Dziewczyna od trawnika

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,95  46,36 
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Co jest, mała? — zapytała Zuza.

— Nic, tak tylko pomyślałam, że te firanki w ogóle są tu niepotrzebne. Tylko zasłaniają widok.

— Fakt — potwierdziła Zuza, wyjrzawszy wcześniej przez okno. — Ale wiesz, jak jest. Ludzie bez firanek nie umieją. Moja matka na ten przykład nie wyobraża sobie usiąść przy oknie bez firan. No, przecież ludzie by ją widzieli!

— Jacy tu ludzie? — Marysia wzruszyła ramionami. — Nawet jeśli ktoś płynie łódką, to za daleko, żeby cokolwiek zobaczyć. A to wspaniałe miejsce na śniadanie.

Zuza dodała, że na obiad i kolację też, po czym obie się zaśmiały.

— Wyobrażasz sobie Berlińskiego i Panterę przy tym stole?

Marysia pokręciła głową i zachichotała. W ogóle sobie nie wyobrażała baryłkowatego Berlińskiego i drapieżnej lamparcicy razem. W jakiejkolwiek sytuacji.

— To co wolisz? Okna czy kuchnia i podłogi? — zapytała Zuza. — Nie mam zamiaru siedzieć tu pół nocy.

Marysia wybrała okna. Kończyła trzecie, kiedy wrócił Adam. Wlazł z torbami do kuchni.

— A pan czego tu szuka? — warknęła Zuza.

— Bo niby czego miałbym szukać we własnym domu, co? — odpowiedział Adam tak samo warcząco. — Pani sobie nie przeszkadza… — Zaczął otwierać kolejne szafki, chyba szukając miejsca na produkty, które wysypywały się z przepełnionych toreb.

— Panie, tu się sprząta, nie ma miejsca na pańskie torbiska!

Marysia zlazła z krzesła i podeszła do Adama. Jedno zerk­nięcie na Zuzę wystarczyło, by zaproponować, że koleżanka skończy okna, a ona zajmie się kuchnią. Zuza mruknęła coś pod nosem, ale przejęła okienną ścierę.

— Co ta twoja koleżanka taka nerwowa? — zapytał Adam.

— Panie, ja tu jestem i słyszę!

— Ja też mam dobry słuch, a pani na mnie krzyczy, odkąd wszedłem. Czy my się znamy z jakichś gorszych czasów?

— Nie — mruknęła dziewczyna.

— To może się poznamy w lepszych — zakończył Adam.

Marysia uśmiechnęła się pod nosem i puściła do Adama oko. On posłał jej uśmiech, acz nieco wymuszony.

— Mam masę różnych rzeczy i nie wiem, gdzie je upchać. Pomożesz mi?

Zaproponowała wymianę usług: ona pomoże mu z zakupami, on umyje podłogę w salonie i kuchni. Nie wyglądał na szczęśliwego, ale przystał na propozycję. Po chwili wszystkie szafki w kuchni były pootwierane, a oni dyskutowali, gdzie włożyć kawę i herbatę, żeby było poręcznie.

— Jak stare małżeństwo… — mruknęła Zuza, przechodząc obok. — Kłócicie się o pierdoły. Pierzemy firanki? — zapytała Adama.

— A nie? — zapytał z opakowaniem musli w dłoniach.

— Bo może bez firanek? — zaproponowała Marysia. — Chociaż tamte okna zostawić bez, jest ładny widok na jezioro i las, jak się siedzi przy stole.

Adam podszedł do stołu i usiadł.

— Faktycznie, przyjemny widok — przyznał. — Niech pani upierze wszystkie, potem się zastanowię, czy je za­wiesić.

Zuza zgarnęła górę kwiecistego tiulu w jeden kłąb, owinęła go jedną z firanek i stanęła na środku salonu.

— Gdzie jest pralka? — zapytała Adama.

— Nie mam pojęcia, czy w ogóle jakaś tu jest.

— Jest. W letniej kuchni. Chodź — powiedziała do Zuzy Marysia. — Podłoga w kuchni czeka na mycie — pokazała Adamowi, zanim wyszły. — Mop i wiadro są w korytarzu.

— Widziałem — mruknął.

