstwo Anki miało być bo­lesne.

— Tak, chociaż nie do końca. Koszenia bardziej nauczyłam się na praktykach, ale to norma, jak się skończy architekturę krajobrazu. Więc umiem pływać, kosić trawę i zakładać ogrody. Ten też zrobię. Będzie piękny — powiedziała już bardziej do Adama niż do reszty. Skinął głową i się uśmiechnął.

— Zjadłbym coś — mruknął Wiktor.

— A tu nie ma gosposi… — zaśmiała się Andżela. Coś w jej oczach powiedziało Marysi, że niedługo już będzie dziewczyną Wiktora.

Telefon w kieszeni sukienki piknął. Odczytała SMS-a i wstała, by się pożegnać.

— Wpadniecie wieczorem z Arkiem? — nie wytrzymała Mini.

— Nie wiem, jakie Arek ma plany — odpowiedziała wymijająco. Nie chciała dawać dziewczynie nadziei. — Wiesz co, powiem mu, że jesteś. Jeśli będzie miał czas, to może wpadnie. Okej?

Mini wzruszyła ramionami, jakby wcale jej to nie obchodziło, ale wszyscy wokół wiedzieli swoje. Adam uśmiechnął się pod nosem, ale krótko, na momencik tak ulotny, że prawie niezauważalny. Kiedy Marysia ruszyła w stronę garażu, dołączył do niej i kilka metrów szli bez słowa.

— A ty masz czas wieczorem? — zagadnął wreszcie tonem tak samo obojętnym jak ten Mini sprzed chwili.

— Nie — odpowiedziała zdecydowanie.

— Nie, bo nie chcesz przyjść tutaj, do mnie, czy nie z innego powodu? — zapytał, nawet na nią nie spojrzawszy. — Bo jeśli chodzi o Ankę…

Marysia przystanęła.

— Panie Kochański, pana znajoma jest wredną suką i obraża mnie na każdym kroku. Słyszałam, co powiedziała. Na szczęście przebywa tu tylko w niektóre weekendy. Poza tym… okaż jej trochę zainteresowania, to będzie słodsza.

— Ależ okazuję jej trochę zainteresowania. Problem w tym, że ona chce go więcej, o wiele więcej — stwierdził z głupią miną. — Kiedyś byliśmy parą. Dla mnie to się skończyło, nie ma już Adama i Anki. Było, minęło…

— Dla niej chyba nie.

— Wiem — powiedział spokojnie. — I wiem, że Anka jest dla ciebie bardzo niemiła właśnie z tego powodu. Nic na to nie poradzę. Prosiłem ją, by dała spokój, ale chyba to ponad jej siły, więc przepraszam.

Stali w połowie drogi do garażu, naprzeciw siebie. Z daleka dobiegał do nich śmiech dziewczyn, wysoki, ale ciepły. Tak, te dwie nowe dziewczyny podobały się Marysi o niebo bardziej niż Anka i kiedyś Mini. Spojrzała Adamowi w oczy z uśmiechem.

— Masz jedno oko ciemniejsze — powiedziała cicho, całkiem wbrew sobie. — Dziwaczne…

Uśmiechnął się, uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć, że nic na to nie poradzi, i przez chwilę trwali w milczeniu i bezruchu. A potem… Potem Adam przeciągnął dłonią po jej ramieniu. Leciutko. Ledwo, ledwo pocierając skórę o skórę. Dreszcz przebiegł Marysi po plecach, włoski uniosły się, całkiem jak naelektryzowane. Ten sam prąd przeleciał jej po ciele z szybkością błyskawicy. Potarła ramię dłonią.

— Chciałbym, żebyś poszła ze mną do domu — powiedział Adam łagodnie.

— Po co? — szepnęła nagle zdenerwowana, patrząc na jego wargi.

— Cóż… Najchętniej zaciągnąłbym cię do sypialni i dalej dotykał, aż drżałabyś z ochoty… — zaczął, a Marysia spojrzała zaskoczona. Adam westchnął. — Ale nie sądzę, by takie rozwiązanie cię interesowało — przyznał, a kąciki jego ust uniosły się, jakby nie wiedział, czy powinien się uśmiechnąć. Skrzywiła się nieznacznie, by mu odpowiedzieć bez słów. — Mam rację. To cię jeszcze nie interesuje. — Uśmiechnął się, skierował oczy na garaż i zrobił dwa kroki w stronę domu. — Nie bój się, tylko tak cię podpuszczam… — Zaśmiał się cicho, gardłowo. — Chciałem pokazać ci pokój, w którym możesz zamieszkać, jeśli zdecydujesz się zostać moją gospodynią.