Zanim nastawiły pierwsze pranie i wróciły do domu, Adam zdążył się przebrać w dżinsy i koszulkę. Stał teraz nad wiadrem pełnym wody i czytał instrukcję na płynie do podłóg.

— Ile tego?

— Na oko — stwierdziła prowokacyjnie Zuza.

— Na oko? — zapytał Adam, odkręcił butelkę i chlupnął nieco płynu. — I tak jedno mycie nie wystarczy.

Zuza chciała coś powiedzieć, ale Marysia pociągnęła ją za ramię na górę. Nie zapytała koleżanki, dlaczego prowokuje Adama, wolała nie wywoływać dyskusji o męskich wadach. Bo Zuza tylko te dostrzegała w mężczyznach, tymczasem Marysia była pewna, że kto jak kto, ale Adam Antoni Kochański ma sporo zalet. Na przykład kiedy poszła włożyć kolejne firanki do pralki, a wyprane rozwiesić, stwierdziła, że bardzo porządnie umył podłogę w kuchni. I zabrał się za tę w salonie. Z poganiacza niewolników, co to pracuje „na poważnym stanowisku w poważnej firmie”, stał się jednym z pracowników firmy porządkowej. Wiedziała, że kiedy ona szorowała kolejne łazienki, on szorował kolejne podłogi. Kiedy Zuza wieszała firanki, on wyrzucał śmieci ze składziku przy korytarzu. Wreszcie koło ósmej zmęczeni i brudni usiedli na kanapie w salonie, przed kominkiem, do którego Adam w którymś momencie naniósł drew.

— Chyba wszystko… — mruknęła Zuza.

— Przynajmniej jak na pierwszy raz — stwierdziła Marysia.

— Ile tu syfu było! — dopełnił Adam. — W śmietniku po dach.

— To ja stawiam pizzę — usłyszeli od drzwi.

Stał tam brat Marysi, Arek, z pięcioma pudełkami mrożonej pizzy. Zuza zaśmiała się i, lekceważąc prawo Adama do zaproszenia gościa i rozpoczęcia uczty, rzuciła się do kuchni. Zresztą Adam chyba nie miał nic przeciwko, bo zaraz zaczął coś o piwie w lodówce… Więc zanim wstawili pizzę do piekarnika, już pili z butelek zimne piwo, a Arek wyjaśniał, jak przyszło mu do głowy, że na pewno zgłodnieli, i poszedł do sklepu, a tam nic nie wpadło mu w oko, tylko ta mrożona pizza. Ku wielkiemu zaskoczeniu Marysi półtorej godziny później ciągle jedli, pili to piwo i gadali o niczym. Nawet Zuza się odzywała. Jasne, że swoim zwyczajem na ogół tylko do Marysi, ale i z Arkiem wymieniła kilka zdań, a Adamowi odpowiedziała na jakieś pytanie. Wreszcie właściciel rezydencji Różowej wstał, wyszedł do pokoju na górze, by po chwili wrócić z pieniędzmi dla dziewczyn.

— Też sprzątałeś — stwierdziła Marysia, gotowa oddać mu część wypłaty.

— Same byście się z tym męczyły pewnie do teraz, a tak to już po bólu i możemy obejrzeć nudny film w telewizji albo iść spać. Szczerze mówiąc, mam ochotę na to ostatnie.

Ten jasny komunikat wymiótł wszystkich z domu w kilka minut. Marysia jak zawsze czuła, że Adam stoi na tarasie i przygląda się, jak odjeżdżają.

— Całkiem porządny gość — powiedziała Zuza, zaskakując rodzeństwo Romaszów.

— Wygląda na to, że całkiem — potwierdził Arek.

Marysia się nie odezwała. Patrzyła na migające za oknem światełka w obcych domach i zastanawiała się, nie pierwszy już raz, czego Adam Antoni Kochański szuka w jej wsi.

SPOTKANIE III
12 MAJA, SOBOTA

Kiedy następnego dnia przed dom zaczęły zajeżdżać samochody, Marysia od razu wiedziała, że będzie okropnie. Adam wysiadł i zerknął na nią, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć czy zrobić, z wnętrza jego auta wyśliznęła się mahoniowa piękność. Była opalona na brąz, szczupła i zadbana. Na jej widok Marysia obciągnęła na sobie stary, rozciągnięty T-shirt. Nie po to, by na lasce zrobić wrażenie, co to, to nie. Po prostu, tak się jakoś jej pociągnęło. Wyglądała jak co dzień, kiedy szła do pracy — trampki, skarpetki, ogrodniczki z kilkoma kieszeniami, koszulka i ciasno spleciony warkocz. Do tego rękawice i stary słomkowy kapelusz. Z kieszeni na udzie wystawała mała butelka po mineralnej, do której rano nalała zielonej herbaty. Gdzie jej do takiej wymuskanej lali?

— A to co? Dorotka z krainy Oz? — zaśmiała się seksowna i pacnęła Adama w ramię.

— To Marysia, zajmuje się moim ogrodem — warknął na nią Adam i pochylił się do bagażnika.

— Marysia!? Sierotka Marysia?! — Zaśmiała się głośno, ubawiona własnym dowcipem.

Marysi ten dowcip nie śmieszył. Słyszała go pewnie z bilion razy i olewała tych, którzy mieli tak błyskotliwą inteligencję, by mówić do niej per sierotka. Tym bardziej że faktycznie była sierotą, a odejście rodziców wcale jej nie śmieszyło. Wprost przeciwnie. Tęskniła za ojcem i matką, której nawet dobrze nie pamiętała.

— Mówię ci, Adam — zaszczebiotała mahoniowa — jeśli ta słowiańska dziewoja ma doprowadzić ten ogród do stanu użyteczności publicznej, to czeka ją kupa roboty! Nie przeszkadzaj sobie, Marysiu! — Zachichotała raz jeszcze ubawiona własnym dowcipem i machnęła protekcjonalnie ręką.

Marysia zacisnęła zęby. Miała na końcu języka kilka obraźliwych odpowiedzi, po których tej paniusi na pewno poszłoby w pięty, ale zmilczała. Pal licho głupią lalę! Spojrzała na Adama, ale on akurat w tej chwili był bardzo zajęty wyciąganiem toreb z zakupami.

— Anka, pomóż mi — nakazał.

— Jasne — mruknęła seksowna i wzięła torbę z nadrukiem supermarketu Piotr i Paweł. — Zaniosę do kuchni.

— Wypakuj do lodówki.

— Ja wypakuję — pisnęła druga z kobiet, niewysoka blondynka z wielkim biustem, wąskimi biodrami i kształtnymi, umięśnionymi nogami. Miała tak krótkie spodenki, że Marysia pewnie mogłaby dojrzeć półkule pośladków, gdyby nie odwróciła wzroku. Blondi wzięła torby termiczne i zniknęła w domu.

Marysia spojrzała jeszcze na plecy Adama, który niósł skrzynkę piwa, i poszła do składziku po kosiarkę. Dzisiaj był dzień koszenia i podlewania. Wiedziała, że za godzinę będzie spocona i brudna, a te lale nadal pozostaną nieskazitelnie czyste i pachnące. „Pieprzyć to!”, pomyślała. W końcu one przyjechały tu na lenistwo, wyżerkę, chlanie i inne uciechy, a ona do pracy.

Mocowała się z kosiarką, kiedy przemknęła obok niej seksowna Ania z drinkiem w dłoni.

— Jezioro! — zawołała, jakby nagle je odkryła, a przecież taflę wody widać było z każdego miejsca posesji. — Adam, nie mówiłeś, że tu jest tak ładnie! — krzyknęła w stronę domu, a potem odwróciła się do Marysi. — Są tu jakieś leżaki, Marysiu?

— Może w domu, nie wiem — odpowiedziała i uruchomiła kosiarkę. Huk starego silnika niemal zagłuszył impertynenckie pytanie mahoniowej.

 

— Może się dowiesz, co?

— Co? — krzyknęła, jakby niedosłyszała.

— Leżaki!

— Nie wiem! — krzyknęła i odwróciła się. „Jestem od trawnika, nie od leżaków”, pomyślała. I na pewno nie miała zamiaru być dziewczyną od leżaków dla jakiejś malowanej lali, która nią gardziła.