Marysia odetchnęła. Jeszcze przez chwilę myślała o jego oczach i o tym, że przekroczyli jakąś granicę, barierę, która do tej pory ich oddzielała. Rozmawiali, ale nigdy jej nie dotknął tylko po to, by dotknąć, by poczuć, że są tuż obok siebie. Ona i on. Dwoje ludzi na trawniku wpatrzonych w swoje oczy. I może usta. Zadrżała. „On? Po tym, czego się dowiedziałam?”

— Znam ten dom, bo go sprzątałam — powiedziała niepewna, czy głos jej nie zdradzi. — Pamiętasz? Jestem dziewczyną od trawnika i sprzątania. Nie muszę iść do środka, by wiedzieć, o czym mówisz.

Mruknął coś pod nosem, ale nie dosłyszała.

— Proponuję pokój za kuchnią. Własna łazienka. Wyjście do ogrodu. Takie małe, samodzielne królestwo — stwierdził głośniej.

Wzruszyła ramionami. Patrzyła na jezioro, na ludzi na pomoście. Mini stała na trawie i przyglądała się im uważnie. Po chwili dołączyła do niej Anka. Rozmawiały o czymś i widać było, że hebanowa piękność jest zła. Każde słowo podkreślała energicznym ruchem ręki. „Denerwuje się naszą rozmową”, pomyślała Marysia i spojrzała na Adama. Zaraz pochwycił jej spojrzenie.

— Mnie tu więcej nie ma, niż jestem — powiedział tonem nasyconym perswazją. — Mam ten dom od jakiegoś czasu, a byłem tu wszystkiego może z tydzień. I nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie to się miało zmienić. Zawsze będę dzwonił, że przyjeżdżam. Będziesz to miejsce miała więc dla siebie, a ja wpadnę od czasu do czasu. Chodzi mi o porządek i pełną lodówkę. Jakiś posiłek może… To niewiele, jak na mój gust. Od czasu do czasu przyjadą jacyś goście, ale pewno czekają cię długie i nudne miesiące zimowe, bo nikt nie będzie chciał tu się telepać. Teraz to co innego, ludzie aż się pchają, żeby poleżeć na leżaczku nad jeziorkiem, a sezon jeszcze się nie zaczął. Łatwiej by było nam obojgu, gdybyśmy współpracowali na stałe, a nie z doskoku.

— Przedstawiasz to jak projekt biznesowy — mruknęła.

— Tak? I chyba słusznie, w końcu dla ciebie to stała praca, a dla mnie… Dla mnie czysty interes i problem z głowy. Chciałbym wreszcie ten dom jakoś urządzić, bo na razie wygląda tragicznie, ale nie zacznę inwestować, dopóki nie będę miał kogoś na miejscu. Nie będę sponsorował złodziei. Więc tak, to jest pewien plan. Raczej dalekosiężny. I jestem przekonany, że słuszny. I wiesz co?

Uniosła brwi w niemym pytaniu.

— Zgodzisz się. Będę cię kusił, namawiał i prowokował, aż się zdecydujesz. Po co masz codziennie jeździć do wsi?

— Bo są tam ludzie? — odpowiedziała pytaniem i rozejrzała się wokół. — Tu nie ma nic. Nawet Internetu. Nie bardzo podoba mi się myśl, by żyć samotnie w wielkim, pustym domu.

— Internet można założyć. Podobno we wsi jest radiowy, na pewno da się podłączyć. Ale wiesz co? — zapytał, uważnie się jej przyglądając. Uniosła brwi w oczekiwaniu na Adamowe rewelacje. — Szukasz powodów, żeby się nie zgodzić. To „nie ma ludzi”, to tylko wymówka, bo wcale nie jesteś osobą towarzyską.

— Nie jestem? — zapytała zaskoczona oceną swej osoby. Zawsze się jej wydawało, że lubi ludzi i ich towarzystwo.

— Zaprosiłem cię kiedyś na imprezę, zapraszam też dzisiaj, ale ty odmawiasz. Zawsze i konsekwentnie odmawiasz. Twój brat przyszedł, ale ty — nie. Nie i nie! Więc jak na mój gust nie należysz do tych, co bez tłumu wokół żyć nie umieją.

— Nie szukam towarzystwa mężczyzn — odpowiedziała. — A tych u ciebie zawsze pełno.

— Widzę, że nie szukasz. Twoja wola, pani.

Odsunęła się od niego, odeszła parę kroków, przechyliła głowę i spojrzała prowokacyjnie.