Zanim Marysia skosiła pierwszy pas trawy, przyjechał jeszcze jeden samochód. Wysypali się z niego sami faceci. Stali przed domem, rozmawiali z Adamem i śmiali się, wymieniając jakieś uwagi, których Marysia nie mogła i chyba nie chciała usłyszeć. Więc sześć osób, czterech facetów i dwie babki. To całkiem inaczej, niż się spodziewała. Była pewna mieszanego towarzystwa, ale do pary, a tymczasem… „Koś trawę i zmykaj stąd!”, nakazała sobie, gdy zobaczyła foliówki z jednoznacznie pobrzękującą zawartością.

Dwie godziny później, dokładnie tak jak zakładała, była brudna i spocona. Koszenie nie przeszkodziło jej w obserwowaniu gości i Adama. Wypełzli z domu na pomost. Seksowna paradowała w kostiumie, choć jak na gust Marysi ciągle było za zimno na bikini z kilku sznureczków. Piękna Anka przechadzała się to tu, to tam, tak jakby wąskie deseczki leżaków parzyły ją w chudy tyłek. A to były całkiem nowe leżaki, które pojawiły się nie wiadomo kiedy. Po prostu nagle stary wiklinowy fotel zniknął, a jego miejsce zajęły nowoczesne leżaki ogrodowe z wąskich deseczek, z podnoszonym zagłówkiem. Pewnie lepiej by było, gdyby rozłożyć na nie gąbkowe poduchy, ale na razie Adam i jego goście musieli położyć swoje mieszczańskie zadki na twardych deseczkach.

Marysia była pewna, że tyłek wrednej Anki prędzej czy później znajdzie się na kolanach Adama. Seksowna nie kryła, po co i dla kogo przybyła w te piękne okoliczności przyrody. Mizdrzyła się, zerkała znacząco, poprawiała włosy, opierała stopy o jego leżak, dotykała jego ramion i ud przy każdej nadarzającej się okazji. A on uśmiechał się do niej. Pięknie się uśmiechał. Tak cudnie, że Marysia aż się cieszyła, iż to nie ona jest adresatką tych Adamowych uśmiechów. Bo były groźne. Dla Marysi oczywiście. Nie chciała takiego miejskiego adonisa z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Albo prezerwatyw. Podziękuje, przeprosi i nie dotknie nawet małym palcem odzianym w rękawiczkę.

Jednak dla tej mahoniowej seksbomby Adam Antoni Kochański był dobrem ze wszech miar pożądanym. Towarem, na który chętnie weźmie się pożyczkę na dwadzieścia lat. I będzie się ją spłacać każdego dnia. Swoim ciałem, myślami, uczuciami… Marysia doskonale znała ten układ, była takim pożyczkobiorcą i przez wiele lat oddawała odsetki.

Zapomniała o gościach na tarasie i wpadła w wir wspomnień. Nadal szła krok za krokiem za wyjącą kosiarką i pewnie każdy, kto by na nią w tej chwili spojrzał z daleka, myślałby, że całkowicie pochłonęło ją to proste zajęcie. Jednak gdyby ten ktoś podszedł bliżej, zobaczyłby ściągnięte rysy twarzy i zaciśnięte usta. Dostrzegłby szybki, płytki oddech i dłonie zaciśnięte o wiele za mocno na pałąku kosiarki. A jeśliby się zdecydował zajrzeć jej w oczy, zobaczyłby przejmujący żal, który zawisł na rzęsach kilkoma kryształkami łez. Marysia walczyła z tym żalem i łzami. Nie chciała czuć tej bolesnej obręczy zaciśniętej wokół serca. Krok za krokiem szła za maszyną i uspokajała się, ale nie był to proces łatwy. Powoli na nowo dostrzegła trawę pod stopami i usłyszała głosy rozbawionych gości.

Skończyła robotę w takim miejscu, że musiała przeciąg­nąć kosiarkę przez niemal cały trawnik, aż do budynku na tyłach domu. Był w nim garaż na dwa samochody, kotłownia i część gospodarcza: składzik na narzędzia, kuchnia z pralką, starym piecykiem gazowym, kilka pustych szafek i wreszcie łazienka. Marysia korzystała z niej na co dzień. Teraz też, zaraz po tym jak odstawiła kosiarkę, umyła twarz i ręce, unikając spojrzenia w lustro. Wycierała dłonie, gdy poczuła, że ktoś się jej przygląda. W drzwiach stała Mini, ta cycata blondyna, i z dość zaciekawioną miną oznajmiła, że jakiś facet czeka na Marysię przy bramie.

— Tak, wiem. Już idę — odpowiedziała Marysia, nie odwracając się do dziewczyny.

— To twój facet?

— Nie.

— Poznasz mnie z nim?

Brwi Marysi uniosły się w górę w niemym pytaniu.

— Myślałam, że jesteś tu z tym gościem w zielonej koszulce.

— A… — mruknęła Mini, machając ręką. — Witek to stara sprawa, a ten twój facet to chodzący seks. Dobrze go znasz?

— Dobrze — odmruknęła Marysia, chwytając za szczotkę. Coś ją powstrzymało przed wyznaniem, że ten chodzący seks to młodszy o dwa lata brat. Rozpuściła włosy, przeczesała je kilkoma szybkimi pociągnięciami i ponownie splotła w warkocz. Zerknęła w lustro i odwróciła się do czekającej kobiety. — Idziemy? Trochę mi się dzisiaj śpieszy.

Mini, niezrażona jej ponaglającym tonem, sprawdziła fryzurę i makijaż, poprawiła piersi w miseczkach stanika, wypychając je najwyżej, jak się da, i dopiero po tych zabiegach, zadowolona z siebie w stu procentach, wyszła na ścieżkę. Obserwowała Arka, gdy Marysia zamykała drzwi na dwa zamki. Szły potem przez trawnik w stronę bramy, do siedzącego na skuterze mężczyzny i już z daleka dało się wyczuć wibracje między tą dwójką.

— Arek, to Mini. Mini, to Arek.

Marysia dopełniła formalności, ale wygłosiła tę formułkę tonem tak obojętnym, że Arek spojrzał na nią zaskoczony. Uśmiechnął się do dziewczyny i zlustrował ją od góry do dołu, zatrzymując się na piersiach. Mini pokraśniała.

— Cześć, Mini — zagruchał Arek.

— Cześć, misiaczku, dokądś spadacie?

— Mamy kilka spraw… — Arek mówił jakby od niechcenia, a Marysia mało nie udusiła się wstrzymywanym śmiechem.

— Może wpadniecie wieczorem?

— No nie wiem… — Arek otaksował towarzystwo z miną mało zachwyconą.

— Obiecuję, że nie będziesz się nudzić — zamruczała Mini zachęcająco. — Słowo harcerki, na dwa palce — powiedziała poważnie i zaraz parsknęła śmiechem, tylko jej dwa palce skierowane w niebo potwierdzały tę przewrotną przysięgę.

— Tak? No, to może wpadniemy… Zobaczę, jak pójdzie nam załatwianie spraw.

— Będę czekać. Uwiń się — zamruczała znowu, tym razem bardziej gardłowo.

— Ja tam do szybkich nie należę — odmruknął Arek niemal na tych samych zmysłowych częstotliwościach co Mini.

— To bosko, misiaczku.

Marysia czuła, że zaraz roześmieje się w głos, klepnęła więc brata w plecy i pognała. Kiedy wyjeżdżali z posesji, oplotła Arka ramionami.

— Co to była za gadka, co?

— Normalna z takimi dziuniami — odparł burkliwie.

— Leci na ciebie.

Jedyną odpowiedzią było wzruszenie ramion.

— Skusisz się? — dopytywała.

— Ja wiem, czy będę w stanie po tym, jak załatwimy nasze sprawy?

Marysia się zaśmiała. Ich sprawy sprowadzały się do dwudziestu pięciu arów borówki amerykańskiej, które musieli opielić, chociaż z największych chwastów, żeby im nie zagłuszyły krzaczków.

— Jakoś się uwiniesz — zakpiła ze śmiechem. — Choć podobno nie jesteś z tych szybkich.

Zarechotali oboje. Marysia wiedziała, że Arek ma powodzenie u kobiet, ale nigdy nie była świadkiem jego samczego tokowania. Uśmiechnęła się, bo choć wyrósł na byka metr osiemdziesiąt osiem, to nadal był jej młodszym bratem. Więc on i ta cycata Mini farbowana na blond?