— Proponujesz mi więc mieszkanie, pracę i Internet — stwierdziła, odginając palce przy wyliczaniu, jak on nad jeziorem. Zaśmiał się, rozpoznawszy własny gest. Ale jej wcale nie było do śmiechu. Nie podobał się jej taki biznesplan. — Całkiem wygodny układ. Dom za miastem, samotna kobieta złakniona towarzystwa i przystojny biznesmen.

— Uważasz, że jestem przystojny?

— Jesteś. Ale ja nie jestem panienką na telefon.

— Matko! Kobieto, czy ty… — zaczął, podnosząc dłonie ku niebu. — Czyli mieszkanie i praca może by cię zainteresowały, ale boisz się, że za dużo będzie tu panów łasych na twoje wdzięki, łącznie ze mną?

Nie o to jej chodziło, ale przecież nie miała zamiaru tłumaczyć mu czegokolwiek. Nie teraz. Nie na trawniku przed domem, kiedy gapiła się na nich pokaźna grupka jego znajomych. Co miała mu powiedzieć? Że kocha mężczyzn i tęskni za takim, który obłaskawiłby ją i dał radość? Absolutnie takie gadanie nie wchodziło w grę.

 

— Niech ci będzie, że tak właśnie jest. Nie lubię mężczyzn, ale ponieważ nie mam domu, bo mieszkam u brata, nie mam stałej pracy, a tu bym ją miała, to…

— Kiedy się wprowadzasz? — nie dał jej skończyć.

Zaśmiała się nerwowo i pokręciła głową, tak jakby chciała mu powiedzieć, że nie tędy droga. Tempo i kierunek rozmowy wcale się jej nie podobały. Mieszkała z Arkiem w domu rodzinnym i było jej tam bardzo dobrze. Spokojnie. Kiedy chciała, mogła pogadać z bratem. Kiedy chciała, mogła wyjść na ploteczki do znajomych, a przecież tych w rodzinnej wsi miała sporo. Prawdą było, że ostatnio rzadko tak robiła, lecz mieszkając u Arka, zawsze miała możliwość wyjścia do ludzi w chwili, jaka jej odpowiadała. W rezydencji Różowej nie było nikogo. Wokół las i jezioro. Z kim tu można zamienić kilka słów? Z ptakiem czy zabłąkanym psem? A nocą z puszczykiem… Nie, mieszkanie w tej głuszy nie było dla niej. Marysia nie lubiła bezludnych domów. Wymarłych mieszkań. Pustki wokół siebie. Dlatego mieszkała z bratem, choć to mogło wydać się śmieszne, by dorosłe rodzeństwo dotrzymywało sobie towarzystwa. Ale tak było łatwiej. Jej, bo czy Arkowi — tego nie wiedziała.

Zresztą tu, nad jeziorem było za daleko, by iść na piętnastominutową pogawędkę z kimkolwiek. Za daleko, by ktokolwiek usłyszał jej wołanie o pomoc. Za daleko do czegokolwiek…

— Wiesz co, dziewczyno od trawnika? Nie powiedziałaś nie — stwierdził Adam triumfalnie, jakby coś osiągnął.

— Nie, nie powiedziałam, ale… — złapała się na haczyk, ale zaraz wywinęła. — Ponoć ludziom inteligentnym wystarczy jedno słowo, by pojęli, w czym rzecz…

— Mądrej głowie dość dwie słowie?

— Właśnie. Do widzenia.

Zaśmiał się na tę złośliwość, ale nie obraził. Zresztą przecież nie chciała go obrazić, chciała, żeby już przestał naciskać, żeby dał jej spokój. Stał na trawie, z uśmiechem na ustach, ale wydało się jej, że do tych oczu, różnych pod względem intensywności koloru, radość nie dotarła. A może tylko się jej wydawało. W końcu ciągle jeszcze nie wiedziała, kiedy Adam mówił poważnie, a kiedy ją podpuszczał. Czy chciał, by dbała o jego dom i ogród, czy od czasu do czasu też o niego?

Zadrżała w środku. Już dawno nie zadbał o nią żaden mężczyzna. Może dlatego dotyk i słowa Adama Antoniego Kochańskiego poruszyły w niej niewidzialną, ukrytą głęboko tęsknotę i sprawiły, że zawibrowała w niej pod warstwą skóry i mięśni?

Tkwił nieruchomo w tym samym miejscu, kiedy odjeżdżała, więc skręciła w jego stronę. Zwolniła, wiatr podwinął nieznacznie sukienkę, ale nie przejęła się tym.

— Potrzebna ci żona! Znajdź sobie jakąś — powiedziała, przejeżdżając obok.

— Może! Może tak zrobię! — odkrzyknął.