— Lubisz kobiety z takim biustem? — zapytała, kiedy zsiedli i szli wąską ścieżką między krzakami borówek.

— Chyba cię porąbało, jeśli myślisz, że będę z tobą gadał o tym, z kim lubię seks. W ogóle nie będę z tobą gadał o seksie. To chore gadać z własną siostrą o bzykaniu panienek.

Marysia wzruszyła ramionami. Nie zawsze rozumiała mężczyzn i ich wybory. Taki Arek na przykład. Jest porządnym gościem. Ma dom, samochód i stałą pracę. I to nie byle jaką pracę. Marysia zerknęła ostatnio na wyciąg z jego konta i stwierdziła, że braciszek to mały krezus. I właśnie z tego powodu zastanawiała się, dlaczego facet, który mógłby mieć każdą porządną dziewczynę, kusi się na Mini. Mało tego: pozwala, by taka dziunia z miasta patrzyła na niego jak na wiejskiego byczka, z którym miło będzie jej pofiglować na sianku, bo stary koleś od figli się znudził. Arek — weekendowa atrakcja w pakiecie z komarami i drinkiem bez palemki.

— Nie rozumiem mężczyzn — stwierdziła i zauważyła grymas niezadowolenia na twarzy Arka.

— Będziesz teraz robić mi psychoanalizę, bo gadałem z cycatą dziunią?

— Nie, bo myślisz o bzykaniu takiej dziuni.

— No i co?! Seks to seks. Ona chce upojnej nocy, mnie też się przyda, więc…?

— Nienawidzę, jak pozujesz na takiego młodzieżowego luzaka…

— Maryśka, daj spokój. Żałuję, że w ogóle się do tej laski odezwałem. Mogłem udać geja albo niemowę, przynajmniej byś mi kołków na głowie nie ciosała. Weź się lepiej za to zielsko, bo za tydzień stąd nie wyjdziemy!

Powiedział to tonem rozkazującym, którego rzadko używał, i od razu zapakował w uszy słuchawki. Marysia odeszła na drugą stronę plantacji i zaczęła pielić swój rządek. Po piętnastu minutach wyprostowała plecy i zapatrzyła się na Arka. Silne, szerokie bary, grające pod skórą mięśnie, wąskie biodra i napięte pośladki. Tak, jej brat był mężczyzną przystojnym, zadbanym, mądrym. Przygarnął ją, gdy straciła wszystko. Dał dach nad głową, wikt i opierunek, a ona tylko marudziła i zatruwała mu życie. Dlatego, kiedy mijali się w rządkach, powiedziała mu, że jeśli uwiną się w dwie godziny, to będzie miał czas na obiad, kąpiel i randkę z Mini. Arek wzruszył ramionami, ale przy następnym rządku zapytał, dlaczego mówią na tę tam Mini.

— Nie wiem. Nie znam ich, dzisiaj pierwszy raz widziałam na oczy. Kochański przywiózł ich na imprezkę. Do Mini nic nie mam, gorsza jest ta druga.

— Więc o co chodziło?

— Jesteś moim bratem. I chyba myślę, że przydałaby ci się jakaś porządna, fajna dziewczyna, a nie tleniona blondi, ale w końcu to twoja sprawa, nic mi do tego z kim i jak.

— Tak wymyśliłaś? — zapytał z uśmiechem.

— No. Właśnie tak.

— Okej. W takim razie idę na imprezę. Pójdziesz ze mną? — zapytał, a w jego głosie zabrzmiała nutka nadziei.

— Nie.

Arek niezadowolony pokręcił głową, a przecież jej odmowa nie była czymś nowym lub zaskakującym. Marysia nie chodziła na bale, domówki, suto zakrapiane balangi i wieczorki przy krakersach. Nie mogła. Nie chciała. W którymś momencie życia odsunęła się od świata i jego rytmu dudniącego od ludzkich pragnień. Wolała cichy szum wiatru w koronach drzew. Ale rozumiała brata i jego próby. Uśmiechnęła się przepraszająco i schyliła do chwastów, które same rosną jak szalone, ale wyrwać je trzeba w pocie czoła i pośpiechu. Skoro Arek chce iść na imprezę do Adama Antoniego Kochańskiego, to pójdzie.